01
08/2014
22:56
Mistrzostwa Polski były dla mnie najtrudniejszym startem w tej imprezie w całym życiu. Wszystko przez problem ze ścięgnem Achillesa, który najpierw uniemożliwił mi trzaśnięcie odpowiedniego treningu, a potem zagroził bezpośrednio samym startom.

Historię pewnie każdy już zna - problem z Achillesem ciągnie się od 1,5 roku, kiedy zacząłem terapię manualną, czyli pracę nad postawą i techniką pod okiem terapeutki. Wtedy byłem na takim etapie, że owszem, czułem się pokrzywiony, słaby w niektórych partiach mięśni, czasami coś mnie pobolewało - ale robiłem normalny, solidny trening bez żadnych problemów, co skończyło się porządnymi życiówkami. Należy jednak odnotować, że wcześniej miewałem problemy z achillesem i późniejsze skrzywienia były odruchowymi próbami odciążenia tego miejsca. Moja refleksja jest taka, że po pierwszej solidnej przygodzie ze ścięgnem, w 2005 roku, na tyle zmieniłem mechanikę ruchu, że już nigdy nie byłem prawdziwie szybki, dlatego nigdy nie zbliżyłem się do wyników na 800 metrów z tamtego okresu. A po solidnej terapii przez ostatnie niemal dwa lata jestem na takim etapie, że nie mogę zrobić prawie nic. Ostatnio zaliczyłem też kilka biegów z rzędu i to mnie dobiło.

Zaczęło się od startu na 800 metrów w Sopocie. Biegłem ten dystans tylko dlatego, że nie było tam niczego innego, ale mimo wszystko spodziewałem się wyniku rzędu 1:53. Gorzkie rozczarowanie! Pobiegłem tylko 1.56,07, strasznie słaby czas jak dla mnie. Rywale byli mocni i od początku nie byłem w stanie ich utrzymać. Mimo że zacząłem w tempie 56 sekund na pierwsze okrążenie, byłem sporo z tyłu. Na ostatnich 200 metrach opadłem z sił, zniechęciłem się i mocno zwolniłem.

Po dwóch dniach dużego luzu, w czasie których zrobiłem tylko 6-kilometrowe rozruchy, ścięgno doszło w miarę do siebie i startowałem na 3000 metrów w Chojnicach. Warunki dla mnie niesprzyjające - mokro, po burzy, nie lubię tego, tartan nie ma odbicia. Sytuacja była podobna jak w Sopocie - zostałem sam, biegłem ciężko jak kaczka, jakoś dotoczyłem się do mety w czasie 8:47. To najsłabszy czas na trójkę w życiu, nie licząc zimowego startu w Hiszpanii. Byłem mocno zniechęcony i po tym biegu widziałem, że nie mam czego szukać na 5000 metrów.


Bieg w Chojnicach - tu jakoś jeszcze biegnę. Pierwszy km w 2.53, potem zwolnienie.

Z powodu bólu ścięgna przez ostatnie 2 miesiące nie zrobiłem prawie nic. Rozbiegania i lekkie przyspieszenia, do tego krótkie treningi i sporo dni wolnych - z tego trudno myśleć o życiowej formie. Plan był taki, że podbijam dyspozycję startami, ale nie bardzo się to sprawdziło. Działa tu wiele czynników - nie tylko brakuje treningu, ale i w biegu nie mogę się rozluźnić, ani mocniej odbić, cały czas oszczędzając boląca nogę. Po starcie pierwsze 2-3 dni tylko truchtam, lekko kulejąc. O ile spokojne bieganie w butach, szczególnie w lesie, jest do zniesienia, tak szybkie treningi w kolcach momentalnie mnie niszczą.

Po Chojnicach pojechałem na parę dni na biwak nad jezioro, tam sporo odpoczywałem, a treningowo biegałem jedynie rozbiegania w ciężkim terenie. Założyłem, że co będzie, to będzie, i tak nie miałem już na to wpływu. Piątka na mistrzostwach kusiła mnie, bo po raz pierwszy od 5 lat była rozgrywana wieczorem, co zapowiadało sensowny bieg w przyzwoitych warunkach. Tu się jednak przeliczyłem i od razu w grę wchodzi kolejny czynnik: zabójcze upały. Pogoda w Polsce jest koszmarna. Nie znoszę takich warunków. W upale robię się miękki i słaby jak kostka masła. Do Sopotu jechałem na start pociągiem, w środku było na oko ze 45 stopni. W Chojnicach - ciut lepiej ze względu na deszcz. A na mistrzostwach Polski w Szczecinie był szczyt szczytów.

Przeżyłem jakoś kolejne 3,5 godziny w temperaturze 45 stopni, czyli w PKP. W hotelu duże rozczarowanie: miała być klimatyzacja, a tak naprawdę nie było. W pokojach goręcej niż na zewnątrz. Przez trzy dni dogorywałem, nie mogłem spać i pociłem się jak w saunie. Zimne kąpiele, mokre ręczniki, wizyty w zakładach pracy... to znaczy w klimatyzowanych centrach handlowych - próbowałem wszystkiego. Na zewnątrz oczywiście nie lepiej, temperatura w cieniu sięgała 34 stopni. Co gorsza, taka pogoda nasila problemy alergiczne - zatkany nos, czerwone oczy, ogólna słabość. Dodajcie do tego ból ścięgna i ogólne poczucie porażki, a zorientujecie się, że nie byłem w swoim najbardziej bojowym nastroju. Piątka okazała się kompletną porażką. Nie dość, że nadal było wściekle gorąco, to wcześniej nad stadionem przeszła ulewa, kompletnie mocząc nawierzchnię. Na starcie czułem się jak w Wietnamie - gorąco, wilgotno, duszno i czekam na rozstrzelanie. Przy każdym kroku ścięgno odzywało się wściekle, więc biegłem sztywno i nienaturalnie. Po 4 kółkach zszedłem z bieżni. Widziałem, że nic z tego nie będzie, a miałem nadzieję, że wytrzymam chociaż te kilka skromnych okrążeń biegu na 1500 metrów.

Dzień przerwy - ścięgno boli tak, że prawie nie ruszałem się z pokoju. Miało to jednak swoje zalety - przy tym bólu zacząłem próbować różnych ustawień nogi i doszedłem do kilku cennych wniosków. I wreszcie dzień trzeci - start na 1500 metrów. Pogoda wreszcie sensowna. Przed biegiem strasznie bałem się, żeby nie zerwać tego achillesa, ale przecież nie po to jechałem taki kawał i siedziałem tam 3 dni w upale, żeby rezygnować. Znalazłem rehabilitanta, który okleił mi co trzeba, biegałem w całej łydce i goleniu otejpowanym w fantazyjne kolory. Mimo wszystko nie było to do końca to, co chciałem uzyskać, ale nie było sensu dyskutować z gościem mądrzejszym ode mnie. Tejpy pomogły o tyle, że nic nie zerwałem, dobiegłem, ale zarówno w trakcie, jak i po bolało tak, jak się spodziewałem - wściekle. Biegłem w drugiej, słabszej serii i było mi to na rękę. Nie chciałem szybkiego biegu, wiedziałem, że nie dam rady. Wolałem coś spokojniejszego, w równym tempie - i tak było. 1 km pokonałem w 2:36, biegnąc za grupą. To idealne, względnie komfortowe tempo. Sęk w tym, że czułem, że w nogach brakuje solidnego przygotowania. Od 800 metra biegłem właściwie siłą woli. Nogi ciężkie, ciało nie poddawało się poleceniom z komputera. Dałem radę przyspieszyć, ale w niczym nie przypominało to moich finiszów z najlepszych czasów. Z takiego biegu powinienem być w stanie pobiec wynik rzędu 3:48 - gdyby wszystko zagrało. Wycisnąłem 3:52,76 - najlepszy wynik w sezonie, poprzedni poprawiony o 0,04 sekundy : ) Schodziłem z bieżni z myślą, że zrobiłem wszystko, co mogłem i ulga, że wreszcie mogę odpocząć i się podleczyć.


Chojnice, 3000 metrów - technika ok, ale achilles i tak wysiada

Pierwsze myśli były mocno niewesołe. Leczę się blisko dwa lata, władowałem w to kupę pieniędzy i czasu, ale niestety jest dwa razy gorzej niż na początku. Znałem ryzyko, ale mimo wszystko nie spodziewałem się aż takich strat. Wygląda na to, że próba naprawy była zbyt radykalna. Mam teraz prostsze plecy, lepszą ogólną pozycję, jestem silniejszy i prawdę mówiąc, w biegu wyglądam bardzo dobrze. Ale niestety ścięgno Achillesa nie daje żyć. Kiedy tak gmerałem przy nodze, doszedłem do wniosku, że trochę źle oceniłem bezpośrednią przyczynę bólu. Zawsze wyróżniam je dwie, chociaż tak naprawdę jest wiele: przyczynę pierwotną i bezpośrednią. Pierwotna to u mnie problemy w okolicach miednicy, złe ustawienie nogi i blokady mięśniowe, np. sztywne biodra. Jako bezpośrednią oceniałem napięcie mięśni łydki, zresztą mam w łydkach koszmarne przykurcze, które rozbijałem, wałkując się na butelce. Okazuje się jednak, że chyba nie doceniłem roli stóp. Po latach biegania miałem je trochę zdeformowane - nie w sposób widoczny, ale pod względem mechaniki. Terapeutka pomogła mi pozbyć się dysproporcji w rozwoju mięśni i m.in. wyprostowała przykurczone palce. I tu chyba jest problem. To rozciągnęło za mocno rozcięgno podeszwowe, a ono ciągnie przyczep achillesa. Pojawiły się też koszmarne przykurcze na wierzchu stopy, gdzie łapią mnie czasami aż skurcze oraz w mięśniach piszczelowych. Mówiąc żartobliwie, moja stopa nie była przygotowana na pracę w normalnych warunkach. Dobrze pracowała jedynie w stanie ciągłego kryzysu.

To, że zdaję sobie sprawę z wszystkich niedoskonałości, niewiele pomaga. Nie miałem czasu ani możliwości zajęcia się tym odpowiednio. między startami musiałem ograniczyć ćwiczenia, rozciągałem się tylko i wałkowałem najpilniejsze sprawy. Doszło jednak do naprawdę dramatycznego stanu - dzisiaj po starcie praktycznie nie jestem w stanie normalnie chodzić.

Z początku byłem tak zły, że chciałem i rzucić terapię, i najchętniej bieganie w kolcach. Ale szybko się zreflektowałem. Taki los człowieka krzywego, że jak go naprostują, to wszystko się sypie. Dlatego mam już opracowany plan ratunkowy. Na razie nie muszę nigdzie startować, poza tym chcę zrobić parę dni wolnego. Potem stopniowo wprowadzę się w trening, biegając od czasu do czasu. Warto przy tym powiedzieć, że ogólne przygotowanie biegowe jest na niezłym poziomie. Tempo rozbiegań rzędu 4:15-4:00/km śmigałem ostatnio bez żadnego wrażenia. Problem leży przy wysokich prędkościach, gdzie trzeba się mocno wybić stopą.

Co teraz - czy jednak będę leżał i płakał? Nie, co złe nie daje się tak łatwo. Przemyślałem sprawę i doszedłem do wniosku, że w pracy z terapeutką popełniliśmy parę błędów. Pierwsze, to pewnie zbyt głęboka ingerencja od razu w zastane wzorce ruchowe. No ale nie można było przewidzieć, że po dwóch latach to się jeszcze nie ustawi odpowiednio. I tu drugi błąd: otóż terapeutka zaleciła mi rozsądne i zwyczajowe postępowanie. Moje ćwiczenia są głównie proste, mają uczyć nowych wzorców ruchu. Na tej zasadzie, że najpierw naucz się prawidłowo ustawiać nogę, a dopiero potem przejdź do większych obciążeń siłowych. Mam np. jakieś proste ugięcia nóg, mające uczyć kolana ustawiania się w płaszczyźnie. Czyli tylko uzupełnienie treningu, bardzo łagodne. Sęk w tym, że to nie działa. Po pierwsze, mam mięśnie przyzwyczajone do potężnych obciążeń i takie pieszczenie się nie bardzo na mnie działa. Po drugie, cały czas biegam, więc mięśnie dominujące cały czas mocno pracują i wzmacnianie tych słabszych w delikatny sposób niewiele zmienia - dysproporcja jest nadal ogromna. Po trzecie - tak naprawdę i tak nie jestem  stanie wykształcić tymi prostymi ćwiczeniami odpowiednich wzorców ruchowych, bo i tak blokują mnie przykurcze i sylwetka, w jakiej dorosłem.


Nareszcie meta

W związku z tym postanowiłem trochę skorygować sposób podejścia do problemu. Opracowałem sobie zestaw ćwiczeń, które są jednocześnie stabilne, ale i względnie dynamiczne oraz ciężkie siłowo. Atakuję swoje słabe punkty z pełną mocą, wykorzystując przerwę w treningach biegowych. Mam pewne słabości w okolicach bioder - to jazda z tym, z podejściem sportowym, czyli taki zestaw, że nie będę mógł chodzić trzy dni. Proszę nie próbować tego samemu, oczywiście nieco przesadzam. Przeanalizowałem jednak, co robiłem kiedyś, a czego nie robię teraz, plus oczywiście zmiany trybu życia. I to, czego mi mocno brakuje dla usprawnienia obręczy biodrowej, to dla przykładu ćwiczenia na płotkach - takie śmieszne kręcenie nogami nad, pod, z boku, wymuszające unoszenie nogi wysoko. One są tu bezcenne. Nic jednak straconego - w domu wykorzystuję te ruchy, równocześnie eliminując wadę płotków, czyli niestabilną pozycję ciała. W pełnym ruchu mamy tendencję do skręcania się i zarzucania tym, co nie trzeba. W domu można stanąć przed lustrem, oprzeć się o coś, aby pozycja była stabilna - i wtedy kręcić różne ćwiczenia nogami i dupką. Mam zamiar to obfotografować w wolnej chwili i wrzucić, a za 2-3 tygodnie powinienem wiedzieć, czy to w ogóle działa. Myślę jednak, że tędy droga. Wykorzystuję też niektóre ćwiczenia od terapeutki oraz ekscentryczne rozciąganie achillesa - czyli mówiąc po ludzku, powolne wznosy i opasy, które wzmacniają samo ścięgno, ale i stopę oraz łydkę.

Czyli stan na dziś jest taki: treningowo mam koszmarne zaległości i nie jestem ich w stanie nadrobić, bo nie pozwala ból ścięgna. Odpuszczam jednak starty i atakuję wściekle przyczyny tego stanu, licząc na poprawę. Te 3 tygodnie to jest mało, ale do pierwszego obowiązkowego startu mam ich aż pięć. Do tego organizm sportowca reaguje na trening błyskawicznie. Kolejna zaleta tych ćwiczeń - można je robić niemal cały dzień, cyklicznie odrywając się od pracy przy komputerze. Po dzisiejszej sesji mam okolice bioder, tyłka i dolnych pleców tak obolałe, jak gdybym zaliczył maraton samby. Zresztą pojawiła się u mnie taka myśl, że całkiem dobrym sposobem na wzmocnienie i rozciągnięcie tych ważnych okolic byłby kurs tańca. Może jesienią się skuszę.

Zdjęcia z mityngu w Chojnicach, autorstwa Karola Nowakowskiego.
Tagi:
Kategoria: Starty 2014
Komentarze: (8)
Zaktualizowano: 18/08/2014, 12:54

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.gif
promo.jpg

Komentarze

02/08/2014, 17:11
#
Czy możesz kiedyś opisać te ćwiczenia wzmacniające stopę, sam walczę z bólem górnej części podbicia prawdopodobnie jest to wina złej techniki:(

Marcin Nagórek
02/08/2014, 17:20
#
Rozczaruję Cię - też mam z tym problemy, ale mówienie o technice to za mało. Technika wynika z budowy ciała i napięcia mięśni. Może być tak, że podobnie jak ja masz spięte biodra, które ciągną uda, te ciągną mięśnie przy piszczelach, a dalej stopy. Mięśnie działają w pasmach, dlatego tak to wygląda. Przyczyna może być bardzo złożona i samo wzmocnienie stopy nic nie da. Właściwie przy każdej tego typu kontuzji trzeba pracować nad wszystkim. Na same stopy ćwiczenia są łatwe, choćby powolne wspięcia i opuszczanie nogi na stopniu.
03/08/2014, 16:32
#
Przeczytałem kilka twoich wpisów i mam kilka uwag - jako niezależny obserwator. Oczywiście biegam krócej i dużo wolniej od Ciebie, ale odnoszę wrażenie, że nie dostrzegasz najważniejszych rzeczy (albo udajesz). Masz problem (achilles): szkodzą Ci przede wszystkich kolce i szybkie bieganie. Brniesz z uporme maniaka w przepaść - wybacz, moją intencją nie jest obrażanie tylko zwrócenie uwagi. Jesteś w takim wieku, że Olimpiada Ci nie grozi, żadne super wyniki ci już nie grożą. Więc pytanie po co się męczysz ... ? Jeśli lubisz biegać, to super, biegaj, ale coś zmień!!! Po pierwsze przestań biegać w kolcach, olej 800-1500 biegi. Na bazie Twojej szybkości (nawet jeśli minimalnie ją stracisz) możesz biegać sobie "dłuższe spokojniejsze biegi", trochę ulicznych trochę przełajowych i dzięki temu będziesz dalej funkcjonował w środowisku biegowym jako biegacz i ewentualnie trener. Pozdrawiam i życzę zdrowia
Marcin Nagórek
03/08/2014, 21:23
#
Hej Andrzej! Mądre słowa i masz wiele racji, ale jest w takim postępowaniu parę haczyków. Po pierwsze, w dłuższych biegach jestem słabszy i niestety nie są dla mnie taką frajdą. Np trening do maratonu i sam maraton kompletnie mnie zanudził. Z drugiej strony - do niedawna biegałem w kolcach bez większego problemu. Jeszcze dwa lata temu zrobiłem życiówkę na 1500 m i czułem duży niedosyt. Ba, w tym roku pobiegłem pod koniec kwietnia 10 km na bieżni w kolcach i nie było źle. Mój plan jest taki, żeby rzeczywiście, stosować tartan i kolce w ograniczonym zakresie - ale nie rezygnować z nich zupełnie. Tym bardziej, że przyszłościowe plany wymagają kolców, mam np szanse na pobicie rekordów Polski w pierwszej kategorii weterana za rok z kawałkiem. Czyli - jesień na ulicy, zima i wiosna bez kolców, potem pewna liczba startów na bieżni. Czy się uda? Zobaczymy.
Damian Roszko
09/08/2014, 10:23
#
Hej Marcin, zapomniałem się Ciebie spytać- masz może jeszcze jakieś zdjęcia z Chojnic lub Szczecina ?
Marcin Nagórek
09/08/2014, 13:15
#
Ja nie mam - dostałem swoje od Karola Nowakowskiego, możesz jego spytać. Ale chyba robił tylko mnie, bo poprosiłem przed : )
18/08/2014, 20:00
#
Dawno nic nie pisałeś, jak ścięgno?
Marcin Nagórek
19/08/2014, 00:34
#
Przerzuciłem się na wpisy rzadsze, ale konkretne ; ) Powoli idzie do przodu. Planowałem wpis dzisiaj, nie zdążyłem, liczę, że wskoczy jutro. Wciąż pobolewa, ale mam wrażenie, że jest lepiej.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin