26
09/2014
23:30
Do dzisiejszego tematu przymierzam się od dawna, ale po ostatnich rozmowach z moimi podopiecznymi widzę, że w końcu trzeba przejść do konkretów. Ludzie cierpią, świat się wali i tak dalej być nie może.

Tytułem wstępu napiszę że pozbyłem się GPS-owego uzależnienia. Ostatni rok śmigałem po lesie namierzany z satelity i było to dla mnie źródłem ciągłej udręki. Nie, nie chodzi o fakt, że być może narażałem się na przypadkowe trafienie rakietą balistyczną. GPS to po prostu koszmar treningowy. Po pierwsze, jest diablo niedokładny, szczególnie w lesie. I mimo że wiedziałem, że to niemożliwe, że biegnę w tempie 6:20/km, skoro czuję, że jest to raczej bliżej 4:30/km, to i tak podświadomie podkręcałem prędkości, aby zegarek nie myślał, że jestem tak słaby. Niedokładność odbierała mi całą radość z treningu, bo z czego się tu cieszyć, kiedy tracę sygnał albo gdy prędkości wychodzą kompletnie nierealne.

Jest też coś takiego jak Przekleństwo Tempa Chwilowego. Ciągła pokusa zerkania, jak jest szybko, zabija naturalność. Gdy widzę, że tempo wynosi 5:02/km przyspieszam, żeby zeszło chociaż do 4:59. Jest wolno - no przecież nie może być tak wolno! I zamiast biegać na samopoczucie, biegnę na wskazanie zegarka. Można się zaklinać, że tak nie jest, że GPS to tylko pomoc, że kogoś to nie dotyczy, ale psychologiczny wpływ tego dziadostwa na człowieka jest zatrważający. Czasami czujesz się świetnie, nogi kręcą, podbudowujesz się... do czasu, gdy zegarek pokaże, że jest wolno. No tak, przy takim tempie to nawet moja babka czułaby się świetnie - twoje dobre nastawienie od razu mija. Albo odwrotnie - nie wiesz, że jesteś zmęczony, dopóki GPS nie powie, że - Boże Święty! - to jest prędkość taka a taka. Musisz zwolnić! To za szybko! Zmęczenie dopada w jednej chwili.

Obecnie uwolniłem się od tego przekleństwa i biegam ponownie ze zwykłym zegarkiem ze stoperem. Owszem, mam w lesie odmierzone odcinki, gdzie wykonuję szybsze treningi, czasami też sprawdzam kontrolne międzyczasy na rozbieganiu. Całą resztę szacuję na samopoczucie. Dzięki temu jestem pewien, że tempo regeneracyjne jest właśnie takie, bo nie czuję pokusy biegania szybciej, żeby dopasować się do jakiejś tabelki czy średniej z endomondo. Poczułem ponownie wolność na treningu i to jest piękne.

W gruncie rzeczy jednak mentalność GPS, o której chcę napisać, dotyczy czegoś zupełnie innego. Chociaż rzeczywiście wszystko zaczyna się od tego, że delikwent z GPS-em przestaje odbierać sygnały od swojego organizmu, tak mocno skupia się na prędkości chwilowej. W treningu trzeba wtedy rozpisywać dosłowne prędkości, niemal co do sekundy. Nie mogę po prostu powiedzieć "wolno" czy "konwersacyjnie". W przypadkach skrajnych użytkownik sprzętu ku mojej rozpaczy stara się trzymać podane tempo nawet wtedy, gdy wbiega na Mount Everest, jest + 50 stopni Celcjusza czy ledwo unosi nogi ze zmęczenia po starcie. Liczy się tylko prędkość podana przez zegarek i nic innego. Tymczasem trening to nie matematyka i nie tabele Danielsa. Są dni lepsze i gorsze, są różne warunki pogodowe i w czasie biegu trzeba po prostu zwracać uwagę na sygnały płynące z ciała, a nie z satelity.


Moj GPS. Prosty i ma pewne zalety, ale pod względem dokładności pomiaru tragiczny - mam zamiar reklamować i oddać. W lesie nie polecam!

Co jednak najgorsze, GPS kompletnie ubezwłasnowolnia w sytuacjach startowych i o tym chcę napisać przed jesiennym sezonem biegowym. Ma to kilka odmian. Raz, że powstają jakieś kompletnie nierealne strategie biegowe. Np. - pierwsze 10 km biegnę w tempie 5:00/km, drugie - 4:55, trzecie - 4:50. Wszystko jest zaplanowane z GPS-em w ręku, a potem w maratonie okazuje się, że na drugiej piątce wieje, biegacz na siłę stara się trzymać założeń i po 20 kilometrach jest kompletnie ugotowany. Nie ma sensu robienie takich ścisłych założeń, to nie matematyka. Tu się po prostu biega, co oznacza, że startuje z lekką rezerwą, łapie dobry rytm, a na końcu walczy do upadłego. Tak padają najlepsze wyniki, tak biegają najszybsi na świecie.

Najstraszliwszą plagą, przebijającą wszystkie inne, jest jednak przeliczanie końcowego wyniku. To coś, z czym nie spotykałem się nigdy jeszcze kilka lat temu, w epoce przed-GPS-owej. Biegacz robi precyzyjne plany, np. że złamie 3 godziny w maratonie. Ma wszystko wyliczone, wie, że po 25 kilometrach ma przyspieszyć o 3 sekundy na każdym kilometrze, jest aptekarska precyzja. Potem oczywiście coś idzie nie tak, bo zawsze coś idzie nie tak i np na pierwszych kilometrach jest tłok. Międzyczasy już się kompletnie nie zgadzają, no ale jest prędkość średnia i chwilowa. Delikwent przyspiesza, walczy, ale przychodzi taki moment w biegu - niestety! - kiedy zaczyna się zmęczenie. I nagle człek orientuje się,że GPS pokazał, że tempo spadło o ileś tam. I co? Dramat! Mentalność GPS-owa polega na tym, że biegacz czy biegaczka odpuszcza, zwalnia, rezygnuje z walki, bo przelicza sobie, że nie ma szans na wymarzony czas. Że nie będzie 2:59:59, ale w najlepszym przypadku 3:00:30. I te 31 sekund kompletnie zmienia perspektywę. Nie ma myśli o tym, że może kryzys minie albo że walka z tym zmęczeniem sprawi, że w kolejnym starcie będzie się lepszym. Nie, jest kalkulacja, przeliczenie międzyczasów, plan się nie zgadza, odpuszczamy. Tak w narodzie ginie duch walki i twardości.

Trudno w to uwierzyć, ale podobna mentalność jest obecnie najczęściej spotykaną przypadłością biegową. Kiedyś wszystko było proste - zawody biegowe polegały na tym, że starano się pokonać odległość z punktu A do punktu B w jak najkrótszym czasie. Kiedy zaczynał się ból, to się cierpiało. Kiedy tempo spadało, to się zwalniało. Na metę wpadało się półżywym, z uczuciem, że danego dnia dało się z siebie wszystko.

Obecnie coraz większa liczba biegaczy nie współzawodniczy, nie ściga się, nie walczy, tylko biegnie po wynik. Z GPS-em w ręku, wedle odmierzonego tempa i międzyczasów, a gdy coś zaczyna iść nie tak, rezygnują, poddają się. Ludzie, nie na tym to polega. Wynik to nie jest coś, co można zaprogramować, bo bieg to nie matematyka, a ciało nie komputer. Dobry wynik jest pochodną dobrego biegu. A dobry bieg to dobra taktyka, ale bardziej w sensie samopoczucia, a nie kwantowej precyzji. Dobra taktyka oznacza,że w biegu na 10 kilometrów po 3 kilometrach należy czuć zapas, a po 7 kilometrach należy wchodzić coraz głębiej w ból atakujący każdą komórkę ciała. Trzeba zwalczyć własną słabość, pokonać siebie, ścigać się - a prędzej czy później zegar na mecie pokaże życiówkę.

W wielu przypadkach złamanie tej mentalności jest dla mnie największym wyzwaniem treningowym. Ba, rzucam kamieniem, ale i u siebie wykrywam czasami niepokojące objawy. Koniecznym warunkiem progresu jest odejście od tej precyzji, wyliczeń. To jest presja, jaką niepotrzebnie się na siebie nakłada, trudno biec z ciężarem tych wszystkich międzyczasów na plecach. Myślenie o tym zżera zasoby energetyczne, odbiera tlen. Szczególnie dotyczy to krótszych biegów. W maratonie planowanie ma sens o tyle, żeby wiedzieć, że nie można zacząć za mocno. Poza tym - biegnij, człowieku i wsłuchaj się w sygnały, jakie daje Ci organizm. Do mety daleko, a zadyszka jest potężna - znaczy, że trzeba nieco zwolnić. Zostało 5 minut biegu, a boli? Ma boleć, niech boli jeszcze bardziej. Bieganie jest naprawdę właśnie tak proste.

Dotyczy to również treningu. W tej dziedzinie GPS-y i różnego rodzaju kalkulatory czy tabele wyrządziły biegaczom ogromną krzywdę. Mało kto wie, że wszystkie te teorie są w pewnym sensie wyssane z palca. Nie ma żadnych dowodów na to, że np. bieg z prędkością 88% tętna max trenuje threshold, a 80% już nie. Ba, są wręcz dowody wskazujące na coś przeciwnego, ale mało kto o tym wie. Powiem więcej - nie ma dowodów na to, że praca nad tym thresholdem czy jakimkolwiek innym wskaźnikiem ma praktyczne znaczenie dla wyniku. U jednego tak, u innego nie. Rolą trenera jest odkryć, czego dany pacjent potrzebuje, żeby biegać szybciej. Jakie są jego słabe strony, jakie mocne i czy warto pracować bardziej nad pierwszymi czy drugimi. Tymczasem nastała moda na kurczowe trzymanie się tempa, tętna czy czego tam jeszcze. Gość może czuć się fatalnie, ale nie zwolni, bo GPS pokazuje, że wedle tabel tyle powinien biec. I jeszcze myśli, że wykonuje dobry trening, biegnąc wbrew swojemu organizmowi.

Nie tędy droga, panowie i panie. Międzyczasy i zegarek mają swoje znaczenie w treningu, ale zaczynam przychylać się do opinii, że GPS i związana z tym mentalność, ciągła znajomość i kontrola tempa, to najprostsza droga, aby stać się słabszym biegaczem.
Kategoria: Ważne Teksty
Komentarze: (48)
Zaktualizowano: 29/11/2016, 12:02

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

28/09/2014, 17:33
#
:) a jak wysiądzie bateria w zegarku lub telefonie podczas treningu, to nie warto go kontynuować bo .. się nie zapisze :)
Ciekawy tekst, choć uważam, że są zalety GPS'u przy całej jego ułomności oraz naszym ubezwłasnowolnieniu.
28/09/2014, 18:12
#
Marcin, muszę to napisać - świetny felieton!
28/09/2014, 22:54
#
Choc nie uważam się za biegowego gadżeciarza - nie mam super skarpet kompresyjnych itp - to ten tekst jest o mnie. Startuje i trenuję z GPS. Zgadzam się z tezami artykułu i dojrzewam również do porzucenia dyktatu GPS. Do dzis się zastanawiam czy to przypadek, że moja życiówka na dychę padła gdy przed biegiem padł mi również zegarek i musiałem pobiec bez niego. Gdyby nie to, życiówka pewnie bym nie zrobił bo była tak znaczna, że mając GPS po prostu nie pozwoliłbym sobie na tak szybkie kilometry.

PS. Moj Garmin 305 NIGDY nie wariuje w lesie a biegam tylko w lesie, NIGDY nie zdarzyło mi się stracic sygnału, nie ma żadnych szalonych wahań- mam ustawiona szybkośc 1 kilometra i biegajac trening czy start interesuje mnie czy na koncu kazdego kilometrowego odcinka mam zamierzona predkość. Pewne wahania zwłaszcza na początku każdego odcinka są nieuniknione - potem pomiar się stabilizuje. Ogólnie jestem bardzo zadowolony z dokłądności pomiaru. Wyniki startów oraz ich średnia prędkość to potwierdzają.
Marcin Bleez
29/09/2014, 09:28
#
No coś w tym co piszesz musi być. Chyba to nie przypadek, że najlepiej półmaraton pobiegłem, kiedy zapomniałem zabrać ze sobą gps-a. :)
Marcin Nagórek
29/09/2014, 10:16
#
To pewne, że GPS może być przydatny, ale mam wrażenie, że nie doceniamy negatywnego wpływu, często na poziomie poniżej progu świadomości. Te historie o tym, że ktoś zrobił życiówkę wtedy, gdy zawiódł sprzęt, są notoryczne. To się ciągle zdarza i jest dowodem na to, że czasami sprzęt narzuca ograniczenia w myśleniu. Podobnie może sprawiać, że czujemy się lepiej czy gorzej psychicznie albo wierzymy lub nie wierzymy w siebie.

Jest jeszcze jedna ciekawostka - zwróćcie uwagę, że najwięcej komentarzy i ożywienia na blogu jest właśnie pod tekstami o sprzęcie ; )
29/09/2014, 10:34
#
Witam,
Felieton oparty jest na jednym zasadniczym błędzie. Czerpiesz z doświadczeń opartych na zegarku (patrząc na zdjęcie 110 albo 210), w którym prędkość chwilowa w zasadzie nie istnieje. Teoretycznie jest, ale w praktyce nie działa, dlatego w ogóle nie jest miarodajna dla oceny funkcji prędkości chwilowej w GPS w ogólności. Wystarczy nabyć 310xt, 305, 610 czy 910 i będziesz w innym świecie. Szczególnie w 910, która wsparta jest czujnikiem inercyjnym wspomagającym GPS, tempo chwilowe jest zupełnie przyzwoitym parametrem. Ponadto warto też ustawić sobie jednocześnie tempo średnie z danego kilometra i w ogóle już jesteśmy w domu.:)
Marcin Nagórek
29/09/2014, 12:34
#
Marek, masz rację, że 210 to pulsometr, w którym prędkość chwilowa jest marna. Nie ma to jednak większego znaczenia dla głównej myśli felietonu. Chodzi o to, że ciągłe opieranie się o wskazania GPS-u ma wpływ na trening i psychikę biegacza, w dużej mierze niekorzystny. Tak naprawdę niedokładny pulsometr może być nawet lepszy niż dokładny - zawsze możesz się łudzić, że słabe tempo danego dnia to efekt błędu pomiaru, a nie obiektywnej słabości ; ) To tak jak z tym plutonem egzekucyjnym, gdzie jeden ze strzelców ma załadowane ślepe naboje i każdy pociesza się myślą, że to na pewno nie on zabił...
29/09/2014, 18:03
#
Mam G 910XT, bardziej go kupiłem pod tri niż pod bieganie, ale zakłądam go na każdy trening biegowy. Jak miałbym się kierować podczas obojętnie jakiego treningu wskazaniami GPS zwariowałbym. Kilka razy próbowałem - nigdy więcej. W 910 tce używam głównie stopera i pulsometru, reszta to dodatek - ciekawostka :)a treningi na których liczy się precyzja biegam na starej dobrze oznakowanej szosie. Ona pokazuje najlepiej jaka jest różnica między satelitami a metalową miarką ;)
Marcin Nagórek
29/09/2014, 23:42
#
Suchy - ale w gruncie rzeczy po co Ci ten GPS? Analizujesz potem te wykresy? Ja np. tętno mam zawsze takie same, nawet nie chce mi się na to patrzyć. W gruncie rzeczy mógłbyś na tych pętelkach śmigać ze zwykłym timexem, i ja właśnie tak robię. GPS był fajny do wrzucania na endomondo, ale ile można patrzyć, że na rozbieganiu regeneracyjnym mam prędkość 5:00/km? To tylko może zdołować. Dlatego akcenty tłukę na wymierzonych odcinkach, regeneracja na samopoczucie i łączny czas - i bez GPS czuje się znacznie lepiej.

Patrząc na to łopatologicznie, to w gruncie rzeczy informacje, jakie otrzymuję z GPS czy pulsometru są trywialne - jestem zmęczony, to nie potrzebuję do tego wykresu tętna, bo czuję, co nie gra. Nie mam siły - biegnę wolno, mam siłę - biegnę szybko. Pulsometr tylko to potwierdza, bo gdy nie mam siły i próbuję biec szybko, tętno rośnie mocno. Więc to się może przydać głownie dla kamikadze, którzy nie czują, że są zmęczeni - tacy ludzie istnieją i dla mnie to aż niewiarygodne. Ja czując się marnie, po prostu nie jestem w stanie biec szybko. Są jednak tacy, którzy zrobią taki sam akcent na takim samym samopoczuciu, tylko gdy są wypoczęci, tętno będzie niskie, a gdy zarąbani - wysokie. Wtedy rzeczywiście pomiary mogą się sprawdzić. Tylko ilu takich jest?
30/09/2014, 15:42
#
To ja tylko napiszę, że właśnie nosiłem się z zamiarem kupna jakiegoś Garmina i teraz sam nie wiem. Życiówkę w maratonie zrobiłem bo: zając zgubił się w krzakach. Biegłem na wyczucie, bo stoper z GPSem miałem tylko w telefonie a nie chciało mi się go wyjmować tak długo, jak długo dobrze mi się biegło. Jak już chciałem przyspieszyć martwiąc się o życiówkę, to telefon się wyładował. Biegłem więc całkiem na wyczucie :) Pewnie mógłbym trochę urwać, gdybym miał zegarek, ale... kto to wie?
Marcin Nagórek
30/09/2014, 16:32
#
Oskar, na Garminy teraz wszyscy narzekają ; ) Ale akurat kontrola tempa w maratonie jest łatwa - masz zwykły zegarek, każdy kilometr oznaczony... Dla chcącego nic trudnego. Powiedziałbym, że warto kontrolować pierwsze 20 km, żeby nie pójść za mocno, a potem już tylko walczyć i cisnąć. Pytanie, czy potrzebujesz kontroli każdego kilometra na treningu - a do tego prędzej czy później dochodzi każdy użytkownik, czy chce czy nie ; )
30/09/2014, 16:58
#
Jedyny zegarek, który w miarę sprawnie spisuje się na pływalni i w akwenie otwartym. Do roweru potrzebowałem zegarka z czujnikiem kadencji i ewentualnie potem z odczytem mocy. Tylko i wyłąćznie dlatego go kupiłem. Nie wiem, jak on to robi, ale rozróżnia style pływackie ! :)
Marcin Nagórek
30/09/2014, 17:17
#
Rozumiem. Dla mnie to trochę czarna magia, tak jak np. pomiar mocy na rowerze. Pod tym względem jestem trochę old-school. Podejrzewam, że jeżdżąc na rowerze, też najpewniej czułbym się ze zwykłym stoperem ; )
01/10/2014, 17:25
#
Powodem frustracji i narzekań na niedokładność gps'ów według mnie jest przecenienie jego możliwości. Zegarek ma nam POMÓC wyznaczyć tempo, a nie je nadawać-to ostatnie musimy zrobić sami uwzględniając warunki zewnętrzne i samopoczucie. Do jego wskazań należy podchodzić z pewną rezerwą- jeśli jest 30st. w cieniu, biegnę po górzystym lesie (tutaj jest kwestia zarówno biegu po ciężkim terenie, jak i faktu gubienia się gps, który m.in. ścina zakręty), jestem solidnie przeziębiony, poprzedniego dnia byłem do późna na imprezie lub miałem kilkunastogodzinną zmianę w pracy itd. itp. to muszę mieć świadomość, że jest to istotne dla tempa i edytować sobie wskazania już w głowie, a nie na ekranie np. o 15sek/km. Co do niedokładności to przede wszystkim zagadką dla mnie jest, czemu ogromna większość biegaczy ma ustawiony pomiar na odcinkach kilometrowych- chyba że ma wyświetlaną na raz opcje tempa z ostatniego km i z całego biegu. Jeśli nie biega sie akurat interwałów- co to daje? Wskazania gps'ów polegają na uśrednieniu danych, więc o wiele dokładniejsza będzie średnia całościowa z np. 15-km biegu niż z każdego km. Niezależnie, czy biegnę 10km czy maraton, nigdy nie ustawiam żadnych lapów i gps myli się z reguły co najwyżej o 50-150m i mam na bierząco dostęp do tych danych, a nie dopiero po skończeniu biegu lub podłączeniu do komputera, więc co do dokładności ciężko mi mieć jakieś zastrzeżenia. Strategie typu negative split też można w ten sposób skutecznie wprowadzić tylko nie wszystko powierzajmy zegarkowi. Używam jednego z najprostszych garminów- 110, bardzo pomógł mi przeskoczyć na wyższy poziom na zawodach i niesamowicie pomaga na treningach. Przy łamaniu wspomnianej trójki na maratonie polecam uwzględnić, że gps nie jest petfekcyjny i zrobić sobie zapas 1-2 min ustalając tempo, żeby nie było rozczarowania w postaci chociażby 3:00:10. Ogólnie zgadzam się z artykułem i rozumiem, że służy on za przestrogę dla biegających matematyków-idealistów z pewnymi zaburzeniami kompulsywnymi przed popadnięciem w jeszcze głębszą depresję i też zadziwiają mnie ludzie piszący na blogach, że na treningu zawalili przez dekoncentrację 7-my km i pobiegli go w 4:35 a mogliby w 4:32. A swoją drogą to widziałem, co za sprzęcior używałeś do pomiaru trasy. Uważasz, że używając tego cuda ustawiałeś kijaszki idealnie w linii prostej i nie zgubiłeś na każdym metrze kilku centymetrów, co przy miliardowym przyłożeniu mogło poskutkować sporym błędem?;-) pozdrawiam
Marcin Nagórek
02/10/2014, 01:57
#
Dkg - samopoczucie, owszem, ale po co wtedy GPS? Dla mnie tak naprawdę dokładność pomiaru jest w tym momencie drugorzędna. Chodzi o to, że ciągły pomiar wpływa na psychiczne podejście do treningu. Zwykle negatywnie, bo mało kto jest na tyle mocny psychicznie, żeby ignorować wskazania zbyt wolne lub zbyt szybkie. Zaczynasz podświadomie dostosowywać się do zegarka, zamiast kierować samopoczuciem. Być może są tacy, którzy mogą tego uninąć, ale ilu ich będzie? Pozostała część będzie się stresować z powodu tego, że w treningu biega domniemanie za szybko lub domniemanie za wolno, jeśli pomiar jest ciągły.

Dane treningowe - ok, ale jakiego rodzaju i jakie jest ich znaczenie? Jak głęboko może sięgać analiza tego, że czułeś sie źle danego dnia - będziesz rozkładał na czynniki pierwsze każde rozbieganie i zastanawiał się, czy nie było za wolno czy za szybko? Ale może błąd tkwi w samej strukturze treningu albo w doborze akcentów? Albo jeszcze gdzie indziej? Nawet trening bez GPS-u to taka ilość danych, że w praktyce to jest nie do przerobienia i nie do przeanalizowania. Tym bardziej, że nie mówimy o matematyce, a o żywym organizmie. Kiedyś mierzyłem poziomy kwasu i okazywało się, że po identycznych cyklach na finalnym treningu na tej samej prędkości pomiary były kompletnie sprzeczne. Zmienność to cecha organizmu, więc nie sądzę, żeby GPS dostarczał tu jakichś istotnych danych, bez których nie można się obejść.

Pomiar na zawodach - z jednej strony może mieć sens, żeby pomóc utrzymać równe tempo, ale z drugiej ściganie to nie matematyka. Masz w nim próbować przeskoczyć swoje możliwości, a nie realizować jakieś książkowe założenia. Pomiar równie dobrze może Cię pchnąć do przodu, jak i stopować.

Pomiar moich odcinków w terenie - dokładność na pewno jest większa niż w GPS-ie. Ale główną cechą takiego pomiaru jest to samo co na stadionie - powtarzalność, bo odcinek to zawsze od tego samego drzewa do tego samego. Niektóre rodzaje treningów warto porównać dla kontroli, resztę biegać zupełnie na samopoczucie - to główna myśl mojego wpisu. GPS robi z biegacza niewolnika - zmierzony jest każdy kawałek biegu, co prowadzi do swego rodzaju psychozy.
02/10/2014, 07:57
#
Miej tylko na uwadze tą kwestię, że sam masz kilkunastoletnią praktykę w bieganiu i pewnie potrafisz ocenić swoje tempo po odgłosie swoich kroków zależnie od obuwia, które akurat masz na sobie:-) Większość z nas nie może się pochwalić takim stażem i wielu początkujących nie potrafi ocenić, czy leci 4:30 czy 5:30 a już przy takich rozrzutach gps jest może pomóc. pozdrawiam
Marcin Nagórek
02/10/2014, 11:35
#
Dkg - to fakt, ale nie wiem czasami, czy to błogosławieństwo czy przekleństwo ; )
Piotr Stanek
08/10/2014, 16:12
#
"Tymczasem trening to nie matematyka i nie tabele Danielsa. Są dni lepsze i gorsze, są różne warunki pogodowe i w czasie biegu trzeba po prostu zwracać uwagę na sygnały płynące z ciała, a nie z satelity." dokładnie tak.
To ciało ostatecznie decyduje o naszym bieganiu i wynikach, nie tabelki, gps itd.
14/10/2014, 09:58
#
Świetny artykuł!

Do takiego samego wniosku doszłam. Czasami dołuję się że tydzień temu biegałam w lepszym tempie. Ale już umiem sobie wytłumaczyć, że "widocznie organizm tak chce". I trzeba to uszanować.
Marcin Nagórek
14/10/2014, 14:53
#
Dzięki Rufi. Pamiętaj, że nie jesteś sama ; )
14/10/2014, 16:37
#
Niestety przez Garminka zawaliłem super zapowiadający się bieg w półmaratonie :( byłem w życiowej formie ale na 15km spojrzałem na czas było trochę ponad godzinę i wtedy zacząłem kalkulacje, że nie mogę biec tak szybko itd itp .. i zamiast biec dalej jak dla mnie szybko to zwolniłem i kalkulowałem tempo ... wyszło 1:36 a pewnie pobiegłbym w okolicach 1:30 i byłbym mega szczęśliwy :)
15/10/2014, 08:17
#
Jest to sama święta prawda. Dlatego mniej wiecej połowę treningów robię bez GPS-a, wtedy mogę sobie jak to mówię "spokojnie pobiegać" - inaczej zawsze z treningu robi się ściganie z czasem.
Marcin Nagórek
15/10/2014, 09:15
#
Widzę, że odsłoniłem powszechny problem, o którym chyba wszyscy do tej pory wstydzili się mówić ; )
15/10/2014, 09:19
#
Ja bym tu jeszcze dodała niewolnictwo względem tętna. Niektórzy potrafią się zdołować tym że tętno jest wyższe. Na to wpływa tak wiele czynników, że nie jesteśmy w stanie tego zdiagnozować. Musielibyśmy codziennie notować co zjedliśmy, jak i ile spaliśmy, ile pracowaliśmy i jak było w pracy: czy był stres czy raczej luz, u kobiet jeszcze dochodzi dzień cyklu (chociaż podobno mężczyźni też coś podobnego mają). I komu to wszystko chce się notować? Jeden wniosek: na wyczucie. Rolą treningu jest dostarczenie organizmowi wysiłku mniejszego lub większego. Jeśli rozbieganie to kontemplujmy przyrodę (i na Boga - w lesie a nie na chodniku), jeśli drugi zakres to ruszmy trochę tyłek ale nie za mocno. Jeśli interwały, to się zmęczmy, bo mamy się zmęczyć tego dnia. Ale pozytywnie – bez zajechania – tak żeby się chciało więcej.
15/10/2014, 10:16
#
Też jestem zdania, że dla wielu osób pulsometry, czy GPSy robią więcej złego, niż dobrego ( oczywiście na bank są osoby, którym te urządzenia pomagają, w to też nie wątpię ). Mam gotowy przykład - nie dalej półtora tygodnia temu, półmaraton - moja taktyka do 14 km spokojnie, a potem się zobaczy ( w planach cisnąć na maksa, ale różnie bywa ). Taktyka kolegi - kontroluję tętno, jeśli przekroczy wartość X ( nie pamiętam ile ), to zwalniam aż spadnie do poziomu Y. Obaj amatorzy totalni, ale na porównywalnym poziomie - moja życiówka na połówce 3 minuty lepsza, niż kolegi. Efekt końcowy - ja docieram wypruty kompletnie do mety z czasem - jak na mnie - bardzo satysfakcjonującym ( taktyka prawie się sprawdziła, ostatnie paręset metrów zwolniłem, bo bateryjki wysiadły - orientacyjnie mogło być góra 30 sekund szybciej ). Kolega zaś dociera do mety prawie nie zmęczony, bardzo daleko za mną. I jest mocno niezadowolony ze swojego czasu. Taktyki trzymał się do końca, nawet na ostatnich kilometrach ( a końcówka była z górki ). Stwierdził, że mogło być ze 20 minut szybciej. I do tej pory nie mogę zrozumieć czemu na ostatnich kilometrach nie zaczął cisnąć, skoro zmeczony nie był. Jak dla mnie - niewolnik gadżetu, a szkoda.
ŻaRun ŻaRun
15/10/2014, 14:02
#
Marcin fajny tekst. Co prawda nigdy nie biegałem z GPSem, tylko z samym zwykłym zegarkiem, który jest wyposażony w stoper, ale dzięki temu sam nauczyłem się określać jakim tempem aktualnie biegnę (oczywiście w granicach błędu). To daje mega wolność i uczy wsłuchiwać się w swój organizm, a myślę, że to jedna z wielu wartości dodanych biegania, z której niestety niektórzy nieświadomie rezygnują. Zdarza mi się natomiast biegać z osobami wyposażonymi w GPS i lubię ich zdziwienie, kiedy mówię im z bardzo dużym przybliżeniem jakim tempem aktualnie biegniemy i jaki dystans pokonaliśmy - bezcenne:) pozdrawiam!
15/10/2014, 17:36
#
Czy na prawdę ktoś jeszcze ustawia sobie w zegarku wyświetlanie tempa chwilowego?? Moim zdaniem tylko i wyłącznie ustawienie średniego tempa odcinka ma jakiś sens! A autor najprawdopodobniej posiada Garmina 110, który jedynie tempo chwilowe wyświetla!
Marcin Nagórek
15/10/2014, 20:42
#
ajlj - wyobraź sobie, że autor posiada Garmina 210, który wyświetla średnie tempo ; )

W dużej mierze za to wszystko odpowiada brak wiedzy i wyobraźni. Można nawet powiedzieć, że książki typu Jack Daniels wyrządzają tu pewną szkodę. Ludziom wydaje się, że trening to prosta matematyka, wyznaczy się parę stref tętna i już mamy receptę na wszystko. Tymczasem metodyka treningu rozwija się od 100 lat, wciąż poznawane są nowe zależności.

Rufi - z jednej strony zgadzam się, że trening to nie jest jakaś wiedza tajemna, ale z drugiej - trudno powiedzieć, że jest tylko lekko, średnio i mocno. Różne rodzaje treningów to różne bodźce dla różnych systemów. Np. intensywny podbieg o długości 50 metrów to będzie duże obciążenie dla mięśni, średnie dla serca, minimalne dla płuc i praktycznie zerowe dla systemu energetycznego opartego o węglowodany i tłuszcze.Tak działa każdy bodziec- różne jest oddziaływanie na różne elementy. Im bardziej jest się zaawansowanym, tym bardziej trening to nie tyle proste lekko/mocno, a żonglowanie wieloma piłeczkami. I coraz łatwiej upuścić wszystkie.

Poza tym zgadzam się z Wami.
15/10/2014, 21:01
#
Jako jeden z niewielu stane w obronie mojego Garmina 310XT :)
Potrzebny mi jest do:
- mierzenie mojego pulsu - w moim wieku warto pilnować, aby nie przekroczyć max tętna, zdrowie dla mnie cenniejsze niż wynik
- mierzenia przebiegniętego dystansu - lubię sobie pobiegać po lasach bez składu i ładu ale tez lubię wiedzieć ile przebiegłem (nie musi być precyzyjne pomiar)
- mierzenia na zawodach średniego tempa z km i z całego dystansu - dzięki takim informacjom potrafię się zmobilizować na finiszu, te dwie informacje (połączone z informacją o tętnie) pomogły mi złamać 4 godz na zeszłorocznym Orlenie
Mój Garmin jest duzy, niezbyt praktyczny ale nie wyruszę bez niego na trening czy zawody. Nie jest dla mnie gadżetem. To mój ochroniarz mojego zdrowia i pomocnik w rozsądnym bieaniu.
15/10/2014, 22:08
#
Popieram komentarz - Kasjera -
należy kontrolować swój organizm -zwłaszcza gdy jest się amatorem, aby nie zrobić sobie krzywdy - zwłaszcza wtedy kiedy się zaczyna zabawę w bieganie.
15/10/2014, 23:44
#
Hmmm, a ja mam po przeczytaniu tekstu Marcina trochę mieszane uczucia. Przez kilka sezonów przygotowywałem się według planów uwzględniającyh własnie samopoczucia - wszystkie te tempa konwersacyjne, szybsze rozbiegania itp. Postęp był raczej umiarkowany. I dopiero kiedy zacząłem biegać na plany z konkretnym założonym tempem treningów, zanotowałem błyskawiczny skok - od razu o dwa poziomy biegowe w górę.
Inny przykład - w ub. roku kolega wziął udział w Wyzwaniu Runner's World przed poznańskim maratonem. Wcześniej dziubał te swoje maratony, zyskując z mozołem po dwie, trzy minuty. Ale w ramach Wyzwania dostał trenera, który rozpisywał mu plany co do sekundy. I to była prawdziwa eksplozja uwolnionej w nim wreszcie mocy - na swoim ósmym maratonie poprawił się od razu o ponad dwadzieścia minut.
Marcinie, na pewno masz sporo racji w tym co piszesz, ale jednak nas amatorów - nawet tych dość zaawansowanych - trzeba prowadzić krótko za rączkę. Bo hasło pt. np. "30 minut - szybsze rozbieganie" nie nauczy nas wyznaczać i trzymać konkretnego tempa. Zbyt szerokie pole do interpretacji.
Pozdrawiam.
Ps. Przy okazji zapytam: Czy jako trener on-line także przygotowujesz Swoich podopiecznych według metody "samopoczuciowej"?


16/10/2014, 07:43
#
Bardzo dobry felieton. Masz rację, uzależnienie od GPS czy Endomondo to straszna rzecz. Przyznaję rację Asi z tą baterią. Też raz złapałem się na tym przez moment, że nie ma sensu biec skoro nie zostanie to zarejestrowane. Totalna głupota, dobrze, że zrozumiałem to po kilku sekundach i pobiegłem trochę tylko przeklinając, że niepotrzebny gadżet obciąża mi rękę.
Na starty w biegach nie biorę Endomondo. No bo co, jak mi akurat nie złapie satelity to poczekam na starcie aż złapie???
Pozdrawiam
Marek
Marcin Nagórek
16/10/2014, 07:59
#
Odpowiadam po kolei:

Kasjer - rozumiem ewentualną przydatność GPS-u i nie neguję go. Tak naprawdę niemal wszystkie straty, o jakich piszę, rozgrywają się w strefie psychicznej. Wyobrażam sobie, że ktoś może być po prostu odporny na takie podatności, a nawet czerpać inspirację z wiedzy o swojej prędkości. Ba, w poprzednim sezonie sam nastawiłem się na bieganie szybko, czułem się doskonale i było mi wygodnie biegać z GPS-em i cały czas kontrolować prędkości. Służył mi wtedy jako wirtualny partner treningowy, ciągnąc do przodu, mobilizując itd. Czyli to oczywiście możliwe, nie twierdzę, że GPS to samo zło.

Nie zgodzę się jednak ze wszystkim. Pulsometr - jasne, ale równie dobrze można kupić jakiś prosty model za 100 czy 200 zł, nie trzeba wydawać 1200 czy więcej na GPS. Nie rozumiem jednak tego argumentu o nieprzekraczaniu tętna - tzn sugerujesz, że wysokie tętno jest w jakimś wieku szkodliwe? To by przecież wykluczało ściganie na zawodach, a robią to ludzie i po 80-tce. Ja bym powiedział inaczej - okazyjne i zaplanowane treningi na bardzo wysokie tętno są wręcz niezbędne dla uzyskania optimum formy i zachowania sprawności całego układu, w każdym wieku.

Traveller - zacznijmy od tego, że na jednostkowych przykładach można udowodnić wszystko. Na zasadzie - a mój dziadek palił papierosy i dożył setki, więc gdzie te palenie szkodliwe..? Wierzę w te przykłady, ale nie jest łatwo zanalizować sukces, podobnie jak porażkę. Może i u Ciebie, i u tych innych biegaczy progres był warunkiem poprawy wytrzymałości poprzez te pierwsze, umiarkowane lata? A nawet jeśli analiza treningu wykaże, że trzeba po prostu biegać szybciej (czego jestem wielkim zwolennikiem), to też nie oznacza to przymusu korzystania z GPS. Ja np. przez lata trenowałem tak, że na stałej pętli miałem swoje punkty kontrolne. Jeśli dobiegłem do pewnego drzewa w 23 minuty, wiedziałem, że to dobry dzień. Jeśli powyżej 25 - że jest cienko.

Trening - sprawa mocno indywidualna. Działam tak, że zawsze najpierw staram się odpowiedzieć na pytania: "dlaczego dany biegacz nie biega szybciej? Co go stopuje?" Przyczyny są różne, a bywa i tak, że okazuje się, że wszystko robi dobrze, tylko musi uzbroić się w cierpliwość, poczekać aż trening zacznie działać.

W innych przypadkach staram się osiągnąć to, co jest potrzebne. Ogólnie mówiąc, zwykle podaję pewne widełki tempa, choćby dla orientacji. W praktyce GPS-u używa prawie każdy i dla trenera to znacznie wygodniejsze narzędzie niż dla samego biegacza. Jeśli widzę, że ktoś biega za szybko rozbiegania, to sugeruję zmianę. Czasami rzeczywiście trzeba podać graniczne prędkości - chociaż skłonność do przesadzania często łączy się z tendencją do ignorowania takich rad ; ) U innych bywa, że sugeruję mocniejsze akcenty - wtedy zwykle zaczyna się od tego, że tylko ostatni odcinek ma być mocny, co jest najłatwiejsze psychicznie. Właściwie każdy przypadek jest inny, są tacy, którym nie muszę pisać niczego, poza wskazaniem, w jaki rodzaj zmęczenia celujemy na danym treningu. Są różne rodzaje współpracy, niektórzy oczekują wszystkiego od A do Z, inni tylko planu i ogólnych wskazówek. Ja się do tego stosuję, ale cały czas naciskam na to, żeby nawet kierując się tempem, zwracać dużą uwagę na samopoczucie.

Oczywiście trening bez żadnej kontroli nie ma sensu. Ale da się i bez GPS. Mam wrażenie, że ideał to akcenty robione na mierzonym odcinku na czas, a rozbiegania na samopoczucie. Z punktu widzenia trenera - spokojne, ale z GPS-em, na który się nie patrzy, jedynie po treningu zgrywa i wysyła pliki.

Rzeczywistość jest więc jak zwykle wielowymiarowa.
16/10/2014, 08:42
#
Marcinie, pisząc o nieprzekraczaniu max tętna mam na mysli np. takie sytuacje jak mój pierwszy półmaraton w Pile. W drugiej części biegu zrobiło się bardzo upalnie. Co chwila było słychać karetki. Co wtedy zrobiłem? Biegłem do pulsu max, przerwa na marsz, znowu bieg do tętna max i w ten sposób dotarłem do mety. Że nie lubię maszerowac bo to porażka to fakt. Że dotarłem do mety w koszmarnym czasie też fakt. Ale dotarłem sam. Nie narobiłem kłopotu sobie i organizatorom.
Z pulsometrem biegam prawie od samego początku (na początek był taki o jakim wspominasz - firmy Kalenji - cos koło 120 zeta) a dopiero po 3 latach zacząłem mysleć kategoriami zakresów. Dzisiaj raczej oceniam swoje samopoczucie a na pulsometr patrzę, zebu sprawdzić przy jakim tętnie tak jest.
Niedługo bedę miał 59 lat, biegam od 3 lat (fakt, wcześniej był rower). Rekordu swiata nie zrobię (no chyba, ze w kat M100 ;)), 4 godz w maratonie złamane, połówka zaliczona w średnim tempie poniżej 5:00. Czy jeszcze cos poprawię? Nie wiem i specjalnie mi na tym nie zależy. Biegam dla zdrowia fizycznego a chyba jeszcze bardziej dla psychicznego. I myśle, ze dlatego, że róznimy sie w podejściu do biegania róznimy się też w podejściu do pulsometru i GPSu. Nie mocno ale jednak. Na szczęście bioeganie ma taki swójm urok, ze i dla Ciebie i dla mnie znajdzie się miejsce na biegowych trasach :) ps. Nie mniej uważam, że Twój wpis powinien dać do myslenia tym, którzy upatruja drogę do sukcesu w GPSie a nie w sensownym treningu
16/10/2014, 08:52
#
Zgadza się, że są różne bodźce treningowe. Tutaj raczej poruszyłam bodźce ściśle związane z tętnem.
16/10/2014, 09:46
#
Jeśli chodzi o mnie to uważam, że garmin jest ok. Dzięki temu, ze biegam dużo w terenie leśnym mogę mniej wiecej zorientować sie jaki dystans przebiegłem. Zrgarka używam rownież jako licznika rowerowego plus miernika kadencji. Pulsometr do kolejna przydatna funkcja. Co do opierania treningu wyłącznie na zegarku to uważam, ze to najwieksza głupota. Jako pomocny dodatek jak najbardziej.
16/10/2014, 10:04
#
Marcinie,
zdaję sobie sprawę, że takie jednostkowe przypadki, jak mój i kolegi, mogą świadczyć o wszystkim i o niczym. U nas po prostu zadziałało - choć mogło się na to rzeczywiście złożyć wiele przyczyn. Nie tylko konkretnie podane zakresy tempowe. Natomiast istnieje jeszcze pośrednie rozwiązanie - można uwolnić się od przekłamań i terroru tempa chwilowego biegając wg Wirtualnego Partnera, który posiadają niemal wszystkie nowsze GPS-y.
I jeszcze na sam koniec: To co piszesz o sposobie, w jakim prowadzisz Swoich podopiecznych, mnie osobiście bardzo przekonuje. To rozsądne i elastyczne podejście. Wszak,tak jak piszesz: rzeczywistość jest wielowymiarowa.
Marcin Nagórek
16/10/2014, 12:37
#
Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że biegałem bez GPS 12 lat, z o wiele lepszymi wynikami niż obecnie (choć to akurat nie wina sprzętu). Większość treningów była robiona na tej samej trasie. Miałem tam oznaczony kontrolny kilometr pomiędzy 5 a 6, który czasami sprawdzałem. Ale mimo braku GPS-u dokładnie wiedziałem, gdzie są poszczególne międzyczasy. Potem zmierzyłem to parę razy GPS-em i wszystko się potwierdziło - poza tymi przypadkami, gdy GPS źle mierzył i pokazywał punkty zupełnie inaczej.

Skąd ta wiedza? To proste - biegając na samopoczucie z czasem bardzo dokładnie wyczuwa się korelację między tempem a samopoczuciem. To się przydaje na zawodach i tylko takie podejście umożliwia przełamanie własnych barier. W biegu "na czuja" zdarza się przeszarżować, ale to o to chodzi - uczysz się swoich limitów. GPS Ci tego nigdy nie pokaże. Ludzie biegający ze zwykłym zegarkiem potrafią bardzo dokładnie określić tempo i dystans, ale nie są ich niewolnikami. Dlatego ja ze zwykłym zegarkiem też zawsze wiedziałem, ile przebiegłem, na stałych trasach to było wręcz mimowolne.
16/10/2014, 14:05
#
Oj tam oj tam zaraz zwykłym. Włączyć tylko pole ze stoperem i tyle. A potem w domu najwyżej przeanalizować jakie było tempo. Ale to po - nie w trakcie treningu.

Ja też miałam lepsze wyniki jak biegałam bez GPS i bez sporttestera. Ale to raczej kwestia pesela :-)
17/10/2014, 01:39
#
Rzeczywiście, takie korzystanie z GPS to przerost formy nad treścią. Dziękuję, nawet jak będę mógł, to nie kupię takiego wypasionego sprzętu. Używam telefonu komórkowego z GPS, który zarejestruje dość dokładnie dystans i czas oraz przy skorzystaniu z aplikacji Endomondo pewnye dane, które mogę obejrzeć po treningu. Faktycznie taki natłok informacji w trakcie treningu jaki oferuje profesjonalny sprzęt jest zbyt "profesjonalny" dla naszego organizmu. Nie jesteśmy komputerem. Mnie wystarcza informacja wirtualnego trenera, że przeszedłem, przebiegłem lub przejechałem rowerem kolejny kilometr. I nawet nie sugeruję się zbytnio tymi informacjami, gdy jest to trening, w którym chcę coś konkretnego osiągnąć, bo są to informacje obarczone błędem czasem 20m, a czasem 50m , a bywa że zdarzy się i więcej. Bardziej wówczas polegam na znajomości terenu i wiedzy, gdzie kończy się i zaczyna kolejny kilometr niż na tych informacjach głosowych od trenera. By podejrzeć parametry na telefonie w trakcie treningu praktycznie nie ma szans. I myślę, że to jest dobre. No i na koniec małe wyjaśnienie podejścia do sportu i rekreacji, które mi przyświeca. Nigdy nie trenowałem z nastawieniem na osiągniecia jakichś określonych rekordów życiowych. Jesli robiłem życiówki to oczywiście się cieszyłem i będę cieszył z każdej następnej. Staram się być aktywny fizycznie ... dla zdrowia. Stąd może nie potrzebuję w trakcie treningu takich szczegółowych danych czy ostatni kilometr pokonałem o 2 s szybciej czy 3 s wolniej. Dziękuję, nigdy nie kupię Garmina lub podobnego uzależniacza.
17/10/2014, 16:55
#
Bardzo ciekawy artykuł! Też zauważyłem u siebie podobną tendencje do ślepego zapatrzenia w tempo biegu oraz tętno. Tej jesieni biegłem Maraton Wrocławski w jak mi się wydawało tempie 5.05 na kilometr, jak się okazało tempo z GPS nie zgadzało się rzeczywistym, a ja nie potrzebnie na siłę próbowałem dopasować się do wskazań zegarka, wyszedł bardzo słaby wynik 3.53. Ostatniej niedzieli biegłem w Maratonie Poznańskim bez GPS na wyczucie i okazało się, że biegłem równym tempem do 30 km, a wynik poprawiłem o 14 minut...
17/10/2014, 23:13
#
Mam doświadczenie biegowe prawie 9-cio miesięczne, przerwę w sporcie około 25 lat, nadal nadwagę :) i z takiej perspektywy chciałbym coś napisać.

Zgadzam się, że sztywne patrzenie na tempo chwilowe jest niemądre, zwłaszcza bez świadomości, że jest obarczone błędami. Kilka razy faktycznie zdarzyło mi się nawet zacząć bieg w tempie znacznie wyższym od planowanego, a winny był między innymi pomiar GPS. Napisałem "między innymi", bo drugim winnym jestem ja sam, który nadal nie czuje tempa w jakim się porusza, a zwłaszcza po przejściu z biegu w lesie, potem trochę ćwiczeń i dalej szybsza jazda po asfalcie. Wówczas zwykle osiągam (niechcący) tempo znacznie wyższe od swoich możliwości.

Wracając do GPS. Oczywiście, że GPS w zegarku czy telefonie dla osoby biegającej w różnych miejscach ma jak najbardziej sens, a naturalnie pomiar dystansu staje się zbędny w przypadku biegu na znanej sobie od dawna i oznakowanej trasie (tu wystarcza stoper z lat 80-tych z funkcją LAP).

GPS jest super w moim przypadku, bo jednocześnie pozwala mi kontrolować odległość i tempo w jakiejś dokładności (najczęściej błąd nie przekracza kilku %, a raczej ogranicza się nawet do 1%), ale też mam zapis mojej trasy, nad którą mogę się rozczulać całymi wieczorami (zawsze lubiłem geografię :)), zachwycać nad samym sobą i postępami ;) oraz analizować, czy następnym razem lepiej skręcić w lewo, w prawo czy w tą trzecią drogę.

Jeśli Marcinie, jak widzę, głównie biegasz na zawodach 1500m i podobne, a treningi najwyraźniej masz znacznie krótsze niż Scott Jurek, to faktycznie GPS nawet nie zdąży się "rozgrzać" a już go wyłączasz. GPS nigdy nie zapewniał i nie będzie dawał idealnych wyników, ale w przypadku biegów turystyczno-amatorsko-biegowych, albo dla początkujących biegaczy z ambicjami (sam nie wiem do której grupy bardziej się zaliczam), wydaje się być super rozwiązaniem.

Mój pierwszy maraton w życiu, który odbył się w Poznaniu, ukończyłem z czasem 3:27'33". Nie byłem na mecie wyczerpany, nie było ściany po drodze, zaskoczyła mnie kolka przez 5km po połowie dystansu. Na maratonie w zegarku był włączony auto-lap co 1km i GPS mylił się o kilkadziesiąt metrów, czasami wskazywał niemal idealnie w oznaczonych punktach. Ostatecznie, po 42195m (wyznaczonych skalibrowanym rowerem) zegarek pomylił się o +185m, co daje błąd pomiaru GPS +0,43%, a biorąc uwagę na poprawkę trasy mojego biegu w porównaniu do roweru (nie biegłem przecież z elitą po najkrótszej drodze, tylko ze sporą grupą i czasami trzeba było na zakrętach biec po zewnętrznej), wydaje się być fantastycznie dokładnym przybliżeniem.

Rozumiem, że tekst dotyczy chorobliwego trzymania się tempa chwilowego i tutaj 100% zgody. GPS daje jednak wystarczająco dokładne wyniki średnie, ale nie jest super dokładny w pomiarach krótkich i chwilowych.

Dla mnie nadal podstawowym parametrem intensywności biegu jest puls, a nie tempo, więc z dokładnością pomiaru tempa chwilowego z GPS nie mam problemu. Zresztą często przekraczam nawet zakładany puls, czyli jakby wewnętrznie buntuję się przeciw założeniom, bo samopoczucie wydaje się super, a puls bywa o kilka bpm wyższy - podobny temat i dylemat wychodzi... :)

P.S.
Przy okazji... :) Za wynik w maratonie, o którym nawet nie marzyłem i treningi do "królewskiego dystansu" dziękuję Marcinowi Chabowskiemu, który mnie przygotowywał przez ostatnie 5 miesięcy (z czego miesiąc muszę odliczyć na chorowanie, przez co nie wszystko poszło wg planu i wynik mógłby być lepszy).
18/10/2014, 13:49
#
"ajlj - wyobraź sobie, że autor posiada Garmina 210, który wyświetla średnie tempo ; )"

To czemu w takim razie autor korzysta z tempa chwilowego?? Przecież tempo średnie odcinka by tak samo działało jak wspomniane gdzieś w rozmowie kontrolowanie tempa na podstawie charakterystycznych miejsc (drzewa) i.. nie trzeba by być tzw niewolnikiem stałych tras!?

Marcin Nagórek
18/10/2014, 20:51
#
Witfit - powiedziałbym, że tekst dotyczy nieuświadomionego wpływu, jaki posiadanie GPS-a wywiera na psychikę. To jest esencja tekstu i to, że te zmiany mogę być niekorzystne.

Ajlj - korzystam ze średniego tempa, ale po pierwsze, nie ma to znaczenia, jeśli pomiar jest niedokładny, a po drugie - nie o tym jest w gruncie rzeczy tekst. Pomiar może być idealny, ale chodzi mi o to, jaki ma to wpływ na psychiczne podejście do treningu i zawodów.
19/10/2014, 23:03
#
Czyli się zgadzamy :) Pozdrawiam :)
03/11/2014, 21:58
#
Biegam lepiej lub gorzej od 6,5 lat. Przez pierwsze 3 lata biegałem "na tętnie", czyli łapiąc pulls. Później zdenerwował mnie pasek do pomiaru tętna. I przez następne 3 lata biegałem "na lapie" łapiąc kolejne kilometry.
W czerwcu 2014 wystartowałem z zegarkiem "cywilnym" (cyferbalt i o zgrozo wskazówki), czym zgorszyłem grupę biegaczy i pojawił się swego rodzaju ostracyzm... Ale do tezy Marcina dołączyłbym jeszcze jedną: nasze braki w treningu i poniżone słabym wynikiem ego ma zrekompensować technologia. Czy to kolejny zegarek (także z GPS-em), czy zoptymalizowany pod względem aerodnamicznym bidon na izotonik. Czyli coś na co możemy zrzucić kiepski wynik. Lądując za metą nie słyszy się "zabrakło mi motywacji, poddałem się, źle ułożyłem trening". Standardem za to jest: "buty nie miały noszenia bo było za zimno, koszulka źle odebierała pot, gps zgubił sygnał na agrafce". czyli jest ktoś winny i nie jestem to ja.

Arkadiusz Gołębiewski
29/12/2014, 16:37
#
Mi osobiście zegarek z GPS pomaga. Jestem mało doświadczonym biegaczem i nie zawsze wiem z jaką prędkością biegnę, a raczej powinienem to wiedzieć. Posiadam Garmina 305 i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Dlatego uważam, że owszem GPS trochę "rozregulowuje" naszą psychikę, ale dla biegaczy mniej doświadczonych takich jak ja, puls i GPS może być rzeczą niezbędną przynajmniej do momentu kiedy nie obeznamy się ze swoimi prędkościami na wyczucie. Teraz przykład z życia. Ostatnio na treningu postanowiłem pobić swój rekord na 10km, wiem że na tym etpaie przygotowań nie powienienm tego robić, ale czułem się tak mocny, że postanowiłem zrobić szybciej dychę niż zrobiłem to w roku 2013 na zawodach. Bardzo w tym biegu pomógł mi mój Garmin z GPS oczywiście, śledziłem średnią prędkość i wywindowałem rekord o parenaście sekund. Podsumowując uważam, że póki co mój zegarek z tymi bajerami narazie na moim etapie biegowym mi pomaga.
Pozdrawiam
19/04/2017, 10:37
#
Nam trener zawsze kazał zdejmować zegarek na zawody, żeby pobiec tyle ile można i nie kalkulować. Chociaż mi osobiście bardzo pomaga informacja nt. dystansu, szczególnie gdy nie znam trasy i brak oznaczeń kilometrów. Czasami mam tak, że już jest mi ciężko i chciałbym zwolnić, ale patrzę na zegarek i widzę że 60% dystansu mam już za sobą i jednak zmuszam się, żeby cisnąć dalej.

Ja też lubię analizować bieg kiedy już jest po wszystkim, patrzeć w jakim tempie zrobiłem kolejne kilometry i na jakim tętnie i zastanawiać się jak mógłbym pobiec to lepiej.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Grudzień 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin