06
11/2014
11:30
Biegowe zmagania trwają. Ciągłe użeranie się z bólami ścięgna Achillesa i ostatnia choroba nieco mnie podkopały, ale nadal robię swoje. 11 listopada startuję w biegu na 10 kilometrów. Dzisiaj solidny wpis z garścią zdjęć z ostatniego biegu w Sopocie.

Kilka dni przed planowanym startem w półmaratonie w Gdańsku ścięła mnie choroba. Z początku wydawało się, że to lekkie przeziębienie, które minie w dwa dni, ale skończyło się gorzej. Nie biegałem tydzień, w kolejnym byłem mocno osłabiony. Właściwie do teraz nie doszedłem w pełni do siebie. Jestem niestety dość podatny na przeziębienia, statystycznie choruję zawsze wiosną i jesienią. W dobrym roku zdarza się to tylko raz, a w złym, np. w poprzednim - nawet pięciokrotnie. Prawdopodobnie winna jest skłonność do alergii i związana z tym nadwrażliwość oskrzeli. Może też złamany w dzieciństwie nos? Po przeziębieniu mam zwykle lżejszy lub mocniejszy przerzut na zatoki i to strasznie mnie osłabia. Nie mam gorączki, ale po chorobie czuję się jak przebita dętka.

Nie chcę demonizować, ale choroba złapała mnie po tym, gdy po kilku latach współpracy zjawiłem się po raz pierwszy na spotkaniu redakcyjnym Magazynu Bieganie. To potwierdza tezę, że wszystkiemu winne są media.


Spotkanie w Sopocie - po mojej lewej Łukasz Panfil, biegacz i dziennikarz, po prawej - Artur Kern. Wszyscy z rocznika '80

Pierwsze dni po przerwie były ciężkie. A jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to dni przed chorobą były niewiele lżejsze ; ) Po powrocie z Sopotu, gdzie miałem kilka dni luźniejszych, zupełnie innym okiem spojrzałem na swoje nowe trasy biegowe, po których ganiam od sierpnia. Ostatnio przyzwyczaiłem się i tego nie zauważam, ale są one po prostu diablo trudne. Jest nie tylko pagórkowato, teren mocno pofałdowany, ale i miękko, cały czas po lekkim piasku, ostatnio przysypanym liśćmi. W ostatnich latach byłem przyzwyczajony do zupełnie innej nawierzchni i w efekcie po trzech miesiącach jestem mięśniowo kompletnie zajechany.

Odkryłem to nieco przypadkiem. Od paru tygodni dopadała mnie narastająca ciężkość mięśni. Czułem, jakbym nie regenerował się do końca. Dotyczyło to przede wszystkim ud. Na treningach czułem się jak czołg - gdy już złapałem rytm, biegłem, ale nie było w tym lekkości. Czy pod górkę czy z górki, prędkość i rytm były praktycznie niezmienne, takie totalne zablokowanie, przy uczuciu ogólnej ciężkości. Swoje na pewno dołożyły tu ćwiczenia na biodra, które wykonuję, a które polegają w większości na wysokim unoszeniu nogi, angażując również mięśnie czworogłowe. Ponieważ cały czas roluję się i rozciągam, któregoś razu porządniej zabrałem się do czworogłowców. Nie miałem z nimi nigdy problemów, tym większym zaskoczeniem był więc ból, który poczułem. Rozmasowałem solidnie, a efekt był prawie taki jak po pierwszym maratonie - bóle, jakby ktoś ostukał nogi młotkiem.

Wygląda na to, że masaż "wyciągnął" na wierzch problemy, które odłożyły się także w tej grupie mięśniowej. Było to kilka dni przed chorobą i mam wrażenie, że mogło mieć wpływ na osłabienie organizmu. Często miewam tak, że silne zakwasy w dużych grupach mięśniowych kończą się chorobą. Jakbym przekroczył swoje możliwości regeneracji.


Moment, który mnie załatwił w Sopocie - po pierwszym kilometrze wyszedłem na czoło grupy i ruszyłem mocno pod wiatr, goniąc czołówkę

Z zakwasami związana jest druga sprawa. Cały czas walczę z motoryką ruchu, zaburzoną przykurczami, zmasakrowaną wielogodzinną pracą przy komputerze. Próbuję odzyskać dawną lekkość biegu i w tym celu uciskam, rozluźniam, wzmacniam, mobilizuję i rozciągam. Pracy jest cały czas tak wiele, że nie mam czasu, żeby równocześnie zajmować się wszystkim. Pisałem już nieraz, że przyczyny bóli, tak jak u mnie w przypadku ścięgna Achillesa można wrzucić do dwóch grup - pośrednie i bezpośrednie. Pośrednia (może być ich kilka) to zaburzenia motoryki, które prowadzą do przeciążenia określonej części ciała i wtedy bezpośredniego bólu. Aby pozbyć się kontuzji, trzeba zlikwidować oba ogniska problemu.

Jako główną przyczynę pośrednią zdiagnozowałem u siebie przykurcze i osłabienie w okolicach bioder. To się objawia m.in. tym, że przy wyrzucie nogi do przodu nie wyprowadzam jej luźno i symetrycznie, a raczej ciągnę tuż nad ziemią. Szczególnie dotyczy to lewej i połączone jest z rotacją całego ciała dla złapania równowagi. Wyolbrzymiając, przypomina ruch posuwisty jak z doczepioną nartą. Obserwowałem to niedawno na setkach zdjęć, które zgromadziłem latami.

Nad biodrami znęcam się od 3 miesięcy i są widoczne efekty - na razie niekoniecznie pozytywne. Najwyraźniej trochę odciążyłem łydki, ale w zamian dociążyłem co innego. Przede wszystkim czworogłowce - one nagle zaczęły pracować. To przyczyniło się do wystąpienia ciężkości i bóli. Szybko się pewnie tego nie pozbędę, skoro na niekorzyść działa i motoryka, i nawierzchnia. Dodajmy jeszcze, że skłonność do pracy łydkami, a odciążanie czworogłowców to coś, co towarzyszy mi od lat. Już 10 lat temu terapeuta zwracał uwagę, że czworogłowce mam nieproporcjonalnie słabo rozwinięte. Kolejne lata wzmacniały tę tendencję. Sprawdzało się to na bieżni i ogólnie na krótkich dystansach - wybijałem się głównie z bardzo mocno usztywnionej łydki i stopy. Ale w końcu doszedłem do granic tego mechanizmu, przeciążyłem achillesy.


Tu już w głębokim kryzysie, próbując utrzymać się za Piotrkiem Pobłockim

Jeśli chodzi o bezpośrednią przyczynę bólu, to co zaskakujące, do tej poty nie mogłem jej zlokalizować. Albo inaczej - ona się zmieniała. Na łydce co rusz znajdywałem kolejne punkty bólowe, których rozluźnianie przynosiło ulgę - ale chwilową. Mam jednak dobrą książkę, o punktach spustowych i powiązanych z nimi bólami. Siadłem ostatnio i krok po kroku analizowałem, co mnie boli i skąd się to bierze. Sytuacja jest o tyle trudna, że jestem przypadkiem nietypowym - boli mnie praktycznie wszystko. To marzenie albo koszmar terapeuty, jestem pospinany niemal w każdym możliwym miejscu. Rozwikłanie, który przykurcz powoduje który i od czego zacząć poprawę, to sytuacja jak z węzłem gordyjskim. Niestety, nie da się tego gładko przeciąć, chyba żeby odciąć nogi.

Ostatecznie jednak znalazłem w atlasie punkt, który bezpośrednio odpowiada za miejsca na ścięgnie, które mnie bolą. Wbiłem palce - jest, boli jak diabli, w dolnej części łydki. Od paru dni mocno się nad tym znęcam... i czuję jakby poprawę. To jest minimalne, na razie achilles boli mniej głównie przy chodzeniu. Liczę, że to znaczący progres, tzn moja praca nad przyczynami pośrednimi i bezpośrednia daje w końcu efekt.

Skutkiem ubocznych wszystkich tych zabaw jest nie tylko zmęczenie i ogólna obolałość, ale także totalne pomieszanie w motoryce ruchu. Rozluźniam łydki - zaczyna mnie boleć co innego. Np. ostatnio golenie, których nie czułem od kilkunastu lat. Oczywiście stopa.


Zdjęcie pokazujące jeden z symptomów zablokowanych bioder - proszę zwrócić uwagę na lewą stopę, która skręca nieco w bok. Blokada w biodrach nie pozwala na swobodne wyprowadzenie jej spod siebie, dlatego odruchowo odwodzę ją na zewnątrz.

Rozluźniam biodra - zaczynam przeciążać czworogłowce. Jeśli połączymy to z osłabieniem po chorobie, otrzymamy efekt bieżący - czuję się marnie, wszystko mnie boli, biegam nadal marnie technicznie i do tego wolno. Liczę jednak, że w końcu wszystko zaskoczy. Napięcia rozłożą się równomiernie, odpowiednio porozkładam obciążenie łańcuchów mięśniowo-powięziowych... i zacznę poruszać się sprawniej. Zdarzało mi się to już w przeszłości - nagle wszystko kliknęło i forma skakała w górę jak szalona, nie wiadomo skąd. Teraz jestem w najpoważniejszym kryzysie, jaki miałem. Już dwa lata majstruję przy motoryce i na razie efektem są kolejne bóle i kolejne spadki formy. Nie poddaję się jednak.

Co ciekawe, im więcej wiem, tym większe mam wątpliwości. Dotyczy to także różnych zależności pomiędzy treningiem a formą. Bieganie to nie jest matematyka, tu nie zawsze 2 + 2 równa się 4. Te same fakty można różnie interpretować. Ostatnio wprowadziłem w treningu kolejne zmiany, próbując walczyć z nawierzchnią. Napiszę o tym w kolejnych notkach, ale ogólnie mówiąc, próbuję biegać mniej, ale szybciej (stąd chwilowe pogorszenie stanu ścięgna, które ostatnio zwalczyłem nowym punktem bólowym). Skłoniło mnie to do analizy różnych poprzednich sezonów. I dochodzę do wniosku, że pewne sprawy wyglądają różnie, zależnie od tego, co jest punktem wyjścia analizy. Nawet tak jednoznaczna sprawa jak słabszy sezon. Miałem taki np. w 2011. Po nim jednak nastąpił bardzo dobry 2012. Może słaby sezon to nie porażka, ale konieczny element progresu w kolejnych latach? Może wykonanie pewnego treningu to pańszczyzna do odrobienia, przynosząca zyski później? Na wszystkie porażki i zwycięstwa można spojrzeć z różnej strony. Porażka może być pierwszym krokiem do późniejszego zwycięstwa. A wygrana - pierwszym krokiem w kierunku przepaści.

Na razie myślę już powoli o biegu na 11 listopada. Nie jestem optymistą - czuję się kiepsko. Spróbuję jednak powalczyć. Jestem na takim etapie,że nie zdziwi mnie ani dobry wynik, ani kompletna klapa.


Końcówka biegu - ludzie, litości, gdzie ta meta?!
Kategoria: Trening 2014
Komentarze: (14)
Zaktualizowano: 06/11/2014, 18:57

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Wojciech Maliszewski
06/11/2014, 22:15
#
Co to za dobra książka o punktach spustowych ?
06/11/2014, 22:35
#
Marcinie, mając na uwadze dość wyraźny regres Twoich wyników na praktycznie wszystkich dystansach mam pytanie, a raczej sugestię, którą chyba warto rozważyć. Przy takim stażu byłbyś idealnym partnerem treningowym i pacemakerem może nie ścisłej elity kobiet w naszym kraju, ale na pewno dobrych klasowo kobiet (np. Dominika Nowakowska, Agnieszka Mierzejewska, itp.). Czy takie "usługi" nie byłby przypadkiem opłacalne dla obu stron? Dodatkowo finansowane obozy wysokogórskie, wyjazdy na zawody zagraniczne - mógłbyś podpatrzeć jak trenują najlepsi, być może poprawić przy okazji życiówki na dłuższych dystansach.
Marcin Nagórek
07/11/2014, 11:18
#
Wojtek - "Punkty spustowe i łańcuchy mięśniowo-powięziowe w osteopatii i terapii manualnej", P. Richter, E. Hebgen.

Karol - pomysł jest nierealny z kilku względów. Po pierwsze, ja nie miałbym na to ochoty ani czasu. Mój trening od paru lat jest hobbystyczny i zabawowy. Na co dzień mam swoją pracę, liczne zajęcia i wyjazdy na obozy to coś, co jest dawno poza mną. W ostatnich latach nawet podczas samodzielnych wyjazdów,np. do Portugalii trenowałem raz dziennie. Nie mam na to czasu, chęci, motywacji. Po drugie, w Polsce żadnej biegaczki nie byłoby stać na coś takiego, nawet gdyby któraś się zdecydowała. Bieganie w Polsce to sport co najwyżej półamatorski. Wiele dziewczyn ma zresztą swoje grupy treningowe i mężczyzn, z którymi biegają przy okazji wspólnych treningów.

Ja w tej chwili jestem na takim etapie, że znam się nie tyle z zawodniczkami czy zawodnikami, a bardziej ich trenerami. Z młodszych biegaczy nie znam praktycznie nikogo, trenerów - właściwie wszystkich. Z wieloma się przyjaźnię, spotykam, rozmawiam. Wielu to moi rówieśnicy. Byłoby zabawne, gdybym miał zostać treningowym pacemakerem ich zawodników.

Co do poprawy wyników - nadal jest to bardzo prawdopodobne. Warunek jest jeden - zdrowie. Życiówkę na 1500 metrów poprawiłem raptem dwa lata temu. Na 3:45 na 1500 m nie potrzeba nie wiadomo jakiego treningu. Dwa lata temu osiągnąłem to, robiąc 1/3 tego, co w młodszych latach. To jest kwestia wiedzy, którą nabyłem i teraz trenuję po prostu rozsądnie, wiedząc co i po co robię.

Na 1500 metrów pobiegłem w tym roku 7 sekund wolniej niż moja życiówka, bez użycia jakiegokolwiek treningu specjalistycznego. Ba, przed swoim najszybszym biegiem, na mistrzostwach Polski, od 3 tygodni praktycznie nie trenowałem, wychodziłem jedynie na krótkie rozbiegania. A przed samym biegiem ledwo byłem w stanie chodzić z bólu, pobiegłem go raczej siłą ambicji niż formą. Nawet w tych latach łamanie 3:50 na 1500 nie byłoby dla mnie problemem, gdybym miał achillesy z żelaza.

W tym roku mimo dużych problemów zdrowotnych w pierwszym starcie pobiegłem 31:38 na dychę na bieżni. Doszedłem do tego po 6 tygodniach treningu. Gdybym w przyszłym roku mógł normalnie przetrenować okres od lutego do czerwca, będę nadal biegał szybciej od życiówek. Ale jeśli nie - trudno. Kariera biegowa jest dla mnie w tej chwili tylko hobby, uzupełnieniem tego, co robię na co dzień. Są dni, kiedy z trudem w ogóle znajduję czas na trening. Ale w ramach tego, co mogę, staram się biegać najszybciej jak mogę - tylko i aż tyle.
11/11/2014, 22:24
#
Maricinie, widziałem wyniki. Udało Ci się ledwo uciec przed pierwszą kobietą. Chyba dłuższe dystanse nie są jednak Twoją domeną... Może lepiej skoncentrować się do przygotować na halę?
Marcin Nagórek
12/11/2014, 09:06
#
Karol - to był mój najlepszy bieg na dychę na ulicy od 5 lat - zresztą prawie cały czas biegłem z Iwoną i Michałem, przyspieszyłem dopiero na dwóch ostatnich kilometrach. Wszystko jest względne - chciałbym biegać na 5 czy 10 km jak najlepsze kobiety na świecie. Nie wspominając o maratonie, gdzie rekord świata wynosi 2:15, wynik, który osiąga kilku polskich mężczyzn w ciągu roku.

Jestem też bardzo zadowolony z 15 miejsca na 12 tysięcy uczestników. Jak łatwo policzyć, lepsze osiągnęło jedynie 14 osób. Najlepszą kobietę wyprzedziło jedynie 17 mężczyzn. Wedle twojego toku myślenia pozostałe 12 tysięcy uczestników powinno zrezygnować ze startów, bo przecież przegrali z kobietą... Jak dla mnie nieco dziwna logika.
Daniel CCL
12/11/2014, 09:39
#
@Karol, a ile taki Pacemaker zawodniczek w Polsce może wyciągnąć miesięcznie, za swoją pracę?? Czy aby nie bardziej opłaca się biegać 32 min na 10km na ulicy?
Tomasz  K.
12/11/2014, 16:40
#
Do tej pory tylko czytałem artykuły i komentarze, ale gdy czyta się taki komentarz Karola, to zaczynam się zastanawiać co przez niego przemawia zazdrość? Ponad 12275 osób chciałoby osiągnąć taki wynik,a Ty Karol piszesz, żeby się zastanowić czy jest sens takiego biegania. Mógłbyś odpowiedzieć, czemu to ma służyć? Nie zapominajmy co Marcin napisał w jednym z komentarzy- kariera biegowa jest w tej chwili dla niego tylko hobby :), a Iwona to nie byle kto w światku biegowym . Chciałbym się zmieścić w 40 minutach jako hobbysta :) Tak z ciekawości Karol jaki jest Twój Pb na 10km?
Marcin jeszcze raz gratuluję i pozdrawiam...
14/11/2014, 08:41
#
@Tomek K., Może nie napisałem wyraźnie, więc powtórzę. Ewidentnie Marcin osiąga lepsze wyniki na dystansach średnich. W porównaniu z tym co biega na 800m czy 1500m jego wyniki na 10km są po prostu kiepskie. Nie ma tutaj nic do tego fakt czy ktoś chciałby te kiepskie wyniki osiągać, czy nie. Czemu więc nie skoncentrować się na tym, w czym jest się lepszym? Argument, w którym ktoś wygrywa z tysiącami innych osób też do mnie nie przemawia. Jeżeli komuś zależy na jak najlepszym miejscu, to przecież może startować w biegach przedszkolaków albo dookoła stodoły i zawsze będzie pierwszy. W wielu wpisach Marcin podkreślał, że go interesuje wynik, a nie miejsce i tego się trzymam. Tak samo nie wiem co ma do tego mój PB na 10km? Pomijając fakt, że nie biegam długich dystansów, to nawet nie wiesz ile mam lat i co robię (chociaż zapewne dość mocno byś się zdziwił znając odpowiedzi na te pytania). Nie będę pisał, bo dyskusja nie jest o mnie. A zarzut zazdrości wyniku, który dałby realnie 3-4 klasę sportową (?) raczej też mija się z celem.
Krzysztof Bartkiewicz
14/11/2014, 12:07
#
Ja chciałbym zwrócić uwagę na zakręt, w jakim stopniu organizator zabezpieczył trasę by uniemożliwić skracanie. Ostatnio jest moda na bieganie po łuku a tu proszę..:)

Co do wypowiedzi Karola, to Marcina domeną jest bieganie na 800m i nigdy się z tym nie krył. Ponadto poziom niektórych pań w Polsce jest na tyle przyzwoity że sam osobiście nie wstydziłbym się przegrać niejedną z nich:)
Marcin Nagórek
15/11/2014, 02:48
#
Karol - priorytety się zmieniają. Z mojej perspektywy w tej chwili zabawa w klasy sportowe jest bardziej dla dzieci. Mnie to już specjalnie nie bawi, podobnie jak wszelkie imprezy związane z PZLA. Generalnie żałuję, że na ulicy nie ma dystansów bardziej mi pasujących, bo najchętniej wypisałbym się z wszelkich startów organizowanych przez związki sportowe. Za dużo w tym biurokracji, napinki, działaczy. Pisałem też nie raz, że nie miałbym motywacji, gdybym miał trenować cały rok po to, żeby przebiec w sezonie kilka startów na bieżni i liczyć, że trafię na dobry bieg, pogodę, wstawią mnie do odpowiedniej serii itd. Bieżnia tak, ale tylko jeśli zdrowie pozwoli i obok innych startów, na dużym luzie.

Poza tym jak zawsze interesuje mnie metodyka treningu. Wyniki, jakie osiągam teraz w biegach długich, pochodzą ze średniego kilometrażu rzędu 70 tygodniowo. Możliwe, że jeszcze to skrócę, w ramach różnych ciekawych prób. Poza bieganiem bawię się w parę innych rzeczy, np. robię drobne przymiarki do kalisteniki, co skutkuje wzrostem masy ciała, nie pomagającym w treningu.

Mówiąc ogólnie - przychodzi w życiu taki okres, kiedy wynik staje się bardziej pochodną tego, co można i chce się zrobić, a nie wartością samą w sobie. Pewnie byłbym w stanie dość łatwo pobiec minutę szybciej na dychę, może i lepiej, gdybym ponownie zaczął jeździć na obozy, trenować dwa razy dziennie i ogólnie podchodzić do tego poważniej. Sęk w tym, że nie mam na to czasu ani chęci. Bawi mnie podejście, jakie mam w tej chwili. Na koniec sezonu biegnę maraton i podejdę do niego prosto z marszu, z jednym treningiem rzędu 26 km, który zrobię jutro, a pozostałymi nie dłuższymi niż 13 km. Mógłbym się napinać na wynik, biegać 150 km tygodniowo - ale zostawiam to młodszym, lepszym i bardziej zdeterminowanym. Bardziej ucieszy mnie wynik rzędu 2:45 zrobiony przy takim podejściu niż 2:30, na który musiałbym robić nie wiadomo co.

Dlatego takie podejście, czego bym nie mógł poświęcić, czego nie robić, żeby trochę poprawić wyniki czy osiągać większe sukcesy - to już nie dla mnie. Jeśli mam wybór pomiędzy możliwością robienia w życiu innych ciekawych rzeczy a bieganiem odrobinę szybciej - wolę to pierwsze. Być może stąd nieporozumienie - Ty sugerujesz coś, co być może byłoby w stanie poprawić moje wyniki, ja natomiast robię to, na co znajduję czas i chęć, co daje mi trochę zabawy. W ramach tego walczę o jak najlepsze wyniki, ale tylko w ramach tego. Czyli próbuję wycisnąć wynikowego maxa z treningu, o którym z góry wiem, że jest ograniczony i mało profesjonalny.

Jeszcze jedna uwaga - 32:51 to jest 2 klasa sportowa, nie 3 czy 4. Klasą sportową odpowiada czasowi rzędu 1:55 na 800 metrów. Na bieżni w tym roku pobiegłem niewiele szybciej. Warto sprawdzić takie rzeczy, zanim się napisze.

Krzysiek - mówisz o zakręcie w Ww-ie? Tam trasa jest najmniej sprzyjająca skracaniu w całej Polsce - jedna nawrotka, solidnie zabezpieczona, poza tym bieg po prostej. To nie jest Kościan, gdzie na zakrętach można ściąć ze 300 metrów.
15/11/2014, 12:28
#
Marcin przed zrównaniem 1:55 i 32:51 warto się też zastanowić co za idiota robił te tabele klas sportowych oraz dlaczego kolejni idioci z pzla tej 2 klasy dla 10000m nie poprawią od lat. Chyba nie powiesz, że 33:00 i 15:15 to równorzędne wyniki? Na drugą klasę na 10km powinno być około 31:45-32min. I dziwię się, że nigdy tego nie zauważyłeś, albo kiedyś się już nad tym zastanawiałeś i zapomniałeś.
Marcin Nagórek
15/11/2014, 13:51
#
Piotrek, z klasami sprawa nie jest taka prosta. Z tego, co się orientuję, one odzwierciedlają średni poziom konkurencji w kraju. Biegi długie mamy słabe, to pierwsza sprawa. Ulica oficjalnie nie zalicza się do tych klasyfikacji - w sumie nie wiadomo dlaczego. Swoją drogą, widziałeś tabele 10 km na stronie PZLA? Prawie nic tam nie ma, bo żaden bieg nie spełnia wymogów, nawet nie wiem dokładnie dlaczego.

Lecimy dalej - wynik w biegu długim jest uzyskać trudniej niż w średnim, choćby ze względu na większy udział warunków atmosferycznych, mniejsza możliwość startów itd. Teoretycznie 33 minuty na drugą klasę wydają się nieco zaniżone... Ale z drugiej strony z mojej perspektywy jest tak, że bez specjalnego przygotowania, czyli bez robienia treningów specjalistycznych pod dany dystans, lecę właśnie mniej więcej 1.55/4:00/9:00/15:20/33:00. Czyli z mojej perspektywy te klasy mniej więcej pasują.

Myślę jednak, że sprawa jest mocno indywidualna. Nie wiem dokładnie jak z Tobą, ale jeśli rozmawiam z biegaczami typu Kuba Nowak, typowymi długasami, to dla niego pobiec 1:55 na 800m to prawie niemożliwe nawet w super formie. Natomiast 31:30 robi właściwie z roztrenowania. Ja zawsze miałem odwrotnie, na 1:55 praktycznie nie musiałem trenować, a żeby złamać 32 minuty na dychę, to już musiałem być w doskonałej formie.

Nie skreślałbym więc z góry tych klas. To jest jakieś uśrednienie sytuacji, biorące pod uwagę ogólny poziom i wszystkich zawodników. Odczuwalność klas jest mocno indywidualna, ale z mojej perspektywy granice 2 klasy są mniej więcej ustawione na podobnym stopniu trudności. Nie wiem, na ile znasz średniodystansowców, ale ja poznałem sporo biegaczy z poziomu nawet 1:53/3:52, którzy mają bardzo duże problemy ze złamaniem 35 minut na dychę i 1:18 w połówce. To są po prostu inne zdolności. Ze wspólnych znajomych widziałem w wynikach w Warszawie Sebastiana Wójtowicza (który odwiedza mojego bloga, może się wypowie). Cały czas w dobrej formie w biegach średnich, a na dychę 34:57. Nie wiem, czy do tego trenował czy nie, ale uwierz, że dla typowego średniaka 33 minuty to jest tak samo trudna bariera do złamania jak 1:55 na 800 metrów.

Nie mam więc pewności, czy te klasy są ustawione na pewno dobrze, ale tak z góry bym ich nie potępiał. Im więcej się na ten temat wie, zna sytuację z różnych perspektyw, tym bardziej widać złożoność sytuacji. A jeśli coś jest zaniżone, to na pewno pierwsze klasy u kobiet ; )
15/11/2014, 18:41
#
Jako całość nie potępiam tych klas sportowych, ale to 10000m to od zawsze wydawało mi się nielogiczne. Wiadomo, że im wyższy poziom sportowy tym ciężej o poprawę i urywanie kolejnych sekund. Dlatego też logiczne jest zmniejszanie różnic między klasami. Do czego nie przystaje 2 klasa.
Różnica między:
4 a 3 to 2:30
3 a 2 to 1:30
2 a 1 to 2:35
1 a M to 1:30
M a MM to 0:50
No chyba, że te klasy rzeczywiście odzwierciedlają jakiś średni poziom w kraju, ale wówczas powinny być corocznie modyfikowane.
Marcin Nagórek
15/11/2014, 19:42
#
To nie jest takie proste. Kiedyś rozmawiałem o tym z kimś z PZLA, już nie pamiętam dokładnie. W każdym razie klasy od 3 w dół są generalnie przewidziane dla bardzo młodych zawodników. Nawet na poziomie wyczynowym jest taka opinia wśród trenerów, że dobry młodzieżowiec powinien mieć pierwszą klasę, a dobry senior mistrzowską.

W naszym przypadku wydaje się to nielogiczne, ale my jesteśmy nieco inni. Ten system nie był tworzony z myślą o ponad 30-letnich biegaczach na poziomie 2 klasy ; ) Kiedyś coś takiego nie istniało. Zresztą kiedyś była taka konkurencja, że zawodnik bez pierwszej klasy właściwie nie miał racji bytu.

Dodajmy jednak, że kiedyś o klasy paradoksalnie było łatwiej. Na piątkę czy dychę było dużo dobrych biegów w ciągu sezonu. Ja np. rok temu pobiegłem 14:56, dwa lata temu 14:47 - ale w obu przypadkach myślę, że bez problemu pobiegłbym okolice 1 klasy, gdybym miał gdzie pobiec 2-3 dobre biegi, w dobrej temperaturze. Podobnie miałem w latach 2008-2009. Mój najlepszy wynik w startach, gdzie prowadziłem na zmiany, wynosił 14:49, a zdarzało mi się też powyżej 15. Potem na mistrzostwach Polski trafiłem bieg na 14:24, rok później na 14:15. Czyli w dobrym biegu od razu urywałem 25-30 sekund. Nie wiem, czy każdy tak ma, ale u mnie się sprawdza. Tymczasem w ostatnich latach piątki na MP były w temperaturze ponad 30 stopni. To jest zabójstwo, ja wtedy biegam jak kaleka.

I jeszcze jedna ciekawostka - na bieżni lecę dychę 1-1,5 minuty szybciej niż na ulicy. To musi być kwestia techniki biegu i ekonomii. Pracuję nad tym, ale niewiele się na razie zmienia. W tym roku pobiegłem na początku sezonu to 31:38, a teraz na ulicy tylko 32:51 (chociaż fakt, że byłem w trochę słabszej specyficznej formie). Ale i dwa lata temu miałem tak, że na bieżni 30:55, a 2 tygodnie później ulica ponad 32 minuty (gorąco i bez atestu, ale fakt faktem). Ciekawe, co? :)

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Następny: Więcej czadu
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Czerwiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin