27
05/2017
22:13
Przyznam, że początek sezonu wygląda u mnie słabo. To spore zaskoczenie, bo w kwietniu i maju po raz pierwszy od kilku lat byłem w stanie machnąć kilka solidnych treningów na stadionie. Wydawało się, że zacznie się od dobrego biegania, a tu nie dość, że rozczarowanie, to jeszcze zmagam się z drobną kontuzją. Czy to już spadek wynikowy związany z wiekiem, czy tylko drobny falstart? Zobaczymy.

W maj wchodziłem nastawiony optymistycznie, bo po pierwszych treningach tempowych kolejne były dużo lepsze. Potrafiłem pobiec tak mocne odcinki jak 5x200 metrów w 26 sekund czy 400-300-200 metrów, gdzie pierwsze 400 metrów trzasnąłem w 53 sekundy. Wydawało się, że jest moc, ale pierwsze biegi pokazały, że jestem jakiś niewyraźny. Zacząłem nieco zabawowo, od startu w zawodach akademickich, które są tylko półpoważne. Na pierwszy ogień - skok wzwyż. Tu drobna dygresja - 17 lat temu na zawodach akademickich skoczyłem 175 centymetrów i zakładałem, że teraz przycisnę chociaż te 160. Ha, marzenia! Kompletnie zapomniałem, jak trzeba się ruszać, jak wykonać rozbieg, no i fatalnie spisywałem się nad poprzeczką. Do skoku wzwyż flopem trzeba się nauczyć odruchu odchylania głowy do tyłu w locie. U mnie głowa uparcie szła do przodu, co skutkuje obniżeniem tyłka i zawadzaniem nim o poprzeczkę. Dwa razy zdrowo przydzwoniłem plecami, zaliczyłem tylko 150 centymetrów. Lipa.

A dalej jeszcze gorzej: pobiegłem 200 metrów w 25,81. To straszliwie cienko, i to nawet po fatalnym wyjściu z bloków, który kompletnie mi nie wyszedł. Byłem tego dnia ociężały, jeszcze zmęczony po niedawnym treningu tempowym, dobity paroma skokami wzwyż, a do tego straszliwie obolały po trenowanych dwa dni wcześniej startach z bloków. To przygotowanie nic mi nie dało, bo wystartowałem jeszcze gorzej niż zwykle, a zakwasy w ramionach i tyłku trzymały mnie ponad tydzień...


Bardzo słaby start. Błędów jest taka wiele, że trudno wszystkie opisać, ale proszę zwrócić uwagę na jedno. Kolega z toru obok który sam nie jest wybitnym sprinterem, kończy już pierwszy krok, podczas gdy ja dopiero unoszę nogę. I będą ją unosił dalej, podczas gdy on wykona już dwa kroki...

Mimo wszystko ten pierwszy weekend traktowałem luźno, dlatego specjalnie się nie przejąłem. Ale drugi... Zacząłem od biegu na 800 metrów w Memoriale Szelesta w Warszawie. Od początku biegłem jak kloc, ciężko, bez polotu, nie mogąc wejść w rytm. Straszliwie żałuję, bo kto wie, czy to nie był najlepszy bieg, w którym mogłem biec w tym roku. Zwycięzca pobiegł 1:50 z małym kawałkiem, całość rozegrana jak po sznurku. A u mnie ani lekkości, ani rytmu, ani finiszu. Po 600 metrach w 1:25 mogłem jeszcze co nieco urwać, a tylko zwalniałem i na mecie słabe 1:55,98. Fakt, że było gorąco, do tego kompletnie rozbiła mnie alergia. Mam wrażenie, że tu jest coraz gorzej z roku na rok. W dzień biegu po raz pierwszy wziąłem tabletki na alergię, żeby ograniczyć kaszel i możliwe, że to też mnie uderzyło.

To jednak nie koniec kłopotów. Dzień później na kolejnych zawodach akademickich biegłem na 400 metrów. Na pierwszym wirażu zaczęło mnie coś szczypać w okolicach pachwiny. Ponieważ miałem na sobie nowe spodenki, pomyślałem, że to kawałek metki, ten zwyczajowy plastikowy element obecny w ubraniach. Wbiegłem na metę, zaglądam... nic! Naciągnąłem czy naderwałem przyczep mięśnia krawieckiego lub naprężacza - górna część uda z przodu. Kontuzja, która nigdy mi się nie przytrafiła, kompletna nowość. Do tego z gatunku tych, które brzmią dość poważnie. Byłem po tym weekendzie solidnie zdruzgotany. Może rzeczywiście zaczynam się robić zbyt zaawansowany wiekowo na takie mocne bieganie? Co gorsza, wizyta u fizjoterapeuty pokazała, że szarpnąłem w biegu całą miednicą i naciągnięte mam wszystko w okolicach. Boli udo z przodu, ciągnie mocno z tyłu i boku. No, litości! A to wszystko okupiłem bardzo słabym wynikiem na 400 metrów - 53,67. Co prawda w silnym wietrze, ale to i tak nędznie. To samo wcześniej pobiegłem na treningu.

Po tym weekendzie tak czy inaczej miałem zacząć luzowanie, a kontuzja tylko nasiliła ten proces. Zrobiłem całe trzy dni wolne, a potem dwa kolejne tylko lekkich rozruchów. To szarpnięcie miednicą mocno mnie zniszczyło - czułem, że całą lewa strona nie chodzi jak powinna. Nogi obolałe, spinająca się znowu łydka, stopa... Przechodzę to wciąż i wciąż, więc byłem mocno zdołowany. Dodajcie do tego dokuczliwy kaszel przez cały tydzień, zatkany alergicznie nos i w związku z tym słaby i krótki sen, a otrzymacie obraz nędzy i rozpaczy.

Co gorsza, normalnie odpuściłbym bez problemu, ale tym razem już w piątek miałem zaplanowany bieg dla uczelni na Akademickich Mistrzostwach Polski. Coś, czego nie mogłem zawalić. Ostatecznie musiałem skreślić zgłoszenie z planowych 1500 i 800 metrów oraz sztafety i pobiegłem tylko 3000 metrów, dzisiaj. Dlaczego? Bo noga wciąż nie jest do końca sprawna, a 3000 metrów dla punktów dla uczelni mogłem przebiec dość wolno, w równym tempie, bez szarpania. Tak też zrobiłem, chociaż było trochę przyspieszenia na finiszu - wykręciłem dzisiaj 8:48,35, w tym ostatni kilometr lekko poniżej 2:50. To jest słaby czas, finisz nie powalał, w biegu czułem się marnie, a rok temu pobiegłem 9 sekund szybciej, mimo tak samo dokuczliwego upału. Fakt, że byłem wtedy w mocniejszej serii, ale dzisiaj nie czułem, jakbym miał w nogach wielki zapas.


Jedyne, na czym jeszcze jako tako wyglądam - luźne przebieżki na dogrzanie

Mamy więc trochę słabą sytuację. Marne czasy na początek sezonu (na 800 metrów spodziewałem się solidnie poprawić własny rekord Polski weteranów, wynoszący 1:54,54), do tego upierdliwa kontuzja i ogólnie słabe samopoczucie. A wszystko to po zaskakująco mocnych treningach w ostatnich tygodniach. Co ciekawe, rozmawiałem dzisiaj z moim rówieśnikiem i odwiecznym rywalem, Michałem Bernardellim i u niego jest podobnie, tylko gorzej. Solidne przygotowania i duże rozczarowanie na początek. Z drugiej strony przyzwyczaiłem się, że od paru lat zaczynam starty dość słabo. Stare kości potrzebują czasu na rozruszanie. Kto więc wie, co przyniosą kolejne tygodnie. Przez cały czerwiec i końcówkę maja chcę robić to, co najczęściej przynosiło mi dobre efekty - odpuszczać, trenować bardzo lekko i startować. Bo optymistyczne w tym wszystkim pozostają nadal treningi, które wykonywałem w ostatnich tygodniach. Trzasnąć 53 sekundy na treningu na 400 metrów ostatnio zdarzało mi się w czasach, gdy regularnie biegałem co najmniej 1:52 na 800 metrów.

Treningowo nie było ostatnio wiele wartego opisania. Dwa raz w tygodniu chodziłem na stadion i biegałem mocne akcenty, poza tym tylko bardzo spokojne rozbiegania. Waga bez zmian, 71-72 kg. Szału nie ma, ale nie jest też źle. Pozostaje biegać swoje i zobaczyć, co przyniosą kolejne dni. Liczę, że nogi jeszcze dojdą do siebie, bo ostatnie tygodnie mogły być dla nich solidnym szokiem, po paru latach bez tak mocnego biegania na treningach.
Kategoria: Trening 2017
Komentarze: (13)
Zaktualizowano: 27/05/2017, 22:51

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Maciej Gach
28/05/2017, 17:41
#
:D Racja. Nie jestem wybitnym sprinterem. Ale miło było pobiec w serii razem z redaktorem Nagórkiem i wyprzedzić go ;)Życzę zdrowia, którego mi przez ostatni miesiąc też niestety brakuje
30/05/2017, 14:44
#
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

Obserwując Twój trening zawsze przypomina mi się to porzekadło. Powrót do treningu, który kiedyś Ci służył nie musi oznaczać sukcesu dzisiaj. Dzisiaj Twój organizm jest inny- zmieniony latami treningu (często, nazwijmy go- eksperymentalnego) i upływem czasu powodującym naturalne zmiany.

Trening quasi-sprinterski, który wdrożyłeś, jest bardzo obciążający dla organizmu. Może przesadziłeś z akcentami? Ewidentnie jesteś przetrenowany.
Marcin Nagórek
30/05/2017, 20:57
#
Na pewno obciąża, ale czy to przetrenowanie? Nie ma twardych sygnałów. Waga i apetyt bez zmian, dobrze śpię, tętna nie mierzę, ale nie odczuwam zmian. Co więcej, ten rodzaj treningu lubię i mi się podoba, znacznie bardziej od biegania więcej. Liczę, że to tylko chwilowe przytłumienie i szybko minie.

Gorzej,że możliwe, że kasuje mnie upał i związane z tym alergie. Tu widzę pewien schemat od paru lat. Na hali biegam nieźle, bo jest inny sezon i wchodzę w starty prawie od zera, bez przygotowania tempowego. A latem gdy robi się ciepło, momentalnie słabnę. I to jest tak drastyczne, że ogólnie jestem oklapnięty. Nie ma tak, że zaczynam mocno i słabnę, tylko od pierwszego kroku ledwo żyję. Zima po starcie biegam energicznie, czuję się fajnie, latem po starcie jestem wrakiem.

W weekend zaatakuje prawdopodobnie 1500m i zobaczymy, jakie zmiany. Możliwe, że po prostu 800 metrów przychodzi mi już z trudem, niezależnie od tego, co robię. Coraz bardziej doceniam różnych mocnych biegaczy mastersów, którzy biegają na wysokim poziomie po 20-30 lat, jak Lagat. To naprawdę nie jest łatwe.
03/06/2017, 21:33
#
Z tymi rekordami dla poszczególnych kategorii wiekowych to chyba jest tak, że wydają się one łatwe do pobicia jeżeli patrzysz na nie z perspektywy młodszego zawodnika. Jeżeli osiąga się już ten wiek to nie jest tak prosto. Trzeba dobrej formy i dużo szczęścia. Sam chodzę w dużo niższej lidze niż Ty ale też widzę, że wiek ma swoje prawa. W zeszła niedzielę byłem czternasty w open na ponad sześciuset biegaczy w zawodach na dychę w potwornym upale. Zrobiłem to bez jakiegoś specjalnego treningu bo jakoś nie mam na takowego ochoty. W poniedziałek pobiegłem jeszcze długie rozbieganie na dobitkę (Twoja szkoła). Zmęczenie czułem jeszcze do wczoraj. Za tydzień biegnę połówkę ale nie będę dobijał się jakimiś akcentami, robię tylko luźne rozbiegania żeby się zregenerować.
W każdym razie mocno trzymam kciuki, żeby Ci trening zaskoczył, forma wróciła i trzasnął jeszcze parę rekordów w M35. Bo jak nie Ty to kto by miał to zrobić?
Marcin Nagórek
05/06/2017, 15:22
#
Piotr - bardzo możliwe, że masz rację. Sam się zastanawiam, na ile spadek formy wynika u mnie z różnych potknięć, zmian trybu życia, a na ile to po prostu wiek. Tym bardziej, że obserwuję moich rówieśników, każdy ma inne wytłumaczenie, ale generalnie forma u nich też się obniża. Jest możliwe, że blog przyjmie niedługo w większym stopniu kronikę nieuchronnej walki ze spadkiem formy wynikającej z wieku. A tak czy inaczej pogodziłem się z tym, że będę biegał co najwyżej przeciętnie, ewentualnie z pojedynczymi, ciut mocniejszymi strzałami.

Jedyne, co mnie martwi i daje do myślenia, to kwestia zdrowia. Widzę od dwóch lat, że na hali biegam lepiej niż na stadionie. Rozważałem, że to związane z konkretnym treningiem, ale teraz podejrzewam, że raczej nasilające się alergie. W tym roku robiłem na hali i teraz niemal to samo, ale gdy przychodzi połowa maja, czerwiec, robię się ogólnie straszliwie słaby, nie mogę spać, mimo tabletek.

W tej chwili mam więc dwie główne koncepcje, które sprawdzam - spadek formy wynikający z wieku lub spadek wynikający z problemów zdrowotnych (co może być ze sobą związane). Plus jako wątek poboczny fakt, że mogłem się rzeczywiście przetrenować na tych mocnych odcinkach. A z drugiej strony - w poprzednich latach tez miałem bardzo słabe sezony letnie, niezależnie od tego, co robiłem w przygotowaniach. Na razie w niedzielę zaliczyłem praktycznie najgorsze 1500 metrów w życiu. Był tam pewne problemy pozabiegowe, spróbuję je wyeliminować i w środę powtórka. Jeśli będzie to samo, to znaczy, że jest bardzo słabo.
Mateusz Piechnik
08/06/2017, 09:56
#
Tak śledząc uważnie od pół roku Twój blog wydaje mi się, że fotman może mieć racje z przetrenowaniem.

Jesteś osoba wybitnie wytrenowaną nie tylko jak na Swój wiek, jednak sporo zmieniłeś w treningu, a te mocne akcenty typowo sprinterskie, których nie robiłeś w poprzednich latach regularnie mogą być dla twojego organizmy dużym obciążeniem. Zwróć uwagę, ze ważysz 71-72kg i mocne odcinki mogą dawać tobie, mówiąc kolokwialnie "mocniej w kość" niż 84kg klocowi jak ja i takie treningi musisz dłużej odchorować, ewentualnie dać sobie więcej czasu na adaptacje/regeneracje. Problemy z alergia na pewno nie pomagają.
Te 200m załatwiłeś sobie chyba właśnie skokiem wzwyż. Próbowałem kiedyś skakać i w dal i w wzwyż i są to mimo krótkiego nabiegu bardzo energochłonne konkurencji. Moment wybicia zabiera mnóstwo energii z mięśni. Czytając Twoja relację wygląda to tak jakby nie starczyło Ci już siły na 200m po skakaniu.

Ps. to moje intuicyjne przemyślenia, nie mam wiedzy aby napisać to jako tezę.

Pozdrawiam Mateusz
Mateusz Piechnik
09/06/2017, 09:58
#
Ps. 20.06 debiutuje na 800m

Czy warto coś dołożyć do treningu, który teraz bardziej przypomina ten dla 400m? Może zmienić jeden na jakieś 3 x 500m, czy ma to sens? Obecnie nie biegam dłuższych odcinków niż 300m.
Dla jasności, nie chce iść w stronę 800m, tylko 1-2 treningami przed zawodami trochę podkręcić moje możliwości na tym dystansie.
Sama szybkość trochę się ruszyła. 300m biegam aktualnie w 42,7s, 200 w 27,1s

Marcin Nagórek
11/06/2017, 14:47
#
Ja się technicznie zgadzam z Footmanem, tzn czuję, że ten rodzaj treningu zamiast mnie podbudować, mocno skasował. Jedynie sprzeczam się co do nazwy, bo przetrenowanie to stan permanentny i bardzo poważny, a aż tak źle chyba nie jest. Będę na dniach, może nawet dzisiaj robił wpis na ten temat. Od 3 dni zmieniłem sposób biegania, bo na ostatnim starcie czułem się wypoczęty mięśniowo, a pobiegłem słabo. To jest jednak ten rodzaj przygotowania, który sprawdzał mi się tylko do 25 roku życia. Mając 37, muszę niestety oprzeć się o wytrzymałość i pogodzić z tym, że na 800 m nie będę już nigdy szybki.

Co do twojego 800 - jeśli wcześniej nic nie biegałeś, to raczej bym już nie kombinował. Jest ryzyko, że mocne odcinki Cię skasują, a wytrzymałości tlenowej i tak nie zbudujesz w tak krótkim czasie. A podstawą tego typu dystansów jest właśnie wytrzymałość. Czyli jeśli wcześniej nie zostałeś wytrenowany pod biegi średnie, to w ostatnich dniach nic już nie poprawisz, a możesz zaszkodzić.
Mateusz Piechnik
15/06/2017, 02:16
#
I tego będę się trzymał :) Kolejna osiemsetka zapowiada się we wrześniu i przed tamtą będę mógł pokombinować. Dzieki.
Mateusz Piechnik
22/06/2017, 15:39
#
No i debiut na 800m zaliczony. Bałem się tego dystansu, a tu się okazało, ze jest super zabawa. Bardzo podoba mi się bezpośrednia rywalizacja, bliskość przeciwnika, walka ramie w ramię.
Czas 2:21 raczej do annałów lekkiej atletyki nie przejdzie, ale będzie co poprawiać. Pierwsze koło w ok 65s zapowiadało lepszy czas na mecie, ale z planowanego ataku na 250m do mety nic nie wyszło. Głowa się zbuntowała, zabrakło wytrzymałości tlenowej i mocno ruszyłem dopiero ostatnie 100m.

Jest dużo nowej wiedzy o swoim organizmie. Np. 3 dni odpoczynku przed biegiem zamiast mnie odświeżyć trochę uśpiło. Na przebieżkach w trakcie rozgrzewki byłem bardzo wolny. Myślę, że dużo lepiej czuł bym się robiąc dzień wcześniej 3-4 żwawe przebieżki ok 150-200m.
Przy mojej budowie i typie treningu mogłem pobiec szybciej pierwsze koło, te 65s było na sporym luzie. Nawet biegnąc ok 62, na drugim nie zwolnił bym raczej bardziej niż to miało miejsce. Na mecie czułem się nieźle, już po ok minucie truchtałem, wiec możliwe, że pobiegłem asekuracyjnie, sam nie wiem.

Następna okazja do 800 dopiero we wrześniu. Powinienem być lepiej przygotowany. Hej
Marcin Nagórek
23/06/2017, 01:44
#
Mateusz, lekkie pobudzenie dzień przed ma sens. Kiedyś stosowałem to regularnie, dopóki nie zbuntował mi się achilles i teraz mocno odpuszczam głównie z tego względu. W najlepszych sezonach często dzień przed startem robiłem sprinty typu 5x60m lub 4x100 metrów. Czasami wręcz lekki sprint pod górkę. Teraz stosuję, ale 2-3 dni przed, lekką siłę biegową, w butach i na miękkim. To wszystko analogia do pobudzenia siłowego, które stosuje wielu sprinterów, nawet w dniu startu. Jedyne zastrzeżenie - do sprintów musisz być przyzwyczajony, bo inaczej skasują Ci kompletnie mięśnie ; ) Swego czasu takie pobudzenie robiłem nawet bezpośrednio po akcencie, kilka minut po.

Swoją droga, jak zaczynam o tym pisać, to przypominam sobie, że to mógł być jeden z elementów mojego sukcesu, który wypadł w momencie, gdy pogorszył mi się achilles. Przed wieloma ważnymi biegami robiłem coś takiego. Przed życiówką na 800 m byłem przeziębiony, zrobiłem dwa dni wolne, a dzień przed startem pobudzenie - w terenie 4x120m na maxa, na długiej przerwie. I kolejnego dnia biegłem na niesamowitym luzie.

Niedawno rozmawiałem o tym z kumplem - często po akcentach tłukłem maksymalne pobudzenie mięśnia, np hopy, sprinty pod górkę lub skipy. W celu mobilizacji włókien.
Mateusz Piechnik
24/06/2017, 00:31
#
Następnym razem tego właśnie spróbuje.
Achillesy to jest to czego bije się najbardziej. Kiedy wróciłem do biegania na ulicy w zeszłym roku miałem problem z łydkami, jakieś napięcie mięśnia brzuchatego lub płaszczkowatego łydki. To minęło po serii samodzielnych masaży (kilka lat masowałem zawodowo)i przede wszystkim kiedy przestawiłem się na krótkie dystanse, czyli w marcu 2017r. Natomiast dość szybko zaczął mnie pobolewać lewy achilles, nisko tuż nad piętą.
Przed każdym treningiem rozmasowanie + solidna ok 40min rozgrzewka i biegam tak od 3 miesięcy. Po odcinkach leśnych, nawet w kolcach jest znośnie, najgorzej po sprintach na maxa na tartanie. Następnego dnia rano lewy achilles sztywny, a prawy odczuwalny.

Te 800m skasował mnie zupełnie, chyba na granicy kontuzji. Następnego dnia ledwo chodziłem. Fakt, że ważę dużo i od lat nie biegłem w kolcach na 100% odcinka dłuższego niż 300m pewnie miał znaczenia. Masaż tym razem niewiele pomógł, chyba poradzę się lekarza sportowego.

Do sprintów powoli się przyzwyczajam. W sumie biorąc pod uwagę całą objętość treningu, to maksymalnych odcinków jest dość dużo. Z uwagi na tego achillesa boje się natomiast startu z bloków, niby próbuje, ale wychodzi to sztywno i z rezerwą. Pan z M60 z którym trenuje rusza dynamiczniej ode mnie.

Na wrzesień planuje starty na 400m na Warszawskiej Lidzi Lekkoatletycznej. Może do tego czasu uporam się z ta dolegliwością.
Marcin Nagórek
24/06/2017, 15:35
#
Wygląda na to, że masz dokładnie to, co ja. Ból tuż nad piętą, w okolicach przyczepów, później często połączony z obrzękiem i narastaniem tkanki. Nie ma cudów, to jest właśnie efekt siedzącego trybu życia i napięcia całego tylnego pasma. U mnie doświadczenie pokazuje, że podstawą w trzymaniu tego pod kontrolą jest rozciąganie. Ale i tak czasami to nie pomaga, po każdym biegu kuśtykam i tak jest od lat.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin