27
07/2015
14:24
Dwa ostatnie biegi sezonu okazały się najszybszymi w tym roku. Nie zrealizowałem wszystkich celów, ale kończę sezon na bieżni. Odpoczywam, a dalszy trening już pod kątem startów na ulicy jesienią.

Zgodnie z planem w drugiej połowie lipca pojechałem na mistrzostwa Polski, żeby wystartować na 1500 metrów. Udało się przedłużyć serię zwycięstw na tym dystansie do pięciu, co nie znaczy, że zdobyłem złoty medal. Biegałem w drugiej serii, słabszej. Łatwo zauważyć, jak wszystko na bieżni sprzęga się i jak mało istotne starty zaczynają mieć coraz większe konsekwencje. Na mityngu Żylewicza na początku czerwca nie mogłem pobiec w szybszym biegu, w związku z tym nie miałem w sezonie odpowiedniego czasu, mimo że potem wygrywałem wszędzie, gdzie startowałem. Na mistrzostwach Polski byłem więc rozstawiony w słabszym biegu, też wygrałem, ale ostatecznie dało to dopiero dziewiąte miejsce, po podsumowaniu obu biegów.


Po biegu - zdjęcie z transmisji na żywo

Mimo to jestem zadowolony, bo dziewiąte miejsce jest całkiem przyzwoite. Rankingowo po samych czasach mam w Polsce bodajże 23 wynik w kraju w tym roku, ale w bezpośredniej rywalizacji zawsze wypadam lepiej. Czy w Krakowie mogłem pobiec szybciej? Może tak, może nie, nie jestem pewien. Tego dnia panował wściekły upał. Pobiegłem najszybszy do tamtego dnia wynik w roku, ale czułem się najgorzej. Na samej bieżni, gdzie nie było ani kawałka cienia, stałem w słońcu jakieś 15 minut, czekając na start i zakończenie pierwszego biegu. Czułem się totalnie wypompowany i zacząłem na końcu. Potem stopniowo przesuwałem się i okrążenie przed metą byłem na końcu czołowej grupy, ze sporą stratą do prowadzącego:



Na pierwszym miejscu Tadek Zblewski, jeden z najlepszych biegaczy długodystansowych na Pomorzu. Prywatnie - mąż Angeliki Cichockiej, naszej czołowej biegaczki na średnich dystansach. Właściwie to jemu zawdzięczam wynik w tym biegu. Otóż Tadek od lat łoi mnie na każdym dystansie powyżej 5 km. W ciągu ostatnich 10 lat startowaliśmy razem często, w niemal wszystkich lokalnych biegach, od Wałcza na zachodzie po Gdańsk na wschodzie. Na 3-5 km bywało różnie, w dłuższych nie miałem z nim szans, ale w krótszych - zawsze zwyciężałem. M.in. parę razy biegaliśmy razem milę uliczną i zawsze udało mi się gdzieś tam na finiszu dogonić go, nawet gdy miał już przewagę.

Rok temu wydarzyło się nieuchronne - Tadek był w końcu lepszy na moim najmocniejszym dystansie, 1500 metrów. Było to na mistrzostwach Polski w Szczecinie. Miałem potężne problemy z achillesem przyjechałem w słabej dyspozycji, a mój rywal był najmocniejszy w życiu. Na finiszu goniłem, goniłem, ale w końcu przybiegłem kilka dziesiątych części sekundy za nim.

W tym roku czułem się w upale bardzo, bardzo kiepsko. Po dwóch okrążeniach czułem ból mięśni, potężną zadyszkę, miałem dość, do tego biegłem na końcu. Ale trwałem, z podejściem: "wytrzymam jeszcze 100 metrów i wtedy zobaczymy". Przed ostatnim okrążeniem Tadek mocno ruszył, co widać na zdjęciu. Ja byłem już szósty, ze sporą stratą. Na zegarze widać 2.53,4, czyli wchodząc na ostatnie okrążenie, miałem na liczniku gdzieś 2.53,0. Po wyjściu na przeciwległą prostą zacząłem przyspieszać, napędzany myślą, że przecież nie mogę przegrać znowu z Tadkiem na 1500! To stan 250 metrów przed metą:



Widać, jak wyprzedzam po drugim torze, Tadek nadal prowadzi. 200 metrów przed meta byłem już blisko i nie wiem, jak to się stało, ale wtedy poczułem się najlepiej na całym dystansie. Właściwie dopiero zacząłem biec:



Jest jeszcze spora strata, ale odrabiam, do mety 180 metrów. Finisz pokazał różnicę, jaka dzieli długodystansowca od średniodystansowca. Dwa zdjęcia wcześniej widać przede mną biegacza w zielonej koszulce. To Paweł Szostak, tegoroczny wicemistrz Polski na 10 000 metrów. Wyprzedziłem go 300 metrów przed metą, na końcu był 4 sekundy za mną. Bardzo mocny zawodnik, ale te cztery sekundy to różnica w szybkości na finiszu. Na 1500 metrów to jest ogromny dystans. Biegacz wytrzymały może zamęczyć szybkiego tempem na dystansie, ale jeśli razem wpadają na finisz, robi się niewesoło. Oto stan na mecie:



Ja już za linią, dwóch kolejnych przed, reszty nawet nie widać. To praktyczna ilustracja tego, jak różne są mocne i słabe strony każdego zawodnika. Ostatnie 400 metrów pobiegłem w 59,5 sekundy, ostatnie 200 minimalnie poniżej 29. I przy tym powiedzmy szczerze - to nie jest jeszcze szybko. To jest zaledwie tempo na 3:43 na 1500 metrów, niewiele lepiej od mojej życiówki. Właściwie w tym roku jestem wściekły, że mam tak słaby finisz. Zdarzało mi się w tego typu biegach w przeszłości kończyć ostatnie okrążenie w 54 sekundy. Mam wrażenie, że tutaj widać brak przebieżek oraz mocnych odcinków, czyli w tym elemencie najbardziej odbija się długotrwały problem z achillesem. Jestem wytrzymały, jestem niezły technicznie, lekki, względnie szybki, ale straciłem całe demoniczne depnięcie na finiszu.

Jest jeszcze jedna sprawa, związana z psychiką. Walczę z nią, ale i tak nie mogę zwalczyć. Otóż w biegu na milę na ulicy ostatnie 400 metrów zdarzało mi się ruszać na maxa. Z całej siły, z całym impetem. Na bieżni tak się nie da. Podświadomie wie się, jak długim dystansem jest 400 metrów przy takim zmęczeniu. I maksymalne ruszenie jest 150-200 metrów do mety. Tymczasem to błąd. Zdarzało mi się czasem zmusić do szalonego przyspieszenia 300 do mety i zmęczenie jest wtedy praktycznie takie same. Ostatnie 100 metrów zawsze leci się i tak podobnie. A wcześniejsze ruszenie pozwala urwać pół sekundy, czasami całą sekundę czy dwie - to bardzo dużo. Przy tych prędkościach, czyli okolicach 2:30/km, stadion przytłacza jednak wielkością. Okrążenie wydaje się niemiłosiernie długie i podświadomie nie rusza się z całej siły. To bardzo, bardzo trudne, własne ciało odmawia posłuszeństwa. Niby ruszasz mocno, ale wiesz po biegu, że to nie był maks. Prawdziwą sztuką jest wykrzesanie z silnika ostatnich rezerw, pełnej mocy.

Ostatecznie w Krakowie, z wolnego 1 km w ok. 2:38, skończyłem z najlepszym czasem w sezonie - 3.52,53. Poprzedni wynik poprawiłem o 0,2 sekundy. To jest magia rywalizacji - ścigając się z kimś, można dać więcej, nawet nie mając sił i czując się fatalnie.

Kolejna dygresja - na pierwszym zdjęciu widać mnie jakieś 30 sekund po biegu. Wyglądam, jakbym wcale nie biegł, prawda? Otóż po obejrzeniu tej transmisji widzę wyraźnie: telewizja kłamie. Wszyscy ci wielcy biegacze na Diamentowych Ligach wyglądają, jakby nie byli w ogóle zmęczeni po biegu, co rodzi podejrzenia, że sprawa jest nienaturalna. To iluzja. Ja po tym starcie wyglądałem, jakby tłuczono mnie tydzień w celi. Twarz czerwona, oczy wybałuszone, maksymalna zadyszka. Telewizja to wytłumia, kolory są inne, nie widać potu, a byłem mokry jak po wyjściu z kąpieli. Nawet pogoda nie wygląda źle, a na miejscu było prawdziwe piekło. Telewizja zdecydowanie przeinacza.


Ostatnia prosta z innej kamery

Po tych zawodach pozwoliłem sobie na jeszcze jeden strzał, ostatni start. Miałem cynk,że ma być dobry bieg w Białogardzie, pojechałem tam. Na miejscu okazało się, że bieg będzie, pod warunkiem, że go zrobimy ; ) Na miejscu znalazło się dwóch kolegów zainteresowanych szybkim bieganiem i postanowiliśmy poprowadzić na zmiany. Dobrze, że tam byłem, bo ostatecznie wyszedł z tego najlepszy bieg w sezonie, czas 3.51,49, czyli urwana kolejna sekunda i znowu progres. To też mój najlepszy wynik od trzech lat!

Mimo to niedosyt pozostaje. W Białogardzie nie czułem się za dobrze i mam wrażenie, że będąc starszym, nie regeneruję się tak szybko jak kiedyś. Po Krakowie miałem trzy dni luzu i to było za mało. Nie czułem się swobodnie. Zwykle pokonanie okrążenia w minutę to dla mnie spacerek, tutaj zaś musiałem bardzo się starać, a i tak wyszło wolniej. Prowadziłem pierwsze 450 metrów, potem do głosu doszli koledzy, w tym Marek Skorupa - mistrz Polski na 10 000 metrów i brązowy medalista na 3000 metrów z przeszkodami. Czułem się kiepsko, ale nie puszczałem, zacisnąłem zęby i męczyłem. 1 km w ok. 2.35. Kółko do mety czułem się całkiem, całkiem, ale na finiszu nie dałem rady i dobiegłem trzeci, tracąc około sekundy i przegrywając pierwszy bieg na 1500 metrów w tym roku.

Z tego jeszcze można coś urwać, ale w tym roku nie będzie już okazji. Przy pełnej świeżości, nie prowadząc i biegnąc za kimś, prawdopodobnie złamałbym te nieszczęsne 3:50, a spodziewam się, że i dokręciłbym w okolice co najmniej 3:48. W Białogardzie nie dość, że nie czułem pełnej mocy, to jeszcze musiałem porzucić zwyczajową strategię. Najlepiej biegam wtedy, kiedy zaczynam spokojnie, powoli rozkręcam się i kończę bardzo mocno. Ale w biegu, gdzie na bieżni jest 17 zawodników, a do tego mam prowadzić pierwszą zmianę, trzeba ruszyć w szaleńczym tempie, żeby przebić się na początek.

Ponownie doszło do przepychanek, mimo że wszyscy rywale wiedzieli, że jest trójka, która idzie mocno i tym samym posłuży innym za bezpłatnych zająców. Nic to jednak nie pomaga, nie dociera. Pod koniec biegu ponownie doszło do zwarcia, a na mecie jeden z kolegów miał do mnie wręcz pretensje, że go rozpycham. Ale litości - chłopak spodziewa się, że rozprowadzę mu cały bieg, a w najważniejszym momencie, przed wejściem na ostatnie okrążenie, wyprzedzi mnie, wepchnie się pod nogi i ja pokornie usunę się z bieżni. Tak się nie biega. Gość wepchał się przede mnie podobnie jak kierowca, który wyprzedza sznurek samochodów w korku, a potem wymusza wciśnięcie, bo z przodu coś grzeje. Być może młody, niedoświadczony biegacz na moim miejscu by odpuścił, ale proszę Państwa, ja mam 16 lat doświadczenia w ściganiu na bieżni, liczne blizny po kolcach na nogach, liczne walki na łokcie za sobą. Doszło do gwałtownego zwarcia, musiałem poprzestawiać tego i owego, tracąc niepotrzebnie siły, ale wchodząc na ostatnie okrążenie, miałem czystą ścieżkę podejścia. Z tych, którzy próbowali się wepchać, żaden nie wyprzedził mnie potem na finiszu. W takiej sytuacji, jeśli inni wykonują czarną robotę zająców, to albo biega się z tyłu, albo rusza mocno i samemu prowadzi.

I to tyle na bieżni. Mam jeszcze we wrześniu start na 800 metrów w zawodach ligowych, to wszystko. Liczyłem, że co najmniej złamię w tym roku 3:50, skończyło się nieco wolniej. Tak bywa. Jestem w dobrej, równej formie, zaliczyłem kilka fajnych biegów, ale nie wszystko udało się zrobić. Teraz tydzień nie robię nic, nie przebiegam ani kilometra. Odpoczywam, a w sierpniu zaczynam trening z myślą głównie o ulicy. O szybkości nie mogę zapomnieć, bo czeka mnie liga, ale pobiegam odrobinę więcej niż te 60 km tygodniowo ostatnio, pomęczę się nieco na crossach. Wkrótce więcej szczegółów i konkretne plany startowe, bo powoli się klarują.

Na razie odpoczywam!
Kategoria: Starty 2015
Komentarze: (8)
Zaktualizowano: 27/07/2015, 15:34

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Kuba Jelonek
27/07/2015, 22:18
#
Pomyśl sobie, że niektórzy w tym upale w Krakowie startowali na 20km :)
Marcin Nagórek
28/07/2015, 14:52
#
Samobójcy ; )
Piotr Stanek
30/07/2015, 08:04
#
Marcin

gratulacje za dwa bardzo dobre biegi.
I to pomimo tego, że w tym upale czułeś się kiepsko - jak napisałeś.
Upał jednak to wymagający "przeciwnik"

Ad. "Przy tych prędkościach, czyli okolicach 2:30/km, stadion przytłacza jednak wielkością. Okrążenie wydaje się niemiłosiernie długie i podświadomie nie rusza się z całej siły. To bardzo, bardzo trudne, własne ciało odmawia posłuszeństwa." cenne spostrzeżenie. Nie wiedziałem, że taki "detal" ma znaczenie - tj. wielkość stadionu.

pozdrowienia
Piotr
Marcin Nagórek
30/07/2015, 08:49
#
Teoretycznie nie ma znaczenia, bo każda bieżnia ma 400 metrów. Chociaż różne stadiony optycznie wyglądają różnie, zależnie choćby od ilości torów. W praktyce jednak łatwiej się biega tam, gdzie nie masz poczucia odległości. Np. odcinki w lesie psychicznie biega się dużo lepiej niż na stadionie.

Na bieżni masz cały czas świadomość i poczucie, ile jeszcze zostało, co jest niszczące psychicznie. Ten, kto często biega stadion, zna każdą linię i wie, jak potrafi boleć choćby 400 metrów. Dlatego odruchowo hamujesz i zostawiasz rezerwę na sam koniec. W lesie cy na ulicy można to obejśc, szczególnie biegnąc na nieznanej trasie.
02/08/2015, 18:30
#
"Sztuka Cierpienia" - Twoj felieton w ostatnim "Bieganiu". Super !!! To jest dokladnie to co mnie ciagnie do biegow na 5k... szkoda ze dla takich amatorow jak ja nie ma za czesto biegow jeszcze ma krotszych dystansach
Marcin Nagórek
03/08/2015, 13:57
#
Hej Krzysiek, no właśnie, niestety! Fajne serie biegów na krótkich dystansach na bieżni są w Wielkiej Brytanii czy choćby Hiszpanii. U nas słabo. Ale może ten rynek powstanie?
Robert Mar
05/08/2015, 13:23
#
Krzysiek_k, jeśli jesteś z Warszawy lub okolic to masz ewentualnie amatorskie zawody z cyklu Warsaw Track Cup. Można się pościgać na tartanie na dystansach 1000, 1500 metrów, 5000 metrów i w sztafecie 4x400 metrów.
Najbliższe i zarazem ostatnie w tej edycji zawody będą 8 września.

05/08/2015, 23:15
#
Robert, znam te zawody. Podstawowy problem to ze te zawody sa organizowanew w srodku tygodnia w godzinach od 18:00, co jak dla mnie jest zbyt skomplikowane logistycznie..nie zawsze bym sie wyrobil po pracy, a po a za tym start po 10 godzinach za biurkiem to nie dla mnie...ale po za tym fajjna impreza

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Bieganie w lipcu
Następny: Maraton!
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Wrzesień 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin