26
02/2015
11:18
Po cichu, z zaskoczenia, zakończyłem starty w hali. Trochę planowo, trochę przymusowo. Zanim się to stało, zaliczyłem dwa kolejne biegi - na 1000 metrów i 800 metrów. Sytuacja wymusiła obecnie duże zmiany.

Ostatnio zakończyłem raportowanie treningowe na starcie na 800 metrów 4 lutego. Po tym biegu miałem tylko dwa dni relaksu i biegałem na dystansie 1000 metrów w Warszawie. Chciałem się sprawdzić, poza tym mój dobry kolega, Artur Kern, pobiegł świetny wynik w Spale - 2:29 i chciałem się z nim zmierzyć. Nie z samym Arturem, ale wynikiem. Po biegu w Toruniu byłem na tyle pewny siebie, że postanowiłem biegać na bardzo trudnej hali w Warszawie. I zakładałem, że nawet tutaj uda mi się złamać 2:30. Okazało się to jednak niemożliwe.


Tutaj w akcji Artur Kern i pokazana hala w Warszawie - zabójcze wiraże

Przede wszystkim nie do końca zregenerowałem się po Toruniu. To efekt i wieku, i tego, że biegałem w hali bez specyficznych przygotowań. Każdy start kosztował mnie wiele sił. Sprężałem się na sam bieg, ale regeneracja po przebiegała bardzo powoli. W Warszawie, trzy dni po Toruniu, czułem się bardzo słabo. Nogi ciężkie, brak sprężystego wybicia. Mimo to byłem zdecydowany atakować wynik. Do zmęczenia doszła jednak specyfika hali. Wysokie wiraże, na które trzeba się wdrapać co 60 metrów, kompletnie mnie rozbiły. Po dwóch z pięciu okrążeń nie miałem już siły wbiegać na nie z odpowiednim impetem.

Biegłem mocno, prowadząc przez 900 metrów, a dwóch biegnących ze mną rywali zamiast pomóc, siedziało na plecach. Właściwie nie mam o to pretensji, bo był to bieg o nic, ale pokazuje to polskie, asekuranckie podejście do ścigania. Nigdy nie osiągnie się wyniku, jeśli nie biega się odważnie. Szczególnie dotyczy to biegów średnich. Siedzenie na plecach i czekanie na finisz to prosta zabawa. Sam potrafię tak robić. W pewnym momencie tempo spadło i gdyby wtedy jeden z rywali ruszył, mogło skończyć się na wyraźnie lepszym wyniku. Do niczego takiego nie doszło. Rozumiem takie podejście, gdy walczy się o coś - medal czy nagrodę. Wtedy sam stosuję inną taktykę, a ponieważ jestem względnie szybki, zwykle na finiszu bardzo trudno mnie pokonać. Ale z tego nie ma wyniku, jest tylko dobre miejsce. Na mało znaczącym mityngu nie ma zaś różnicy, czy jest się na miejscu pierwszym czy piątym.

Podobnie jak ja w Spale biegał Artur Kern. Mocno od startu, odważnie, ale w pewnym momencie tempo lekko spadło. Artur też mógł pobiec mocniej, ale młodsi o kilkanaście lat rywale nie pomagali mu w nadawaniu rytmu biegu. I podobnie jak ja, przegrał na ostatniej prostej. Niestety, młode pokolenie jest bojaźliwe i trochę to rozumiem.Sam 10 lat temu nie byłem na tyle pewny siebie, żeby zawsze wybrać odważną taktykę biegu. Tylko że przy takim podejściu nigdy nie zrobi się wyników i nigdy nie wygra niczego znaczącego. Na pewnym poziomie wszyscy są mocni i wygrywa ten, który potrafi zaryzykować w odpowiednim momencie. Dlatego w biegach średnich tak bardzo podoba mi się nasz Adam Kszczot. Ten chłopak nie boi się ruszenia i walki. Jeśli trzeba, biega z tyłu, jeśli trzeba, prowadzi i kontroluje bieg. Ale tacy jak on trafiają się rzadko.

Wracając do tematu - w Warszawie wykręciłem na 1 km czas 2.33,51. Jak na mnie wolno, ale w gruncie rzeczy nie zrobiło to na mnie wrażenia. Nadrzędnym celem biegu było wykończenie się na maksa, głębokie pobudzenie organizmu przed kolejnymi biegami. Cały czas celowałem w przełamanie. Biegi średnie to jest duży ból i bieganie na wysokim poziomie kwasu mlekowego. Żeby robić to skutecznie, trzeba przełamać niemoc i pewną barierę bólu. W biegach długich jest zupełnie inaczej - przez większość dystansu biegnie się w relatywnym komforcie. I tak właściwie można określić różnicę pomiędzy biegami średnimi a długimi. A średnich trzeba zacząć tak mocno, że już w połowie dystansu bardzo mocno się cierpi. W długich inaczej - jeśli w połowie jest cierpienie, to prawdopodobnie nic z tego nie będzie.

Cierpiałem więc w Warszawie i do tych zmagań dołączył kolejny element. Coś, o czym już trochę zapomniałem - koszmarny kaszel. Jeden z czynników, który spowodował, że przed laty zacząłem porzucać średnie dystanse i przestawiłem się na długie. Mam jakąś tam alergię i oskrzela, na które mocno chorowałem w dzieciństwie. Niestety, bieg na 800 metrów to dystans, który kompletnie kasuje drogi oddechowe. To uczucie palenia i kaszlu zna każdy średniodystansowiec. Zwykle mija po kilku godzinach. U mnie jest inaczej - ten stan wręcz narasta. Zaczynam kaszleć coraz gorzej, nie mogę spać i normalnie egzystować. Nie pomaga nic, bo próbowałem wielu rozwiązań i leków.

Kaszel dopadł mnie po Warszawie, miałem zarwane kilka nocy, straszne zakwasy w brzuchu. Jakoś jednak doszedłem do siebie na kolejny start - znowu 800 metrów w Toruniu. Był to bieg z którego jestem całkiem zadowolony. Znowu poprawiłem najlepszy tegoroczny czas, nieznacznie, uzyskałem 1.54,26. Nie czas był tu jednak największym pozytywem. Bariera bólu i szybkości zaczęła w końcu padać. Bieg był bardzo szybki i trzymałem od początku czołówkę. 200 metrów pokonane w 27 sekund z małym kawałkiem, 400 metrów szacunkowo między 55 a 55,5 sekundy (lider - 54 z kawałkiem). Tak mocno nie zacząłem 800 metrów od wielu, wielu lat. Na ostatnim okrążeniu cierpiałem straszliwie i zwolniłem, bo to było dla mnie zdecydowanie za szybko. Z tego można pobiec 1.50, a na tyle nie byłem jeszcze gotowy. Po starcie czułem jednak pewną euforię - że mogę jeszcze rozruszać nogi naprawdę mocno. Treningi szybkościowo-siłowe zdają egzamin, jestem coraz szybszy.

Niestety, po Toruniu z kaszlem było tylko gorzej. Trzy noce prawie nie spałem, w pierwszą po biegu zdrzemnąłem się dopiero między 6 a 10 rano. Oskrzela są moim słabym punktem, a powietrze w hali nie jest im przyjazne. Musiałem zrezygnować z mistrzostw Polski. Wielka szkoda, bo dopiero na mistrzostwa naprawdę odpuściłem trening. Wcześniej cały czas ganiałem między startami podbiegi, co opóźniało złapanie pełnej mocy. Na mistrzostwach Polski chciałem pobiec już bez szaleństw i na pełnym luzie. 1.53 było w moim zasięgu, a przy dużym farcie może nawet 1.52.

Z drugiej strony - wiedziałem,że i tak nie jestem w stanie powalczyć o czołowe miejsca, więc zrezygnowałem bez wielkiego żalu. A wynik 1.52 lub lepiej powinienem spokojnie pobiec w sezonie letnim, jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego. Było mi więc trochę szkoda, ale po tych paru startach byłem zmęczony fizycznie i psychicznie i w gruncie rzeczy nie chciało mi się znowu jechać w trasę.


Mój partner w treningu siłowym.

Jest jednak czynnik, który sprawił, że musiałem skorygować plany na kolejne miesiące. To ten kaszel. Do tej pory zakładałem, że latem pościgam się mocno i regularnie na dystansie 800 metrów. Teraz muszę przyjąć, że oskrzela na to nie pozwolą. Start od czasu do czasu jestem w stanie znieść, ale regularne krótkie i mocne biegi - nie bardzo. Dlatego zmieniam plany i zakładam, że będę przygotowywał się w większym stopniu do dystansów 1500-3000 metrów. 800 metrów okazyjnie, jak w poprzednich latach, ale oczywiście z większym naciskiem. Utrzymam trening siłowy, ale muszę znacznie rozwinąć wydolnościowy i wytrzymałościowy. To gigantyczna korekta i oznacza duży zwrot w planach. Pobiegam więcej i na zupełnie innym schemacie. O ile w ostatnich tygodniach mój kilometraż wynosił średnio 45 tygodniowo, w tym potężna dawka treningu sprinterskiego na podbiegu, tak teraz zwiększę obciążenie do 60-70. Pojawią się dłuższe akcenty.

Nie rezygnuję jednak z prób odzyskania szybkości i mocy beztlenowej. To tylko pomoże mi na dłuższych dystansach. Nadal część treningów będzie diabelnie intensywna. Walcząc z kaszlem, mam zamiar przetestować kilka rozwiązań. W tym raz na dwa tygodnie wykonam zabójczo mocny trening, symulujący oddechowe i kwasowe zmęczenie biegów średnich. Nie robiłem tego od lat. Co ciekawe, w treningu oskrzela nigdy mi nie dokuczały; jedynie na zawodach, gdzie biegałem na 105% formy. Dlatego zakładam, że stopniowe hartowanie ich bardzo mocnymi akcentami może trochę zmniejszyć nadwrażliwość. Do tej pory start był zbyt dużym szokiem w stosunku do treningu. Trenowałem łagodnie, a potem serwowałem sobie znienacka zabójcze obciążenie na starcie. To się zmieni, a teoretyczny format, jaki zakładam na najbliższe 4 tygodnie, czyli dwa pełne cykle, to 5x600 metrów lekko pod górę, na nachyleniu rosnącym od 0,5 % do ok. 4%. Bardzo długie przerwy i zabójcza intensywność. To trening, który powinien dużo mi dać także pod względem siłowym.

Poza treningiem skorygowałem dietę. Próbuję odstawić krzyżowe alergeny. Oznacza to przede wszystkim rezygnację z pieczywa i makaronu, bo jestem uczulony m.in. na trawy i żyto. Zobaczymy, czy przyniesie to jakiś efekt. Na razie jestem przede wszystkim ciągle głodny. Pieczywem jest się łatwo zapchać, natomiast owocami i warzywami - gorzej. Zamiast pieczywa ładuję wafle ryżowe. Do tego tradycyjna dieta - miód, mleko, sery, jogurty, mięso, jajka. Wszystko raczej z tych lepszych, bez konserwantów i dodatków. I dużo owoców oraz jak najwięcej warzyw, z którymi mam pewien problem. Nigdy nie przepadałem za zieleniną. Ale czego nie robi się dla zdrowia, zobaczymy, jak zadziała taki eksperyment. Największym problemem jest odstawienie mojego ulubionego kremu czekoladowego Choco. Rekompensuję miodem, ale to nie to samo.

W treningu zachowam krótkie sprinty pod górkę. Rezygnuję natomiast na razie z krótkiego, łagodnego interwału. Pobiegam więcej crossów, a raz na dwa tygodnie dłuższy interwał na płaskim. Pomogła mi w tej decyzji zmiana pogody - jest ciepło, da się biegać bardzo intensywnie. Rozpisałem sobie szczegółowy plan, co też jest sporym postępem - do tej pory często trenowałem na żywioł, robiąc tylko ogólne założenia i szczegółowo planując kilka dni naprzód. Teraz mam rozpisane najbliższe 4 tygodnie. W cyklu dwutygodniowym zrealizuję 5 akcentów, w tym cztery na górkach. Widać, że cel jest nie tylko specyficzny, ale i siłowy. Cały czas chcę się wzmacniać i cały czas mam ku temu sprzyjający teren. Po dwóch tygodniach odsapnięcia wracam też do ćwiczeń siły ogólnej i pracy nad ścięgnem achillesa.

Pierwszy akcent już wykonałem - 10x200 metrów podbiegu, bardzo mocno i w kolcach. Nachylenie jest minimalne, rzędu 1% lub mniej, ale dodatkowym czynnikiem miękka, leśna nawierzchnia, pełna piasku i korzeni. Wyłącza to sprężystą pracę łydki i bardziej obciąża uda. Aby uzyskać prędkość, trzeba pracować mocno siłowo. Pobiegałem to w poniedziałek w tempie 31-30 sekund. Mocno, co tym bardziej pokazało mi, że dynamika wraca. Czułem trochę ścięgno achillesa. Nie chcę jednak odstawiać kolców, bo zaraz musiałbym i tak adaptować się do nich ponownie.

No i najbliższy cel - za 4 tygodnie w Iławie są przełajowe mistrzostwa Polski, Jeśli zdrowie pozwoli, chcę tam pobiegać mocno na dystansie 4 km. Potem biegi średnie, a jeśli będzie okazja, sprawdzę, jak to podejście sprawdzi się na dłuższych dystansach. Jeśli nie uda się wcześniej, to na pewno chcę pobiec coś dłuższego na jesień.
Kategoria: Starty 2015
Komentarze: (8)
Zaktualizowano: 27/02/2015, 13:20

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Jarosław Jagieła
27/02/2015, 10:48
#
Szkoda, że nie było Cię w Toruniu na MP. Liczyłem na ciekawą relację. Miałem okazję oglądać zmagania w niedzielę. A Artur Kern.... Jak wino! Choć na widowni padło "jaskiniowiec biegów średnich" :)
Twój przykład pokazuje jak warto być elastycznym w planowaniu startów i treningu i jak dobrze jest słuchać swojego organizmu. Powodzenia!
27/02/2015, 12:22
#
Marcin, tylko uważaj z tą zdrową dietą, pamiętam, że kiedyś pisałeś na blogu, że przejście na to, co powszechnie jest zdrowym żywieniem, w Twoim przypadku skutkowało brakiem energii. Więc może tak całkiem wszelkich smakołyków nie porzucaj, żeby sytuacja się nie powtórzyła ;)
Marcin Nagórek
27/02/2015, 13:22
#
Jaskiniowcy jeszcze pogonią młodych ; )

Kuba - masz rację, jest tu pewne ryzyko. Chodzi jednak głownie o ilość kalorii, ewentualnie żelazo. Jem sporo dobrego jakościowo mięsa i suplementuję się żelazem. Dowóz kaloryczny raczej też ok. I przede wszystkim wtedy biegałem 150 km tygodniowo,a teraz 60 ; ) Ale uważać trzeba.

27/02/2015, 18:39
#
Bardzo interesujące są Twoje spostrzeżenia na temat asekuranckiego podejścia rywali, z którymi się ścigałeś. Faktycznie, zawody nie miały wielkiego prestiżu i można było spróbować zaryzykować walkę o lepszy wynik, nawet dla samego siebie sprawdzić się. W razie przeszacowania sił i straty miejsca bądź wyniku jest to zawsze jakieś doświadczenie. W poważniejszych zawodach jest już się nie bogatszym.

W pewien sposób to wytłumaczyłeś , nie mniej jest pewne rozczarowanie. W każdym razie ciekawie się o tym wszystkim czyta z perspektywy amatora.
27/02/2015, 19:36
#
A może zamiast żelaza raz w tygodniu wątróbkę z warzywami?
Jakoś w te pigułki nie wierzę.
Maciek W.
01/03/2015, 21:08
#
Marcin,
jesienią miałem niski poziom żelaza. Internistka już cieszyła się, że zapisze mi żelazowy preparat. Nie zgodziłem się. Powiedziałem, że dieta wystarczy.
I pomogło. Cztery duże porcje szpinaku w tygodniu, choć jest z nim problem, że zawiera żelazo trudniej wchłaniane. Dwa razy jako podczas lunchu i dwa razy pokaźny zielony koktajl. Codziennie do owsianki na śniadanie pestki dyni, ziarna słonecznika i orzechy nerkowca. A poza tym wspomaganie organizmu żeby żelazo lepiej się wchłaniało. Po pierwsze, witamina C do każdego posiłku. Np. papryka. A herbata lub kawa nie wcześniej niż dwie godziny po posiłku lub nie później niż godzinę przed. Wiem, może spowodować znaczne ograniczenie spożycia tych napojów. Ale moim zdaniem warto.
Ja też nie bardzo wierzę w te pigułki.
Marcin Nagórek
04/03/2015, 01:26
#
Panowie, akurat ukazał się mój artykuł o suplementacji, dlatego czuję się niezręcznie, że muszę tu bronić pigułek. Nie można jednak negować wszystkiego. Dobre żelazo, w przyswajalnej i nieinwazyjnej formie chelatu to bardzo cenny środek OPRÓCZ stosowania odpowiednich zasad dietetycznych. Wiele zależy od intensywności treningu. Ja u siebie przez lata odkryłem, że poziom żelaza rośnie mi bardzo wolno. Nigdy nie przekroczyłem np. hemoglobiny 14.4, podczas gdy wielu biegaczy ma 16 i lepiej. U mnie zdarzyło się i 11.

Dlatego i pilnuję diety i mam kresy ładowania chelatem. Efekty są bardzo dobre. Badani lepsze, a od paru lat nie mam uczucia osłabienia, które rozbiło mi lata 2010-2011.
The Marco
07/04/2015, 13:40
#
Na niedobór żelaza, nie ma nic lepszego jak zwykła spirulina (algi). Po ok. tygodniu masz wręcz wzorowy poziom żelaza.
Proponuje spróbować i zrobić sobie po tygodniowej suplementacji spiruliny badania :)
Poza tym, żelaza zawiera kilka razy więcej niż szpinak.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Kwiecień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin