23
05/2018
15:23
Wbrew moim zamiarom pobiłem kolejny niechlubny rekord milczenia na blogu. Mam zamiar z tym walczyć, ale jest jak jest. Dużo łatwiej dodać zdjęcie na facebooku niż siedzieć nad długim wpisem, a jak to w życiu, dostępnego czasu mam coraz mniej. Mimo wszystko plan jest taki, że regularne wpisy będą się pojawiać. Obecnie jest dobra okazja: początek sezonu startów na bieżni.

Kwiecień minął pod znakiem solidnych przygotowań oraz dużej rewolucji: zapisałem się na lekcje tańca. Miało to ogromny wpływ na moje bieganie. Pierwsze zajęcia były szokujące: okazałem się w niektórych płaszczyznach kompletnie niezdolny do pełnego ruchu. Wszyscy słyszymy o biegaczach, że są sztywni, pospinani i tak dalej. Też to słyszałem i zdawałem sobie sprawę z własnych ograniczeń. Zderzenie z rzeczywistością było jednak i tak bolesne. Gdzieś w kącie umysłu pielęgnowałem myśl o tym, że może jestem usztywniony, ale jednak sprawny i dobrze panuję nad własnym ciałem. Tymczasem pierwsze ćwiczenia okazały się mocno żenujące. Nie byłem w stanie wykonać prostych ruchów, typu swobodne krążenie biodrami w odpowiednich kierunkach. Miednica przymurowana do kręgosłupa, po prostu. Przez cały miesiąc męczyłem się nad naprawdę prostymi elementami. Nie było w tym prawie w ogóle tańca, tylko jakieś proste kroki i próby rozruszania ciała. Po dwóch miesiącach zajęć moje taneczne postępy są niewielkie, ale uwaga: nastąpiła ogromna zmiana biegowa.

Od wielu lat pracuję, siedząc przed komputerem, czasami wiele godzin dziennie bez przerwy. To kompletnie zmieniło mój styl biegania i zdawałem sobie z tego sprawę. Taniec był jednym z elementów solidnej pracy sprawnościowej. Zeszły sezon był moim najsłabszym w życiu i to obudziło we mnie trochę sportowej złości. W efekcie od dawna nie trenowałem tak solidnie i nie ćwiczyłem tak regularnie. Taniec pokazał dobitnie, co jest złe i do poprawy, więc tym bardziej skupiłem się na tych elementach. Efekty były spektakularne, chociaż trudno powiedzieć, co przyniosło najwięcej zmian. Bo i ćwiczę na zajęciach, i solidnie rozciągam się w domu, wałkuję, chodzę na igły. Do tego biegam rozsądnie, ale bardzo, bardzo porządnie. W pewnym momencie nogi zaczęły kręcić jak szalone i pod względem ogólnej formy znowu jestem w bardzo dobrej dyspozycji. Zbiłem też wagę, może jeszcze nie do poziomu mega startowego, ale do akceptowalnego - 73 kg. Były dni, że dobijałem do 71, ale nie zostało to na razie utrwalone. Zdarzały mi się znowu rozbiegania na trudnej trasie w tempie poniżej 4:00/km.


Świeże zdjęcie prosto z wczoraj: średniodystansowiec w kwiecie wieku

Wszystkie te działania odbiły się na formie bardzo pozytywnie. Czuję, że odzyskałem kontrolę nad biegiem i liczę, że wrócę do wyników na bieżni sprzed paru lat. W biegu czuję, że nogi pracują inaczej niż ostatnio, jest praca z biodra, z miednicy, nogi chodzą jak dobrze nasmarowane. W treningu konsekwentnie utrzymywałem zmiany, o których pisałem wcześniej. Biegałem nieco więcej i nieco rozsądniej. Akcenty były znacznie łagodniejsze niż rok temu i przyjmowały formę głównie zabaw biegowych realizowanych w terenie na czuja. Na pewno nie było to szaleńcze rąbanie, tylko pełna kontrola. Jak każdego w Polsce, zaskoczyła mnie pogoda, a biegam zwykle w środku dnia, w porze lunchu. Upały dały mi w kość i były treningi, po których ledwo dochodziłem do domu. Mimo to włączyłem do akcentów dość regularne biegi ciągłe, zwykle w formie crossu - 2 x 4327 metrów, czyli dwa razy moja okoliczna, trudna pętla. Cross nie był wyborem w pełni świadomym - po prostu mam go pod ręką, nawierzchnia jest łagodniejsza dla achillesów niż stadion, a nie chce mi się jeździć na akcenty dalej. W biegach ciągłych powoli, powoli szedłem do przodu, aż do okolic rekordu pętli na jednym z treningów. 15:10 to tegoroczny najlepszy czas, a rekord to 15:02. 15:10 daje już tempo poniżej 3:30/km, na pętli, która zdecydowanie jest bardzo trudna i piaszczysta. Najtrudniejszy kilometr wychodzi tam w okolicach 3:50, najszybszy był 3:18.

Ogólny plan jest taki, żeby pierwszymi startami powoli rozpędzić się i osiągnąć szczyt mocy dopiero po kilku tygodniach. W połowie maja zaliczyłem pierwszy sprawdzian - bieg na nietypowym dystansie 600 metrów. Czas 1:24,08 jest przyzwoity. Może nie szaleńczo dobry, ale niezły, do tego uzyskany w dość nieprzyjemnych warunkach, w silnym wietrze. Ale za to w biegu z mocnymi rywalami, gdzie zająłem dopiero 4. miejsce. W kolejnym tygodniu, kilka dni temu, przebiegłem 5000 metrów w Piasecznie. Po cichu liczyłem, że zaatakuję barierę 15 minut, ale okazało się to niewykonalne. Na bieżni szybko utworzyły się dwie grupki - pierwsza cisnęła na 14:40 i szybciej, druga tylko na 3:10/km. Przebiegłem jedno okrążenie z szybszą i odpuściłem, czułem, że wkładam w to zbyt wiele energii, a mam za sobą kilka nieudanych piątek. Tę chciałem ukończyć. Mogłem biec sam, ale nie lubię tego i jestem słaby, wynik na pewno nie byłby wiele lepszy od tego, który wycisnąłem z drugą grupą i mocnym finiszem. Ustawiłem się za kolegą biegnącym na 3:10/km i trzymałem go na dużym luzie. Dwa okrążenia przed metą dogoniła nas dublująca czołówka i wtedy podłączyłem się na chwilę pod nich, końcówkę ciąłem sam. Ostatni kilometr pobiegłem w mniej więcej 2:50, co i tak mnie nieco rozczarowało, bo pierwotnie z wyliczeń wychodziło mi, że to było bliżej 2:40. Było to jednak spore szarpnięcie, pokazujące zapas mocy. Na mecie czas 15:30, dla mnie mocno przeciętny, ale wreszcie po dwóch latach ukończyłem piątkę na bieżni. No i wyścig fajnie wpisał się w moje budowanie dyspozycji startami.


Wkładamy kolce i zaczynamy ściganie

Dzisiaj wieczorem przebiegnę 400 metrów w sztafecie na warszawskim zawodach Warsaw Track Cup, organizowanych przez Mariusza Giżyńskiego. Potem na weekend przymierzam się do debiutu na dystansie średnim, albo 800, albo 1500 metrów, jeszcze się zastanawiam. Zobaczymy już realnie, co jest w nogach. Dalej kontynuuję sezon, z tygodnia na tydzień decydując o tym, czy i gdzie startuję konkretnie. Kolejny weekend odpada - mam wesele brata. A potem zobaczymy, na koniec czerwca są mistrzostwa Polski weteranów. We wrześniu natomiast - mistrzostwa świata w Maladze.

Mój ogólny nastrój jest bardzo dobry, chociaż różnego rodzaju zajęcia poboczne czasami wytrącają mnie z treningowego rytmu. Ci, którzy śledzą mnie w mediach społecznościowych, mogli zauważyć, że prowadzę dość bogate życie towarzyskie. No i tak to jest, imprezy branżowe i niebranżowe, rauty, potańcówki, lunche, popijawy. Czasami utrudnia to bieganie, czasami ułatwia. Moja dieta też nie jest idealna, przede wszystkim wróciłem do namiętnego spożywania dużych ilości słodyczy. Do pewnego stopnia kieruję się tutaj odczuciami. Otóż gdy jem czekolady, nie mam w ogóle ochoty na dodatkowe węglowodany w postaci miodu. A na pewno dieta wysokowęglowodanowa mi służy. Wszelkie podbijanie ilości białka, cięcie kalorii i inne kombinacje odbijały mi się na wadze i wynikach. Pewnie, że mógłbym spożywać kalorie w innej postaci, np w sałacie, ale nie daje mi to takiej radości życia. I to jest ogólna myśl a propos treningu, którą już się wielokrotnie dzieliłem, ale podzielę znowu: takie luźne podejście sprawia, że po 19 sezonach startów nadal mam z tego frajdę. A gdybym miał jeść zieleninę, trzymać rygor, morderczą dyscyplinę, pękłbym psychicznie po paru miesiącach. Wielu już przetrwałem takich rygorystów, przyszli i odeszli, a ja nadal pozostaję w grze.


Raz szybciej, raz wolniej, ale nadal w biegu

Mam więc przyzwoitą formę i zaczynam poważniejsze starty. Mimo przerwy w pisaniu bloga regularnie wrzucam swoje wyniki do paska na dole. Cały czas trenuję, biegam i pozostaję w pełnym treningu. Nie jest źle z moją zmorą, czyli lewym achillesem. Czuję się już trochę zmęczony pisaniem o tym, bo ciągle jest progres, ale ten progres jest powolny. Przyczep ścięgna boli cały czas, ale nieco mniej i ból szybciej ustępuje. Rozciąganie różnych części ciała mocno pomaga, podobnie jak igły i intensywny masaż łydek. Okazało się, że mimo że mięsień brzuchaty łydki jest luźny, to mam straszliwie spięte pasmo drobnych mięśni idących tuż przy kości. Jest możliwe, że to one bezpośrednio powodują ból, podobnie jak napięcie mięśni stopy. Na pierwszych igłach w tym obszarze byłem tak spięty mięśniowo, że pierwsza wbita w mięsień błyskawicznie odskoczyła, wybita siłą odrzutu.

Już wkrótce relacje ze startów!
Kategoria: Trening 2018
Komentarze: (7)
Zaktualizowano: 24/05/2018, 17:49

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Mateusz Piechnik
25/05/2018, 01:14
#
Cześć :)
Widzę, że biegniesz 800m w niedziele na Orle.
Jak będzie chwila to podejdę przybić piątkę.
Mikołaj Raczyński
25/05/2018, 08:32
#
Dobre zdjęcia, dorobiłeś się nadwornego fotografa? ;)

Kolejny wpis za jakieś 5 tygodni, gdzie ta regularność sprzed lat...
Marcin Nagórek
26/05/2018, 17:24
#
Mateusz - chyba polecę w końcu 1500m, które jest sporo później!

Mikołaj - właśnie niestety połowa zdjęć nieostra, nawet to frontal w postawie stojącej nieostre, to samo na rytmach. Fotograf się nie spisał :p Ale starał się, starał... ; )
02/07/2018, 19:52
#
Ale czad, Nagór odkrył mobility :-D
I to w najlepszym wydaniu, bo tanecznym!
Niech Ci te nowe kocie ruchy przysporzą nowej frajdy z biegania!
Paweł Geo
03/07/2018, 12:47
#
Marcin, kibicuję Twoim zamiarom opisanym w pierwszym akapicie.
05/07/2018, 19:49
#
Kiszka na całej linii- leży bieganie i leży pisanie.
Czyżbyś został prawdziwym weteranem? ;-)
Marcin Nagórek
10/07/2018, 23:24
#
Nie jest tak źle, kolejny wpis na łączach ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Sezon w piekle
Następny: Upalny sezon letni
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Sierpień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin