13
10/2016
09:40
Poznański maraton był dla mnie w tym roku trudnym doświadczeniem. Solidny kryzys na trasie, potężne cierpienie, kompletny brak ochoty do walki... To tak w skrócie. Zaczęło się o tyle niekorzystnie, że waga skoczyła do rekordowego poziomu. Pisałem, że sporo ją zbiłem. Niestety, w ostatnich trzech dniach zacząłem ładowanie węglowodanami i mięśnie chłonęły tak wściekle, że na czczo rano w dniu startu osiągnąłem swój rekord: 75,5 kg. To oznacza, że wieczorem mógłbym mieć nawet 77-78 kg. Nigdy w życiu nie widziałem na wadze więcej niż 76 kg o żadnej porze dnia i nocy i mam nadzieję, że tego uniknę. Rekord jednak stał się faktem, a główną winę ponosi tu solidny trening siłowy i rozbudowanie mięśni górnej części ciała. Widać to na zdjęciach, gdy porówna się mnie z poprzednimi latami, szczególnie 2008-2012. Tematowi wagi możliwe, że poświęcę jeden z kolejnych wpisów, nawiązałem do niego także w listopadowym felietonie do Magazynu "Bieganie".


To zdjęcie jest najlepszym komentarzem do biegu: "Co ja tu robię, przecież mogłem w tym czasie sączyć na plaży drinka w barze"

Stanąłem na stracie nieźle doładowany, ale miałem jeszcze nadzieję, że to wcale nie posłuży na moją niekorzyść. W przeszłości padałem w maratonach mięśniowo, a teraz pod tym względem byłem mocny jak nigdy. Stąd tylko krok do wniosku, że może jestem cięższy, może bez specyficznego treningu, ale jest szansa, że będę szedł jak czołg w równym, niezbyt mocnym tempie.

Niestety, to się kompletnie nie sprawdziło. Za słabość mięśniową w długich biegach odpowiada u mnie po prostu rodzaj talentu, bardziej nakierowany na krótsze dystanse, a nie bezpośrednia siła mięśni. Długodystansowy trening może to trochę zmienić, stępić, ale nie da się z charta zrobić konia pociągowego. Od pierwszego kilometra w Poznaniu czułem, że jest słabo. Wpadliśmy z Mezo na start dość późno, zanim przeszliśmy Targi, spotkaliśmy się z moim tatą i bratem, którzy mieli zabrać rzeczy, a potem z kolegą Jacka, minęło koszmarnie dużo czasu. Rozgrzewkę zaczęliśmy dopiero 10 minut przed startem. Potruchtaliśmy kilkaset metrów, zrobiliśmy dwie przebieżki - i na start. Byłem ociężały i spowolniony, ale miałem nadzieję, że do pewnego stopnia to kwestia dogrzania się. Sęk w tym, że od roku nie biegałem w ogóle po asfalcie i każdy krok na tej nawierzchni był dla mnie ciężki. Rok temu mi nie przeszkodziło, ale byłem lżejszy i lepiej przygotowany długodystansowo.

Pierwszy kilometr w 3:53 i nie czułem mocy. Co gorsza, od początku pojawił się problem w stopie. Na trasie było mokro, mnóstwo kałuż, padał lekki deszcz. Moje startówki to sama siateczka i błyskawicznie przemoczyłem stopy. Możliwe, że za luźno zasznurowałem buty, może kwestia skarpetek czy nieprzyzwyczajenia do tych warunków, ale właściwie od pierwszego kilometra czułem, że mokra skarpetka ociera mi od spodu stopę - możliwe, że się podwinęła. Przez 20 kilometrów biłem się z myślami czy nie stanąć i nie spróbować tego poprawić. W końcu tego nie zrobiłem - chciałem zaliczyć w końcu bieg bez przystanków, bo w każdej edycji coś się działo - a to żołądek, a to coś innego. Nie miałem zresztą pewności, czy tu cokolwiek pomoże. Jednak od samego początku miałem w sobie fatalistyczne przekonanie, że idzie słabo i prawdopodobnie nie ukończę tego maratonu. Gdzieś w okolicach trzeciego kilometra zaczął się pojawiać odcisk, piekł przy każdym kroku, a to tylko wbijało mnie w coraz bardziej ponury nastrój.

Mimo wszystko biegłem i to biegłem relatywnie szybko. Czułem, że to jest na siłę, ale pomyślałem, że nie mam nic do stracenia i najwyżej padnę. Nie chciało mi się robić kolejnego startu na 2:45-2:44, wolałem zaryzykować. Pierwsze 5 kilometrów dość spokojnie, w tempie na 2:41, a potem podczas zbiegu przyspieszyłem i ruszyłem mocno do przodu. 10 km miałem w 38:02, tempo na wynik 2:39, czyli na życiówkę. Od początku biegło się ciężko, ale to samopoczucie właściwie się nie zmieniało i miałem nadzieję, że może będzie tak samo do końca. Ha, ha...


Co mam robić? Cisnę, bo czemu nie?

W pewnym momencie dołączyłem do grupy biegnącej z Izą Parszczyńską. Wytrwałem z nimi ok. 10 kilometrów, ale na 19. kilometrze lekki podbieg sprawił, że zacząłem zostawać. To był zresztą kolejny sygnał, że jest słabo, na podbiegach mocno zwalniałem. W okolicach połówki - pokonana w 1:21:10 - znajomy podał mi butelkę z colą. I tu szybka dygresja: chyba znalazłem swój napój na maraton. Piłem colę kilkukrotnie, zjadłem tylko jeden żel, drugi na sam koniec (i trzy bezpośrednio po biegu). Z żołądkiem było OK, mimo relatywnie szybkiego tempa. Żołądkowo był to mój najlepszy maraton, mimo że piłem dużo zimnej wody. Żałuję, że miałem tak mało coli, bo za każdym razem mnie podbijała i kolejne kilometry wychodziły szybciej. Czyli - na coli mogę biegać!

Teoretycznie jeszcze na 25 km miałem dobry międzyczas, bo cisnąłem, ale już po połowie widziałem, że nic z tego nie będzie. Czułem się zbyt słabo. Chyba na 17-18 km był spory podbieg, który też kompletnie mnie złamał. Biegłem siłą rozpędu, ale przed trzydziestym kilometrem zwalniałem już coraz mocniej. Zaczął się pechowy odcinek trasy - biegłem sam od pół godziny, a akurat trafił się przeciwny wiatr i zaczął padać deszcz. Wiatr nie był jakoś powalająco silny, ale chlapał mi deszczem w twarz, co doprowadzało mnie do furii. Niewiele widziałem, do tego zrobiło mi się zimno. Na tym etapie miałem już dość, poddałem bieg fizycznie, ale i psychicznie. Nie zszedłem tylko dlatego, że tempo jeszcze wyglądało sensownie i spodziewałem się, że dowiozę chociaż te 2:45. Ale tu się przeliczyłem.

Podbieg na 33-34 kilometrze. Koszmar. Deszcz, wiatr i podbieg to było dla mnie za wiele. Zaczęła się prawdziwa ściana energetyczno-mięśniowa. Pod górę tempo spadło mi do 4:30/km i w tym momencie, gdyby było blisko do mety, nie wahałbym się nawet sekundy, żeby dać sobie spokój. Na szczycie podbiegu stanąłem i przemyślałem opcje. Na wynik nie ma szans. Obejrzałem się do tyłu, czy może dogania mnie Mezo - podłączyłbym się do nich. Jeszcze nie. Do mety daleko, nie znam drogi, nie dojdę. Zostało jedyne wyjście - biec dalej. Ruszyłem truchcikiem. Tempo mniej więcej na 4:15/km, ale czułem się coraz bardziej słaby, więc zrobiłem jeszcze 2-3 przerwy w spacerku. Mezo doszedł mnie z grupą  na 38. kilometrze, kiedy miałem już kompletnie dość całej tej imprezy i zastanawiałem się, po jaką cholerę w ogóle biegnę maraton, którego nawet nie lubię. Chłopaki krzyknęli do mnie, żebym leciał z nimi, ale nie zdecydowałem się. Puściłem ich, a gdy odbiegli na jakieś 50 metrów, zmieniłem zdanie, pomyślałem: "A czemu nie?". Ruszyłem przebieżką, dogoniłem i kolejne dwa kilometry pokonaliśmy razem. Niestety, oni podkręcali końcówkę, a ja słabłem. Pojawiły się natrętne myśli, po co się tak męczyć na wynik 10 minut wolniejszy niż życiówka? Na czterdziestym puściłem ich i postanowiłem dobiec truchtem. Miałem dość. Po drodze wrąbałem jeszcze garść czekolady na punkcie.


Cisnę ostatni kilometr - trucht trudniejszy od szybkiego biegu

Zabawne, że bieg w wolnym tempie wydawał mi się trudniejszy od szybszego. Biegnąc szybciej, wchodziłem lekko na palce i odciążałem uda, które miałem kompletnie zabite. Zresztą ciężkość w udach czułem od pierwszego kilometra, a im dalej, tym gorzej. Szybszy bieg wymagał jednak psychicznej mobilizacji, a ja poddałem ten maraton psychicznie po 30. kilometrze. I, właściwie, nie miałem i nie mam wyrzutów sumienia. W momencie, gdy zobaczyłem, że nie mam cienia szansy na życiówkę i nie będę w stanie szarpnąć końcówki, straciłem wszelką motywację. Nie ukrywam, że była to ściana, mięśniowo byłem kompletnie skasowany... ale gdyby to był bieg na dobry wynik, byłem w stanie się zmusić do tempa 4:00/km, a może i mocniej. Tak zresztą biegłem w szarpanym rytmie - najpierw spacer i kilometr w 4:52, potem podłączenie do grupy i dwa kilometry poniżej 4:00/km. Potem znowu trucht. W tym momencie po prostu było mi obojętne, czy pobiegnę 2:45, 2:50 czy 2:55. Chciałem tylko jak najszybciej dostać się na metę, wykąpać, wysuszyć i położyć.

Na mecie wynik 2:50:02. Stan mojej demobilizacji najlepiej oddaje fakt, że dobrze widziałem na ostatniej prostej, że mogę złamać te 2:50, dobrze wiedziałem, że mogę wyprzedzić biegacza, który wyprzedził mnie na końcówce, ale było mi to kompletnie obojętne. Obraziłem się na ten maraton. Pamiętajmy o pęcherzu, potem dwóch, na obu stopach (mokrych!) od spodu. 38 kilometrów z palącą stopą to było dla mnie za dużo. Tym bardziej, gdy na co dzień trenuję, nie przekraczając w treningu 45 minut. Jestem trochę wygodny, nie biegam w deszczu, nie biegam w kiepskiej pogodzie - no trzeba mieć jakieś własne standardy. Unikanie pewnych nieprzyjemnych sytuacji powoduje, że uprawiam ten sport od 17 lat, zwykle dość intensywnie i nadal mi się nie nudzi. Wiadomo, że czasami trzeba pocierpieć, czasami jest się obolałym, ale staram się nie popadać w skrajności. Są typy heroiczne, które biegają w każdych warunkach i mobilizują się hasłami, że nie straszny im deszcz czy mróz. Słaby wynik to dla nich tragedia, niewykonany trening - żałoba. Tylko że typy heroiczne zwykle umierają młodo. Moją słabą stroną jest to, co jest równocześnie mocną - niechęć do przesadzania, ogólna kalkulacja, spokój. Mogę pocierpieć i powalczyć, gdy widzę, po co to robię. Ale żeby tak ciągle i na co dzień? Nie, to za dużo. Dlatego w maratonie szybko zaakceptowałem, że to nie mój dzień, pogodziłem się z tym i nie zszedłem z trasy najpierw dla zasady, potem już tylko z braku możliwości.


Niebieski dywan na mecie

Dużym błędem było założenie, że wyższa masa mięśniowa mi w czymkolwiek pomoże. Tak źle nie zniosłem maratonu od paru lat, a może nigdy. Mięśnie kompletnie skasowane, zakwasy w lewym czwórgłowcu (widać nierównomierne rozłożenie, to noga, gdzie boli achilles) trzymają do dzisiaj. Ścięgno na tyle obolałe, że przez pierwsze dwa dni prawie nie mogłem chodzić. Zupełnie inna sytuacja była u Jacka "Mezo". On przed maratonem miał rekordowo niską wagę, był przygotowany i strzelił znakomity wynik. 2:48:32, a była w tym rezerwa - końcówki nie cisnął, bo bał się skurczu, czuł napięcie mięśni. Jacek przed maratonem zaliczył życiówkę w połówce, czuł się doskonale i miał parę mocnych treningów. Było to też dla niego odbudowanie się po bolesnym biegu na wiosnę w Gdańsku. Ja odwrotnie - ostatnio najgorsze w historii wyniki, na 800 metrów, wcześniej na 10 kilometrów, słabiutko na 1500 metrów. Do tego przeziębienie przed biegiem, no i brak specjalnego przygotowania, planowany trening maratoński wypadł wraz z przeziębieniem.

Równocześnie nadal podtrzymuję to, co pisałem wcześniej - samopoczucie ogólne na bardzo wysokim poziomie. Wyższa waga i wyższa masa mięśniowa sprzyjają mi na co dzień, chociaż są niekorzystne w bieganiu, szczególnie długich dystansach. Wczoraj zrobiłem badania krwi i wyniki wyszły fantastyczne - tak dobrych nie miałem nigdy. Wysokie parametry związane z żelazem - hemoglobina 15,2 to mój rekord. Bardzo wysoki poziom testosteronu, co jest zwykle słabą stroną długodystansowców i związane z niską wagą i niską masą mięśniową. Wszystko gra, fizycznie czuję się bardzo dobrze. Miałem okres pewnej demobilizacji, ale tu pojawia się odpowiedź na pytanie - po co biegłem ten maraton? Otóż takie skasowanie się raz do roku jest dla mnie zdrowe i odświeżające. Upewniam się, że nie lubię maratonów i nabieram nowej ochoty na ściganie na krótkich dystansach. Tę zajawkę trzeba regularnie podtrzymywać. Po całym sezonie startów, w którym były momenty "high" oraz "low", miałem trochę dość krótkiego biegania. Tak jest co roku, jestem trochę zmęczony wysoką intensywnością tych wyścigów i ich nieuchronną powtarzalnością. Po maratonie za każdym razem uświadamiam sobie, że lubię te krótkie, diabelnie intensywne bieganie, nie dłuższe niż 5 kilometrów, a w szczególności biegi średnie. Maraton jest dla mnie resetem, przedefiniowaniem i psychiczną odskocznią. Pobiegałem, pocierpiałem, przebiczowałem się i teraz znowu czuję się gotowy na krótki, intensywny trening.


Ja i Jacek na mecie

Kategoria: Starty 2016
Komentarze: (6)
Zaktualizowano: 13/10/2016, 11:15

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

20/10/2016, 10:03
#
Czy uczeń przerasta mistrza?
Marcin Nagórek
24/10/2016, 20:17
#
W maratonie - całkiem możliwe. Na krótszych się nie dam ; )
30/10/2016, 21:55
#
Panie Marcinie,

Przepraszam, że tutaj ale może Pan będzie miał jakąś teorię na wytłumaczenie poniższego zjawiska. Mianowicie - wraz ze stażem treningowym (3 lata) tętno spokojnych biegów rośnie. A tętno mierzone na szybkich odcinkach spada, mimo że one są coraz szybsze. Mam 33 lata - biega rekreacyjnie (3,4,5 razy z tyg.), czasami wplatam szybsze odcinki. Zawody sporadycznie - dla sprawdzenia formy.

Przykład:
rok 2014 spokojny bieg tempem 6min/km = tętno 130
odcinki kilometrowe w tempie 4:30min/km = tętno 170
zawody na 5km = 25min
rok 2016 spokojny bieg tempem 6min/km = tętno 140
odcinki kilometrowe w tempie 3:55min/km = tętno 160
zawody na 5km = 20min

Szybsze bieganie jest okej jeżeli chodzi o samopoczucie ale spokojne fatalnie. Miał Pan może podobne doświadczenia z jakimś podopiecznym? Jak to wytłumaczyć?
Marcin Nagórek
31/10/2016, 18:15
#
Od razu nasuwa się proste wyjaśnienie. Wzmogło się napięcie mięśniowe i mobilizacja szybszych włókien. Przy niskiej prędkości jest aktywne więcej włókien niż kiedyś lub o innym charakterze, co powoduje wyższe tętno. Ale równocześnie ta większa aktywność włókien odpowiada za wyższą ekonomię biegu przy wyższych prędkościach, co powoduje spadek tętna. Ustawiałbym trening w kierunku takim, jaki moje plany szybkościowe, bo to wskaźnik bycia bardziej szybkościowcem niż wytrzymałościowcem.

Równocześnie nie rozumiem, po jaką cholerę jest w ogóle ten pomiar tętna? Ten przykład dobrze pokazuje jego słabości. Mnie nigdy w treningu nie interesuje tętno. Interesuje mnie wynik na zawodach. Zawodnicy trenują, żeby biegać szybko, a nie po to, żeby mieć niskie tętno. U Ciebie wynik na zawodach jest prawdopodobnie dużo lepszy, więc jaki problem w tętnie?
01/11/2016, 21:05
#
Problemem nie jest tętno. Ono tylko obrazuje to, że muszę biegać coraz wolniej rozbiegania (aby nie przesadzić - zresztą już mało brakuje). Logiczne dla mnie jest, że wraz ze wzrostem wytrenowania (a pokazują to wyniki na zawodach) powinienem biegać szybciej biegi spokojne. A ja muszę biegać coraz wolniej, co ciężko znosi moja psychika. To jest problem!

Co z tym napięciem mięśniowym? Czy ustawienie treningu pod szybkościowca może zmniejszyć napięcie? Taki byłby tego cel? Bo nie wiem czy powinienem zwracać na to uwagę... Dzięki!
Marcin Nagórek
02/11/2016, 20:45
#
No właśnie sek w tym, że niczego nie musisz. Nie mierz tętna, biegaj szybciej i od razu poczujesz się lepiej.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Jesienny maraton
Następny: Falstart
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin