13
10/2015
08:18
Maraton w Poznaniu zaliczony! Czas na mecie - 2:43:58. Jest lekki niedosyt, bo liczyłem na ciut szybciej, ale w gruncie rzeczy jestem zadowolony. Od początku biegłem nieco wolniej od zamierzeń, ale dramaturgię wyścigu kompletnie zmieniła przymusowa przerwa na 19. kilometrze.



Zanim przejdziemy do opisu zmagań na trasie, krótki rys sytuacyjny. W poniedziałek w tygodniu przed biegiem poszedłem na pierwsze zajęcia kursu tańca. Nie było innej możliwości, zaczynał się wraz z początkiem października, a miękkie rytmiczne ruchy to coś, co sprawia memu ciału duży ból. Zakwasy trzymały mnie do czwartku - przede wszystkim dwugłowce i łydki. Kolejne zajęcia miałem wczoraj, dzień po maratonie, dałem radę

Ponieważ nogi bolały mnie tak, że nie byłem w stanie biegać, ograniczyłem trening bardziej niż zakładałem. W ostatnie pięć dni przed maratonem przebiegłem jedynie 14 kilometrów. Zrobiłem 8 km w środę, w tym 5 km w okolicach tempa startowego  oraz skromne 6 km w piątek. Wtorek, czwartek i sobota - wolne. W dzień startu zjadłem dość późne i solidne śniadanie, co mogło mieć wpływ na późniejsze samopoczucie. Jednak żołądkowo od paru dni nie czułem się powalająco, mimo że starałem się coraz bardziej pilnować diety i w ostatnich dniach nie jeść niczego ciężkiego ani ryzykownego.

Jeszcze dwa tygodnie temu prognozy mówiły, że będzie + 19 stopni i bałem się, że w Poznaniu będzie za ciepło. Treningi robiłem w ciepłym ubraniu, żeby nie stracić adaptacji do wyższej temperatury, którą nabyłem latem. Sytuacja zaczęła zmieniać się w ostatnim tygodniu. Nadeszło arktyczne powietrze i nagle prognozowana odczuwalna temperatura na starcie spadła do... minus siedmiu stopni! To znacznie lepiej niż upał, sam o to prosiłem, ale jednak litości, nie przesadzajmy ze skrajnościami. Moje wymarzone warunki to + 10 stopni, sucho, bezwietrznie. W Poznaniu, gdy jechaliśmy taksówką na start, licznik pokazywał minus 3 stopnie, do tego przenikliwy wiatr. Po rozgrzewce nadal byłem soplem lodu, dłoni i stóp nie czułem w ogóle. Do tego trochę nie dogadałem się z bratem, musiałem skrócić rozgrzewkę i rozbierać się w pośpiechu, żeby zdążyć na start. Ale cóż, pierwsze koty za płoty, samopoczucie było poza tym w porządku. Może bez szału, ale w porządku.


Lecimy - tu po 28 km

Już pierwsze kilometry pokazały, że na bardzo szybki bieg nie można liczyć. Wiatr był odczuwalny, ale na szczęście znalazłem bardzo fajną grupę, z częścią dziewczyn z czołówki. Biegliśmy nieco wolniej od założeń, ale pasowało mi to. Wcześniej jednak drobny incydent. Nie dość, że start był nieco nerwowy, to chwilę później wywrotka. Wysoka, szczupła Ukrainka z czołówki zabiegła mi drogę, zbiegając z boku do środka tłumu. Parę kroków walczyłem z zaburzeniem rytmu, myślałem, że nic się nie stanie, ale w końcu nie udało się. Próbowałem minąć ją z prawej, nasze stopy zderzyły się w locie. Ona upadła, ja podparłem się dłonią o asfalt. Wstaliśmy szybko, zdawkowe przeprosiny i lecimy dalej swoje, ale adrenalina była już na nieco wyższym poziomie.

Nieco niepokojąco odczuwałem sztywność mięśni nóg, ale to chyba efekt zimna. Pod sobą miałem po prostu dwie zmarznięte, nieczułe kłody. Mimo to pierwsze kilkanaście kilometrów minęło gładko. Tempo kontrolowane, oddech na luzie, truchcik, kolejne kilometry średnio w 3:52/km, z lekkimi odchyłami w jedną lub drugą stronę. Trzymałem się z tyłu grupy, poza zasięgiem latających wszędzie nóg wysokiej Ukrainki, która nadal biegła blisko. I tylko jedna rzecz była niepokojąca - cały czas uczucie dyskomfortu w żołądku. Po starcie wypiłem koncentrat Enervitu, ale potem czułem, że nie wmuszę w siebie nic więcej. Piłem tylko wodę na każdym punkcie (lodowata!), ale nie poprawiało to sytuacji - wręcz pogarszało.

Żołądek dokuczał mi właściwie na każdym maratonie, w jakim brałem udział. Nie pomagają diety, zmiany odżywek, spokojne tempo. Bywało gorzej, gdy musiałem spacerować do mety, bywało lepiej, gdy dawałem radę biec. Dochodzę do wniosku, że problemem dla mnie jest samo utrzymywanie długo dość szybkiego tempa. Bo podobne historie zdarzały mi się na treningach, szczególnie na biegach ciągłych. Najlepiej było w sezonach, gdy regularnie biegałem długie dystanse na ulicy, ale nawet wtedy zdarzały się wpadki. Najwyraźniej nie mam żołądka długodystansowca i  jest to jedna z przyczyn, dla której nawet nie próbuję biec maratonu szybciej. W Poznaniu uczucie dyskomfortu narastało do tego stopnia, że na 20 kilometrze zdecydowałem się na skręt do toalety. Ba, jaka tam toaleta! Na zakręcie zauważyłem miły oku zagajnik i tam skierowałem swe pospieszne kroki. Opuściłem grupę, z którą tak dobrze mi się biegło, załatwiłem, co trzeba i wróciłem na trasę.


Zdejmuje rękawiczki na 16 km

Ten incydent kompletnie zmienił dla mnie dramaturgię rywalizacji. Do tego momentu biegłem spokojnie, wyłączony psychicznie, ze sporą grupką, w pełni komfortowo. Prognozowany czas na półmetku wynosił 1:21 z kawałkiem i zakładałem, że jeśli wszystko zagra, ruszę mocno końcówkę. Na samym pit stopie straciłem jakieś 1,5 minuty, to nie jest tak dużo, ale zostałem sam. Z jednej strony wiedziałem, że nie mogę szaleńczo nadrabiać, a z drugiej - wiało w twarz jak diabli, a z przodu nikogo, kto biegłby moim tempem. Ruszyłem mocno, chcąc dogonić swoją grupę. O ile poprzedni kilometr wyszedł mi w grupie w 3:57, tak kolejny, już samotnie pod wiatr - 3:36. To bardzo mocny skok tempa. Kolejne - 3:43, 3:41, 3:46, 3:39. Dzięki temu szarpnięciu przerwy właściwie nie widać w oficjalnych międzyczasach, bo szybko ją zniwelowałem. Ale zmęczenie poczułem. Co więcej, trudno mi było wpaść w jednostajny rytm, nieco szarpałem tempem.

Kiedy po kilku kilometrach dogoniłem tych, których opuściłem przed zagajnikiem, przeżyłem duże rozczarowanie. Moja grupa zdążyła się kompletnie rozpaść. Od dwudziestego kilometra biegłem więc samotnie, czego bardzo nie lubię. Na półmetku byłem w czasie 1:22:32. Szybkie kilometry zaliczałem od 21 do 25, potem próbowałem unormować sytuację, ale wychodziło tak sobie. Doganiałem kolejne osoby, próbowałem się podłączać chwilę, ale okazywało się, że jest za wolno, znowu przyspieszałem, więc tempo mocno skakało: 3:52, 3:49, 3:46, 3:46, 3:53, 4:02. Oczywiście podbiegi miały swoje znaczenie, podobnie jak wiatr.


Ponownie po 28 km - jest luz ; )

Po 30 km starałem się mocno przystopować, wiedząc, że zaraz zacznie się najtrudniejszy podbieg na trasie, ulicą Św. Wawrzyńca. Pod górkę były ponad dwa kilometry, z wypłaszczeniem na środku. Zanim tam dobiegłem zaliczyłem kolejne pomiary w 3:51 i 3:53. Gdzieś w tych okolicach postanowiłem wrąbać drugiego żela, bo żołądka już nie czułem, a powoli robiłem się głodny. Trudno powiedzieć, czy był to dobry pomysł. Z jednej strony nie wróciły już tak duże problemy z żołądkiem jak wcześniej, ale z drugiej, to zawsze na tym etapie mam problemy z przyswajaniem czegokolwiek. Właściwie tak późno nie jem nigdy, zdarzyło mi się to tylko w pierwszym maratonie, w Dębnie. I tam, i tutaj kończyło się podobnie - lekką cofką górą ; )

No cóż, jest trzydzieści kilometrów maratonu, czuję się nieźle, chociaż oczywiście nogi lekko już sztywne. Byłem na tyle skoncentrowany na doganianiu kolejnych osób, a wcześniej na trzymaniu grupy, że właściwie nie pamiętam żadnych widoków. Coś mi świta, że byliśmy nad Maltą i był potem wybieg, tam nawet wymieniłem parę słów z dziennikarzami z relacji on line w samochodzie. Ogólnie jednak - nic, kompletnie nie umiem powiedzieć, co było po drodze i gdzie. Pamiętam tylko asfalt przed sobą i kolejne doganiane osoby. Gdzieś przed 30 kilometrem przegoniłem Agnieszkę Janasiak, potem chyba w okolicach 32 dogoniłem dopiero wysoką Ukrainkę, z która miałem kolizję na starcie. Ostatniej osoby z mojej grupy, Izy Parszczyńskiej, nie dogoniłem do końca, co pokazało mi ogrom strat z powodu pit stopu. Z pewnością inaczej biegłoby się, gdybym wtedy zabrał się z ich ucieczką.

Podbieg zniosłem zaskakująco gładko. Po prawdzie, to wcale go nie czułem, chociaż tempo wyraźnie spadło: 4:01, 3:58, 3:58. Na tym etapie byłem zmęczony, ale nie czułem ściany ani żadnej innej konstrukcji budowlanej. Wiatr trochę przeszkadzał, ale nie miałem się za kim schować. Z mapy wynikało, że po 35 kilometrach jest już raczej płasko lub w dół, więc można cisnąć. I tu popełniłem drugi błąd. Za pierwszy uznaję zbyt mocne szarpnięcie po przymusowej przerwie. Drugi - zbyt mocne szarpnięcie po 35 kilometrach. Starzy czytelnicy mojego bloga mogą pamiętać, że jest to coś, co załatwiało mnie wielokrotnie w biegach długich. Jestem zbyt szybki, mam zbyt duży zapas i nie do końca panuję nad tym, gdy rozkręcam nogi.


Tu jeszcze w doskonałej formie, lecę!

Po 35 kilometrze kolejny wyszedł w 3:41, jeszcze kolejny - 3:39. Wszystko raczej pod wiatr, byłem zmęczony, ale jakoś prułem. Na tym etapie pomyślałem, że mogę jeszcze zaatakować barierę 2:40. Wiedziałem z mapy, że ostatnie trzy kilometry są raczej w dół, a ostatni mocno w dół. Spodziewałem się, że na nich mogę pobiec w okolicach 3:30, a końcówkę depnąć może i poniżej 3 minut. Nie wziąłem jednak pod uwagę dwóch spraw. Po pierwsze - okolice stadionu i kręcenie tam. To była najgorsza część tego biegu, wręcz fatalna. Po pierwsze, masa zakrętów, kompletnie wybijających z rytmu. A pamiętajmy, że na tym etapie nogi już nie współpracują zbyt chętnie i każda zmiana rytmu powoduje, że jest coraz trudniej. Sam przebieg przez stadion był traumatyczny. Leżała tam jakaś dziwna płachta, a nawierzchnia była miękka jak bagno. Kompletnie ugotowało mi to nogi. Może się to wydać dziwne, bo to jedynie 100 metrów, ale ma uzasadnienie fizjologiczne. Mięśnie i nerwy przyzwyczajone do twardej, jednostajnej nawierzchni nagle dostają kompletnie inne sygnały i nie wiedzą, co robić, głupieją. Na stadionie nogi się pode mną ugięły. Wbiegałem zdeterminowany i mocnym rytmem, wybiegłem jako galareta.

Za stadionem próbowałem jeszcze depnąć, ale zaraz była agrafka - nawrót o 180 stopni. Po nawrocie - pełna siła wiatru w twarz. Do tej pory podmuchy przeszkadzały, ale wiatr musiał być bardziej boczny. Po agrafce dopiero czuło, się, jak dmucha. 38 kilometr był więc felerny: kręty, z agrafką, fatalną nawierzchnia na stadionie i odwróceniem się prosto do wiatru.

Jako dygresję dodam, że cały czas biegłem w rękawkach i większość dystansu w opasce na uszy. Było mi zimno cały czas, z jednym wyjątkiem - w okolicach podbiegu na 34 km było zacisznie. Tam zdjąłem opaskę i chyba też rękawiczki. Z rękawiczkami było w ogóle ciekawie, bo wkładałem je i zdejmowałem prawie przez cały bieg. Na punktach - żeby nie zalać wodą. Na 16 kilometrze oddałem je bratu i był to duży błąd, ręce kompletnie mi zesztywniały. Spotkaliśmy się ponownie 12 km później i krzyknąłem, żeby je oddał - tak zrobił. Miał też dać żele, ale ostatecznie nie wziąłem ich ani na 16, ani 28 kilometrze. Przebiegłem ten maraton na dwóch koncentratach, jeden po starcie, drugi gdzieś na 31 kilometrze. I w sumie nie wiem, czy było to potrzebne.

Za stadionem, gdy zawiało mocno w gębę, z powrotem założyłem opaskę, bo było przeraźliwie zimno. Założyłem też rękawiczki i tu było zabawnie, bo przez kilkaset metrów trudziłem się, żeby wyciągnąć w rękawiczkach pochowane do środka materiałowe palce. To były zwykłe, jedwabne rękawiczki z Decathlonu, wcisnąłem je w kieszeń zupełnie bezładnie i założenie, gdy byłem zmęczony i zgrabiały z zimna, okazało się dużym wyzwaniem. Ostatnie trzy kilometry, które miały być w dół, okazały się raz, że pofałdowane, a dwa - najtrudniejsze pod względem wiatru. Byłem sam i już nie bardzo miałem kogo gonić, bo odstępy zbyt duże. Padłem tu fizycznie i psychicznie - tzn widziałem, że nie złamię 2:40, bo nie jestem w stanie odpowiednio szarpnąć pod wiatr. W takim momencie uderza zmęczenie fizyczne, wszystko się nawarstwia. Było mi już wszystko jedno, czy wyjdzie 2:41 czy 2:43, kolejne kilometry wyszły, poczynając od stadionu, w 3:58, 3:56, 4:05, 4:06. Czyli najwolniejsze w całym biegu. Proszę zwrócić uwagę na zmianę - 37 kilometr w 3:39, 38 (ze stadionem) - 3:58.

Mimo wszystko na ostatnim kilometrze dogoniłem i wyprzedziłem jeszcze jednego rywala. Trochę nieświadomie. Był tam dość mylący fragment. Teren opadał mocno w dół i na końcu widać było dmuchaną bramę. Pomyślałem, że to wreszcie meta i trochę podkręciłem rytm, żeby finiszować jakoś sensownie. Niestety, był to start! Dobiegłem do niego w dobrym tempie, ale okazało się, że za nim trzeba biec jeszcze kilkaset metrów. Kompletnie mnie to dobiło. Mimo wszystko ten ostatni kilometr był najszybszy w całym biegu - 3:33. Tuż za 42 jeszcze zakręt o 90 stopni i finisz po macie. Zobaczyłem na zegarze, że mogę złamać 2:44, ale było mi już wszystko jedno. Ostatnie 195 metrów w 45 sekund, czyli tempo na 3:50/km. Dla porównania w Dębnie, gdy zobaczyłem, że mogę złamać 2:40, zasunąłem końcówkę w tempie poniżej 3:00/km. Tam wyszło 2:39:59, a tutaj mimo wszystko brutto i tak złamałem co miałem - wyszło 2:43:58, chociaż na zegarze było 2:44:01.


Zrobione, truchtamy do domu

Na 20 kilometrze byłem 55, na mecie - 27. Od pit stopu tylko wyprzedzałem, wyszło negative splits: 1:22:32 i 1:21:28. Z jednej strony przystanek zaburzył te czasy, bo jeśli go wyłączymy, wyjdzie równe tempo lub nawet ciut wolniejsze w pierwszej części, ale z drugiej - druga połowa była w Poznaniu zdecydowanie trudniejsza. To nie tylko górki, ale i koszmarny wiatr na Malcie oraz w końcówce. Jestem więc względnie zadowolony. Liczyłem na złamanie 2:40, ale na miejscu skorygowałem oczekiwania i biegłem na tyle, na ile pozwalały warunki. Bez postoju wychodzi mi ok. 2:42:30, ale trudno to w ogóle liczyć, bo gdyby nie przerwa, biegłbym zupełnie inaczej taktycznie. Nawiasem mówiąc,oglądałem większość międzyczasów z czołówki i nie znalazłem nikogo, kto zrobiłby negative splits. Mogłem kogoś przeoczyć, ale w pierwszej 30-tce widzę tylko siebie z takim dokonaniem, a jednym z nielicznych w pierwszej setce jest jeszcze Mezo, czyli mój podopieczny. Jacek pobiegł 2:55 (133 miejsce na półmetku, 89 na mecie), życiówkę po koncertowym i imprezowym lecie, bez wielkiego przygotowania maratońskiego. Obaj trzasnęliśmy tylko jeden dość długi trening - ja łącznie 32, Jacek 31 km. Jego drugi długi to już tylko 24 km, mój - 28. A mimo wszystko zapas prędkości pozwolił na przyspieszenie w drugiej części dystansu, na trudnej trasie, gdzie większość ludzi zaliczała positive splits o 10-15 minut.


Omówienie biegu z Jackiem po starcie

Przyspieszenie Jacka jest jednak bardziej cenne, bo zrobił je z życiówki na dychę w 37 minut (prognozowany maraton - 2:55 według McMillana), podczas gdy z mojej życiówki wychodzi przelicznik maratoński na 2:22-2:25. A z zeszłorocznego wyniku - 2:31-2:34, zależnie od kalkulatora. Jestem świadomy, że maraton biegam relatywnie wolno, a w stosunku do moich życiówek ze średnich dystansów - wręcz bardzo słabo. Ale też wiem, że to nie mój dystans, jestem w nim najsłabszy, nie trenuję pod niego i ogólnie raczej mnie nudzi. Priorytetem jest bieżnia w przyszłym roku i ataki na rekordy Polski mastersów. Biorąc to pod uwagę, Poznań wypadł całkiem nieźle. Ukończyłem w dobrym zdrowiu i samopoczuciu, bez ściany, z ostatnim kilometrem najszybszym. Nogi mnie wściekle bolą, ale dałem radę na zajęciach twista dzień po starcie.


Zwyczajowy optymizm na mecie oraz ogólnie pozytywne nastawienie do życia ; )

Pierwotny plan zakładał tylko krótki odpoczynek, a potem jeszcze start w biegu na dychę 11 listopada, ale na 99% to zmienię. Pogoda jest nędzna, a dla mnie to strata miesiąca, który mogę wykorzystać na trening pod halę. Dlatego prawie na pewno zrobię teraz solidne roztrenowanie, odpocznę, a potem zacznę na spokojnie trening zimowy.

Dziękuję wszystkim za doping i wsparcie mentalne na blogu. W Poznaniu kibicowało mi sporo ludzi, z paroma udało się porozmawiać - dzięki! Wszystkich innych przepraszam za ewentualne gafy towarzyskie, ale w dniu startu jestem najczęściej zakręcony i w amoku, skupiony i skoncentrowany, zapominam o spotkaniach, nie poznaję ludzi. Zresztą w ogóle mam słabą pamięć wzrokową, więc pozdrawiam niepozdrowionych i macham teraz niepoznanym! Zdjęcia mam dzięki memu utalentowanemu i pomocnemu bratu - dzięki!


This is marathon, babe...
Kategoria: Starty 2015
Komentarze: (12)
Zaktualizowano: 13/10/2015, 13:15

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Mielczarek
14/10/2015, 09:40
#
Gratulację Marcin!
Marcin Nagórek
14/10/2015, 12:29
#
Dzięki!
14/10/2015, 16:11
#
Gratulacje Marcin! Na 25 km bardziej śmiałeś się z zaistniałej sytuacji, niż narzekałeś :)
Marcin Nagórek
14/10/2015, 16:48
#
Starzeję się i nawet narzekanie mi coś słabo wychodzi... Kiedyś to się narzekało! ; )
Piotr Stanek
14/10/2015, 20:45
#
Marcin

gratuluję biegu. Jak na osobę nie lubiącą tego dystansu i specjalizującą się w innych to wynik robi wrażenie.
Jeśli kiedyś zejdę poniżej 3h to raczej w okolice 2.55 a nie 2.40

pozdrowienia serdeczne, Piotr
Marcin Nagórek
14/10/2015, 22:18
#
Dzięki! To wszystko jest kwestią zapasu prędkości, tak jak pisałem. W idealnych warunkach (forma + trasa + samopoczucie) jest dla mnie do zrobienia 2:35, bo to tempo 3:40/km, bardzo dla mie łagodne. Natomiast nie wyobrażam sobie biegania maratonu w tempie 3:30/km i mocniej. Może po jakichś mega dobrych i specjalistycznych przygotowaniach, ale nawet tego nie jestem pewien.
16/10/2015, 08:09
#
Co sądzisz o metodzie "carbo-loading" stosowanej przez wielu biegaczy przed maratonem? Czy próbowałeś? Czytam w Internecie różne opinie, od zachwycających po wyszydzające.

Pozdrawiam
Marcin Nagórek
16/10/2015, 21:34
#
Carbo loading jest ok, ale dieta białkowa nie ma większego sensu. Carboloading to lekkie zwiększenie ilości węglowodanów w diecie w ostatnich dniach przed startem i równoczesne odpuszczenie treningu, co powoduje większe wysycenie mięśni glikogenem.
20/11/2015, 21:28
#
Przecież przed startem było już wiadomo, że zajmiesz 27 miejsce więc po cholerę klepałeś te 42km?? Na koszulce Ci to nawet nakleili a Ty chciałeś oszukać przeznaczenie?? Gwiazdy nie kłamą. Pozdrawia Cię Maciej Wróżbita i jego kobita....
Marcin Nagórek
20/11/2015, 22:41
#
Myślałem, że 2 + 7 = 9 : )
12/12/2015, 02:12
#
Witam i gratuluje.

Czytając twoje relacje postanowiłem spróbować podobnej drogi i moje treningi pod maraton we Frankfurcie były już znacznie szybsze i krótsze niż te do pierwszego maratonu w zeszłym roku (2:51 przy 110-120 km tygodniowo - Daniels).

Włącznie tylko trzy długie treningi 24, 28 i 32 km (biegane z narastająca prędkością) i w sumie jakieś 70-90 km na tydzień. W tym czasie spróbowałem również dwóch treningów na dzień i biegałem 5-6 razy w tygodniu (niedziela wolne a poniedziałek 1h ćwiczeń w domu). Większość biegana bez zegarka. Tylko do akcentów używałem polara. W sobotę przed startem pobiegłem jeszcze samemu test na 10 km w 35:28 i z tego wyniku postanowiłem zaatakować 2:45. Pogoda jak na Frankfurt w tym czasie była optymalna (prawie bezwietrznie) i cel udało się bez przeszkód zrealizować 2:45:03 (1:22:09/1:22:54).

Dla mnie twój blog jest najlepszym miejscem do reflektowania moich zmagań i szukania nowych dróg. Mało kto pisze tak otwarcie o bieganiu. Wielkie dzięki za to... oby tak dalej...

Pozdrawiam,
Adam
Marcin Nagórek
12/12/2015, 22:53
#
Hej Adam,

Dzięki za feedback! To dla mnie cenne, gdy ktoś korzysta na tym, co piszę, bo czasami tak dokumentnie nie mam chęci ani czasu, żeby wrzucać nowe notki, że zadaję sobie pytanie: czy to ma sens? Takie komentarze dodają mi sił. Jestes też świetny przykładem na to, że trening to nie kalka, sa różne mozliwości i trzeba szukać tego, co pasuje najlepiej - fizycznie i psychicznie.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin