14
06/2015
11:04
Pierwsze dwa tygodnie czerwca zafundowały nam niezłą karuzelę pogodową. Od grubo ponad 30 stopni, do momentów przenikliwego zimna nad morzem. Efekty zdrowotne były często opłakane, także u mnie. Po obiecującym starcie kolejny tydzień byłem znowu podziębiony. Na szczęście szybko doszedłem do siebie.

W poprzedni weekend ścigałem się w Gdańsku na Memoriale Żylewicza. Był to dla mnie bardzo rozczarowujący wyjazd. Zgłosiłem się do biegu na 1500 metrów i posiadałem w stawce piąty czy szósty wynik. Do szybszego biegu włączono 17 osób, ale beze mnie. Poszedłem po wyjaśnienia i okazały się one zabójczo proste. Organizator umył ręce, a listy układał znany w środowisku trener kadrowy - ten sam, którego opisywałem nie raz w swoich tekstach. Znany z naginania zasad rywalizacji, ostatnio wsławił się tym, że nie chciał wysłać mistrza Polski w przełajach na mistrzostwa Europy, mimo zapisanego wcześniej regulaminu. Mistrz Polski był po prostu nie ten, co trzeba. Dopiero po dużej burzy prasowej, rozpętanej m.in. przeze mnie, PZLA odwrócił decyzję.

Przyszedł jednak czas zemsty. Trener na zawodach bez krępacji powiedział mi prosto w twarz, że tacy krytykanci jak ja nie mają miejsca w rywalizacji. Zabawne, że w sporcie tak wymiernym jak lekkoatletyka to nie wynik decyduje o rozstawieniu czy udziale w biegu. Liczą się mocne plecy, a w szybkim bieganiu na bieżni, gdzie liczą się ułamki sekund, rozstawienie to często wynikowe być albo nie być. Niestety, układy, znajomości, kombinacje i zwykła nieuczciwość powodują, że biegi na bieżni, kiedyś oglądane przez setki tysięcy ludzi, są na dnie. Żylewicz to jeden z pięciu najlepszych mityngów w kraju, tymczasem na trybunach było w porywach 50 osób, w tym wątpię, czy znalazłoby się pięć, które nie były zawodnikami, trenerami lub rodzinami zawodników. Jeśli ktoś mnie pyta, czy ma posyłać dziecko do sekcji lekkoatletycznej, sam odpowiadam, że to strata czasu. Nie ma tam pieniędzy, mało wykwalifikowanych trenerów, a w rywalizacji na ogół prędzej czy później dzieciak dozna rozczarowania z powodu nierównego traktowania. Kiedyś miałem nadzieję, że coś się zmieni, gdy stare pokolenie wyzdycha, ale teraz moje złudzenia minęły. Duża część młodych nabiera tych samych nawyków. A zjazdy, zloty i spędy działaczy rządzą się własnymi prawami - te same gęby wybierają wciąż tych samych. Np. szefem szkolenia PZLA jest facet, który na różnych funkcjach siedzi w tym związku co najmniej od początku lat 80. XX wieku. Nie ma tu nadziei, bo widać, co się dzieje nawet w wielkich organizacjach, takich jak FIFA, prześwietlanych przez prasę i służby policyjne. Związki sportowe to jedna wielka mafia i nie zapowiada się, żeby coś mogło to zmienić.

Kilka godzin przed biegiem w Gdańsku spędziłem na kursowaniu od Annasza do Kajfasza i próbach włączenia mnie do rywalizacji. Byłem wykończony i ostatecznie podjąłem decyzję, że nie pobiegnę na 1500 metrów, a na 3000, bo tam nie było problemu z miejscem. Można się zastanawiać, czy to sensowna decyzja, bo w słabszym biegu na 1500 rywalizacja okazała się w końcu też całkiem sensowna. Paru chłopaków nic sobie nie robiło z braku "zająca" i nadawali tempo na zmiany. Większość odpadła, bo takie są koszta prowadzenia, ale zwycięzca pobiegł bardzo dobry wynik. Trudno to jednak było przewidzieć.


Rozgrzewka na jednym z mityngów - zanim nastały upały ; )

Skończyłem na 3000 metrów i w sumie nie miałem z tym wielkiego problemu. Już wcześniej zastanawiałem się, czy nie pobiec tego dystansu, bo chciałem sprawdzić, jak mocno ograniczony trening wpłynie na moją dyspozycję w dłuższych biegach. Największym problemem był piekielny upał panujący na stadionie. Zwykle biegam w takich warunkach słabo. Co więcej, od kilku lat nie miałem na koncie dobrej trójki, z sensownym samopoczuciem i dobrym wynikiem. Skoczyłem więc na głęboką wodę, z nastawieniem, że w najgorszym wypadku śmiertelnie pocierpię, co będzie dobrym treningiem fizycznym i mentalnym przed kolejnymi startami.

Nie było jednak źle. Ba, jeśli chodzi o samopoczucie, było bardzo dobrze. Skończyłem z wynikiem 8:30,70, czyli w równym tempie 2:50/km. To dość przeciętny czas, który dał mi 10 miejsce, ale o 17 sekund szybszy niż to, co wybiegałem w zeszłym roku. Biorąc pod uwagę upał i sposób rozegrania biegu - całkiem dobrze. Zacząłem bardzo spokojnie, można rzec - bojaźliwie. Nie wiedziałem jednak, czego się spodziewać. Pierwszy kilometr w 2:54, potem przyspieszałem i cisnąłem sam, mijając kolejnych słabnących zawodników. Na mecie nie byłem nawet jakoś specjalnie zmęczony. Oceniam, że w perfekcyjnym biegu w idealnych warunkach mógłbym teoretycznie pobiec sporo poniżej 8:20, a to dużo więcej niż mogłem oczekiwać. I duże zaskoczenie. Niewiarygodne jest, jak w pewnym wieku i po pewnym stażu treningowym liczy się ogólne dojście do formy, a nie konkretne środki przygotowawcze. Gdybym powiedział komuś znającemu się na rzeczy, że biegając 60 km tygodniowo, bez interwałów, biegów ciągłych, z przygotowaniem tempowym w postaci jednego odcinka 200 metrów tygodniowo, można pobiec całkiem szybką trójkę - roześmiałby się w głos.

Tymczasem tak właśnie było i jest więcej - tempo 2:54/km było dla mnie tak komfortowe, że spodziewam się, że jestem w formie na złamanie 14:30 na 5000 metrów, czego bym wcześniej w ogóle nie podejrzewał. Bieg na trójkę był więc cenny, bo pokazał, że nie mam się czego bać nawet na dłuższych dystansach. I jeśli kolejne starty na 1500 metrów nie pójdą zgodnie z oczekiwaniami, jest możliwe, że na mistrzostwach Polski pobiegnę piątkę. A co!

Gdańsk miał jednak swoje koszta. Bieg był późno, wyjątkowo jak na mnie długi, w upale, byłem na maksa odwodniony. W efekcie nie mogłem w ogóle spać w nocy, przysnąłem na chwilę nad ranem. W niedzielę i poniedziałek byłem w Słupsku, mocno się ochłodziło, do tego jak to nad morzem, wiał koszmarny, przenikliwie zimny wiatr. Ogólne zmęczenie, plus cały czas koszmarna pogoda alergiczna sprawiły, że we wtorek zaczęło mnie rozbierać przeziębienie. W środę i czwartek byłem znowu na wyjeździe i nie doszedłem do siebie, tym bardziej, że gdzieś tam skusiłem się jeszcze na zimne piwo. Ktoś celnie zauważył w komentarzu, że już po jednym z poprzednich startów moja regeneracja, w postaci imprezy w nocnym klubie, nie rzucała na kolana. Tutaj było podobnie. Sęk w tym, że to olewam. Ogólne cieszenie się życiem i normalny tryb życia sprawiają, że po 15 latach nadal bieganie na bieżni sprawia mi frajdę. Mimo konieczności obcowania z działaczami, męczących wyjazdów, problemów z achillesem. Czasami wstaję na trening po 10 godzinach pracy, po słabo przespanej nocy, ale nie myślę o tym, tylko cisnę, ile mogę.


Dynamika jest, a to już coś

W tygodniu miałem okazję zrobić swoją tradycyjną dwusetkę tygodniową na stadionie. Pobiegłem w 26,6, jak zwykle w najwolniejszych butach. Biorąc pod uwagę, że tego dnia czułem się najsłabiej z przeziębieniem, wyszło przyzwoicie. W czwartek byłem tak słaby, że nie biegałem i byłem na 95% pewien, że odpuszczam start w sobotę. W piątek było już lepiej i pomyślałem, że nie mam nic do stracenia, a zawsze tego typu start będzie lepszy niż trening. Tym bardziej, że trening musiałbym męczyć w lesie, w upale, po piasku - nie chciało mi się. Wolałem myknąć szybkie 1500 metrów i do domu.

Wczoraj cisnąłem więc pierwszego półtoraka w tym sezonie. Warunki tropikalne, ale na bieżni umówiłem się na prowadzenie na zmiany z dwoma rywalami. Na przebieżkach czułem spory luz. Pierwsze okrążenia wyszły nam nieco za wolno, ale nie miałem z tym problemu - wolałem za wolno niż za szybko. 1 km pokonany w tempie 2:36 z kawałkiem i wtedy wyszedłem na prowadzenie. Podciągnąłem mocniej setkę i na zegarze okrążenie do mety widziałem czas 2:51 - pewnie tak było. Wcześniej w coś takiego celowałem, bo zakładałem, że ostatnie 400 metrów można pobiec poniżej minuty i wykręcić przyzwoity wynik. To jednak nie wyszło. Z jednej strony czułem diabelnie ciężkie nogi, a z drugiej zastanawiam się, czy nie odzwyczaiłem się od tego średniodystansowego cierpienia. Bo ostatnie okrążenie w biegu na 1500 to jeden wielki ból i najlepszy na mecie jest ten, który wytrzymuje to lepiej. W Krakowie 250m przed metą dałem się wyprzedzić - niepotrzebnie, bo rywale wtedy zwolnili i czułem, że nie biegnę na 100%. Dolecieliśmy razem do ostatniej prostej, tam przyspieszyłem i wygrałem. Czas 3.53,07 - pół sekundy słabszy niż najlepszy w zeszłym sezonie. Czyli przyzwoicie, chociaż bez szału. Normalnie byłbym niezadowolony z ostatniego okrążenia w 62 sekundy, i w sumie tutaj też trochę jestem, ale możliwe, że to kwestia osłabienia przeziębieniem, które nadal mnie lekko trzyma.

Pozostaje jeszcze kwestia sposobu rozegrania biegu. Mój najszybszy bieg w historii z prowadzeniem na zmiany to 3:48,48. Najszybszy zupełnie samotny od startu do mety - 3:49,61. Życiówka w mocnej rywalizacji - 3:45,87. Jest różnica, ale chciałbym poprawić każdy z tych wyników. Można rzec, że to trzy rodzaje życiówek, każda inna. Samotny mocny bieg na 1500 metrów to coś, co jest piekielnie trudne do wykonania, ale dlatego mnie kusi. Jeśli któregoś dnia na lokalnych zawodach trafię fajną pogodę i dobre samopoczucie, nie będę miał oporów przed ruszeniem w samobójczym tempie, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Raz na jakiś czas trzeba się tak sprawdzić.

Kolejne starty są więc zaliczone i wszystkie wychodzą nieźle. Brakuje mi jednego mocnego strzału, poza tym trzymam równy, dobry poziom. Zrobię teraz tradycyjny, luźny tydzień, a w sobotę myślę o starcie na 800 metrów. Prawdopodobnie samotnie, ale muszę próbować przełamywać zmęczenie, uczyć się cierpieć. Po takim bólu jak osiemsetka wszystko jest potem łatwiejsze. W kolejnym starcie zaliczyłbym wtedy znowu 1500, a potem zobaczymy. Docelowym biegiem są mistrzostwa Polski pod koniec lipca i tam lecę albo 1500, albo awaryjnie piątkę.
Kategoria: Starty 2015
Komentarze: (15)
Zaktualizowano: 15/06/2015, 14:01

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Piotr Stanek
14/06/2015, 18:46
#
" Żylewicz to jeden z pięciu najlepszych mityngów w kraju, tymczasem na trybunach było w porywach 50 osób, w tym wątpię, czy znalazłoby się pięć, które nie były zawodnikami, trenerami lub rodzinami zawodników. " smutne to.
I żenujące. Ale kartę biegacza i certyfikowanie chciało się wprowadzać.
14/06/2015, 21:33
#
Rolbiecki to taki fajny trener, zawsze mnie rozśmieszał swoim podejściem i decyzjami. Jego decyzja na Żylewiczu to wybitny kabaret, cant wait for more! ;)
14/06/2015, 23:22
#
Piotr,
prawdę mówiąc nie widzę związku pomiędzy prawie zerową oglądalnością mityngów lekkoateltycznych, a chęcią wprowadzenia kart biegacza i certyfikowania.
Zacznijmy od siebie i uderzmy się w pierś - kiedy ostatnio byliśmy na jakimś mityngu lekkotateltycznym? Ja przyznaję, że jakieś 20 lat temu, kiedy to sam trenowałem.
Zainspirowany wpisem nagora zacząłem szukać kalendarium takich imprez.
Na stronie pzla.pl wydje się byćwszystko opisane. Najbliższy we Wrocławiu w mieście w którym mieszkam jest w czwartek.
http://pzla.pl/index.php?_a=2&_id=3250
Nie wiem co oznacza skrót MM i LPP, ale na pewno coś ważnego. Mam nadzieję, że jednak tam dotrę i nie znajdę wymówki, aby się wykręcić.

Smutne i żenujce jest coś innego. Układy, układziki, kombincje i nieuczciwe zagrywki. Z tym, że od tego nie jest wolna nawet bardzo populrna piłka nożna.

A skoro wywołałeś temat kart biegacza i certyfokowania, to osobiście uważam, że nie byłoby to takie złe, gdyby było sensownie zorganizowane.
Np. od lat udaje się to robić Polskiemu Związkowi Brydża Sportowego. Każdy zwodnik za składkę roczną dostaje elektorniczną legitymację, która uprawnia go do zniżki w turniejach, ma liczone punkty rankingowe, otrzymuje pocztą porządne czasoposmo branżowe (kilkadziesiąt kolorowych stron i chyb 8 numeró w roku). Składka na poziomie 120zł rocznie. Kto nie chce należeć do PZBS, albo nie opłacił w danym roku składki ma takie prawo i może grać we wszystkich turniejch, wiem bo sam opłacam w kratkę.
Spokojnie taki ukłd wyobrżam sobie w bieganiu.

pozdrawiam,
Sławek
Marcin Nagórek
15/06/2015, 13:04
#
Sławek - bezpośredniego przełożenia nie ma, ale wydaje mi się, że jednak jest pośrednie. Różnego rodzaju decyzje oraz ludzie tworzą pewien klimat wokół dyscypliny. Osoby, które odchodzą z tego sportu odchodzą definitywnie, nie chcą mieć nic wspólnego z nim jako kibice czy działacze. Jako rodzice nie myślą o posyłaniu tam dzieci. Na przestrzeni wielu lat tworzy to klimat niechęci. Co więcej, nie wychowuje się kibiców.

Gdyby każdy, kto kiedykolwiek trenował lekkoatletykę, kibicował potem na zawodach, opowiadał o tym swoim znajomym, dzieciom, partnerowi, wciągał ich tam, to na przestrzeni 20-30 lat dochowalibyśmy się dziesiątek tysięcy kibiców.

Gdyby osoby zarządzające lekka atletyką pracowały rzetelnie na rzecz jej upowszechnienia, byłoby co oglądać i wytworzyłaby się kultura kibicowania. Tymczasem jest tak, że działacze są, żeby być, a osoby odchodzące ze sportu na ogół mają traumę i chcą jak najszybciej o tym zapomnieć i nie wracać. W efekcie nie przybywa żadnych kibiców. Znam sporo byłych zawodników i zawodniczek i większość z nich nie chodzi na zawody i ich nie ogląda, bo myśl, że mogliby spotkać tam trenerów takich jak opisany, jest dla nich obrzydliwa, pobudzająca do wymiotów. Dlatego odcinają się zupełnie od jakiegokolwiek zainteresowania tym sportem.

Co do Wrocławia - nawet zastanawiałem się nad tym mityngiem, bo jest tam piątka, o fajnej godzinie, można zrobić minimum na mistrzostwa Polski. Ale strasznie daleko, musiałbym nocować i w związku z tym nie chce mi się. Dość szybki może też być bieg na 1500 metrów.
15/06/2015, 17:29
#
Przyznaję, że nie znam dokładnie zależności oraz tego, że skala tego jest tak wielka. Kiedyś czytałem wywiad z trenerem Marcina Lewandowskiego i zauważyłem, że coś jest na rzeczy. Pewnie reszta uczestniczy w zmowie milczenia.

Ja trenowałem około 20 lat temu. Miałem dobrego trenera, który chyba był ponad to. Zresztą moje wyniki były na takim poziomie, że z pewnością nie stanowiłem ani żadnego zagrożenia, ani nie byłem obiektem mściwości.
Do tej pory pamiętam jak dostałem - chyba po pół roku trenowania - od trenera pierwsze kolce. Wspomnienie prawie takie jak smak dzieciństwa ;)

Nie jestem uprzedzony do lekkiej atletyki i spróbuję zachęcić do niej swoje dzieci, choć z tego co piszesz, to widoki są nieciekawe.

Inna sprawa, że to jak Cię potraktowali w Gdańsku, to jakaś masakra. Nawet nie ma tego jak skomentować. Dobrze, że chcesz o tym pisać (i masz odwagę!). Kropla drąży skałę. Może przeczyta to ten i tamten i w pewnym momencie właściwie wykorzysta.

Marcin Nagórek
16/06/2015, 01:16
#
Sławek, wiele zależy równiez od tego, gdzie konkretnie trenowałeś. Znam w Polsce bardzo fajne ośrodki i np. Zamośc, który reprezentuję klubowo, jest tu dobrym przykładem. Nie ma tam np. problemu ze stadionem i ogólnym podejściem ludzi z klubu do biegaczy. Dla odmiany Warszawa - koszmar pod względem dostępności stadionów, niemal szczują tu psami ; ) I tak w każdym mieście jest inaczej, zależnie od lokalnej polityki. Czasami jeden przyzwoity działacz potrafi zdziałać cuda.
Piotr Stanek
16/06/2015, 21:57
#
Sławku
dziękuję za odpowiedzi.
tak jak Marcin Ci napisał, pośrednie przełożenie jest.
Nie mam nic do dodania do Marcina odpowiedzi, podpisuję się pod nią wręcz.
Gdyby związek inaczej pracował, byłoby to widać.
A niestety nie widać tego.

". Tymczasem jest tak, że działacze są, żeby być, "
dobrze napisane Marcin.

Przydałyby się świeża krew. Patrząc na ich sposób wprowadzenia KB to zdecydowanie mają inną mentalność, postrzeganie świata.Szkoda, że nasze podatki idą na to przestarzałe myślenie =działalność.


Marcin, dziękuję za rozwinięcie tematu.

ad. Karta Biegacza.
Może to byłby dobry pomysł. Tylko kluczem jest właściwe zorganizowanie właśnie - tak jak piszesz sensowne.. Poza tym przy tym rozczłonkowaniu biegów w Polsce, to czy ma to sens? Głośno myślę...
A jeszcze jest to certyfikowanie imprez. Ale za duży off topic się zrobi.


pozdrawiam Was serdecznie
Piotr
17/06/2015, 12:57
#
Poczytałem trochę o trenowaniu w kadrze i zasadach tam panujących. Wychodzi z tego, że jest rzeczywiście syf.
Niestety głosy pojedynczych zawodników są zbyt rozproszone, aby miały odpowiednią siłę i miały jakikolwiek wpływ na związek. Skrzywdzą Lewandowskiego to brat udzieli wywiadu, skrzywdzą Sudoła to samo, skrzywdzą Chabowskiego to na stronie napisze oświadczenie, skrzywdzą Nagórka to napisze coś na blogu. Niby coś się dzieje, że suma tych głosów na jednak mimo wszystko małą siłę rażenia. Potrzebne jest jakieś centralne działanie. Tylko nie wszystkim na tym zależy, ponieważ jednak są częściowo zależni od związkowej kasy.
Niestety nie ma równości między działaczem, a zawodnikiem. Zawodnik, żeby przeżyć musi to wybiegać (a i tak ma często pod górkę), a działacz wyżywi się sam ;)
W obecnej sytuacji związek nie jest w stanie przeprowadzić żadnej realizacji (chodzi o karty i certyfikacje), bo w byłych zawodnikach i kadrowiczach zamiast ambasadorów ma przeciwników czy wrogów.
Na to wszystko nakłada się to, że co najmniej 99% biegaczy nie ma pojęcia o sytuacji w związku i nic ich to nie obchodzi. Powiem więcej w ogóle nie interesuje ich polska, ani światowa lekka atletyka. Do nich dociera tylko echo działaczy i zawodników.
Tu dobrą robotę robi Nagor regularnie pisząc relację w bieganiu o imprezach światowych. Pytanie jaką to ma "klikalność" i kogo to interesuje.
Ja tęsknie za czasami kiedy w TV regularnie były pokazywane transmisje z formuły 1, wielkich turniejów tenisowych, lekkiej atletyki no i nie lubianej przeze mnie piłki nożnej ;)
W brydżu identyfikacja i gradacja działa doskonale pomimo jak pisze Piotr podobnego rozczłonkowania, nie będę tego opisywał, bo robi się nam za dużo wątków – wystarczy poczytać: https://pl.wikipedia.org/wiki/Tytu%C5%82y_klasyfikacyjne_w_bryd%C5%BCu_sportowym
Na pewno w innych dyscyplinach też to działa dobrze.
Być może nawet lepiej gdyby powstała prywatna inicjatywa niż związkowa. To zawsze jest zdrowsze. Pytanie czy kogoś stać na takie ryzyko i inwestycje. Być może któryś z wydawców biegowych czasopism?

Marcin Nagórek
17/06/2015, 22:11
#
Sławek - sęk w tym, że na związki sportowe nie ma żadnej realnej siły nacisku. Pamiętasz, co się działo z PZPN, gdy rząd chciał się dobrać im do tyłka? Nic nie mogli zrobić, bo ten system tak jest skonstruowany. Wybory działaczy odbywają się głosami delegatów. Delegatami są sami działacze, wybierani na poziomie lokalnym przez innych działaczy. Nie ma szans podważyć tego systemu.

Takie PZLA jest finansowane przez pieniądze państwowe. One lecą niezależnie od koniunktury, afer, zmian rządów. Zgadzać ma się liczba medali i dopóki się zgadza, jest ok. Fnansowanie stabilne, nikomu tam nie zależy np. na szukaniu sponsorów, zmianie wizerunku czy zbytnim rozgłosie. Dodatkowe pieniądze robi się na różnych programach dodatkowych, finansowych pośrednio przez państwo, tzn przez Orlen czy Energę. Wszyscy w sytemie są zadowoleni. Zawodników się nie słucha, bo to twór tymczasowy, zmieniają się co roku. Działacze trwają dziesięcioleciami.

Ja pewne rzeczy nagaśniam choćby dla zasady, ale nie mam złudzeń, że cokolwiek się zmieni.

Kuba Jelonek
18/06/2015, 00:27
#
Też miałem jechać na Żylewicza, ale okazało się, że udało się załapać na mityng do Francji. A tam na takie zawody przychodzi ponad 10 000 kibiców, którzy płacą za bilety! Jak po moim starcie chciałem pójśc na trybunu to kilka minut szukałem miejsca, bo nie było siedzących. I to nie jest diamentowa liga, chociaż obsada mocna (1500 wygrał bodajże 3.33). Czyli to da się zrobić, ale potrzeba tych kibiców tego nauczyć, że to będzie interesujące, jeśli ktoś to fajnie poprowadzi.

Tutaj przykładowe zdjęcie http://www.meeting-marseille.com/upload/11391582_1618272451752646_5374559076104161349_n.png
Piotr Stanek
18/06/2015, 07:28
#
Sławku

dziękuję za link do opisu klasyfikacji i gradacji w brydżu.
Mi chodziło o sport amatorski - zwłaszcza o biegi jak wyżej napisałem.

Piszesz o inicjatywie prywatnej. A co dokładnie masz na myśli z tą inicjatywą (nie i. prywatną)?

Marcin, Sławek
oki doki. Coś można z tym zrobić? Any ideas?
Obok nagłaśniania?
19/06/2015, 10:34
#
Zmotywowany Waszą dyskusją, jako były zawodnik z bieżni, zabrałem żonę i poszliśmy oglądać Memoriał Listosa.
Pierwsze zdziwienie - Marcin pod trybunami zastanawiający się co pobiegnie (a miało Cię nie być).
Drugie zdziwienie - jesteś chudy jak patyk w porównaniu ze zdjęciami w Internecie - przez to nie byłem do końca pewien, czy Ty to Ty.
Co do zawodów... Nieśmiertelny Pan Marian za mikrofonem, który krótko mówiąc nie ogarnia!!! Chaos. Gościu czyta wyniki skoku w dal mieszając z listą startową na 200m. Do tego stopnia, że momentami głos jako spiker zabierał Marek Adamek i to ratowało sytuację.
Jako kibic piłkarski (ze Śląskiem od III ligi do Mistrzostwa Polski) i sędzia (2 sezony w niższych ligach) muszę powiedzieć, że jak na zawody ogólnopolskie, to atmosfera swojska, można powiedzieć przaśna - jak na B-klasie piłkarskiej. Ja taką atmosferę lubię, podobało mi się, ale dla szerszej publiki takie widowisko nie ma racji bytu.
Zauważyłem jeszcze jedną prawidłowość - 9 lat temu skończyłem z bieżnią, a twarze sędziowskie i trenerskie te same, w kuluarach te same gadki...stagnacja.
Jedno się zmieniło - większość zawodników stoi dobrze sprzętowo. Kolce każdy ma swoje. Błyszczące, lekkie, kolorowe, a nie zagrzybiałe, z brakami wkrętów, ze starego magazynu wuefisty.
Ciekawi mnie, Marcinie, czy jesteś zadowolony z biegu? Był bardzo ciekawy. Dawno nie widziałem na żywo 5000m w 14:21. Otwarcie na 2:50 też robiło wrażenie.
Powodzenia w kolejnych startach!
Mikołaj Raczyński
19/06/2015, 14:57
#
Dobry tekst o psychice u BIEGANIU, zdecydowanie się zgadzam, a co do 5000m to raczej nie o taki wynik chodziło?
19/06/2015, 17:18
#
Też byłem na Listosie. Na razie bez żony, ale wielkie rzeczy rodzą się bólach ;)
Bieg na 5000m rzeczywiście ciekawy. Pierwszy raz widziałem bieg z dwoma zającami z których każdy w swojej roli wystąpił dwukrotnie w jednym biegu.

Co do tych samych twarzy to zapewne racja. Znamienne zresztą było to, że jeden z sędziów został wymieniony z imienia i nazwiska jako osoba, która z bieżnią ma do czynienia 58 lat ;) Mam nadzieję, że to jeden z tych o których Nagor pisał, że potrafią zdziałać cuda ;)
Marcin Nagórek
20/06/2015, 00:36
#
Piątka mnie zniszczyła. 1500m w tempie 2:50/km, potem coraz wolniej. Zdecydowanie za mocno na początku i w efekcie bardzo słaby czas. Ale z drugiej strony czasami trzeba zaryzykować. Już przed biegiem wiedziałem, że to dużo za mocno, ale miałem wybór albo próbować trzymać, albo biec samotnie.

Jeśli chodzi o mityng, to Listos jest całkiem dobrze zorganizowany, w porównaniu do wielu innych. Do tego przyzwoita infrastruktura jak na polskie standardy - kilka toalet, szatnia, miejsce na rozgrzewkę. Biegałem w tym roku na hali w Łodzi i tam na cały mityng jest jedno WC, jedna mała kabina. Zawody na Orle w W-wie - to samo. Prysznic - rzadko gdzie.

Czas się tu zatrzymał 50 lat temu, podobnie jak działacze.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin