31
08/2017
23:02
Ostatni wpis blogowy był nieco pesymistyczny. Nie jest łatwo opowiadać o kryzysie i wynikach słabszych od oczekiwań. Było to dla mnie o tyle irytujące, że tej wiosny poświęciłem trochę czasu na bieganie w kolcach na tartanie, czego nie robiłem od lat. Dodatkowo sporym kosztem psychicznym zrzuciłem kilka kilogramów i czekałem na formę. A tu niespodzianka, formy nie było.

Na szczęście jest szansa, że to już za mną. Z początku się nie zapowiadało. Zrobiłem 10 dni zupełnie wolnych od biegania. Mało, ale musiałem zacząć się ruszać, żeby być w stanie używalności na lidze lekkoatletycznej, w której reprezentuję klub. Agros Zamość to klub, w którym biegam od 11 lat, znam niemal wszystkich działaczy, trenerów, związanych z klubem zawodników i po prostu głupio byłoby mi nie wystartować. Chociaż trzeba przyznać, że PZLA tradycyjnie utrudnia życie takim nieborakom jak ja, bo zawody ligowe odbywają się w Jeleniej Górze. Jak wiadomo, łatwiej dolecieć do Nowego Jorku niż dostać się w takie okolice Polski, ale cóż... Chce się biegać, trzeba jeździć.

10 sierpnia wyszedłem na pierwszy trening. Skromne dwa (sic!) kilometry, gimnastyka w lesie i dwa (sic!) kilometry powrotu. Straszliwie mi się nie chciało, co najdobitniej świadczy o rozmiarach kryzysu, który mnie dopadł. Zwykle bieganie to dla mnie pewien rytuał, nawet namiastka przyjemności, odkąd przeprowadziłem się w okolice leśne. Jeśli kompletnie nie mam chęci na wyjście, to znaczy, że jest źle. I tak, było źle. Przez pierwsze dwa tygodnie biegałem ciężko jak słoń. Na pewno nie pomogło, że w 10 dni przybrałem 5 kilogramów. Tak, pięć! Jedzenie tylko częściowo za to odpowiada, drugim elementem były intensywne ćwiczenia siłowe, które sprawiały, że wypełniałem się mięśniami jak balon powietrzem.

Podczas gdy cały świat biegowy, nawet amatorski, idzie w stronę profesjonalizacji, ja tradycyjnie odbywam podróż w drugim kierunku. Przed laty, kiedy nikt nie wiedział o tym, jak trenować, co jeść i co ze sobą ogólnie robić, próbowałem, jako biegacz w gruncie rzeczy amatorski, postępować mocno profesjonalnie. W tym mieściły się wyjazdy na długie obozy w góry, pomiary kwasu, staranne planowanie przygotowań i inne sztuki magiczne. Obecnie z dumą niosę kaganek absolutnego braku profesjonalizmu. Dzisiejsi amatorzy stosują profesjonalne diety, profesjonalne przyrządy do treningu, mierzą kwas, jeżdżą w góry, zakładają obcisłe podkolanówki, a każda sekunda ich życia jest podporządkowana wielkim celom, na przykład złamaniu 8 godzin w maratonie. U mnie poszło to w drugą stronę. Cały czas lubię biegać szybko, również na treningu, ścigam się na ile mogę, ale poza tym... bida z nędzą.

Moją dietę w ostatnim czasie można by pokazywać adeptom szkół żywienia jako przykład negatywny, czego nie należy robić. Ale proszę Was, czy to moja wina, że w Lidlu sprzedają tak dobre, solone chipsy, które uwielbiam pochłaniać po północy? No przecież jasne, że nie moja! Jest to niemiecki spisek mający na celu wyniszczenie witalnych sił narodu polskiego. I nie jest moją winą, że te chipsy najlepiej smakują z colą. Ostatnio wróciłem z Lidla z zapasem 14 (sic!) czekolad. Było to, jeśli dobrze liczę, trzy lub cztery dni temu. Żeby uspokoić sumienie, było w tym aż sześć czekolad gorzkich, które, jak wiadomo, uzupełniają straty magnezu i takie tam. Niestety, od tego czasu pochłonąłem już wszystkie mleczne, a z gorzkich - tylko jedną.


Profesjonaliści siedzą w górach, ja trenowałem nad polskim morzem: alkohol, kobiety, słońce, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej

W czasie licznych podróży stołuję się często w McDonaldzie i przyznam bez bicia, że po prostu lubię to żarcie. Jest możliwe, że to amerykański spisek mający na celu wiadomo co. Bardzo prawdopodobne, że genderowi szefowie owego krwiożerczego koncernu dodają do swych produktów jakieś substancje uzależniające, bo McRoyal działa na mnie jak światło lampki na ćmę wieczorową porą. Oczywiście nie cała moja dieta jest do niczego. Jem owoce sezonowe, np ostatnio borówki. Niestety, gorzej jest z warzywami, bo poza ogórkami i pomidorami mało co trawię. Wychodzę z założenia, że gdyby Bóg chciał, żebym jadł zielone, byłbym krową. Ja zaś jestem tylko skromnym buhajem.

Moje podstawowe założenie dietetyczne brzmi tak: nieważne co jesz, bo wszystko spalisz, jeśli będziesz trenował wystarczająco intensywnie. I tak też robię. Oczywiście, moje skromne 4-6-kilometrowe biegi były z początku wolne. Nie miałem problemu, żeby biegać na te 4:40-4:30/km, ale przyspieszyć... litości! Nadrabiałem za to ćwiczeniami, bo nawet w czasie formalnego roztrenowania katowałem się niemiłosiernie. Odkryłem, że mocno spadła mi siła mięśni brzucha i ładowałem na brzuch ile się da. Zaniedbałem rozciąganie, wałkować nie wałkowałem się wcale, ale ćwiczyłem mocno i intensywnie. Mięśnie odwdzięczyły się wzrostem. W ramach walki z nadwagą dużo też chodzę, tzn staram się jak najmniej używać samochodu. Na zakupy biorę plecak i wracam obładowany jak muł, ale nie jeżdżę.

16 sierpnia na rozbieganiu 3+3 km zanotowałem pierwszy kilometr poniżej 4:00/km. Cały czas śmigam na trudnym i piaszczystym crossie, więc te 4:00 to jest takie naprawdę porządne 4:00. Postanowiłem trenować zgodnie ze swoją naturą, a moja natura z niechęcią podchodzi do biegania dużo. Nudzi mnie to, jak pewnie większość czytelników pamięta. Dlatego w ciągu tego miesiąca tylko dwa razy przekroczyłem osiem kilometrów, w tym raz zrobiłem rozbieganie 10 km. Poza tym było to zwykle 6-8 km, zawsze dodatkowo rozbite na dwie części. 18 sierpnia w niemiłosiernym upale zrobiłem pierwsze crossowe depnięcie - najłatwiejszy kilometr mocno przyspieszałem i pokonałem go w 3 minuty i 21 sekund, omal nie schodząc na zawał serca. 22 sierpnia wykonałem pierwszy solidniejszy trening jakościowy - podbiegi 10x200 metrów. Jeśli okaże się, że moja forma będzie chociaż przyzwoita, wrzucę na bloga całość tych żenujących przygotowań.


Ostatnio jakoś obrzydło mi wrzucanie zdjęć na bloga. Raz, że nie mam swoich nowych zdjęć prawie w ogóle, a dwa - Amerykanie wszystko to kopiują na serwery i potem Zuckenberg pokazuje swoim dzieciom. Ale dla kronikarskiego obowiązku - tak wyglądam aktualnie, 75 kg żywej wagi. 1-2 kg juz zjechały.

Podsumowując - obżerałem się jak prosię, ćwiczyłem siłowo, biegałem wbrew wszelkim szkołom treningowym, a wszystko to w nadziei... nie, właściwie bez żadnej nadziei. Jakieś było więc moje zaskoczenie, kiedy w ostatnim tygodniu nagle zacząłem czuć się lepiej? Po miesiącach ociężałości nogi zaczęły nagle odzyskiwać sprężystość, i to mimo cały czas rekordowo wysokiej wagi. Ostatnio zaliczyłem kilka krótkich rozbiegań, gdzie swobodnie tupałem w tempie 4:00-3:45/km. Na crossie.

I tu duża uwaga a propos ścięgna achillesa. Po 2 latach opóźnienia do zestawu okrutnych ćwiczeń dodałem proponowane mi przez Footmana wspięcia na palce. Nie był to protokół Alfredsona ani innego amerykańskiego naukowca, tylko zwykłe niestandaryzowane wspięcia i opuszczania na schodku, ekscentryczne rozciągania. Stało się tak m.in. pod wpływem rozmowy z Adamem Kszczotem, który przyznał, że codziennie śmiga te ćwiczenia. No i w ogóle w sierpniu mało biegałem, a dużo ćwiczyłem, więc była okazja do włączenia. Wcześniej broniłem się przed tym, m.in. dlatego, że podczas wspięć achilles bolał jak cholera i miałem wrażenie, że mi to szkodzi. Teraz było z początku podobnie, straszliwy ból, ale też dziwna niemoc, bez asekuracji nie mogłem na jednej stopie wspiąć się na palce. Ostatnio byłem w bardzo złym stanie, bo nawet idąc, od miesięcy utykałem, nie wchodziłem na palce, co eliminowało mnie na przykład z tańca. Ile można znosić taki stan rzeczy?

No i stał się cud. Ćwiczenia, które mają pomóc po roku stosowania, u mnie zadziałały po trzech powtórzeniach ; ) Kiedy wspinałem się na palce, wszystko w stopie chrupało, zgrzytało, strzelało, straszliwe odgłosy wypłaszały leśną zwierzynę lepiej niż profesjonalna nagonka. Mam wrażenie, że raz, że przywracam sobie prawidłowy wzorzec ruchu i odblokowuję coś, co mogło być zablokowane, a dwa - przywracam prawidłowe napięcie. Odniosłem wrażenie, że po paru latach masowania, rozciągania, terapii, ucisków i wszelkiego możliwego znęcania się nad łydkami coś tam się rozregulowało i wspięcia to przywracają. Miałem z początku potężne zakwasy, ale co ciekawe, w innej części łydki niż w czasie biegania. W kompletnie innej, co rodzi różne interesujące hipotezy. Prawda jest jednak taka, że ścięgno nadal pobolewa, a ja biegam bardzo mało, nie dotykam kolców i ćwiczę w ogromnych ilościach. Zobaczymy po weekendzie, czy po starcie na tartanie będzie równie dobrze. Przeżyłem już różne cudowne ozdrowienia i prędzej czy później wszystko wracało do bolesnej normy.

Biegam więc i we wrześniu mam zamiar może nawet kilka razy wystartować na bieżni. Częściowo czuję się lepiej, ale waga wysoka, a do tego kompletnie nie mam pojęcia, jak zachowa się organizm przy zejściu na prędkości poniżej 2:40/km. Stosowałem żenująco krótkie i łatwe treningi, żadnej pracy specjalistycznej. Wydaje się, że jest lepiej niż w lipcu, ale kto wie, co będzie na startach. Moje zamęczenie było oczywistą sprawą mięśniową, stąd obecne treningi mają działać pobudzająco, a nie są długie, żeby nie przemęczyć tkanek wracających (mam nadzieję) do normalności. Roztrenowanie było zdecydowanie zbyt krótkie, bo potrzebuję miesiąca wolnego, żeby dojść do siebie, ale na razie nie mogłem sobie na to pozwolić. Co wyjdzie - zobaczymy. Minęły mi straszliwie dokuczliwe bóle piszczeli, takie łupanie kości, dokuczające wiosną. W niedzielę testowy start na 1500 metrów w Jeleniej Górze i jest bardzo możliwe, że to będzie bieg mocno taktyczny. To by mi odpowiadało na wstęp, wolne bieganie z szybszym finiszem, zamiast od razu rzucać mnie na maksymalne obroty. Czy sezon da się uratować? Trochę w to wątpię, ale piękno, a także okrucieństwo biegania na stadionie polega na tym, że jest się tak dobrym jak dobry był ostatni bieg. Jeden sensowny wynik i zapomina się o miesiącach wpadek. Ciśniemy więc, a chociaż mocno nieprofesjonalnie, to na pewno intensywnie.

Kategoria: Trening 2017
Komentarze: (14)
Zaktualizowano: 01/09/2017, 00:04

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Mateusz Piechnik
01/09/2017, 00:46
#
Hej hej
Nie narzekaj Marcin na wagę, szanuj ją i przekuj w Swoja siłę :)
Wiem co piszę. Po urlopie u Mamusi zdobyłem dodatkowe 3kg i co? Dzisiaj na treningu z waga 86kg zaliczyłem m.in, 150m w 19,7s i 200m w 26,2s. Była jeszcze rezerwa, a mimo to, to chyba najszybsze odcinki w tym roku. Na początku roku ważąc mniej miałem problemy ze złamaniem 30s na 200m.

Na początku sierpnia zaliczyłem epizod ze wspomnianym protokołem Alfredsona. Cztery dni ćwiczyłem zgodnie z zaleceniem 2 razy dziennie. Trzeciego dnia zaczęło solidnie boleć, czwartego ledwo chodziłem i musiałem przerwać trening w połowie.
Rzuciłem Alfredsona w cholerę. Wyszedłem z założenia, że skoro jestem w stanie biegać, to będę biega jak do tej pory, zamiast czekać pół roku na ewentualną poprawę. Na razie to się sprawdza, achillesy wytrzymują. Regularnie wałkuje i masuje łydki i ścięgna. Znamienne może być to, że od kwietnia, poza rozbieganiami, prawie w każdym treningu kilka akcentów jest w kolcach i przynajmniej 2-3 akcenty są mocne. Wygląda na to, że Achilles się przyzwyczaja, i tak wie, że dostanie po dupie, więc nie ma co straszyć na wyrost :)

We wrześniu masz sporo startów w Warszawie. Jest Warszawska Liga lekkoatletyczna na Orle i AWF-ie, 13.09 800m na Skrze, a 7 Października mistrzostwa na Mile na WF-ie.
Jarosław Jagieła
01/09/2017, 13:21
#
Marcin, styl w jaki opisujesz "problemy", "nieprofesjonalizm", i takie tam pokazują, że humor Cię nie opuszcza, a to już zalążek do naprawdę fajnego (takiego jak lubisz) biegania. Mam tylko nadzieję, że roztrenowanie zrobisz w październiku, wrócisz w listopadzie, a w grudniu spotkamy się w Toruniu na Halowych Drużynowych Mistrzostwach Polski Weteranów(17 grudnia). I w miłej atmosferze, przy "bezalkoholowym" ;), podsumujemy 2017 rok.
Maciej Gach
02/09/2017, 14:04
#
"Dzisiejsi amatorzy stosują profesjonalne diety, profesjonalne przyrządy do treningu, mierzą kwas, jeżdżą w góry, zakładają obcisłe podkolanówki, a każda sekunda ich życia jest podporządkowana wielkim celom, na przykład złamaniu 8 godzin w maratonie" :D
05/09/2017, 15:17
#
Przecież do Jeleniej Góry masz bezpośrednio Pendolino z Warszawy :) Samochodem też luz, oprócz ostatnich 50km cały czas autostrady.
05/09/2017, 20:42
#
Aaa, to to jest ta dieta, z której czerpiesz magnez, siarkę i krzem? Nie wspominałeś do tej pory o alko i kobietach --- one rzeczywiście wyrównują wszystkie niedobory! ;-)

Powodzenia w przekuwaniu masy w siłę!
08/09/2017, 16:06
#
Szanowni Panowie,
Żeby żwawo biegać w wieku zaawansowanym, trzeba zachować higienę w życiu codziennym (zarówno tę fizyczną, jak umysłową), albo dostać od Boga geny niezniszczalnego (zdarzają się takie rzadkie przypadki). Zachowanie higieny nie jest to łatwe gdy bieganie stanowi jedynie hobby, a na pierwszym planie jest rodzina i praca. Gdy bieganie przebija się na pierwszy plan, to zawsze jest to kosztem albo rodziny, albo pracy (albo jednego i drugiego).
Gdy higieny brakuje, wyniki lecą na łeb na szyję, bo jakość treningów musi spaść. Jeżeli próbujemy podtrzymać jakość treningów nie poświęcając obowiązków jw., wtedy pojawia się przemęczenie. Po przemęczeniu następuje przetrenowanie, kontuzja i wracamy do punktu wyjścia, czyli obniżonej jakości treningu.
Życie jest jakoś tak skonstruowane, że jest ciągłym pasmem wyborów.
Ale nie będę rozwijał tego tematu, bo dojdę do zagadnień światopoglądowo- metafizycznych. :-)
A z Alfredssonem,, to jest tak, że rzadko kto wykonuje te ćwiczenia prawidłowo. Prawdziwy protokół Alfredssona zakłada wyłącznie opuszczanie się na palcach. Wspinanie się na palce z obciążeniem to zupełnie inne ćwiczenie.
Jak widać po doświadczeniu Marcina chamskie wspięcia na palce są dobrym bodźcem dla mięśni, by nastąpiła w nich przebudowa umożliwiająca pozbycie się pewnych dolegliwości.
Krótko mówiąc, nie lubię treningu na siłowni, ale wiem, że im człowiek starszy, tym bardziej ta nudna siłownia mu sprzyja.
Marcin Nagórek
09/09/2017, 15:34
#
Hej, kilka odpowiedzi i uaktualnień!

Waga - zacząłem się pilnować, jakieś 1,5 tygodnia. Mam tego plusa, że przy normalnej diecie waga leci mi szybko. Dzisiaj rano 72,8 kg - 3 kg w dół. Bez specjalnego kombinowania, ale odstawiłem chipsy, colę i zredukowałem ilość czekolad do jednej dziennie ; )

Jelenia Góra - pendolino owszem, jeździ, ale raz, że drogie, a dwa - to i tak 5 godzin czy więcej podróży. Doliczając wyjście z domu i dotarcie do hotelu, pewnie dojdzie do 7. Ostatecznie nocowałem we Wrocławiu u jednego z czytelników bloga ; ) Pendolino wracałem. Na miejscu start bardzo nieszczególny, ale nie byłem specjalnie załamany. Tylko 4:09 na 1500m, ale to był bieg na punkty, a nie czas, wiedziałem, że wyżej niż 6 miejsce nie podskoczę, więc przyczaiłem się, na końcu minąłem dwóch rywali i byłem 7.

Alfredsson - no właśnie, poprawnie robione ćwiczenia to tylko opuszczanie się. Dlatego u mnie stawiam na inny mechanizm i przywrócenie prawidłowego napięcia mięśni to jedna z możliwości. Przypominam, że zmiana była już po kilku dniach. Na razie jest OK, to znaczy nadal boli i czuję, ale jest znośnie.

Co do biegania weterańskiego, to jestem przerażony i zaczynam szukać u siebie jakiejś choroby. Jestem straszliwie słaby, i nawet nie chodzi o formę, ale ogólne oddziaływanie treningu. W środę zrobiłem siłę biegową - niewiarygodnie lekka, właściwie lekkie dotknięcie (przy okazji wykręciłem znowu brutalnie kostkę, ale straty niewielkie, lekka opuchlizna, mogę biegać). Ponieważ w weekend chce biec stadion, w czwartek zrobiłem - uwaga - jedną 200-tkę na asfalcie pokonaną w 28 sekund. To był mój absolutny max, ledwo dociągnąłem do mety, przed nią 4x100m na rozgrzewkę. I puenta - jestem rozbity jak po maratonie. Zakwasy wszędzie, od łydek po barki, ale koszmarne jak przy grypie. Ledwo chodziłem, dzisiaj ciut lepiej, ale czuję, że do jutra nie dojdę do siebie. Jeśli to jest efekt wieku, to jest źle, bardzo źle...
14/09/2017, 19:37
#
Noooo, nieeee. Tak weterani się nie czują. :-)))
Myślę, że powinieneś zrobić sobie twardy reset- 2 miesiące bez trenowania. Okazjonalnie rower, basen, długi spacer, rano emerycka gimnastyka. Poza tym poprawiona higiena życia.
Po kilku tygodniach poczujesz chęć do treningu, a wtedy powoli wchodzić w trening łagodnie (co 2-3tygodnie) zwiększając objętość- 3x na tydzień, 4x, 5x, 6x... Mieszając trening tlenowy i szybkościowy wrócić do naturalnej dyspozycji.

Mam to przećwiczone. Przez dobre kilka lat trenowałem w tym schemacie i było super. U mnie roztrenowanie miało miejsce w lipcu i sierpniu (po MP Weteranów), we wrześniu zaczynałem się ruszać, październik i listopad były czasem na rozkręcenie organizmu, a od grudnia do końca kwietnia ostro orałem. Maj i czerwiec to szlif formy startowej. Koniec czerwca (lub początek lipca) start docelowy na MPW i znów dwa miechy laby.

Z jaką radością we wrześniu wracałem do treningu... :-)
Nie młodniejesz- trzeba się szanować. Roztrenowanie to regeneracja, a dobra regeneracja to podstawa sukcesu w treningu.
15/09/2017, 10:34
#
Marcin przecież nie jest żadnym weteranem, nie przesadzajmy, przecież to młodzieniaszek, dopiero 37 lat:)
Jestem pewien że na wiosnę forma wróci i znów będzie siał postrach wśród młodzieży na mityngach i zawodach. Z pewnością jakaś przerwa pomoże ale 2 miesiące bez biegania to przecież tak się nie da. No chyba że ktoś nie czerpie przyjemności z biegania i po prostu tego nie lubi, ale wtedy po co to wszystko.
19/09/2017, 20:58
#
mike, nie wiem ile masz lat i ile lat biegasz, ale to co napisałeś ma niewiele sensu:
"Z pewnością jakaś przerwa pomoże ale 2 miesiące bez biegania to przecież tak się nie da. No chyba że ktoś nie czerpie przyjemności z biegania i po prostu tego nie lubi, ale wtedy po co to wszystko."

Sprowadzając twoje rozumowanie do absurdu, można zaryzykować stwierdzenie, że jeżeli prawdziwie kochasz bieganie, to dlaczego robisz jakiekolwiek przerwy- powinieneś biegać od rana do nocy (a może i w nocy- lunatycy to najzagorzalsi chodziarze?). ;-)
A jak lubisz czekoladę, to powinieneś ją jeść do każdego posiłku.
Skoro kochasz swoje dziecko, to powinieneś non stop mu towarzyszyć.
itp. itd.

Zabawę w lekką atletykę zacząłem w 1982 roku, kiedy większość czytelników tego bloga nawet nie była w planach swoich rodziców, a autor bloga uczył się pierwszych słów chodząc z tetrową pieluchą między nogami. Biegam do dzisiaj bo bardzo to lubię. Ale nie mylmy pojęć- nadmiar przyjemności też szkodzi. :-)
Marcin Nagórek
20/09/2017, 00:25
#
Przerwa mi się przyda, ale dwóch miesięcy chyba rzeczywiście nie wytrzymam. Na pewno jednak chcę zrobić najdłuższe roztrenowanie od kilku lat, bo w tym roku jestem kompletnie zajechany mięśniowo. Regeneracja z tego stanu trochę potrwa. Chyba po raz pierwszy w życiu miałem kilka startów z rzędu, gdzie od pierwszych metrów czułem niemoc.

Na razie jeszcze biegam ostatnie mityngi i sprawdzam różne kombinacje treningowe. Pocieszające jest, że bieg na 1:57-1:59 metrów na 800 metrów jest dla mnie bardzo lekki mięśniowo, jak trening. To jest ciekawy rodzaj zmęczenia, kiedy nie może się szybciej, ale sam bieg nie robi na mnie wrażenia. Widać, że gdzieś tam pod powłoką drzemie jeszcze względnie mocny silnik ; )
28/09/2017, 11:21
#
Marcin,

Jako twój podopieczny czuję się w obowiązku pospieszyć z pomocą, a że nie chcę zanudzać słowną epistołą, ograniczę się do poniższego linku, który powinien wszystkie problemy rozwiązać błyskawicznie.

https://www.youtube.com/watch?v=M6wRnouGZFQ

P.S.
Podobno jest już w opracowaniu wersja Forte:)
29/09/2017, 14:55
#
Chciałem tylko napisać, że rozśmieszyłeś mnie do łez. Łączę się w bólu, ja również dobiłem do 74 i od środy jestem na diecie :D A tak mi wszystk strzyka, że chwilami myślę, że cały jestem połamany tylko to wszystko podtrzymują mi jeszcze mięśnie i duża dupa :D

Trzymaj się Nagor i do zobaczenia! :)
Marcin Nagórek
30/09/2017, 17:39
#
Śmiejecie się z cudzego nieszczęścia, Judasze? ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Odpoczynek weterana
Następny: Reset systemu
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin