08
04/2018
22:17
Czas na kolejny odcinek Sagi Ludzi Biegu, do poczytania dla najbardziej zagorzałych psychofanów. Wiele się nie zmieniło, bo podobnie jak każdej wiosny przez ostatnie 18 lat, robię co mogę, aby wspiąć się na wyżyny swych fizycznych możliwości. Efekty tych starań są, jak zwykle, mieszane, ale cieszę się, że moja przerośnięta lewa komora nadal pracuje. I swoją drogą - przyznajcie, że jest to pewne osiągnięcie: przez 12 lat pisać, że się biegnie i nawet nie bardzo powtarzać tematy.

Ostatnie dni i tygodnie minęły pod znakiem pogodowego szaleństwa. Nie wiem, kto na to pozwala i gdybym mógł, bez wątpienia zgłosiłbym zażalenie w kwestii organizacji pogody na tej planecie. Nie uważacie, że powinna istnieć jakaś globalna Księga Skarg i Zażaleń? Z nostalgią wspominam zimę 2005/2006, którą spędziłem na Wyspach Kanaryjskich. Ich zaletą, poza niską ceną benzyny, plażami topless oraz śmiesznie tanimi samochodami do wynajęcia jest niesłychanie stabilna pogoda. W styczniu dzień w dzień na termometrze pojawiało się 20 stopni w dzień i 20 w nocy. Tak jakby jakiś Demiurg ustawił na Kanarach upiorny termostat. Nawet piękna Portugalia się z tym nie równa, bo tam noce były chłodne. Podobnie zresztą w Nowym Meksyku w Stanach, gdzie marzłem nocami jak nigdy w życiu. Papierowe ściany i ujemne temperatury to niezbyt szczęśliwe połączenie. W Portugalii, kontynentalnej Hiszpanii i USA zaskakująco często drżałem z zimna, na Kanarach natomiast pozostawałem termicznie stabilny jak układ swobodny. A wspominam, bo niedawno spotkałem się po 10 latach z przyjacielem, z którym wynajmowałem wtedy mieszkanie na Kanarach: on został w Hiszpanii na stałe, ja byłem tylko przelotem.


Na niektóre pytania...

Wracając do tematu - marzec w Polsce był okrutny. Nie ma nic gorszego niż zanęcenie nędzarza wizją lepszego życia, a potem wtrącenie go z powrotem do slumsu. Tak zachowywała się wiosna A.D. 2018. Zamachała przed nosem słońcem i 16 stopniami, a potem przyłożyła z zaskoczenia mrozem. Pozwalała na aklimatyzację do chłodu i niespodziewanie włączała kosmiczną kuchenkę mikrofalową, piekąc na treningu żywcem. W jeden weekend mieliśmy 10 stopni mrozu, w kolejny 20 na plusie, potem powrót do minusów. Nie da się w takich warunkach komfortowo trenować, dlatego ogłosiłem strajk i wyjechałem na kilka dni do Madrytu. Bez biegania, za to z chodzeniem godzinami i wieczornym piciem wina oraz innych kancerogennych trunków. Znając mojego pecha do pogody, można było być pewnym, jak to się skończy: w Madrycie było cholernie zimno. Wiało, padało, z rzadka przygrzewało. Obejrzałem to i owo, w tym obrazy Rafaela i Boscha w Muzem Prado, kupiłem kilka tandetnych pamiątek i wróciłem do polskiego siermiężnego biegania.

Moja aktualna forma jest sporą niewiadomą. Tradycyjnie walczę z kolejnymi kryzysami wieku średniego, licząc na pojedyncze przebłyski rewelacyjnej dyspozycji. Biegałem jak pozwalał klimat, czyli raczej marnie. Po powrocie z Madrytu zrobiłem skromny akcencik na crossie - 2 x 4,3 km szybkiego biegu. Akcencik nie tylko nie był nadmiernie szybki, bo raptem po 3:45/km, ale co gorsza, dwa dni później limfocyty T pękły i poddałem się trzydniowemu przeziębieniu. Święta spędziłem w biedroniowym Słupsku, święcąc jajeczka, pijąc absynt na imprezie oraz biegając skromnie i niezbyt szybko. W ostatnich dniach niespodziewanie zrobiło się ciepło, dlatego przebierałem nóżkami raczej bez pośpiechu. Moimi mocniejszymi treningami były okrutne interwały; krótkie, dość intensywne odcinki na niepełnym wypoczynku. Biegane na czas a nie tempo. To wymarzony akcent dla mnie: szybkość nieznana, można więc roić sobie, że pozostaje nieprawdopodobnie wysoka. W wizualizacjach swobodnie, z drwiącym uśmiechem mijam Kipchoge'a, Kipketera oraz Bekele, zostawiając ich zadyszanymi, zrozpaczonymi, w długu tlenowym. Przerwa w spacerku pozwala odciążyć ścięgno Achillea i rozluźnić mięśnie. Odcinki biegam w urozmaiconym terenie, raz pod górkę, raz z górki, jak wypadnie. Moje ulubione formaty: 30x40 sekund, przerwa 30 sekund spacer albo 20x1 minuta, przerwa 45 sekund spacer. W przerwach pogłaskam czasem psa, uśmiechnę się do przechodzącego dziecka albo wymienię zadyszane uwagi na temat dzików z przechodzącą tamtędy codziennie panią z parasolką.

To prosty trening: albo rozbieganie, albo krótki interwał, w tygodniu wychodzą zwykle dwa interwały. Z rzadka dorzucany szybszy bieg na crossie lub podbiegi. Nie biegałem niczego konkretnego i powalającego, nic, czym mógłbym się pochwalić na Instagramie. Żadnych treningowych życiówek, zero oszałamiających prędkości. Równocześnie leczyłem piwem swe zdegenerowane lewe ścięgno Achillesa. Mówiąc konkretniej, turlałem stopą butelkę po piwie, co rozluźniało nadmierne spięte pasma w stopie. Jak pamiętacie, ostatnie 6 lat to u mnie ciągła próba rozluźnienia się, z raczej niepozornymi efektami. Jeśli rozluźniłem łydkę, to spinało się udo, zwalczyłem udo, odzywała się stopa. Nic mnie już nie zdziwi, żaden ból nie rusza. Ostatnio jest jakby lepiej, ale wrodzona podejrzliwość każe mi podchodzić do tego z dystansem. Pierwotnie rozważałem start w mistrzostwach Polski na 10 000 metrów w Łomży na koniec kwietnia, ale odpuściłem, szkoda nóg. Zamiast tego w maju pośmigam coś krótszego i powitam znajome uderzenia kwasu mlekowego.


...można odpowiedzieć samą miną

Z wydarzeń okołobiegowych udzielałem się w TVNie - tu link, transmisji poradniczej przed Półmaratonem Warszawskim (pierwsze 2 minuty słabe, problemy techniczne, potem dowcipna rozmowa z Kubą na tematy ogólnobiegowe) oraz w podkaście z Maciejem Żywkiem, czyli internetowym wywiadzie głosowym. Można posłuchać, gdyby ktoś nie miał zupełnie czego zrobić ze swym życiem. Kojącym głosem radzę, jak żyć, gdy nie chce się żyć.

Zima i część wiosny minęły więc leniwie, ale solidnie. Nie było spektakularnych treningów, ale względnie stabilna, monotonna praca aerobowa. Do tego doskonała jak na mnie dieta, dzięki której zjechałem na 72 kilogramy żywca. Trafiają się dni kryzysu, kiedy łupnę znienacka cztery czekolady jedna po drugiej albo kilka piw, na szczęście jednak rzadko - zwykle nie więcej niż 6-7 razy w tygodniu. Pęciny mi wychudły, policzki się zapadły, a to zawsze sygnał, że jest nieźle. Od wtorku zaczynam dodatkową aktywność - indywidualne lekcje tańca, co powinno poprawić stabilność i koordynację mego zmarnowanego ciała. Do tej pory nie wiedziała lewica, co czyni prawica, góra pracowała na 3/4, a dół arytmicznie, przez co w tańcu wyglądałem jak paralityk podłączony do sieci wysokiego napięcia i wstrząsany niekontrolowanymi drgawkami. Teraz ma się to zmienić, a skutkiem ubocznym (jak sądzę) będzie taneczne i zwinne pokonywanie kilometrów. Chyba że instruktorka wyrzuci mnie z zajęć rozczarowana po pierwszej godzinie. Starsi czytelnicy mogą pamiętać, że parę lat temu zacząłem już kurs tańca, dość niefortunnie, bo kilka dni przed maratonem, a zakwasy po pierwszej lekcji był dramatyczne, tym razem jednak ma być inaczej. Wtedy był to energetyczny swing, tym razem lekcje indywidualne i spokojne, od zera do bohatera.

Podsumowując wpis: w ostatnich tygodniach nie wydarzyło się nic godnego odnotowania. A pisać trzeba. Owszem, jakieś drobne kryzysy tożsamości, napady szaleństwa i drgawki, ale nie o tym jest ten blog. Biegowo było po prostu nudno. Stabilizacja jak za Gierka, porządne, ale nie fanatyczne bieganie, bez wyskoków. Ostrzę sobie zęby na sezon, który ma być co najmniej przyzwoity. Jeśli nie nawiążę walki z Kszczotami czy Lewandowskimi, to przynajmniej chcę zaatakować rekordy Polski mojej kategorii wiekowej. Wygląda na to, że w kwietniu nigdzie nie wystartuję, chociaż kusi mnie warszawski Bieg SGH na 5 kilometrów. Ponieważ jednak ścięgno Achillesa nie puściło tak mocno jak oczekiwałem, raczej to odpuszczę i wybiorę imprezowanie. Zaraz, zaraz, czy powiedziałem imprezowanie?! Oczywiście wybiorę modlitwę i naukę zamiast bezproduktywnego pokonywania kilometrów w centrum Warszawy.

Lata mijają, upadają cesarstwa, przemijają cywilizacje, a ja nadal biegam. I to już jest jakaś puenta.
Kategoria: Trening 2018
Komentarze: (5)
Zaktualizowano: 09/04/2018, 00:58

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Grzegorz Turkowski
09/04/2018, 09:04
#
Primo: gratuluje telewizyjnego wywiadu. ;)

Secundo: Nie chcę wyjść na surowego i czepialskiego malkontenta, ale mam jakieś nieodparte wrażenie, że podczas wywiadu zadający pytania nie skupili się na udzielanych przez Ciebie odpowiedziach. Mimo konkretnych i klarownych wyjaśnień, dla tych telewizyjnych paprotek to szczyt wysiłku intelektualnego. Słuchali, ale nie usłyszeli. Nie zapominajmy, że to telewizja śniadaniowa, więc nie oczekujmy cudów w 4 minuty. Ciekawa autoironia prowadzącego "(..) warto rozmawiać o bieganiu...jak się nie biega...". ;)

Pozdrowienia z wygodnego fotela ;)
Marcin Nagórek
09/04/2018, 11:29
#
Taka jest niestety konwencja tych programów - masa gości, każdy mówi tylko kilka zdań i znika. Ma być miło, przyjemnie, dowcipnie. Ja się nie spodziewałem niczego innego : )
Paweł Geo
16/04/2018, 08:37
#
Marcin, czy te ileś miesięcy z innym planem treningowym - chyba mniej odpowiednim dla Jacka - mogły go tak rozregulować, że nie biega tak szybko jakby chciał, czy wczorajszy półmaraton to po prostu słabszy dzień, niedyspozycja czy inny losowy incydent?
Arkadiusz Gołębiewski
16/04/2018, 19:02
#
Na pewno wpływ miała wysoka temperatura, która "zabiła" praktycznie większość biegaczy, no i ten profil trasy w Poznaniu, końcówka jest pod górkę, nie jest to super podbieg, ale na tym etapie biegu niestety "nieprzyjazny" dla biegaczy.
Marcin Nagórek
17/04/2018, 01:04
#
Zły dzień, Jacek zawsze słabo biega w upale. Miał już biegi, gdzie cisnął dychę na maxa i wychodziło 38 minut. Treningowo był ostatnio w bardzo dobrej dyspozycji i celem było pobiegnięcie 1:17.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Grudzień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin