13
10/2014
00:20
Niedziela nad morzem minęła mi pod znakiem startu na dychę w Sopocie. Bieg poszedł mi... Nie, właściwie to mi nie poszedł. Wiele spraw potoczyło się nie tak, jak bym tego oczekiwał. Chociaż w gruncie rzeczy można było tego oczekiwać. W tym roku biegłem tylko jedną dychę, na wiosnę. Od tego czasu dużo krótkich dystansów, a od końca lipca miałem tylko jeden start - na dystansie 1500 metrów. Przejście na ulicę do długich wysiłków okazało się ciężkie i bolesne - po biegu byłem obolały mięśniowo, marnie się czułem, nie mogłem spać.

Przebiegłem 10 km w 33 minuty, 39 sekund. Spodziewałem się, że będzie co najmniej minutę szybciej, pod tym względem plan nie został więc wykonany. Nie to mnie jednak martwi, a powracające wciąż te same demony. Odbijam się od tych samych ścian i robi się to nudne. Czy nie mógłbym chociaż raz zamiast cierpieć z powodu zbyt wysokiego tempa, walczyć z niepokojąco dobrym samopoczuciem? Że przyspieszam, przyspieszam... i nic...?

Zaczynam się zastanawiać, czy nie odpuścić prób poprawiania życiówek i nie skupić na turystyce biegowej. To byłoby na pewno mniej bolesne fizycznie. Dzisiaj pocierpiałem, a to cierpienie nie zostało nagrodzone odpowiednio dobrym czasem. Nie ma nic gorszego niż cierpienie bez sensu. Nawet nie zauważyłem, że przebiegam obok sopockiego molo. Jako biegowy turysta widziałbym wszystko, wyglądał estetyczniej i mniej się męczył. Po drodze miałbym nawet czas na pstryknięcie zdjęcia komórką. Co więcej, turysta zawsze odnosi sukces, bo jego celem nie jest szybki bieg, a bieg przyjemny. Tymczasem życiówka po 14 latach biegania to sytuacja tak rzadka jak spotkanie lemura bambusowego.

__________________________________

Obejrzałem ostatnio "Edge of Tomorrow" - czyli "Dzień Świstaka" w wersji science-fiction/strzelanka. Film opowiada o tym, że bohaterski Tom Cruise, ratując ludzkość przed zagładą, przeżywa w kółko ten sam dzień. Moje starty uliczne przypominają taki "Dzień Świstaka" - jeśli rozplączę jedną sprawę, wraca druga. Zajmę się drugą, wraca pierwsza - i tak w kółko. Do tego jest parę drobiazgów, do rozplątania których nie mam w sobie odpowiedniej determinacji.

__________________________________

Znowu załatwiło mnie szarpnięcie tempa. To jest dla mnie problem chyba nie do przeskoczenia w biegach długich. Długie dystanse, a ulica w szczególności, nie są moim naturalnym środowiskiem, mam diabelnie mały margines błędu. Wystarczy, że przedobrzę gdzieś odrobinę, a idę w rozsypkę. Nie mam tej naturalnej zdolności niektórych długodystansowców, że wystarczy zwolnić, złapać oddech, zregenerować się i już można cisnąć od początku. Mogę tak zrobić w biegu nie dłuższym niż 3 km. Wyżej panuje u mnie zasada "jeden błąd, jeden trup". Biegi idealne, to takie, gdzie zgra się wszystko i trafiam z optymalnym tempem, pogodą, samopoczuciem, determinacją. Wtedy kończy się zwykle życiówką, ale zdarza się za rzadko. To mnie męczy. W ogóle dochodzę do wniosku, że największą wadą biegania jest to, że jest męczące. Dlaczego nie może być tak, że leżę na plaży, popijam colę, a życiówki same wpadają w statystykę?

W Sopocie wiedziałem, że jest milion powodów do tego, żeby nie biec zbyt mocno. Poczynając od treningu, poprzez zdrowie, specyfikę mojej formy, aż po trasę, która nie była tak sprzyjająca, jak się spodziewałem. Prawie się udało - zacząłem spokojnie. Pierwsze 300 metrów, pod górkę, biegłem nawet za Paulą Radcliffe i paroma innymi dziewczynami. Potem jednak wyszedłem na czoło grupy i zobaczyłem przed sobą pustkę, a kawałek dalej kolejną gromadkę. Szybka kalkulacja - gonić czy nie gonić? Było wściekle pod wiatr, który tego dnia mocno przeszkadzał, ale w momencie, gdy na plecach siadł mi ktoś, zamierzając wykorzystać mnie jako "zająca", zadziałał odruch z bieżni. Po raz kolejny! Przyspieszyłem i ruszyłem mocno za uciekającą czołówką. Właściwie wydawało mi się, że nie przyspieszam gwałtownie - i tu jest problem. Jestem zbyt szybki na takich krótkich odcinkach. Raptownie zmienić rytm i pobiec mocno to dla mnie nic. W ogóle tego nie czuję - przez chwilę. Tempo wydawało się kontrolowane. To jest nie do opanowania. Nawet gdy lecę na określone tempo, w pewnym momencie zaczynam czuć się tak dobrze, że dopadają mnie myśli: "coś nie gra, jest za mało bólu". I podkręcam w znajome bólowe rejony, zapominając, że 10 kilometrów to dystans nieco dłuższy niż 1500 metrów.

Gość z tyłu momentalnie został daleko, ale przód wcale nie przybliżał się tak szybko, jak się spodziewałem. Nic dziwnego - oni biegli już mocno, a żeby ich dogonić, musiałem pobiec jeszcze mocniej. Goniłem przez niemal dwa kilometry i brakowało mi w ostatnim momencie kilkunastu metrów, żeby złapać chłopaków przede mną i wskoczyć na ich plecy, schować się przed wiatrem, wyluzować, wyrównać tempo. Ostatni raz biegłem z taką grupą na wiosnę w Białogardzie - i wtedy udało mi się pobiec 31:38. Tutaj niestety nie dotarłem i zaczęły się schody. Poczułem, że przyspieszenie było nie na moje siły. Po 4 kilometrach byłem totalnie ugotowany. Po 6 zrezygnowałem z wszelkich myśli o dobrym wyniku i skupiłem się na tym, żeby nie dogoniła mnie Paula. Na szczęście była daleko, ale miałem wizje, że kobiety doganiają mnie i mijają. Niemalże czułem na plecach ich spojrzenia. Przypomniało mi się, że w maratonie, gdy szedłem zgięty skurczami, mijała mnie raz pani o sporych gabarytach, do tego oklejona bandażami. Nie, nie, to się nie może powtórzyć!


Paula dogoniła mnie dopiero w biurze zawodów. Ale nadal można dostrzec na mojej twarzy ślady przerażenia.

__________________________________________

Za dużo ważę. To jest dla mnie ewidentne. Bijąc życiówki, miałem 3-5 kg mniej, zależnie od sezonu. To niby nie jest niepotrzebna masa, tylko mięśnie, których nabrałem, pracując nad różnymi słabościami siłowymi. Niestety, na długich dystansach przeszkadza. Nie każdy tak ma, ale ja biegam tym lepiej, im jestem lżejszy. W najlepszych długodystansowych latach byłem przeraźliwie chudy. I to jest problem z gatunku nierozwiązywalnych - tzn nie chcę gubić tej masy. Wręcz przeciwnie, chciałbym być silniejszy i ogólnie mocniejszy, bo życie codzienne to nie tylko bieganie. Czasami trzeba odkręcić jakiś słoik. Mogę liczyć jedynie na to, że w końcu organizm zaadaptuje się do dodatkowego balastu mięśniowego. To wymaga zmiany techniki biegu. Właściwie to wymaga zmiany wszystkiego.

_________________________________________

Kolejna sprawa, która już mi się przytrafiała w przeszłości: problemy techniczne na asfalcie. W momencie, gdy biegam tylko w lesie, po bardzo miękkiej nawierzchni, po przejściu na asfalt szybko nabijam mięśnie, usztywniam się i kompletnie tracę lekkość biegu. Spodziewałem się, że mogą mi tu pomóc buty, dlatego założyłem Adiosy, które nie są typową startówką do tak krótkich biegów. Ale nic z tego. Żeby to skutecznie rozwiązać, musiałbym trenować na asfalcie. A na asfalcie nie mogę trenować, bo nie pozwala mi na to ścięgno achillesa. Zresztą nie bardzo to lubię. I tak to się toczy w kółko.

Dodajmy do tego, że Sopot nie był tak łatwym biegiem, jak się spodziewałem. Morderczy wiatr. Podbiegi gorsze niż można było oczekiwać. Na ósmym czy dziewiątym kilometrze była górka centralnie pod wiatr, która psychicznie kompletnie mnie dobiła. Ledwo wbiegłem na szczyt. Bieganie w lesie, które uskuteczniam, ma jeszcze jedną wadę: jest wolniejsze niż asfalt. To inny rytm, inne odbicie. Zakładałem, że po przejściu na twardą nawierzchnię nadrobię to szybko, ale niestety tak to nie działa. Biegam w lesie zbyt wolno, ze względu na wymagające trasy, a potem na szybkim asfalcie nie jestem mięśniowo gotowy na szybki rytm. To już też dokuczało mi w przeszłości. Być może w kolejnym starcie będzie biegło mi się nieco lepiej, ale myśl o tym, że cierpienie podobne do tej dyszki mam znosić przez 21 kilometrów, działa na mnie przygnębiająco. To jest pewien paradoks - gdybym od razu biegł w tempie na 33 minuty, pewnie dobiegłbym z uśmiechem na ustach i zastanawiał się, dlaczego nie ruszyłem mocniej. Natomiast próba przebiegnięcia w 31 minut skończyła się tym, że i tak wyszło 33, ale w strasznych męczarniach.

___________________________________________

Ostatnia nieprzyjemna sprawa: jak zwykle po biegu z achillesem jest cienko. Liczę, że jutro się poprawi, ale to kolejna sprawa, która na mnie źle działa. Ileż można kuśtykać? W czasie biegu nie czułem samego ścięgna, ale spięcie całego pasma, brak luzu przy wyrzucie lewej nogi - owszem. Po biegu ponownie stan ostry. Zdarzyła się jednak rzecz pozytywna. Rozmawiałem z Karolem Nowakowskim, którego żona i podopieczna, Dominika, czternasta na mistrzostwach świata rok temu, ma kontuzję o pochodzeniu niemal takim samym. Straciła przez to ostatnie pół roku. Karol zna dobrze wszystkie punkty bólowe, które uciskam, bo też je uciska - ale nie sobie, co sprawia, że mówi o tym z uśmiechem.

Podpowiedział mi jeszcze jedno miejsce do uciskania, które w przypadku Dominiki dało największą ulgę. Ha, sęk w tym, że je znam. Aż za dobrze. Okolice kolca biodrowego, czasami trudno ustrzelić, trzeba wpełzać palcami pomiędzy dwa pasma. Jest to jedno z nielicznych miejsc, których bólu nie mogę wytrzymać. Jest to tak nieprzyjemne ni to kłucie, ni borowanie, że po kilku sekundach robię się mokry. Karol powiedział, że Dominika była tak ostatnio uciskana półtorej godziny! Przypuszczam, że po 10 minutach podejmę decyzję o zakończeniu kariery biegowej, ale co tam... ciśniemy.

______________________________________________

Naprawdę mógłbym dać sobie spokój i zostać turystą biegowym. Zwiedzałbym różne miejsca w luźnym tempie, przyglądał się mijanym zabytkom. Niestety: zabytki mnie nudzą. Z tego powodu muszę nadal cisnąć, walczyć i męczyć się. Chociaż nie ma to sensu i jest ogólnie nieprzyjemne. Bo dlatego jest przyjemne. Czyli za dwa tygodnie powtórka z rozrywki i cierpimy na Półmaratonie w Gdańsku ; )
Kategoria: Starty 2014
Komentarze: (5)
Zaktualizowano: 16/10/2014, 12:48

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

13/10/2014, 11:08
#
Dobre to na końcu ;) Dobrze, że to serwis o tematyce stricte sportowej i większość Twoich czytelników uzna to za praktyczne informacje dot. aktualnie rozwojowej i skutecznej jak widać, fizjoterapii manualnej :)
15/10/2014, 12:16
#
Marcin, natchnąłeś mnie do poszukania co to takiego ten lembur bambusowy. Twój blog poszerza horyzonty, nie tylko biegowe: http://www.focus.pl/przyroda/rzadki-rodzaj-lemurow-znaleziony-4700 pozdro :)
Marcin Nagórek
15/10/2014, 13:32
#
Daniel - dokładnie taki jest mój cel, inspirować w różnych dziedzinach życia ; )

Karol - cisnę biodro i boli jak cholera, ale mam wrażenie, jakby punkty bolesne niżej zrobiły się przez to mniej bolesne.
17/10/2014, 23:49
#
Z wcześniejszego wpisu :) ...:
"Wynik to nie jest coś, co można zaprogramować, bo bieg to nie matematyka, a ciało nie komputer. Dobry wynik jest pochodna dobrego biegu. A dobry bieg to dobra taktyka, ale bardziej w sensie samopoczucia, a nie kwantowej precyzji. Dobra taktyka oznacza,że w biegu na 10 kilometrów po 3 kilometrach należy czuć zapas, a po 7 kilometrach należy wchodzić coraz głębiej w ból atakujący każdą komórkę ciała. Trzeba zwalczyć własną słabość, pokonać siebie ścigać się - a prędzej czy później zegar na mecie pokaże życiówkę."

No to jak to jest ? :)

Wiem, jest różnie i to jest piękne :)
Marcin Nagórek
18/10/2014, 20:53
#
Witfit - wiem, sam myślałem o tym poprzednim wpisie, pisząc kolejny. To jest ironia losu ; ) Ja po prostu nie mam mentalności długodystansowca, te średnie biegi tkwią we mnie za mocno. Mogę trzymać żelazną dyscyplinę i polec na jakimś drobiazgu, bo mam w sobie jakieś poczucie, że gdy wykonuję ruch, to jest solidny, widać efekt. A w biegach długich trzeba cierpliwości, lekkiej zmiany rytmu, która jest widoczna dopiero po wielu minutach.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Grudzień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin