18
03/2018
16:57
Ostatnie tygodnie spędziłem, tak jak pewnie wszyscy biegacze, przytłoczony marcem i ciężarem szarpaniny rozgrywającej się między zimą a wiosną. Jeszcze tydzień temu wydawało się, że wiosna wygrywa, klęknęła rywalce na piersiach i jednym szybkim pociągnięciem wyżu przetnie gardło, odbierając resztkę sił. Zima wyśliznęła się jednak, taktycznie cofnęła, a potem kontratakowała, kopiąc mroźnym butem w podbrzusze. Poznań spędziłem maniacko w zeszły weekend, wygrzewając się na słońcu i biegnąc na luzie dyszkę uliczną jako zając przewodnik. Narzekałem na słońce, narzekałem na temperaturę i wiatr, i nawet przez myśl mi nie przeszło, że już za parę dni wrócę do narzekania na śnieg i mróz. Chciałbym zachować stałość swego narzekania; to bardzo męczące, skakać tak z kwiatka na kwiatek i irytować się codziennie czym innym. Znane zło jest złem oswojonym, do zimy przyzwyczaiłem się już jak pies do złego pana, przestałem zwracać uwagę na ciemność, na mróz, śnieg, brudne samochody i ogólną poniewierkę. Zeszły weekend dał chwilę nadziei na słońce, a kolejne dni zmroziły ją we mnie.

Biegowo popadłem w letarg, sen zimowy, z którego jeszcze się nie obudziłem. Wykonywałem jakieś treningi, ale nie pamiętam jakie, klepałem rozbiegania, wszystkie takie same, zlewające się w pamięci w jedną, posklejaną masę kilometrów. Podbiegałem pod górki i zatruwałem oskrzela interwałem na płaskim, rozciągałem, masowałem i wałkowałem obolałe mięśnie. Mówiąc krótko, robiłem to wszystko, co przeciętny biegacz robi w styczniu czy lutym, z nadzieją, że w marcu nadal będę robił to samo, ale w słońcu, odurzając się masowo syntezowaną w skórze witaminą D. Na razie nic z tych nadziei nie wyszło, a dzisiaj biegałem w ostatniej edycji City Traila w Warszawie, jak na ironię - najzimniejszej. Rozebrałem się do krótkiego, pokazując zimie, że przed nią nie klękam, ale potem odtajałem dopiero w domu. Bieg wyszedł dość słabo, 5. miejsce i wynik 16:20 to nie jest coś, czym mógłbym wzbudzić respekt na mieście. Ale to zima rzucała kłody pod nogi, stopy ślizgały się na złośliwym śniego-lodzie, płuca zamarzały w rytmie płytkich wdechów, mięśnie kurczyły w zwolnionym tempie. Wszyscy znamy sytuację, gdy na mrozie wyświetlacz zegarka lub telefonu reaguje z opóźnieniem na ponaglające pacnięcia. Tak samo reagowały dzisiaj moje mięśnie i właściwie żywsza reakcja przyszła dopiero w domu w gorącej wannie, tam nagle zacząłem żwawej przebierać nogami, ale było to już trzy godziny po biegu, więc nie byłem w stanie poprawić w ten sposób czasu ani pozycji.


City Trail w lutym - w butach z nakładkami pobiegłem dużo szybciej niż miesiąc później w kolcach


W lutym biegałem w mistrzostwach Polski weteranów w hali, zajmując dwa drugie miejsca. Pierwsze było pozytywnym zaskoczeniem, bo przebiegłem 400 metrów w czasie 53,08, czyli lepszym niż w mijającym sezonie na stadionie. To zdecydowanie dobry prognostyk, zresztą w sporcie wszystko jest dobrym prognostykiem. Jeśli zimą biega się źle, to jest to dobry prognostyk na lato, bo wiadomo, że nie wypluwamy się w niewłaściwym czasie, zachowujemy energię na sezon właściwy. A jeśli biegamy w styczniu czy lutym szybko, to tym bardziej jest to znakomity prognostyk i nadzieja, że w maju będzie jeszcze lepiej. Moje ostatnie starty są więc świetnym prognostykiem na nadchodzący sezon. 53,08 na 400 metrów, a także 8:47 na 3000 metrów, biegane godzinę później.

Ten drugi wynik był nieco rozczarowujący, w tym sensie, że spodziewałem się, iż bez większych formalności veni, vidi, vicnę, biorąc pod uwagę fakt, że dotychczasowy rekord mistrzostw wynosił 9 minut i 10 sekund. Zakładałem, że pobiegnę szybciej - dwa tygodnie wcześniej na mityngu w Spale samotnie pokonałem ten sam dystans w 8 minut i 53 sekundy. Spodziewałem się, że w Toruniu biegana wcześniej 400-tka niewiele zmieni i spokojnie dowiozę do mety i zwycięstwo, i nowy rekord. Zjawił się jednak mocny rywal - Kamil Makoś. Nie tylko przygotowany i wytrzymały, ale i inteligentny. Wiedział, że nie ma co ryzykować biegu na finisz z posiadaczem wyniku 53,08, świeżego, bo sprzed godziny i od pierwszego kilometra wyciął mocno, jakby ścigany przez bandę Hunów, względnie Scytów bądź Skordysków. Czułem spore zmęczenie po krótkim dystansie i nie cisnąłem nadmiernie, trzymałem własne tempo. Na ostatnich dwóch okrążeniach ruszyłem mocno, licząc, że rywal osłabnie i dopadnę go jak wygłodzony drapieżnik, ale on trzymał tempo, a nawet przyspieszał i wygrał z przewagą niecałych trzech sekund. Medal na 400 metrów był pozytywnym zaskoczeniem, medal na 3000 m nieco bardziej negatywnym, ostatecznie wróciłem do domu w średnim nastroju, takim remisowym, można rzec. No i z uczuciem, że jest to dobry prognostyk.

Gdzieś tam w międzyczasie przebiegłem też City Trail po śniegu w 15 minut i 46 sekund, co jest moim drugim wynikiem na tej trasie, czuję więc, że dyspozycja rośnie. Waga natomiast spada, udało mi się zjechać na 72-73 kilogramy. Głównie przez ograniczenie ćwiczeń siłowych oraz oczywiście znaczne ograniczenie obżerania się w nocy. Cztery kolacje rąbane co godzinę utrudniają łapanie masy startowej, ograniczyłem je więc do dwóch. A ponieważ miałem mnóstwo pracy, trochę wyjazdów, spotkania służbowe i towarzyskie, dość często pościłem: wieczorem spożywałem tylko alkohol i modliłem się do bogów nocy.

Od startów na hali znowu mocniej dokucza mi ścięgno Achillesa, ale tym razem czuję, że jest to ból obronny. Ścięgno czuje, że przegrywa i odgryza się jeszcze resztkami sił zapalnych. Dogrzebałem się do jakiegoś ukrytego, tajnego pasma mięśni, biegnącego przez całą łydkę, w okolicach golenia, prostowniki czy zginacze palców stopy, nigdy nie pamiętam, które ciągnie w którą stronę. Jest to pasmo ukryte pod innymi mięśniami i trudno do niego dotrzeć, ale gdy już dotarłem, okazało się, że jest straszliwie spięte i możliwe, że bezpośrednio powoduje napięcie i ból achillesa. Pokazałem terapeucie, on mnie solidnie zmasakrował, a od tego czasu masakruję się sam, cisnąc i wbijając palce. Ponieważ to pasmo powoduje przeciążenie stopy, rozluźniam także inne pasmo, zwane melomańsko taśmą, uciskając drewnianą łopatką przestrzenie między palcami stopy. Boli jak cholera, ale czuję, że daje ulgę. W niektóre dni podczas chodzenia, w tym rano, prawie w ogóle nie czuję ścięgna Achillesa, co nie zdarzało mi się od lat. Oczywiście po biegu się znowu spina, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Jest to cholernie dobry prognostyk. Poza tym stosuję również inne rodzaje przyjemności: wałkuję, nakłuwam, wbijam, miażdżę oraz rozcieram. Wszystko po to, aby bez bólu móc cierpieć w czasie biegu na zawodach.

Podsumowując - nie jest źle, zawsze mogłoby być gorzej, na przykład mógłbym nie żyć albo żyć w stanie wegetatywnym, poruszając tylko powiekami jak zmarły niedawno fizyk Hawking. Na razie udaje mi się poruszać wszystkimi częściami ciała, tylko niektóre z tych poruszeń wywołują ból. Jak jednak wiadomo, życie to ból, dlatego nie przejmuję się i nadal poruszam. Spodziewam się, że po tylu dobrych prognostykach osiągnę w maju najlepszą formę, a przynajmniej najlepszą w maju. Mam zamiar dalej chudnąć, a kompensuję to zapuszczaniem włosów, aby nacieszyć się nimi, zanim wyłysieję. Będę więc najchudszy od lat i z najobfitszą czupryną od lat, zawsze to coś. Jeśli do tego dojdzie najszybsze bieganie od lat, będę względnie usatysfakcjonowany i z czystym sumieniem będę mógł przytyć oraz się ogolić.
Kategoria: Starty 2018
Komentarze: (13)
Zaktualizowano: 29/03/2018, 02:18

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg

Komentarze

Jarosław Jagieła
18/03/2018, 19:35
#
Widzę, że humor Koledze dopisuje. No i tak trzymać! Po świetnym felietonie w marcowym Bieganiu, kolejny majstersztyk tekstowy. Gratuluję!
Tym sposobem na pewno przegonimy mroźne (mam nadzieję, że ostatnie) pohukiwania Pani Zimy, która też i dziś nam biednym żuczkom dała się we znaki.
19/03/2018, 12:02
#
Super tekst, a fraza "zresztą w sporcie wszystko jest dobrym prognostykiem" rozkłada na łopatki :)
19/03/2018, 13:48
#
Marcin, a ja mam prośbo-pytanie (jak zwykle): powiedz co zapaliłeś albo zjadłeś albo..., co wprowadza w taki stan twórczy? Ja też tak chcę! :-)

OT. Widziałeś tę stronę: https://runrepeat.com/ranking/rankings-of-running-shoes?gender=women&heel-to-toe-drop-w=1mm-4mm

?

Nike Flex Fury i FS Lite Run kupiłam za średnio 150 pln. Ergo, można nie przepłacać? Można. Niskie i świetnie się biega. :-)
Adam  Słodowy
19/03/2018, 19:46
#
To duża radość czytać teksty pisane soczyście, mięsiście,lekkim piórem, ze swadą, z humorem. Jest znany blogier biegowy z Warszawy, który pisze: 'co by powiedziała dziś moja polonistka? zobaczcie ja piszę i ludzie to czytają!' Ja znam odpowiedź: szkoda, że bardziej nie uważałeś na lekcjach bo czasem polszczyzna bardzo ci przeszkadza. Tym bardziej szanuję styl Marcina! Czytać wpis dwa razy żeby się nacieszyć tekstem?!!! Mistrzostwo świata!
Marcin Nagórek
20/03/2018, 01:36
#
Dzięki, ten wpis rzeczywiście udał się względnie dobrze. Mam ostatnio dobry twórczo czas. Jestem w trakcie lektury "Trocin" Krzysztofa Vargi - kapitalna książka - oraz Bruna Jasieńskiego do poduszki. Takie lektury mają potem wpływ na wpisy. Oby ta passa trwała, na razie prognostyki są dobre ; )
Adam  Słodowy
20/03/2018, 22:32
#
'Trociny' przeczytane dwa razy! Na pewno nie ostatni - 500 stron bez dialogów? Można!
21/03/2018, 15:51
#
Hmmm, a ja właśnie rozbiegania robię z "Trocinami" na "uszach" wszystko jasne :)
Marcin Nagórek
21/03/2018, 19:37
#
Nie wiedziałem, że mam na blogu takich koneserów literatury! Super, panowie. Czytałem już wcześniej "Masakrę" i też mi się podobała, ale "Trociny" rozwalają system. KV to jest wspaniały bard polskiej brzydoty. Czytam też jego felietony, ale książki to zupełnie inny wymiar prozy. Nie trawię większości współczesnych polskich pisarzy, ale Varga to mój idol.
22/03/2018, 08:13
#
Heh, niezły tekst, Marcin. Chyba hucznie świętowałeś dzień św. Patryka - to by wiele tłumaczyło ;).
Generalnie to mogłabym napisać to samo, a najbardziej spodobało mi się zdanie: "W niektóre dni podczas chodzenia, w tym rano, prawie w ogóle nie czuję ścięgna Achillesa, co nie zdarzało mi się od lat.". Ostatnio zapytałam kolegę z pracy, czy coś go boli, gdy normalnie idzie. Zdziwił się, odpowiadając, że oczywiście nie. A u mnie dobrze jest, jak boli tylko jedna rzecz ;).
Dlatego też podchodzę z dużym dystansem do swej "formy" - która, ciągle mam nadzieję, jeszcze kiedyś eksploduje ;), i do swego ogólnego stanu oraz innych okoliczności. Tylko dystans może nas uratować!
Zdrowia, Marcin i szybkiej biegowo wiosny, bez pyłków, alergii innych zagrożeń czyhających na misternie wykuwaną formę! ;)
22/03/2018, 12:00
#
Jak skończysz trociny, to gorąco polecam Tequilę, również Vargi. Jeszcze lepsza rzecz. Oczywiście moim zdaniem.
22/03/2018, 12:56
#
Muszę zatem sięgnąć po Masakrę. Ze starych Jego książek to "Chłopaki nie płaczą" mnie ubawiło. A co do literatury współczesnej to Żulczyk i "Ślepnąc od świateł" rozbija bank. Dobra koniec offtopa, bo to przecież biegowy blog :)
Marcin Nagórek
22/03/2018, 21:58
#
Beata - mnie achilles boli nawet podczas chodzenia. A kto wie, czy przy chodzeniu nie bardziej. Więc już nie ma znaczenia, czy biegam czy nie biegam. Stopa jest tak przeciążona, że pewnie musiałbym pół roku leżeć, żeby to doszło do siebie.

"Tequillę" przeczytam i w ogóle chcę łyknąć wszystko Vargi, w tym chyba Trylogię Węgierską? A co do Żulczyka - do tych gwiazd mainstreamu podchodzę bardzo ostrożnie. Próbowałem np Kuczoka i jeszcze kogoś, i to jest kompletnie niestrawna literatura. Cechą charakterystyczną polskiej prozy jest brak jakiejkolwiek fabuły, ale Varga przynajmniej z tego fajnie wychodzi. Podobnie jak Masłowska, która broni się samym językiem. Reszta zwykle się na tym wykłada, bo ani żadnej historii, ani językowo nie rzuca na kolana...
23/03/2018, 09:29
#
Mnie kolano boli czasem nawet... gdy leżę, serio. Gdy chodzę, boli mnie rozcięgno podeszwowe i to już bardziej albo mniej będzie bolało zawsze. Teraz boli mnie też bark, ale to już kontuzja wspinaczkowa ;).
Generalnie, muszę być w w treningu i w ruchu, wtedy jest w miarę ok ;).

Oglądałam na YT MP weteranów, całkiem dobrze Twoje starty wyglądały. Szkoda, że tak naprawdę nie ma z kim u nas biegać i że bieganie na bieżni nie jest ogóle popularne wśród weteranów, zwłaszcza wśród kobiet. Z drugiej strony, jak ma być popularne, skoro nie ma obiektów, a im większe miasto, tym jest z tym niestety gorzej. Ech, szeroki i trudny temat. Ja tam też wolę bieżnię :).

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Moja grupa
Następny: Sezon w piekle
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Sierpień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin