14
06/2017
13:00
Po pierwszych kilku startach sezonu muszę przyznać sam przed sobą, że strategia, którą stosowałem w ostatnich miesiącach, kompletnie się nie sprawdziła. Dlatego po ostatnim biegu, który był pierwszym od dawna z bardzo dobrym samopoczuciem, a jednocześnie zakończył się słabym wynikiem, wycofałem się rakiem z treningu, który stosowałem od jesieni. Konkluzje, do których doszedłem, mogą być szczególnie cenne dla biegaczy w starszym wieku, którzy trenują bardzo intensywnie.

Przypomnijmy w skrócie: moim planem na 2017 było mocne bieganie dystansu 800 metrów i jak najmocniejsze wyśrubowanie własnego rekordu Polski weteranów. Przy okazji miałem nadzieję na poprawienie prastarej życiówki w biegu na 400 metrów, pochodzącej jeszcze z 2001 roku. W tym celu trenowałem w oparciu o bardzo wysokie prędkości odcinków i krótkie, intensywne jednostki. Wsparciem do tego była spora objętościowo ilość bardzo spokojnego biegania oraz siła biegowa i techniczna, wykonywana bardzo dynamicznie na krótkich odcinkach na podbiegu. Wiosną po raz pierwszy od kilku lat trenowałem na stadionie, biegając piekielnie mocne odcinki.

I co? Słabo. A nawet bardzo słabo. Rozczarowaniem był już pierwszy start na 400 metrów - 53 z dużym kawałkiem, i na dodatek naciągnięcie mięśnia. Nawet biorąc pod uwagę zmęczenie i wiatr, pokazało to jasno, że przy odrobinie szczęścia mogę dociągnąć do 51 sekund, ale nic więcej nie pójdzie. To częściowo waliło moją strategię, bo chciałem oprzeć mocne 800 metrów o mocne 400. Kolejne biegi były jeszcze gorsze. 800 metrów w 1:55,98 - może bez tragedii, ale rozczarowująco, do tego w mocnym biegu, przy kiepskim samopoczuciu. Potem 1500 merów w Radomiu, jeden z najsłabszych biegów w życiu - 4:03. A trzy dni później 1500 metrów w Łomży w 3:59.

Od pierwszego biegu na 400 metrów w treningu już tylko odpuszczałem. Były w tym dni takie jak regeneracyjne rozbieganie w tempie 5:30-6:00/km i sporo wolnego. Radom był wpadką, która wynikała z różnych pobocznych czynników, ale w Łomży po raz pierwszy od dawna czułem się bardzo dobrze mięśniowo. Dni odpoczynku przyniosły efekt i czułem się lekko. Zacząłem za mocno, ale nie było to tempo, które powinno mnie zniszczyć. Tymczasem położyłem ten bieg na ostatnich 400 metrach, gdzie zamiast przyspieszyć, zwolniłem. Łomża była ostatnim sygnałem, że muszę coś zmienić.

Mój pierwszy wniosek jest zbieżny z tym, co napisał jeden z czytelników w komentarzach: nie osiągnę sukcesu środkami, które przynosiły mi efekt 10 czy 15 lat temu. Niestety, czynnik wieku odgrywa coraz większą rolę. Okazało się, że w wieku prawie 37 lat nie daję rady znieść treningu, po którym doskonale biegałem jako 24-latek. Teoretycznie na co dzień ani nie czuję się źle, ani nie widzę spadku mocy, ale jednak okazało się, że agresywne akcenty, które kilkanaście lat temu mocno mnie podbijały, teraz tylko dobijają. Nieco depresyjnie zauważyłem, że blog powoli może stać się kroniką spadku mocy wynikającej z wieku. I niestety, spadek jest odczuwalny. A konkretniej - duża zmiana właściwości organizmu, widoczna na przestrzeni lat.

Trening, który ostatnio zrealizowałem, działał destrukcyjnie na dwóch polach. Po pierwsze, był ciężki sam w sobie i nie byłem w stanie odpowiednio się regenerować. Te krótkie, bardzo mocne akcenty nie dobijały mnie energetycznie czy mięśniowo, żebym czuł się ogólnie zmęczony, ale przy ekstremalnych wysiłkach startowych okazywało się, że jestem oklapnięty. To było działanie bezpośrednie, ale drugim czynnikiem było oddziaływanie pośrednie. Trening to zawsze sztuka wyboru. Jeśli coś się robi, to znaczy również, że nie robi się czego innego. Nie da się połączyć wszystkiego, trzeba wybierać. W momencie, gdy zacząłem biegać tak mocne i penetrujące mięśnie akcenty, musiałem zrezygnować ze sporej części treningu, który przynosił mi sukces w ostatnich latach. Poza potężnymi akcentami w ostatnich miesiącach biegałem tylko bardzo wolne rozbiegania. To, niestety, powodowało stopniowy spadek wytrzymałości tlenowej. Po tylu latach treningu trzymam pewien poziom wytrzymałości, ale nawet niewielkie wahnięcie okazuje się czynnikiem kluczowym, który przekłada się na te 5 czy 10 sekund różnicy w biegu na 1500 metrów.

Co jednak najważniejsze, to krótkie odcinki nie poprawiły mojej mocy beztlenowej ani szybkości. To jest największy szok i zaskoczenie. A równocześnie główny powód, dla którego moja forma poszła w dół. Bo ze spadkiem wytrzymałości się liczyłem, ale spodziewałem, że szybkość i moc beztlenowa ją zrekompensują. Tymczasem mimo wykonywania akcentów siły, szybkości i wytrzymałości specjalnej, wynik na 400 metrów nie tylko się nie poprawił, ale i pogorszył. Mówiąc inaczej: po intensywnym treningu siły i szybkości moja szybkość i siła się obniżyły! Oglądając nagranie z biegu na 1500 metrów w Łomży widziałem gościa, który ledwo się wybija, brakuje mu siły, ma słabą mechanikę ruchu. Tymczasem właśnie nad tymi cechami pracowałem i je chciałem poprawić.

Jest to sprawa, nad którą zastanawiałem się przez ostatni miesiąc. Doszedłem do wniosku, że właśnie tutaj wiek jest sprawą decydującą. Mięśnie nie były w stanie przyjąć dawki treningu, jaką dostały. Co więcej, odnoszę wrażenie, i jest to zbieżne z różnymi badaniami, że spadek mocy beztlenowej jest z wiekiem nieuchronny. Może to nawet nie sam wiek, co staż treningowy, zmieniający latami charakterystykę włókien mięśniowych. Kiedyś z treningu, jaki ostatnio wykonywałem, biegałem bardzo mocne 800 metrów. Słabszą wytrzymałość rekompensowałem siłą i mocą beztlenową. W praktyce oznacza to umiejętność wejścia na bardzo wysoki poziom kwasu mlekowego, przekraczający wielokrotnie wartości spoczynkowe. Teraz od wielu lat nie mierzę kwasu, ale już ostatnie pomiary przed laty pokazywały, że możliwe do osiągnięcia wartości maksymalne spadały. Finisz biegu średniego wyglądał u mnie kiedyś tak, że miałem już bardzo wysoki poziom kwasu, a ostatnia szarżą jeszcze go straszliwie podbijałem. Teraz nie jestem w stanie wejść na tak wysokie poziomy, a ponieważ równocześnie nieco osłabła ogólna wytrzymałość, wyniki spadły. Nie byłem w stanie zrekompensować spadku jednych parametrów wzrostem innych.

Niestety, konkluzja jest taka, że mocne bieganie oparte o same lub głównie odcinki to trening dla ludzi młodych. Wiele lat temu mogłem pobiec w tygodniu nawet pięć mocnych, szybkich jednostek i czuć się doskonale. Teraz po każdej jestem mięśniowo zmęczony i w kolejnych dniach biegam bardzo wolno. To pewna nauka dla wszystkich kolegów-weteranów, szczególnie trenujących do biegów średnich. Odcinki i siła, jeśli się pojawiają, muszą być tylko dodatkiem do treningu opartego o wytrzymałość, a nie dominującym elementem. Młody człowiek to zniesie, starszy nie bardzo.

Jedną z ciekawostek, potwierdzających te obserwacje, jest kwestia wagi. W moim przypadku masa ciała zawsze była dużo bardziej związana z treningiem niż dietą. Mogłem jeść cokolwiek, w ogromnych ilościach, i nigdy nie tyłem. Pod jednym warunkiem: że trening był dopasowany i działał na mnie mobilizująco, podbijająco. W młodszym wieku oznaczało to, że biegając odcinki bardzo mocno, przepalałem każdą ilość pożywienia. Byłem takim wysokoenergetycznym typem, z objawami podobnymi do nadczynności tarczycy - chudy, pobudzony, spałem relatywnie mało nawet przy wyczynowym treningu, biegałem bardzo szybko beztlenowe odcinki, generowałem potężne ilości kwasu mlekowego. Ostatnio jednak przy tym treningu zacząłem mieć problemy - waga nie chciała spadać. A to był dla mnie zawsze czynnik pokazujący, że coś jest nie tak. Co gorsza, trzymałem dietę, a waga była ciągle słaba, wystarczył dzień albo dwa gorszej dyscypliny i rosła o kilogram czy dwa. Można powiedzieć, że wskaźnikiem pasującego mi treningu jest masa ciała. Jeśli trenuję w sposób, który podbija mi formę, nie mam problemów z wagą, choćbym dziennie spożywał 5-6 tysięcy kilokalorii.

Po kilkunastu latach treningów zmieniło się to, że najlepszą wagę trzymam nie w treningu opartym o beztlenowe odcinki, ale o szybkie, tlenowe rozbiegania. To jest klucz do treningu, pokazujący zmianę metabolizmu, jaka zaszła w organizmie. Ostatnie problemy z wagą były dla mnie ostatecznym czynnikiem potwierdzającym, że nie tędy droga. Że skończył się dla mnie czas biegania bardzo mocnych odcinków na wysokim kwasie, organizm nie daje już rady, zmienił się. Żałuję, bo to w praktyce oznacza, że nie mam już szans na bardzo mocne bieganie 800 metrów. Jakieś pojedyncze strzały - owszem. Moim cichym celem było jednak, gdyby ten trening przyniósł sukces, pójście w niego jeszcze mocniej, z celem biegania 800 metrów nawet poniżej 1:50, nawet w okolicach życiówki z 2005 roku. Był to swego rodzaju test, czy mogę trenować tak intensywnie jak kiedyś, czy to ma sens. I nie, nie ma sensu. W wieku 37 lat muszę robić coś zupełnie innego i zupełnie inaczej. Można rzec, że to nic dziwnego, ale jednak czuję pewne rozczarowanie i zaskoczenie. Zna to chyba każdy, kto w w pewnym momencie zauważył, że jest słabszy niż był w wieku lat dwudziestu.

Od razu po starcie w Łomży wykonałem woltę, drastyczną zmianę treningu. Skoro przekonałem się, że to nie ma sensu, od razu zaakceptowałem wnioski. Wracam do przygotowania opartego o podobną podstawę co 1,5 roku temu, kiedy zaliczyłem bardzo dobry sezon w hali. Fundamentem mojej formy musi być dość wysoka wytrzymałość tlenowa, połączona z ogólną równowagą w treningu. Nie mogę wykonywać zbyt trudnych akcentów, po których długo się regeneruję. A jednocześnie bardzo dobrze reaguje nawet na codzienne, lekkie pobudzenie. Stąd trening, gdzie biegam mało, ale szybko. Ciekawostką jest, że w ostatnich miesiącach biegałem więcej niż wcześniej. Mocne odcinki próbowałem rekompensować dłuższymi, bardzo spokojnymi rozbieganiami. W porównaniu do treningu sprzed 1,5 roku wzrosła trochę łączna objętość i dość mocno ilość czasu spędzonego w biegu. Bo o ile wcześniej robiłem 10 km w 40 minut, tak teraz po akcentach wybiegiwałem 14 km w 65-70 minut.

To się jednak nie sprawdziło. Mój wniosek jest taki, że u szybkościowych zawodników z wieloletnim stażem łączna ilość spokojnego, wolnego biegania nie ma żadnego znaczenia dla wytrzymałości. Czy się biega 30 czy 130 kilometrów w tygodniu wolno, różnica jest minimalna. To już niczego nie zmienia. Natomiast kluczowa jest ilość dość szybkiego, tlenowego biegu. W moim przypadku dużo mocniejszy tlenowo jestem robiąc codziennie 40 minut szybko niż 70 minut wolno.

Pozostaje pytanie - czy zmiana treningu teraz ma sens? Wielu znajomych podpowiadało mi, że powinienem odpocząć, roztrenować się, zrobić dwa tygodnie wolnego. Sęk w tym, że nie mam wyjścia. Sezon trwa i w ciągu miesiąca zaliczę prawie wszystkie tegoroczne biegi. Jeśli wycofam się teraz, w praktyce oznacza to koniec sezonu i trening do przyszłego. Tego nie chcę. Mam też wrażenie, że u człowieka z 18-letnim stażem biegowym, takiego jak ja, zmiana przychodzi szybko. Nie czułem się ostatnio przetrenowany w sensie całkowitego zmęczenia i znużenia. Miałem raczej poczucie, że zbyt mocny czy jednostronny trening naruszył ogólną równowagę i stąd słabe wyniki. Czym jest bowiem wytrzymałość tlenowa u kogoś, kto biega od 18 lat? To nie jest kwestia zmiany struktury układu krwionośnego czy oddechowego, a bardziej przesunięcie bieżącej równowagi enzymatycznej w komórkach. A to, możliwe, że da się zrobić szybko. Po Łomży odpuściłem starty na 10 dni i w tym czasie codziennie biegam szybko. Ponieważ mięśniowo byłem wypoczęty, wszedłem od razu w bardzo szybkie rozbiegania. Ponownie jak 1,5 roku temu, działam w tym kierunku, że co drugi dzień biegnę akcent "steady" - czyli bieg tlenowy w równym tempie, a co drugi - pobudzenie biomechaniczne. Czyli przebieżki albo krótkie podbiegi, połączone z bardzo krótkim rozbieganiem, typu 3 + 3 km.

Ten co drugi dzień był biegany bardzo szybko, może nawet za szybko. Moje przygotowanie jest o tyle ciekawe, że nie robię właściwie żadnej rozgrzewki. Wychodzę z domu, idę spacerkiem 400 metrów do początku pętli biegowej i ruszam z kopyta. Może pierwsze kilkaset metrów jest ciut wolniejsze, ale nie jest to duża różnica. Zwykle już po 200 metrach wchodzę na obroty. Biegam w lekkich butach, szybkim rytmem i najmocniejszy kilometr przelotowy, jaki zanotowałem, po dość niesprzyjającej, piaszczystej nawierzchni, to 3:25. Biegnę tak 3 kilometry, dobiegam do podbiegu, gdzie wykonuję krótką gimnastykę. Potem kilka podbiegów, ze wstydem przyznam, że ostatnio dwukrotnie było to tylko 4x50 metrów. Mało, żeby nie skasować się mięśniowo w okresie startów. I 3 km szybkiego powrotu, a całość treningu zamyka się w 40 minutach. Co drugi dzień kręcę natomiast 40 minut biegu po pętli crossowej, w tempie 4:10-3:45/km. To luzackie treningi, na których czasami kilkukrotnie staję, gdy czuję, że przegiąłem z tempem. Zamiast zwolnić i truchtać, zatrzymuję się, łapię oddech i biegnę dalej. Działa to na mnie lepiej niż zwolnienie, rozluźniam mięśnie, co pomaga mi ze ścięgnem Achillesa.

Jest możliwe, że zmiany nie przyniosą efektu, bo jestem przemęczony i mam za sobą dość słabą zimę. Możliwe też, że to kwestia wieku i dlatego poziom biegowy spada. Cóż, zobaczymy. Należy jednak pamiętać, że mój trening musi spełniać jedną podstawową cechę: musi być praktyczny i wygodny. Utrzymanie motywacji do ścigania po 18 latach to nie jest prosta sprawa. Mój trening jest amatorski w tym sensie, że zależy w dużej mierze od nastroju, a dodatkowo nie jest wspierany przez tryb życia. Na blogu bardzo niewiele piszę o prywatnym życiu, woląc zachować tę sferę dla siebie. Tym niemniej uchylę rąbka tajemnicy: jednym z czynników, który od lat młodzieńczych wpływa na moją formę, jest zamiłowanie do literatury. Wielokrotnie zdarza mi się czytać interesującą książkę całą noc, podobnie ma moja mama. Potem w dzień jestem wrakiem, nawet gdy uda mi się odespać parę godzin. Czytam bardzo szybko, bardzo dużo, moja biblioteka liczy tysiące pozycji (większość to ebooki w Kindlu). Łykam wszystkie gatunki z wyjątkiem kryminałów i romansów, których kompletnie nie trawię - poza kryminałami J.K Rowling, które są kawałkiem bardzo solidnej prozy. Literatura piękna i klasyczna, literatura faktu, naukowa, science fiction i fantasy, poezja, wszystko i w tłumaczeniach, i językach oryginałów.

Analizując czyjś trening, trzeba brać takie sprawy pod uwagę. Od lat powtarzam, że pewnie mógłbym trenować skuteczniej, lepiej, bardziej się przykładać. Tylko że straciłbym motywację i frajdę z tego. Niedawno opowiadałem znajomemu anegdotkę, z której zdałem sobie sprawę lata temu. Otóż gdyby zjawił się przede mną Duch Święty i uroczyście oświadczył, że gwarantuje mi, że pobiegnę na 800 metrów 1:48, jeśli przez rok poświęcę się i będę trenował jak profesjonalista, z wyjazdami na obozy, dietą, regularnym trybem życia i tak dalej... powiedziałbym, że nie ma mowy. Ten etap mam dawno za sobą i z pewnym przerażeniem patrzę na chłopaków, którzy mają na karku grubo ponad 30-tkę, widać, że dawno szczyt formy za sobą, a nadal łudzą się, że zostaną mistrzami świata. I trenują profesjonalnie jak Bekele, ba, co ja gadam - bardziej profesjonalnie. Dieta, ćwiczenia, reżim, brak alkoholu i słodyczy, obozy, pomiary kwasu, tętna, testy, menadżerowie, kadra Polski i rozkminy, kto ma lepsze szkolenie, a kto gorsze. To kompletnie nie mój świat i tak bym nie mógł. Nawet gdyby obiecano mi 1:45 na 800 metrów czy 27 minut na dychę albo medal mistrzostw świata. Sportowcy się oburzą, ale dla mnie nawet taki medal olimpijski to niewiele znacząca błyskotka. Tzn doceniam, że ktoś to zdobył, poświęcał się i tak dalej, był w danym momencie najlepszy na świecie w swojej branży, ale nie niesie to dla mnie większej wartości duchowej. Obietnica jakiegokolwiek medalu nie jest dla mnie na tyle silną pokusą, żeby zmieniać coś w życiu, z którego jestem zadowolony. I nigdy w życiu nie byłem na tyle silnie zmotywowany, żeby porzucić dla sportu choćby książki; sypiać więcej i bardziej regularnie, ale kosztem rozwoju intelektualnego, duchowego albo towarzyskiego.

To trzeba wziąć pod uwagę. Pisałem już parę lat temu: próbuję trenować optymalnie, ale w ramach znanych mi ograniczeń. Trening, który opisuję wyżej, zarówno odcinki, jak i to, co robię teraz, czyli krótkie, szybkie biegi tlenowe, nie tylko działa na mnie pozytywnie, ale i ma wielkie zalety pozabiegowe: jest krótki, nieinwazyjny, mogę go odbębnić i szybko wrócić do domu. Godzina dziennie na trening jest dla mnie jak najbardziej do zrobienia, to wręcz rytuał. Ale więcej - łącznie z dojazdami gdzieś tam, żeby pobiec trening na stadionie i wyrwać tym samym trzy godziny z życia? Nie, to nie dla mnie. Mam za sobą, trenowałem tak kilka lat i obecnie nie zgodziłbym się na powtórkę za żadne skarby. Inaczej jest z zawodami - to przyjemność, wyjazd, gdzie mogę spotkać znajomych, pościgać się, nie stresować codzienną pracą. Piszę to kolejny raz, żeby uniknąć nieporozumień, gdy ktoś doradza mi, że mógłbym trenować bardziej tak czy tak. Pewnie, mógłbym, ale... po prostu mi się nie chce. Czynnik ludzkiego lenistwa i wygody to fakt niesłusznie pomijany w podręcznikach historii, który prowadził do przegranych bitew, zmian sojuszy i upadków imperiów. A co dopiero do słabszych wyników.

Tym niemniej - nadal się ścigam i nadal trenuję ostro, a niejednego młodego charta jeszcze pogonię ; )
Kategoria: Trening 2017
Komentarze: (24)
Zaktualizowano: 14/06/2017, 15:04

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Maciej Gach
14/06/2017, 18:15
#
Marcin opisujesz swój sezon jako totalną katastrofę, a ja sądzę że wyniki 1:55 na 800m i 3:59 na 1500m powinny być powodem do dumy. Chyba wymagasz od siebie zbyt wiele. Jestem przekonany, że jak odpoczniesz i wrócisz do sprawdzonego oraz mniej wyniszczającego treningu, to zdziałasz jeszcze wiele w tym roku. Pozdrawiam ;)
14/06/2017, 21:07
#
Trzeba zacząć śledzić trening Bernarda Lagata a nie Donovana Braziera. ;-)))

Nie jestem specjalistą od średnich dystansów ale zastanawiam się, czy jedyną przyczyną słabych wyników było wyłącznie przegięcie z szybkimi akcentami.
A może brakowało specyficznego treningu pod 800/1500m?
Mam wrażenie, że trenowałeś pod 400/800m, ale z ograniczonymi specyficznymi bodźcami pod 800m. Z takiego treningu nie mogło wyjść cokolwiek na 1500m. Jedyny start na 800m nie przyniósł wstydu. Wynik na 400m to może być splot braku świeżości i kontuzji w trakcie.

A może zaszło to, o czym Clyde Hart mówi: 'You put money in the bank when you train. To me, anaerobic is withdrawing money from the bank and aerobic is putting it back in'? (Warto zaznaczyć, że on tę regułę stosuje do młodych zawodników.) Może zbyt dużo beztlenu w połączeniu zaawansowanym PESELEM?

Mógłbym napisać, co dało dobry efekt w moim treningu pod 400m, ale nie wiem czy można szukać jakiś analogii? Po pierwsze- inny dystans docelowy, po drugie- mój PESEL jeszcze starszy. :-(

Nie ma co panikować. Forma z wiekiem nie spada w jakimś kosmicznym tempie. Zwykle rok po roku jest ok, a tąpnięcia następują w wyniku kontuzji lub zawirowań w życiu osobistym uniemożliwiających trening. Jeżeli w ubiegłym roku biegałeś 1'54/3'53, to w tym roku przy rozsądnym treningu nie powinno być gorzej. A przy odrobinie szczęścia może być lepiej. :-)
Mój apel: szukaj co dobrze ci robiło dwa lata temu, a nie 10 lat temu, a jak to wyczujesz, to nie podkręcaj, tylko staraj się utrzymać poziom obciążeń.

Wujek Dobra Rada
Mateusz Piechnik
15/06/2017, 02:10
#
Hej. To jeden z ciekawszych Twoich wpisów od dawna. Fajnie, że pokazałeś więcej "ludzkiej" twarzy ;) Na studiach dobijałem do 100 książek rocznie, obecnie 30-40 to moje realne czytanie. Celuje głównie w klasykę XIX i XXw. ale nie pogardzę czymś nowszym.
Sam będąc antytezą sportowca nie mam w zasadzie prawa doradzać. Nie stronie od alkoholu, o zgrozo zdarza mi się do tego alkoholu zapalić papierosa, jeśli towarzystwo jest palące. Wagi pilnuje niewiele, byle by nie przekraczała 85kg.
Treningi robię 3-4 w tygodniu max. z tego tylko 2 biegowe. Biegam bardzo mało objętościowo za to intensywnie w oparciu o krótkie odcinki sprinterskie lub wytrzymałości specjalnej. Rozbiegania ok 5-6km robię raz na tydzień albo rzadziej. Taki trening daje mi frajdę i póki co efekty.
Gdybym poczuł presje trenowania ciężej niż poziom radości z treningu, to pewnie bym odpuścił. Już 2 lata temu zajechałem się na rowerze, realizując za ciężki plan treningowy.
Ciekawe czy w Twoim wypadku Marcin decydującym elementem były same mocne akcenty sprinterskie czy ich objętość? Jak byś się czuł, gdyby było tego 40% mniej i inaczej wplecione w trening? Pewnie sam wiesz najlepiej, bo oceniając z boku nie da się powiedzieć nic konkretnego.

Ps. Rozmawialiśmy kiedyś o stadionie Orła. Nie jest to wcale taki dramat. Jest tam jeden trener z pasja, starszy wiekiem, ale młody duchem. Dołączyłem do jego grupy kilka tygodni temu. Trenuje tam raz w tygodniu w środę, razem z grupa młodzieży/dzieci i weteranem M60. W tym czasie jest też trening sekcji LA Polonii Warszawa. Jest spoko.
Arkadiusz Gołębiewski
15/06/2017, 08:26
#
Witam
Jestem w podobnym wieku jak Ty Marcin, mam 37 lat, trenuje bardzo amatorsko od kilku lat z przerwami i zauważyłem,a w zasadzie stwierdzam to samo co Ty w powyższym wpisie. W chwili obecnej jestem biegaczem, który przebiega dychę w 40 i parę minut. Biegając rozbiegania, nie wiedzieć czemu biegam je szybciej niż powinienem, tak mi się przynajmniej wydaje i jakoś cały czas jestem w gazie. Nie wiem czemu tak mam, ale jak spokojne biegi biegam szybciej, oczywiście nie czuje przy tym dyskomfortu, to czuje, że podbijam swoja formę, albo przynajmniej jej nie tracę, nawet w tych spokojnych biegach, często w środku treningu wplatam 1km szybszego biegu, takiego w tempie dychy, czasami nawet piątki. Te szybsze bieganie nie przeszkadza mi w niczym. Nie jestem przemęczony, a po każdym takim treningu mam ochotę na dalsze działanie związane z życiem i bieganiem.
Jednym słowem, po prostu utożsamiam się z powyższym wpisem.

Pozdrawiam,
Arek
Marcin Nagórek
15/06/2017, 13:20
#
Maciek - dzięki, ale wiesz, jak jest - jeśli się biegało szybciej, i to całkiem niedawno, to nie jest łatwo zaakceptować niższy poziom.

Mateusz - no właśnie, możemy tu się w ogóle zgodzić, że amator to jest ktoś, kto biega, bo chce, a wyczynowiec w jakiś sposób musi.

Arek - zobaczymy, co będzie po wprowadzeniu mocniejszych akcentów, bo tu czasami jest spora zmiana.

Fotman - tradycyjnie temat do dużego omówienia i niemożliwy do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Coś tam pod 1500 robiłem, śmignąłem raz akcent 600-500-400-300-200, biegałem całą zimę treningi typu 10x200m z przerwą w truchcie, regularnie ganiałem przełaje. Jest jednak możliwe, że zabrakło mi trochę treningu przejściowego. Sęk w tym, że to jednak też trochę kwestia wieku - kiedyś poza tymi najmocniejszymi akcentami byłem w stanie robić inne rodzaje treningu. Teraz pozostało mi tylko wolne bieganie, bo po dwóch akcentach tygodniowo byłem totalnie wypompowany. Kiedyś nakładałem akcenty, teraz nie, m.in. z powodu achillesa, ale nie tylko.

Z Hartem mam ten problem, że deklaracje to jedno, a praktyczne plany drugie. Jeśli obejrzy się jego treningi, to szybko okaże się, że tam zdecydowanie przeważa trening kwasowy, a czegoś takiego jak lekki trening tlenowy praktycznie nie ma. Raczej odbieram jego słowa w znaczeniu, żeby nie cisnąc i że on tak to rozumie - treningi beztlenowe jako te, które biega się na maxa, z dużą mobilizacją.

U mnie jest ciekawe, że prawie wszystkie życiówki korelują u mnie z wyjątkowo mocnymi akcentami. To było takie książkowe - gdy byłem gotowy na najmocniejsze akcenty w życiu, robiłem z tego najmocniejsze starty w życiu. Jest możliwe, że akcent jest wtedy tylko towarzyszem życiowej formy, ale kto wie, może jednak jej katalizatorem? Dzisiaj nie jestem w stanie powtórzyć swoich najmocniejszych akcentów w życiu. Nawet na tak prostym treningu jak 5x200m, gdzie przed życiówką na 800m ostatni odcinek zapaliłem w 24,0. Podobnie było przed życiówkami na 3 i 5 km.

Jedynym wyjątkiem jest 1500 metrów, gdzie w 2012 nie robiłem żadnej spektakularnej pracy tempowej. Tu też jednak są kwestie poboczne. Po pierwsze, byłem wtedy przygotowany dobrze wytrzymałościowo i sporo startowałem na różnych dystansach, od dychy do 800m - po tym dopiero trzasnąłem życiowe 1500. Po drugie, moje 1500 jest wyraźnie słabsze niż 800, więc nie wiadomo, czy w okresie życiowej formy na 800 nie pobiegłbym szybciej w idealnym biegu.

Kiedyś więc było tak, że będąc w dobrej formie, rąbałem zabójcze akcenty i po tym znakomite starty. Obecnie mam wrażenie, że mocne akcenty mnie dobijają. To nie jest jednostkowa obserwacja, bo rok temu miałem podobna historię, że gdy zrobiłem najmocniejsze od dawna 200-tki, biegnąc ostatnią w lesie w butach w 26 sekund, potem przyszedł bardzo kryzysowy start na 800, z fatalnym samopoczuciem. Albo ta historia z fatalnym 1:57 we wrześniu - na rozgrzewce pobiegłem z kolegą bardzo fajną 200-tkę, w 26 sekund, świetne samopoczucie. Pół godziny potem bieg i kompletne oklapnięcie, 29 było męczarnią. Natomiast moja dobra forma 1,5 roku temu przyszła w ogóle bez akcentów- tzn z podbiegami, ale bieganymi bardzo wolno, nie było tam żadnego biegania w tempie startowym lub mocniej.

A co do Braziera - masz rację, jego wywiady mnie zaciekawiły i zastanawiałem się, jak by to było trenować TYLKO na mocnych odcinkach : )
Jarosław Jagieła
15/06/2017, 14:28
#
Po lekturze kolejnego wpisu, aktualną pozostaje odpowiedź na pytanie: po co biegamy? Czego oczekujemy? Uważam, że trafnym jest stwierdzenie, że robimy to co chcemy, nie musimy, to co ma nam sprawiać radość a nie nakładać dodatkowe obciążenie. Oczywiście trudno pogodzić się z upływem czasu, spadkiem formy etc. Dlatego na poczet lepszego samopoczucia uważam, że w pewnym wieku warto KAŻDY nasz start nazywać "życiówką". Adekwatną do trybu życia z jego wszelkimi ograniczeniami, czy też determinowaną PESELEM. Nie oznacza to poddania się, wręcz przeciwnie, doświadczenie, i praca hartują nas a my stajemy się lepsi.
16/06/2017, 08:34
#
Oczywista oczywistość w temacie wieku i mocnych akcentów. Pomyśl jeszcze o innym temacie, czy ostatnie maratony, nawet w ślimaczym tempie, nie miały jakiegoś wpływu na sezon ;) Niby to tylko bieg po 4'/km, ale zawsze wchodzi w tyłek.
Arkadiusz Gołębiewski
16/06/2017, 09:53
#
O kurcze ciekawe jakie to mocne akcenty, lubię wyzwania, zwłaszcza, że zaraz koło domu mam "piękny" podbieg:), coś czuję, że wykorzystasz go na maksa:)
17/06/2017, 12:59
#
Trafna uwaga Suchego na temat biegania maratonów.

Z punktu widzenia biegania sprinterskiego bieganie jakichkolwiek biegów ciągłych należy do zestawu "grzechów głównych". Obowiązuje zasada, że człapanie zabija w mięśniach szybkość. Czterystumetrowcy pozwalają sobie na delikatne BC, ale tylko w okresie jesiennego wprowadzenia, na bardzo ograniczonym kilometrażu (zwykle nie więcej niż 6-8km).

W treningu polskich "długasów" zawsze raził mnie przerost objętości nad jakością. Mam wrażenie, że ten typ treningu powoduje nieumiejętność przyspieszenia w końcówce dystansu.

Konkludując: czy bieganie dystansów powyżej 1500m (i przygotowywanie się do nich) nie zabiło w Tobie bezpowrotnie pewnych zdolności szybkościowych?
19/06/2017, 18:00
#
Cześć Marcin!

Czytam Twojego bloga od kilku miesięcy i bardzo mnie zainteresował.
Fajnie jest poczytać o bieganiu z perspektywy zawodnika, który biega już 18 lat.

Ja z kolei zacząłem "biegać" w wieku, w którym Ty jesteś w tej chwili.
Był to dla mnie zupełnie nowy świat, którego nie znałem, bo nikt w rodzinie nie biegał.
Pierwszy rok, to było truchranie bez ładu i składu, bez zegarka, pulsometru
i w ogóle bez niczego. Po prostu dwie nogi, buty, koszulka i w drogę.

Spodobało mi się. Wystartowałem w zawodach na 10km, gdzie nabiegałem 58 minut.
Takim trybem dobiegłem do wyniku 53 minuty i się zatrzymałem.
Nie miałem pojęcia o treningu, regeneracji, suplementacji itp.
Kupiłem książkę Skarżyńskiego i trawiłem teorię przez pół roku.
Stopniowo zacząłem ją wdrażać.
Poprawiłem się i teraz biegam dychę w 47 minut.
Mam ochotę na 45 jeszcze w tym sezonie.

To co Ty opisujesz to jest zupełnie inny punkt widzenia.
Startowałeś z wysokiego poziomu i starałeś się go poprawiać, co jest znacznie trudniejsze.
Sam widzę, że poprawianie się z wyższego poziomu na jeszcze wyższy to jest wyzwanie.
Nigdy nie jestem pewien przed startem, na ile dokładnie mnie stać, bo jestem amatortem,
a jest za dużo zmiennych w tym równaniu, żeby je wszystkie poznać.
Jedno wiem na pewno: chodzi o zdrowie, dobrą zabawę i kontakt z innymi biegaczami.
To specyficzny świat, pełen różnych, często pozytywnie zakręconych ludzi.
Fajnie, że mają swoją pasję i poświęcają dla niej swój czas, swoje życie.

Tobie życzę wszystkiego dobrego w biegowym świecie i może faktycznie zmień coś,
żeby się zregenerować, choćby psychicznie.
Ja ze swojej strony polecam rower szosowy.
To niesamowita frajda pokonywać kilometry siłą własnych mięśni i szybciej niż podczas biegu!
Fajny odpoczynek dla ciała i ducha :)

Podoba mi się Twój styl pisania i język.
Widać, że jesteś oczytany i elokwentny.

Pozdrawiam, Darek
Marcin Nagórek
20/06/2017, 13:48
#
Darek - dzięki za miły post i pozdrawiam! Sprostuje tylko, że zaczynałem z wysokiego poziomu. Otóż zaczynałem od zera, ale od razu ambitnie i w bardzo mocnej grupie. Pierwszy rok treningu to była walka o życie i pierwsze trzy lata bardzo dynamiczny wzrost formy : )

Macie powyżej rację, że maratony wpływają na zmęczenie materiału i zdolności beztlenowe. Tym niemniej, po analizie objawów i konsultacjach z terapeutami myślę, że główny problem leży u mnie poza bieganiem. Po prostu godziny spędzane przed komputerem, czasami w dziwnej pozycji, z uciskiem na naczynia krwionośne i nerwy bardzo źle wpływają zarówno na ogólny stan nóg, jak i regenerację. Trenowanie ciężko w takich warunkach jest ryzykowne. Szukając odmiany chcę zmieniać głównie tutaj - częstsze przerwy od siedzenia, rozciąganie, wałkowanie, masowanie itd.

Ogólne samopoczucie mam bardzo dobre, ale z nogami ciągle słabo - dziwne nerwobóle, zakwasy, bóle piszczeli. Walka trwa ; )
21/06/2017, 13:47
#
Marcin, jak znajdziesz skuteczny sposób na zniwelowanie skutków godzin spędzanych na siedząco za biurkiem/przed komputerem to zamawiam "wpis dla freaków" na blogu.

Ja od kilku miesięcy pracuję przy "stojącym" biurku, polecam
Marcin Nagórek
21/06/2017, 15:25
#
Chyba nie ma skutecznego sposobu. Praca na stojąco też ma swoje wady. Ba, próbowałem pisania na leżąco i też wychodzi słabo. Generalnie wychodzi na to, że komputer jest nowym zabójcą ludzkości i dopóki nie będziemy bezpośrednio przez rdzeń podłączeni do internetu, nasze biegowe wyniki mogą być coraz słabsze ; )
24/06/2017, 21:49
#
Cześć Marcin!

Napisz proszę o swoich pierwszych treningach biegowych.
Biegałeś w klubie, na studiach?
Dla mnie świat klubowego biegania to jakieś misterium.
Jak to wyglądało u Ciebie w praktyce?
Biegałeś, bo lubiłeś, ktoś Cię zachęcił?

Ja po ponad pół roku zrobiłem wreszcie życiówkę na 5km.
Przypomniały mi się Twoje słowa na blogu o cierpieniu i bólu płuc.
Tak, było cierpienie, a płuca bolały po biegu.

Ale zastanawiam się, czy to boli psychika, czy fizyka (organizm)?
Nie jestem w stanie tego stwierdzić z całą pewnością.
W sumie ciężko jednoznacznie to przeanalizować, bo tak:
noga podawała, tętno rosło, zmęczenie rosło, nie wiem czy liniowo, czy wykładniczo.
Ostatni kilometr biegany najszybciej.

Ja mam tak, że boję się szybciej pobiec np. w początkowej/środkowej fazie biegu,
bo nie jestem pewien, czy starczy mi ochoty i sił na mocny finisz.
Starałem się nie spoglądać zbyt często na zegarek, bo to odciąga uwagę od biegu a skupia na kalkulacji.
Pozwalam nogom biec i w tym czasie walczę wewnętrznie z bólem, który niestety narasta.
Zauważyłem też, że jak patrzę optymistycznie na przebieg biegu, np.
już półmetek, będzie z górki, co tam jeszcze zostało 2 km, to ból jakby się zmniejszał i ochota na kontynuację wzrasta.
Wyprzedziłem kilka osób, to też jest fajne :)

Genralnie psychika w bieganiu jest mega ważna.
Każdy chyba musi ją okiełznać na swój sposób.

Teraz mam ochotę na 21 minut na 5km.
Trzeba podręcić tempo na trenigach...

Pozdrawiam, Darek
18/07/2017, 22:37
#
Żyjesz???
Wpisów brak, a wyniki z czerwca sugerują, że zamieniłeś się w biegowego zombie. ;-)))
Mateusz Piechnik
19/07/2017, 21:44
#
Spokojnie wakacje są. Kiedy zrobić "reset" jak nie w lipcu?
Ps. fotman jak poszło na MP Weteranów w Krakowie?
19/07/2017, 22:22
#
Na MP nie poszło bo nie pojechałem.
Też jestem w tym roku biegowym zombie.
Z tym, że u mnie to nie jest przetrenowanie, a niedotrenowanie.
Po kilku miesiącach przerwy w treningach (zbieg trzech czynników: kontuzja, remont gigant w domu, zmiana pracy- nieszczęścia chodzą stadami), dopiero od maja udało mi się wrócić do w miarę regularnego treningu 3-4x w tygodniu.
Po co pchać się na drugi koniec Polski żeby pobiec na byle jakim poziomie?
Trochę szkoda, bo to już drugi rok z rzędu, gdy nie startuję w MP. :-(

Ot, życie...
Marcin Nagórek
20/07/2017, 16:22
#
Jestem, jestem! Trenuję względnie normalnie, tylko ostatnio jestem kompletnie pozbawiony czasu, poza pracą i treningiem m.in. mam pod opieką psa do końca tygodnia. Trudno powiedzieć, w jakiej jestem formie. Od dłuższego czasu zbieram się na wpis i nawet pierwszy akapit od paru dni wisi mi nieopublikowany w adminie. Nie biegałem od 3 tygodni niczego mierzonego, trening siłowo-wytrzymałościowy o charakterze ogólnym.

W niedzielę jestem zgłoszony na MP seniorów, ale nie wiem, czy będę dopuszczony do startu, więc nie wiem, czy pojadę. W kolejny weekend jest Aarhus i mistrzostwa Europy weteranów. Na liście obok m.in. Artura Kerna, który broni tytułu, jest Hiszpan Alvaro Fernandez, kiedyś regularny uczestnik mityngów złotej ligi, z życiówką 3:32. W tym roku mam piąty wynik w stawce, a start dawno opłacony i potwierdzony. Głównie z powodu Aarhus nie robiłem roztrenowania i starałem się trzymać jakąś dyspozycję.
Mateusz Piechnik
21/07/2017, 00:02
#
fotman może w przyszłym roku wszystko "zagra" i wystartujesz z przytupem. Mam pewna analogię z moim rowerem. Od 2015r. nie startuje na MP Mastersów, a dwa lata temu miałem mocarstwowe plany i długofalowe budowanie formy :) cóż. Za to bieganie od początku roku daje mi super frajdę. Sam sobie wyznaczam limitu, to nic, że życiówka na 150m z treningu nic nie znaczy, ale pozytywnie motywuje mnie do dalszych, nadal chaotycznych treningów. Mimo, ze nie radzą sobie ani z waga, ani z dietą jakiś progres jest. Doszedłem do 13s na 100m i łamie 27 na 200. Rok zaczynałem z poziomu 14,50s i 30s. Wtedy miałem wrażenie, że szybciej się nie da, teraz odwrotnie jest pewność, że szybciej się da.
MP w Krakowie chyba poziomem nie były jakieś oszałamiające. Czasy w M35 na 400m wydaje mi się, że średnie, ciekawe, że wygrał Michał Bernardelli na swoim nie koronnym dystansie. Jeśli wszystko będzie ok w 2019r. planuje debiut na tej imprezie.

Marcin powodzenia w Danii. Biegnij na luzie, a nawet więcej puść wodzę fantazji i zaryzykuj, zaatakuj jak czasami robiłeś na krajowych zawodach.
Jarosław Jagieła
29/07/2017, 17:20
#
No to Marcin i Chłopaki już po biegu eliminacyjnym na 1500m. Ciekaw jestem z jakim rezultatem...
29/07/2017, 19:58
#
http://www.fidalservizi.it/risultati/2017/AArhus_2017/Gara053.htm

Awans z wynikiem. W finale trzeba będzie depnąć.
Powodzenia.
Jarosław Jagieła
30/07/2017, 15:23
#
Godzina 17-ta, Marcin i Artur w finale 1500m. Wielkich emocji!
fanga w nos
30/07/2017, 16:29
#
Jarek, wszystkie wyniki są tutaj: http://www.fidalservizi.it/risultati/2017/AArhus_2017/RESULTSBYEVENT1.htm
Praktycznie on-line. Niestety nie ma przekazu video. Przynajmniej ja nie znalazłem.
Jarosław Jagieła
30/07/2017, 18:16
#
Artur Kern Mistrzem Europy :) Marcin 6-ty. Gratulacje!

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Złe czasy
Następny: Odpoczynek weterana
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Wrzesień 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin