06
02/2018
01:25
Najwyższy czas na pierwszy wpis w roku 2018 - a mamy już luty! Jak mi słusznie wypomniano w komentarzu, zaniedbałem notki blogowe. Przyczyn tradycyjnie jest wiele, a jedna z nich bardzo trywialna: otóż w treningu nie działo się nic wartego opisu. Owszem, biegałem; owszem, startowałem, ale nie były to biegi i starty ani tragicznie słabe, ani nadzwyczaj udane. Wszystko można śledzić w pasku na dole, gdzie dodaję regularnie ostatnie osiągi. Mam za sobą dość przeciętny okres biegowy. Solidny, ale nie rzucający na kolana.

Jestem względnie zadowolony ze swojego stanu fizycznego. Nie widać tego po wynikach, ale znajduję się w niezłym momencie, biorąc oczywiście pod uwagę, że to już rok 2018, dość odległy od mojej daty urodzenia. W styczniu pobiegłem dwukrotnie w hali w Toruniu, startując na dystansie 1000 metrów. Za pierwszym razem wykręciłem 2 minuty i 32 sekundy, za drugim sekundę gorzej. Ten drugi wynik był rozczarowujący, bo spodziewałem się, że poprawię się w stosunku do pierwszego. Tu szybkie tło dla niezorientowanych: rok temu zacząłem sezon od czasu 2:29 na 1000 metrów, dwa lata temu także 2:29. Trudno jednak po tym wyrokować, bo dwa lata temu miałem bardzo dobry sezon halowy, rok temu słaby. Czyli moje otwarcia roku z trzech ostatnich sezonów to kilometry w 2:29-2:29-2:32. Tegoroczny sezon zdecydowanie najsłabszy, ale ani nie jest to różnica dramatycznie wielka, ani o niczym nie przesądza.

Po pierwszym starcie pogorszyło się w paru kwestiach. Spadł śnieg, a to zawsze wydarzenie niepożądane z punktu widzenia treningu. Zacząłem biegać wyraźnie wolniej, a już wcześniej brakowało mi luzu i obiegania na wysokich prędkościach. Śnieg dodatkowo mnie dobił i to częściowo tłumaczy słabszy drugi start. Co więcej, po pierwszym biegu na 1000 metrów odezwały się zatoki. Męczyłem się z lekkim stanem zapalnym, który nadal minimalnie mi dokucza. Zatoki to wredna sprawa i jeśli coś się tam zatli, to zwykle pożar trwa długo. Cały czas biegałem, nie odpuszczałem, ale czułem się nieco przyhamowany. Do tego trening wykonywałem solidnie, ale bez fanatyzmu. Zdarzały się dni wolne, solidnie zamulałem też rozbieganiami, podbiegami i siłą ogólną. Obecnie jestem w niezłym stanie ogólnym, ale do szybszego biegania brakuje mi obrotów. A ponieważ dzisiaj znowu spadł śnieg, nie zapowiada się, abym szybko wszedł na wysokie prędkości.

Dwa dni temu pobiegłem w Spale nieco dłuższy dystans - 3000 metrów. Wynik rozczarowujący w pierwszej chwili - 8:53 z kawałkiem. Minął jednak dzień i poczułem większe zadowolenie. Wszystko trzeba jak zawsze oceniać w odpowiednim kontekście. Nigdy nie byłem mistrzem biegania samotnie, i mówiąc, że nigdy nie byłem mistrzem, mam właściwie na myśli, że zawsze byłem w tym zawstydzająco słaby. Do wspięcia się na moje skromne wyżyny biegowe potrzebuję silnego impulsu w postaci rywalizacji. Co gorsza, wraz z wiekiem próg pobudzenia rośnie - to znaczy, że nie każda rywalizacja mnie nakręca. Wiadomo, dekadencja, rozmemłanie, lenistwo oraz znudzenie. Zaliczyłem w życiu tyle biegów, że muszę się poczuć solidnie zmotywowany, żeby dać z siebie 100%. O tę motywację jest coraz trudniej. Tym razem startowałem w Spale i otoczenie nie sprzyjało. Na starcie oprócz mnie tylko trzech rywali, bieg był ostatnią konkurencją mityngu. Puste trybuny, nastrój senności, sprzątaczki zamiatające podłogę oraz upał i kompletny brak tlenu po wielu godzinach rywalizacji. Zacząłem względnie ambitnie, to znaczy pierwszy kilometr w 2 minuty i 52 sekundy, ale właściwie już po trzech okrążeniach zwolniłem do okolic 3:00/km. Biegłem z dużą przewagą, czułem, że wiele nie wycisnę, oddychałem ciężko i tak doleciałem na te skromne 8:53. Moja życiówka w hali to 8:28, odrobinę szybciej. Tym niemniej spodziewam się, że z tego 8:53 w solidnej rywalizacji urywam spokojnie jakieś 15 sekund. Biorąc to pod uwagę, następnego dnia doszedłem do wniosku, że nie jest źle. Się pobiegło, wynik jakiś tam jest i co zabawne - jest on aktualnie najlepszym męskim wynikiem w Polsce. Dowód poniżej, tabele liderów sezonu PZLA. Jak wiadomo, liderów się nie sądzi, więc nie sądźcie. Prawdopodobnie do mistrzostw Polski nikt nie pobiegnie szybciej ode mnie, a to zawsze jakiś powód do lokalnej chwały.


Podziwiajcie mistrza edycji zdjęć!

Kwestia najważniejsza - co robiłem i jak do tego doszedłem? Problem polega na tym, że mój dzienniczek treningowy ma straszliwe zaległości, jeśli chodzi o podsumowania. Kompletnie nie mam czasu, żeby do tego siąść. Zapisuję tylko bieżące treningi, a podsumowania tabelek są w plecy jakieś dwa lata do tyłu. Trenuję więc trochę po omacku - nie mam pojęcia, ile kilometrów przebiegłem w ostatnich dwóch latach i jak wyglądały proporcje różnych środków. Totalna partyzantka, jak widać. Na pewno biegam więcej niż rok temu i przygotowania mają charakter dużo bardziej wytrzymałościowy. Czuję się solidnie doładowany, w dobrym stanie fizycznym i tylko czekam na wzrost formy. Ale aby do tego doszło, potrzebuję... prędkości!

Mało kto zdaje sobie sprawę, że do biegania szybko potrzebujemy siły. To nie jest tylko kwestia wytrzymałości, może nawet wytrzymałość to cecha nieco drugorzędna. Aby biec szybko, trzeba siły. I to nie takiej siły, której używamy do podniesienia sztangi albo trzepania dywanu. A swoją drogą - czy ktoś obecnie jeszcze trzepie dywany?

Do biegania szybko potrzebujemy siły specyficznej do danej prędkości i dystansu. Odpowiedniego napięcia mięśni i logistyki pracy całego układu. Aby to wytrenować, nie ma innego sposobu niż bieganie szybko. Właśnie do tego potrzebujemy odcinków w tempie startowym. Do szybkiego biegu potrzeba generowania dużej mocy, odpowiedniego odbicia, lądowania i oczywiście wytrzymałości siłowej - czyli mięśnie nie mogą się rozsypywać po iluś tam sekundach czy minutach. Odkryciem ostatniego tygodnia jest dla mnie fakt, że w tej kwestii zrobiłem się zawstydzająco słaby. W porównaniu do wielu swoich sezonów, biegam zawstydzająco wolno. Aby na zawodach rozpędzać się do okolic 2:30/km, muszę to wyćwiczyć, bo z roku na rok jest mi trudniej. Niektórzy mogą pamiętać, że w poprzednim sezonie próbowałem drogi na skróty - biegania krótkich odcinków w małej ilości, ale piekielnie szybko. To się nie zakończyło sukcesem, ale przemęczeniem. Biegania szybko brakuje mi nadal, ale muszę to zrobić w rozsądniejszy sposób. Podczas startu na 3000 metrów w Spale czułem, że brakuje mi tej siły - nogi niby szły, ale nie było mocy na wysokich prędkościach.

Do tej pory biegałem, opierając się o dość szybkie rozbiegania (4:20-4:00/km na dość trudnym crossie), tlenowy interwał na podbiegu oraz sprinty pod górkę. Przygotowania mocno zamulające, chociaż fajne jako praca bazowa. Te moje górki śmigałem na dużej objętości, rekordowo 30x237 metrów (i drugie tyle w dół), ale bardzo wolno. Tempo wynosiło 4:00/km lub wolniej, co odkryłem podczas biegania z Jackiem Mezo. Ja sam niczego tu nie mierzę, biegam na żywioł. Jacek zmierzył i okazało się, że tempo jest wolne. To nic złego, bo ten trening jest bazowym przygotowaniem tlenowym, ale do szybkiego startu czegoś jednak brakuje. Ponieważ zacząłem się czuć naprawdę przymulony, ostatnio zacząłem wprowadzać płaski interwał. Też niezbyt szybko, ale ponieważ leżał śnieg, wyszedłem na asfalt. I tu zaskoczenie - czy było to 20 x 1 minuta czy też 15 x 2 minuty, czułem brak specyficznej siły. Szybszy bieg straszliwie męczył nogi. Na 15x2 minuty już po pięciu byłem ledwo żywy mięśniowo. Podbiegi i rozbiegania przygotowują mnie fajnie ogólnie, ale w sensie prędkościowym jestem daleko w polu. Owszem, mogę się rozpędzić na krótkim odcinku, ale szybko mnie odcina. Z tego względu w dalszych przygotowaniach dorzucę więcej tego elementu. Nie czuję presji, myślę o ściganiu raczej w sezonie letnim niż na hali, ale widzę zdecydowanie, że muszę biegać szybko, żeby zacząć biegać szybko na zawodach. Szybko - czyli w tempie sporo poniżej 3:00/km, bo nawet rozbiegania na 3:40-3:30/km (a do takich prędkości czasami dochodzę) to nie jest mięśniowo praca specyficzna w stosunku do moich dystansów startowych.

Przystopowałem nieco siłę ogólną, wykonywaną w domu. Bo raz, że byłem przez nią mocno spięty, a dwa - wciąż trwa walka z wagą. W grudniu udało mi się skutecznie odstawić słodycze. Po tym, gdy minęło kilka tygodni i oczyściłem się z cukru, przestało mnie do nich ciągnąć. Nadrabiam miodem, ale nareszcie rzuciłem (na jakiś czas) nałóg czekoladowy. To spora ulga, tylko że waga wiele nie spadła. To już nie młodzieńczy metabolizm, kiedy mogłem jeść wszystko i waga ani drgnęła. Dopiero w ostatnich dniach poza odstawieniem słodyczy wziąłem się solidniej za inne elementy. Zrezygnowałem z obżerania się kabanosami w nocy, odstawiłem późne pierwsze, drugie i trzecie kolacje. Idę w dół, ale do pełni szczęścia jeszcze sporo brakuje. A ponieważ solidnie ćwiczyłem, nabrałem też mięśni. Miałem okresy fiksowania na różne partie mięśniowe, w tym na brzuch. W grudniu katowałem straszliwie brzuszki. Doczytałem, jak robić je prawidłowo, zakładam słuchawki z muzyką na uszy i rąbię. Bardzo przyjemna rutyna, prawie jak medytacja. Lubię robić ćwiczenia w długich seriach, wyłączając się psychicznie, więc w brzuszkach doszedłem do 400 na raz. Miałem plan dojść do 1000, ale na razie zrezygnowałem. Wiadomo, waga, plus w okresie startów halowych nieco luzuję z tego rodzaju pracą. Nie jest to może jakiś wielce naukowy sposób wykonywania ćwiczeń, ale u mnie chodzi o motywację. Pewnie zrobiłbym dużo więcej brzuszków w kilku seriach, ale mnie to nudzi. Jedna seria to jakieś wyzwanie, mam w czym się poprawiać i próbować wycisnąć więcej. Ale fakt faktem, że po 400 brzuszkach zakwasy trzymają kilka dni.

Solidnie trzaskałem też wspięcia na palce, wzmacniające łydki. To w ramach poprawy stanu achillesa, który tradycyjnie cały czas pobolewa. Boli mnie bez przerwy mniej więcej od 5 lat, więc trochę się przyzwyczaiłem, ale ciągle próbuję to zmienić. Wspięcia pomagały i od kilku miesięcy biegam bez żadnych wkładek, odciążających stopę. Teraz robię to znacznie rzadziej, ale jeszcze wrócę. Ostatnio zacząłem się też rozciągać i wałkować.

Podsumowując - trenuję solidnie, jestem względnie zmotywowany, ale daleki od formy startowej. Z naprawdę mocnym bieganiem czekam na koniec zimy. Spóźniłem się ze zgłoszeniem na halowe mistrzostwa Europy weteranów, więc ta impreza mi odpadła. Na mistrzostwa Polski seniorów mogę się nie złapać, bo nie mam minimum. Rozważam jeszcze mistrzostwa Polski weteranów, ale wszystkie te starty traktuję bardzo luzacko. Co będzie, to będzie. Natomiast na sezon letni kusi mnie znowu spróbowanie 5 km. Nie lubię treningu do tego dystansu i nie chce jeździć mi się na tartan, ale może spróbuję przygotować się w lesie. Zobaczymy. Wszystko dlatego, że biegi średnie znoszę coraz trudniej fizycznie. Po tym, gdy po starcie na 1km kaszlałem tydzień, a potem kolejne dwa umierałem na zapalenie zatok, doszedłem do wniosku, że coś tu nie gra. Dlatego chcę startować regularnie, ale dając sobie czas na odpoczynek i ostrożniej dobierając biegi. Średnie - znacznie rzadziej, szykując się raczej na pojedyncze strzały. Poza tym nie składam broni i myślę o bieganiu szybko, jeśli się da. Wiem, ile mi brakuje i co muszę zrobić, pozostaje kwestia tego, czy zdrowie pozwoli i czy motywacja pozostanie na odpowiednim poziomie. Fizycznie jestem w bardzo dobrym stanie, pomijając achillesa. A co z tego wycisnę - wkrótce zobaczymy. Nie ekscytuję się nadmiernie, wiem co robić i po prostu to robię.

Brzmi to może niezbyt entuzjastycznie, ale - panowie i panie! - mamy zimę, ciemność, depresję. Doświadczenie uczy, że trzeba to przetrwać na spokojnie i to próbuję robić. Czas na entuzjazm może jeszcze przyjdzie, na razie zostawiam to młodym blogerom, którzy bardzo się ekscytują własnym zimowym treningiem i własnymi zdjęciami. A propos zaś braku energii polecam dziś w kąciku dobrej poezji wiersza Paula Verlaine'a, o znamiennym tytule "Niemoc". Całkiem pasuje do moich przygotowań ; )


Jam Cesarstwo u schyłku wielkiego konania,
Które, patrząc, jak idą barbarzyńce białe,
Układa akrostychy wytworne, niedbałe,
Stylem złotym, gdzie niemoc sennych słońc się słania.

Duszy, samiutkiej, mdło aż w nudzie, co ochłania.
Skądciś tam wieści niosą walk olbrzymich chwałę.
O, nie móc, przez tę słabość, przez żądze tak małe,
O, nie chcieć zaznać tego falowania!

O, nie chcieć, o i nie móc umrzeć chociaż nieco!
Wszystko wypite! Ty tam, nie śmiej się z mych żali!
Wszystko, wszystko wypite! zjedzone! – Cóż dalej?

Tylko garść słabych wierszy, co ot w ogień lecą,
Tylko niewolnik nicpoń, co nie dba o pana,
Tylko ból jakiejś troski, co żre pierś, nieznana.
Kategoria: Trening 2018
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 06/02/2018, 02:37

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

Komentarze

Mikołaj Raczyński
06/02/2018, 16:22
#
Nie chcę być złośliwy, ale dobrze, że podkreśliłeś "aktualnie najlepszym męskim wynikiem w Polsce", bo Sofia pobiegła szybciej ;)

Marcin Nagórek
08/02/2018, 01:54
#
W bezpośrednim pojedynku bym ja ograł. Sam wiesz, że na 3 km w bezpośredniej rywalizacji jestem ciężki do ugryzienia ; )
Paweł Geo
11/02/2018, 17:10
#
Oglądałem fragment zawodów z Bostonu wczoraj na tvp.sport.pl. Czy to Ty Marcin komentowałeś?
Marcin Nagórek
12/02/2018, 03:29
#
Nie, Paweł, to nie ja.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Rock and Roll
Następny: Moja grupa
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Luty 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin