02
07/2014
11:50
21 czerwca byłem w Krakowie na biegu na dystansie 1500 metrów, o którym jeszcze nie pisałem, wcześniej 800 metrów w Toruniu. Wracając pociągiem zrobiłem notkę na gorąco, której nie miałem czasu opublikować. Wstawiam ją poniżej. Najpierw jednak kilka informacji natury ogólnej.

Mój trening w ostatnich 2 tygodniach był słaby. Złożyły się na to dwa czynniki. Po pierwsze, ból ścięgna Achillesa, który nasilił się do tego stopnia, że praktycznie nie mogłem chodzić. Walczę z tym, byłem u swojej fizjoterapeutki, dostałem tejpy i ćwiczenia, pracuję. Sprawa jest jednak cały czas ciężka. Ból jest wynikiem procesu zdrowienia - po latach zostałem wyprostowany, mam ustawiona dobrze miednicę, kręgosłup, nogi. Problem w tym, że to oznacza obciążenie struktur,których nie używałem przez lata. Nie zawsze przy tym mam czas, aby je wzmacniać i rozciągać. Wiedziałem, że terapia manualna jest ryzykowna, można powiedzieć, że uczę się biegać od nowa. Ból jest straszny i nie ma pewności, że dobiegam sezon na bieżni do końca, tym bardziej, że nasila się to przy wybiciu z palców i biegu w kolcach.

Po drugie, miałem sporo pozabiegowej roboty - zmieniałem miejsce zamieszkania. Wiązało się to z przenosinami, podróżami, sprzątaniem. Wypadło mi kilka dni, w ciągu ostatnich dziesięciu miałem 4 dni wolne, a pozostałe dni biegowe były raczej marnej jakości. Na dłuższą metę przeprowadzka może mieć jednak pozytywny wpływ. Zamieszkam teraz w okolicach lasu, co powinno pomóc mojemu achillesowi oraz formie. Liczę na pozytywny efekt już jesienią i jeszcze większy w przyszłym roku.

Mam wrażenie, że przejście na inną nawierzchnię treningową, jakiego dokonałem w ostatnich latach, mocno mi zaszkodziło. Biegałem albo po asfalcie, albo po polach, gdzie nawierzchnia to twarda i piekielnie nierówna ziemia, ubita traktorami i kołami samochodów. Po deszczu zmienia się w bagno, w słońcu wysycha na kamień. Przeszkadza tam wiatr i wiele innych czynników. Od trzech dni biegam w lesie i różnica jest ogromna. Nawet przy lekkim bólu achillesa jestem w stanie zrobić trening.Co więcej, zmienna, pofałdowana i momentami lekko piaszczysta nawierzchnia uruchamia mocno cały zestaw mięśni. Jedną z przyczyn bólu ścięgna jest słabość mięśnia naprężacza powierzchni szerokiej, u boku biodra, a zbyt spięte mięśnie z przodu. Bieganie w lesie wyraźnie mocniej uruchamia biodra. Krok jest dłuższy, ale zmienny: muszę go skracać, wydłużać, czasami coś przeskoczyć. Nawierzchnia bardziej miękka, co częściowo wyłącza z pracy stopę, muszą zapracować struktury wyżej. Do tego zakręty, zmiany kierunku biegu, czasami pochylanie się pod nisko wiszącymi gałęziami. W efekcie biega się zupełnie inaczej. Od paru lat praktycznie wszystkie akcenty śmigałem na tartanie, bardzo twardym i w zbyt dużej mierze uzależniłem się od samego twardego odbicia przy użyciu stopy. Teraz powinno się to zmienić. Warto przy tym zauważyć, że najszybszy w życiu byłem właśnie wtedy, kiedy trenowałem na miękkiej, naturalnej nawierzchni, a tylko starty i niektóre akcenty kręciłem na tartanie.

Bliskość lasu pozwoli mi też włączyć większa objętość treningowa, na pewno zimą. W poprzednim miejscu bieganie do tego stopnia nie sprawiało mi przyjemności, że ucinałem ilość i objętość treningów. Teraz mam nadzieję na powrót do zdrowia i większą przyjemność z wysiłku. Na razie jednak cały czas biegam mało - achilles nie pozwala na więcej.

Kolejna nowość - chcę w końcu zadebiutować na dystansie 3000 metrów z przeszkodami. W kontekście bólu achillesa nie jest to może pomysł, który zachwyciłby swą głębią, ale uważam, że w gruncie rzeczy nie zaszkodzi mi to bardziej niż szybkie, płaskie biegi. Na przeszkodach biorę pod uwagę dwie sprawy. Raz, że prędkość będzie niska. Moim pierwszym celem będzie wynik poniżej 9:13 - czyli ewentualne minimum na mistrzostwa Polski. Dwa - nie bede skakał pełną techniką płotową, czyli przesadzał przeszkód bez dotykania. Zrobiłem tylko jeden krótki trening testowy, przebieżki po trawie z przeskakiwaniem belek. Myślę, że to ma sens, ale sprawdzimy w praktyce: chcę przeskakiwać przeszkody z lekkim podparciem. Podobnie w lesie przeskakiwałem wysokie pnie drzew. To jest stara technika i w mojej opinii lepsza dla zawodników wolniejszych.


Stara technika pokonywania przeszkód

Nie wiem, czemu Ci, którzy biegają wolniej niż 8:40, upierają się przy pełnym skoku. To wymaga nóg ze stali, potwornej siły, uderzenia jest piekielnie mocne. Lekkie podparcie przy pokonywaniu przeszkody sprawia, że skok jest krótszy, lot niższy, uderzenie o wiele słabsze. Ludzie kiedyś tak biegali. To jest na razie teoretyzowanie, ale na treningu się sprawdziło. Chciałem się tylko upewnić, że jestem w stanie przelecieć nad przeszkodą. Reszta wyjdzie w praniu, podejdę do dystansu na żywca, jak Kenijczycy. Niedawno podobnie zrobił kolega, który jest mistrzem w biegach po schodach - Piotrek Łobodziński. Wystartował, przeżył i był względnie zadowolony, chociaż nie miał żadnego doświadczenia na przeszkodach. Sprawdzę się i ja. Myślę o tym od lat, przeszkody (i płotki), to jedyny dystans biegowy, w którym nie startowałem. Poza tym zaliczyłem wszystko od 100 metrów do maratonu. Po starcie zdam oczywiście relację - prawdopodobnie odbędzie się to w sobotę w Radomiu, o ile pozwoli achilles.

Poniżej zapis na gorąco po biegu w Krakowie, który skończył się wynikiem 3:53,64:

____________________________________________________________

Jestem po kolejnych dwóch startach na bieżni. Chociaż wyniki są słabsze od oczekiwań, jest o czym pisać. Drugi z tych biegów był moim najwaleczniejszym i najodważniejszym startem w życiu. Zacząłem w straszliwym tempie i chociaż poległem, udowodniłem sobie, że nie straciłem jeszcze pazura. Nadal zachowuję szanse na bicie życiówek, mimo że z roku na rok to zadanie jest trudniejsze.


Pierwszym biegiem było 800 metrów w Toruniu, nietypowo, bo w środku tygodnia. Głównym założeniem było przetarcie się na wysokich szybkościach. Kiedyś osiemsetka była moim najmocniejszym dystansem. Obecnie sytuacja jest znana: w starszym wieku i po latach biegania ciut dłuższych dystansów moje nogi odzwyczaiły się od tak brutalnego zmęczenia. Na bieżni brakuje mi szybkości, zdolności do zakwaszania oraz umiejętności kompletnego zarżnięcia silnika w krótkim czasie. Organizm trenowany długodystansowo ma problem z wejściem na wysokie obroty, a wraz z wiekiem zauważam do tego coraz wolniejsze dochodzenie do formy.


800 metrów poszło dość gładko. Bałem się tego biegu, bo plan był taki, że idę mocno i niech się dzieje wola nieba. Okazało się jednak, że łatwiej powiedzieć niż zrobić. W treningu do biegów długich podświadomie dąży się do komfortu, a w średnich jest cierpienie praktycznie od początku. Nie byłem w stanie przeskoczyć tej mentalnej różnicy i mimo wielkich chęci zacząłem za wolno. Na bieżni był tłum i zanim przegryzłem się do czuba, liderzy odskoczyli bardzo mocno. Dogoniłem potem wszystkich poza jednym, skończyłem bieg na drugim miejscu. Pobiegłem równo, ale wolno - wynik to 1:54,83. Na podobnym poziomie wychodziła mi pierwsza osiemsetka w ostatnich latach - 1:55 rok temu, 1:54 przed dwoma laty. Myślę, że jeszcze to poprawię.


Po dwóch dniach odpoczynku - jednego dnia wyszedłem na 6 km truchtu, drugiego zrobiłem wolne - jechałem do Krakowa. Przyznam, że nastrój nie był powalający. Zdolności do regeneracji spadają wraz z wiekiem i chociaż 800 metrów nie było specjalnie mocne, odczułem je porządnie w nogach. Oprócz bólu mięśni jest jeszcze sprawa ścięgna achillesa - po każdym biegu w kolcach boli mocno. W Krakowie startowałem w sobotę i czułem się mocno średnio. Ale pomyślałem - czy warto jechać taki kawał po to, żeby znowu pobiec daleko za czubem, za wolno i na mecie zameldować się z przeciętnym wynikiem? A może nadszedł czas na to, żeby zaryzykować i najwyżej polec po porządnej walce? Wiedziałem, ze bieg będzie mocny. Nastawiłem się więc psychicznie nie na prawie cztery okrążenia stadionu, ale na tysiąc metrów biegane praktycznie na maxa, a potem... niech się dzieje wola nieba.

Skończyło się to wynikiem podobnym do tych, jakie kręciłem ostatnio. Ale styl, styl był zupełnie inny. W biegach trudno jest poprawiać się, jeśli nie umie się wyjść ze strefy komfortu i pięknie cierpieć. Ten, kto znosi największy ból, jest zwykle najmocniejszy. Wielcy mistrzowie opowiadają o tym, że końcowych etapów biegów nie pamiętają, jedynym wspomnieniem jest narastający ból. Im się jest starszym, tym trudniej zmusić organizm do takiego wysiłku. Pojawia się kalkulacja, biega się w strefie komfortu, nie przekracza pewnych barier. Przed biegiem spytałem więc sam siebie: czy jestem już sportowym emerytem, który w wyścigu będzie zawsze kalkulował czy stać mnie jeszcze na szaleństwo? Owszem, nie czuję się powalająco, nie jestem w najwyższej formie, nogi bolą, na przebieżkach brakuje mocy... ale ta moc nie wróci, jeśli nie wyszarpie się jej w brutalnych bodźcach. Tym się różnią biegi średnie od długich - w długich niemal zawsze pracuje się w strefach tlenowych, na względnym komforcie. W średnich jest zabójczy dług tlenowy i stopniowe podduszanie, co skutkuje specyficznym efektem na mecie. Mówi się na to "bomba", "zejście", zresztą podobnych określeń jest sporo. Chodzi o wściekłe uderzenie kwasu mlekowego do mózgu.


Przeciążone mięśnie produkują kwas w ogromnych ilościach, ale jego wyrzut do krwi jest nieco opóźniony. Musi pokonać barierę błony komórkowej, a wcześniej zostać przetransportowany z wnętrza komórki. Dlatego po mocnych bodźcach najwyższy poziom kwasu nadchodzi dopiero po kilku minutach po zatrzymaniu się. I wtedy nagle z tych tysięcy komórek mięśniowych do krwi przedostają się cząsteczki kwasu, a właściwie produkty jego rozpadu, nazywane laktatem. Tętno po wysiłku jest szalone, więc kwas momentalnie zostaje rozprowadzony po całym ciele, w tym - do mózgu. Mózg zalany nagle kwasem wpada w stan specyficznego oszołomienia, czasami traci się orientację, czasami ma uczucie, że każda cząstka ciała boli. Dochodzi do tego przeciążenie dróg oddechowych, bo wentylacja w kilkuminutowych wysiłkach jest potworna. W efekcie ma się uczucie, jakby do oskrzeli i płuc wciągnęło się płomień - wszystko pali i piecze żywym ogniem. Na mecie jest się więc kompletnie skasowanym i dojście do siebie potrafi trwać kilkanaście minut.


Ten egzamin silnej woli zdałem w Krakowie po raz pierwszy od bardzo dawna. Zacząłem bieg w szalonym tempie. Nigdy, nawet w szczycie formy, w młodym wieku, nie miałem tak szybkiego początku. Pierwsze 100 metrów właściwie na maksa, pierwsze okrążenie w 59 sekund, niemal tak samo szybko jak ostatnio po drodze na 800. To jest tempo na wynik 3:40. 800 metrów lekko poniżej 2 minut. Wytrzymałem z liderami 900 metrów. Cały czas miałem wrażenie, że biegnę dużo za mocno. Zero rozluźnienia, zero kalkulacji, mocna praca rąk i nóg, właściwie sprint. Trudno tak przebiec 1500 metrów, dlatego poległem spektakularnie. Zacząłem zwalniać już przed kilometrem. Na ostatnim okrążeniu uderzenie zmęczenia było tak mocne, jakby nagle podczepiono mi na szelkach oponę traktora do ciągnięcia. Liderzy odskoczyli, zostałem sam. Jeszcze 1200 metrów miałem najszybsze od wielu lat, gdybym był w stanie skończyć w dobrym tempie, byłaby życiówka. Ale to był już łabędzi śpiew. Mój organizm stracił tolerancję na kwas, którą miał przed wielu laty. Tu pojawia się pytanie - czy jest w stanie ją odzyskać? Nikt nigdy nie prowadził takich badań i to chcę sprawdzić w najbliższych miesiącach. Nogi zrobiły mi się ciężkie jak kamienie, technika biegu uległa kompletnej destrukcji. Mimo wszystko nie myślałem o zejściu, co już mi się zdarzało. Siłą woli przetoczyłem się przez ostatnie 100 metrów, gdzie było mocno pod wiatr.


W tym sensie zdałem egzamin. Pokazałem sobie, że w wieku prawie 34 lat jestem w stanie nadal zbliżyć się do bariery własnych możliwości, a także wyjść poza nią. Dlatego po biegu w Krakowie, mimo ze wynik był podobny do tych, jakie osiągnąłem ostatnio, byłem bardzo zadowolony. Jeśli jeszcze mam w sobie tę furię, ten głód, jestem w stanie pobiec sporo szybciej. Kolejne biegi muszą być rozsądniejsze, bardziej taktyczne, ale czuję się pewniej ze świadomością, że jeszcze nie jestem pluszowym misiem. Nadal jestem w stanie walczyć.


Co dalej? Na pewno czekają mnie kolejne starty ma 1500 metrów. Wciąż chodzi mi też po głowie wariacki pomysł zaliczenia dystansu 3000 metrów z przeszkodami. Jeśli nie teraz, to kiedy? Jest bieg na tym dystansie 2 lipca w Katowicach, potem 8 sierpnia w Białogardzie. Zobaczymy, jaka będzie pogoda i nie mówię "nie". Mam przy tym zamiar podejść do tego po kenijsku - nie trenować wcześniej przeskakiwania przeszkód. To może mnie tylko niepotrzebnie zestresować, bo powiedzmy sobie szczerze - te przeszkody są cholernie wysokie. Wolę sytuację, gdy w biegu to nagle wyrasta przede mną i wyjście jest jedno - trzeba skoczyć. Podwyższony poziom adrenaliny podczas zawodów jest tu bardzo pomocny.

Tagi: 1500m
Kategoria: Starty 2014
Komentarze: (3)
Zaktualizowano: 02/07/2014, 13:10

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.gif
promo.jpg

Komentarze

04/07/2014, 09:14
#
Podoba mi się Twoje szaleństwo, powodzenia!
Robert Mar
12/07/2014, 16:45
#
Przed chwilą wyłączyłem telewizor i Polsat sport a tam zawody Diamentowej Ligi i rozpoczynający się właśnie bieg na 3tys metrów z przeszkodami kobiet. Myślę, że ok połowa zawodniczek przy pokonywaniu przeszkód nie przeskakiwała ich po płotkarsku tylko "naskakiwała" na nie i odbijała się od belki. Szczególnie było to widoczne na rowie z wodą.
R.
Marcin Nagórek
16/07/2014, 20:24
#
Robert - na rowie z wodą tak jest, ale jednak na dystansie mało kto tak naskakuje. W ogóle specyfika konkurencji jest taka, że można znaleźć mnóstwo zdjęć pokazujących skakanie rowu, a niewiele tych nad zwykłymi przeszkodami. Kiedy już fotoreporter robi zdjęcia na belkach, zwykle ustawia się przy rowie z woda, bo tam jest najbardziej widowiskowo : ) Opisałem swoje przeżycia w kolejnym wpisie, nie poszło dokładnie tak jak zakładałem. Impet wybicia mam tak duży, że ledwo dotykałem przeszkody.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Październik 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin