04
06/2014
11:42
Jestem po drugim starcie w sezonie, a ponieważ mam parę zaległych zdjęć, do tego w najbliższym czasie nigdzie nie biegam, jest miejsce na relacje i parę refleksji. Pobiegłem 3.53,25 na dystansie 1500 metrów, w Inowrocławiu.

Zdjęcia nie będą z tego mityngu, ale jeszcze z poprzedniej "piątki" - dzięki Karol ; )

Zacznijmy od tego, że start był nieco spontaniczny. Naświetlę, jak to wygląda od strony zawodniczej, żeby czytelnik mógł zrozumieć, że ostateczny kształt sezonu startowego zależy ode mnie tylko w części. Mogę planować i wiedzieć dokładnie, czego potrzebuję do dojścia do formy, ale rzeczywistość jest taka, że biegam tam, gdzie pojawia się taka możliwość.

Wiedziałem o tym, że jest mityng w Inowrocławiu i że jest 1500 metrów, ale ani organizator, ani odpowiedzialny za wytrzymałość człowiek z PZLA nie odpowiadali na maile o tym, co to za bieg, kto może startować, jak się kwalifikować itd. Podobnie zresztą wygląda sprawa z memoriałem Kusocińskiego. Miałem ochotę pobiec tam 5000 metrów i kwalifikacje są poprzez PZLA, tzn związek kieruje ludzi na ten bieg - jedyny w Polsce szybki start na tym dystansie w ciągu całego roku. Napisałem do nich, przekierowali mnie do trenera zajmującego się sprawą. I cisza, gość udaje, że nie dostaje informacji. Potem pojawia się lista startowa i mnie na niej nie ma. Tak to działa w tym kraju. Można być zawodnikiem, opłacać wszelkie możliwe składki, zajmować jakieś tam miejsca, kręcić życiówki - a i tak pasożytniczy związek sportowy uzna, że nie istniejesz i można człowieka kompletnie zlekceważyć, jeśli nie jest się w odpowiednim układzie towarzyskim. Nie ma żadnych formalnych zasad kwalifikacji na takie imprezy i podobnie wygląda to, jeśli chodzi o wszelkie wyjazdy, łącznie z mistrzostwami Europy, powołaniami do kadry narodowej i tym podobnymi. Spotyka to lepszych ode mnie, więc absolutnie mnie nie dziwi, ale nadal bawi i trochę złości. To, jaka jest skala defraudacji i marnotrawstwa publicznych pieniędzy na poziomie związków sportowych, nie mieści się w głowie. Jedynym rozwiązaniem byłoby rozgonienie tego na cztery wiatry, przepędzenie wszystkich działaczy i trenerów pasożytujących na tym układzie od dziesięcioleci. Jakiekolwiek próby naprawy polskiego sportu nie mają szans powodzenia, dopóki biorą w tym udział ci sami ludzie. Ale to tylko dygresja - i jestem pewien, że podobnie wygląda to w każdym innym sporcie.


5000 metrów w Postominie - nieco zbyt dynamiczne pierwsze 200 metrów

Na szczęście w ostatnim czasie kompletnie straciłem ochotę na piątkę, więc nawet z ulgą powitałem to, że mnie nie ma na liście. Piątka to jest morderczy bieg, w dużym bólu. Nie miałem w życiu ani jednej piątki, która uznałbym za przyjemną. To jest cierpienia od początku do końca. Nie czuję się też jakoś powalająco mocny na tym dystansie, a w tym roku postanowiłem pościgać się głownie w lubianych przeze mnie krótszych biegach, więc w gruncie rzeczy dobrze się ułożyło.

Tydzień przed biegiem w Inowrocławiu okazało się, że organizator strzelił sobie w stopę. Utajnił ten mityng do tego stopnia, na tyle zatrzymywał informacje i ograniczał dostęp, że okazało się, że nikt nie chce tam startować. I wtedy nastąpiła kompletna zmiana frontu - zapisy zrobiły się nagle publiczne, nagle każdy mógł tam biegać. Organizatorowi zaczęło zależeć na przyciągnięciu zawodników, żeby porażka nie była tak dotkliwa. Było jednak za późno, mało kto jest w stanie w ostatniej chwili zmienić plany. Na starcie zjawiło się 5 (!) osób, których mogło podziwiać 50 widzów na trybunach - impreza pełną gębą ; ) Wśród biegaczy byłem i ja. Co prawda zapisałem się wcześniej na trójkę w Gdańsku, ale gdy zmieniono zasady zapisu do Inowrocławia, pojechałem tam. Nie spinam się aż tak bardzo, żeby miało to wielkie znaczenie - czy start jest krótszy czy dłuższy, dzień wcześniej czy później. Szczególnie na początku sezonu. Bieg mi pasował z tego względu, że po pierwsze, potrzebuję przetarcia na wysokich prędkościach, a po drugie - muszę zaliczyć starty na określonych dystansach dla klubu, w ramach ligi lekkoatletycznej. Zrobiłbym to u siebie w domu, ale jakaś tęga głowa wymyśliła, że mityng musi mieć odpowiednią rangę - MM, czyli klasy mistrzowskiej międzynarodowej. Takich biegów jest w Polsce mało, bo oznacza to konkretne wymagania co do sędziów (musi np. być obserwator z ramienia PZLA) i ilości sprzętu używanego do pomiaru. Musiałem więc przejechać się do Inowrocławia, mimo że mam w okolicy bliskie mityngi, gdzie mógłbym pobiec taki sam lub lepszy wynik samodzielnie, na lepszych bieżniach, bez całej tej szopki. No ale cóż, czasami trzeba tańczyć tak jak zagrają.

Na miejscu okazało się, że wielkiego ścigania nie będzie. Wśród zawodników, którzy nie dojechali był również zamówiony wcześniej "zając". Znając lotność organizacyjną polskich działaczy byłem na to gotowy i w gruncie rzeczy było mi obojętne, jak ten bieg będzie wyglądał. Wiedziałem wcześniej, że na liście będzie Tomek Osmulski, z którym w razie czego sami rozpędzilibyśmy ten pociąg. Ostatecznie przed biegiem umówiliśmy się w parę osób, że będziemy zmieniać się na prowadzeniu. W sumie też nie do końca mi to pasowało, bo oni nastawiali się na piekielnie szybki bieg, podczas gdy ja wolałbym wolniejszy początek, przyczajenie gdzieś z tyłu, a potem mocny finisz. Do tego wściekle wiało, więc z góry widziałem, że wielkich wyników z tego nie będzie. Ale z drugiej strony było mi do pewnego stopnia obojętne, czy wykończę się w wolnym biegu z mocnym finiszem czy też w szybkim początku i potem dogorywaniu. Rzecz szła o to, że ponieważ nie łupałem jeszcze w tym roku bardzo szybkich i ciężkich treningów na odcinkach, potrzebowałem dużego zastrzyku kwasu mlekowego. Muszę nabrać na niego odporności, wpuścić kwas do żył, żeby w kolejnych biegach za 2 czy 3 tygodnie połączyć wytrenowane wcześniej cechy z tą bezpośrednią tolerancją na zmęczenie.


Praca nad technika przynosi efekty - są mechaniczne podstawy do tego, żeby biegać szybko

Przed biegiem wiedziałem, że jeśli będzie za mocno na początku, będzie ciężko. Tu jeszcze kolejna dygresja - ponieważ pierwotnie miałem planowany start w sobotę w Gdańsku, w tygodniu pojawił się dylemat - czy biegać jeszcze jakieś odcinki? Tego typu treningi są korzystne dla pobudzenia mięśni przed szybkim startem, ale z drugiej strony w poprzedni weekend miałem dwa ciężkie dla mnie biegi. Był to wybór pomiędzy regeneracją a pobudzeniem. Ostatecznie zdecydowałem, że w środę założę jeszcze kolce i pobiegnę skromne 4x200 metrów w szybszym tempie. Sęk w tym, że luźny poniedziałek i spokojny wtorek nie wystarczyły, żebym zregenerował się po wcześniejszej piątce i mili. Gdybym z góry wiedział, że bieg będzie w niedzielę, rozwiązałbym to inaczej. W środę przeciążyłem jeszcze zmęczone mięśnie i ścięgno achillesa, mimo tego, że te 200-tki byłem w stanie pobiec tylko po 30-29 sekund. W czwartek już czułem, że ten trening był zbyt szybko i mogłem tylko modlić się, żeby zmęczenie ustąpiło. To jest ryzyko w biegach średnich - łatwo się przetrenować, szczególnie, gdy jest się już po 30-tce.

W czwartek achilles bolał mnie tak bardzo, że nie zrobiłem treningu. W piątek tylko 8 kilometrów rozbiegania. W sobotę tylko 20 minut rozruchu i nawet bez przebieżek, bo wciąż czułem ból. W niedzielę jakoś poszło, chociaż bałem się o to ścięgno i np. na rozgrzewce nie robiłem przebieżek w kolcach, co należy do standardowej procedury rozgrzewkowej.


Typowy długodystansowy "pociąg" na bieżni

No i start - pięciu chłostanych wiatrem biegaczy stanęło na starcie. Młody kolega poprowadził pierwsze 500 metrów. Początek za szybki, biegłem na końcu, przebierając rozpaczliwie kończynami. Ponieważ obiecałem, że spróbuję wyjść na drugą zmianę, musiałem zaryzykować. Żeby wyjść na prowadzenie, wydobyłem z siebie coś, co można uznać za finisz - biegłem prawie na maxa. Udało się, chociaż dużym kosztem. Kiedy zmieniał mnie kolejny kolega, byłem już kompletnie wykończony. Kwas mlekowy szumiał w uszach. Tysiąc metrów minęliśmy w czasie 2.32, ja w tym momencie zacząłem już lekko odstawać. Ostatnie okrążenie było bardzo ciężkie, nogi jak kamienie. Zwykle na ostatnich 200 metrach potrafię zebrać się na finisz, tym razem ledwo dobiegłem. Przybiegłem piąty z pięciu, na ostatnich metrach minął mnie kolega z tyłu.

W gruncie rzeczy jestem umiarkowanie zadowolony. 3:53 to nie jest bardzo dobry wynik, ale i nie tragiczny. Podbudowało mnie to, że dałem sobie radę z szybkim początkiem, mimo tego, że na treningu jeszcze nie dotykałem takich prędkości. Pewna moc cały czas drzemie w moich średniodystansowych mięśniach. Jeśli wszystko zagra i będę mógł wystąpić na memoriale Żylewicza, powinienem być w stanie pobiec dużo szybciej. W tym tygodniu machnę, a przynajmniej taki jest plan, pierwszy prawdziwie rzeźnicki trening tempowy do 1500 metrów.


Ostatnia prosta - mimo zmęczenia i usztywnienia technika pozostaje na dobrym poziomie, co mnie cieszy

W zeszłym roku pierwszy start na 1500 metrów miałem szybszy - 3.52,09 - ale było to w dobrym biegu. Co więcej, różnica była w samopoczuciu. Rok temu było ze mną coś nie tak i czułem to, nie regenerowałem się odpowiednio. Wtedy to pierwsze 1500 metrów było ciężkie, bo od początku czułem się wykończony i wiedziałem, że w kolejnych startach będzie to trudno poprawić. Tym razem jestem w formie, jaka zawsze przynosi dobre efekty - czuję się silny, wytrzymały, ale jeszcze spowolniony, nierozkręcony, mało odporny na uderzenia kwasu. Zaradzić powinien temu i ten miniony start i kolejne dwa szybkie treningi. W moim wieku i przy moim stażu wsłuchanie się w samopoczucie jest podstawą. W tej chwil wygląda to optymistycznie.
Kategoria: Starty 2014
Komentarze: (6)
Zaktualizowano: 04/06/2014, 13:15

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.gif
promo.jpg

Komentarze

Oskar Przysiężny
06/06/2014, 15:06
#
Cześć Marcin,
przeczytałem Twój nowy wpis, pozwól że dorzucę swoje 3 grosze :)
Co do PZLA, organizatorów i całego tego "Burdelu" - najgorsze z tego wszystkiego jest to, że od lat nic się nie zmienia, takie same problemy były także jak ja biegałem na bieżni. Skoro wielu czołowych zawodników w Polsce jest traktowana w Związku niczym petenci, to trudno się dziwić, że zawodnicy średniej klasy mają jeszcze gorzej - to a propos braku odzewu na Twoją korespondencję. U nas zawody organizowane przez PZLA wyglądają tak, że mają się po prostu odbyć, kto i jak na nich pobiegnie/skoczy/ rzuci nie ma dla oficjeli kompletnego znaczenia.

Ja tutaj widzę tylko jedno rozwiązanie - powołanie quasi ligi lekkoatletycznej, organizowanej przez prywatnego sponsora, który zbierze całą czołówkę zawodników z danej dyscypliny, da kasę za przyjazd (nawet małą) i kasę za miejsca. Ale by było ściganie! Wszystko z pominięciem PZLA - coś na wzór Federacji KSW, czyli nasze zawody, nasze zasady. Nawet jakby miałyby być to zawody początkowo nie honorowane przez PZLA, to w przypadku sukcesu tej formuły (przez np. nagłośnienie w mediach etc.), to wtedy Związek będzie się sam prosić, aby móc objąć takie zawody swoim patronatem.

Co by to dało:
– Wysoki poziom, przez zebranie całej czołówki polskich zawodników
- Możliwość zarobienia trochę grosza, co będzie się wpływało na rozwój indywidualny zawodników
- Możliwość pozyskania dalszych sponsorów dla dyscypliny, jak i startujących.

Inaczej będzie dalej tak jak jest. Ja wciąż nie rozumiem, jak może być taka sytuacja o której piszesz, że w Polsce w całym sezonie jest tylko 1 mocny bieg na 5000 m i tak niestety to wygląda od lat. Oczywiście najlepsi zawodnicy mogą wyjechać i biegać za granicą, ale ilu jest takich biegaczy u nas? 5 osób? A co z młodymi zawodnikami, którzy pretendują do miana najlepszych, gdzie oni mogą się pokazać? Bo chyba nie w takim mitingu w Inowrocławiu, gdzie wystartowało pięciu zawodników…

Aż przykro mówić, ale zawody biegowe na szosie, robione jednak z myślą bardziej o amatorach, są o niebo bardziej profesjonalne, a reguły gry – jak pokazuje przykład biegów w Gdyni – dla wszystkich jednakowe (bez względu na osiągane wyniki) i przejrzyste.

Marcin Nagórek
07/06/2014, 18:10
#
Oskar, wiele można mówić na ten temat, prawda? Sęk w tym, że wszystko rozbija się o to, że lekka atletyka nie jest w tej chwili sportem popularnym. To można by zmienić, ale potrzebna byłaby cała wizja, nie tylko pieniądze. Nawet na poziomie Diamentowej Ligi pokazywanie LA w telewizji jest tragiczne. A robią to niby profesjonaliści. Tu trzeba by zacząć od mega podstaw, łącznie z doszkoleniem i dopieszczeniem dziennikarzy zajmujących się tą tematyką. Nie ma pieniędzy, nie ma wizji, a w takich małych, opuszczonych związkach sportowych, pozbawionych presji społecznej, działacze mnożą się w spokoju...
Marcin Nagórek
07/06/2014, 20:02
#
No i finał sprawy z Kusocińskim - do mety dobiega 8 biegaczy biegu memoriałowego, przy 6 nagrodach. To jakas masakra...
Oskar Przysiężny
08/06/2014, 21:05
#
To jest właśnie chore... Co nie zmienia faktu, że trzeba o tym mówić, może kiedyś ten beton skruszeje....
09/06/2014, 13:54
#
Hej Marcin,

Ponieważ już od ładnych paru lat patrzę na lekką z poziomu widza to niestety, ale uważam że jest gorzej niż jeszcze 10 lat temu. Mitingów jest jak na lekarstwo. Chciałem pojechać do Warszawy na jakiś miting żeby zobaczyć jak biegają, pokazać dzieciom zawody i ku mojemu zdziwieniu w Warszawie nie ma już co tydzien mitingów... Z tego co się dowiedziałem pocztą pantoflową WMOZL nie ma kasy na organizację mitingów. Jakaś chora sytuacja żeby zawdnicy nie mieli gdzie startować.
Układy były są i będą dopóki nie powstanie coś konkurencyjnego dla PZLA. To co się tam dzieje, jak traktowani są niektórzy zawdnicy to jest jakaś komedia. Kadra dla wybranych nie zawsze nalepszych ale z układami. Nic dziwnego że wielu młodych zawodników ucieka na ulicę ale z kolei tam pojawia się 5 lub kij ich wie który garnitur kenijskich "ścigaczy" którzy i tak zgarniają to co najlepsze. No cóż jak to powiedziała jedna mądra ministra "sorry taki mamy klimat". Ponieważ zarówno na bieżni jak i na ulicy żadnemu z działaczy to nie przeszkadza to taki chory układ będzie trwał wiecznie no chyba że znajdzie się odważny lub grupa odważnych która postanowi rozwalić ten chory układ.
A tak na marginesie to naprawdę podziwiam Ci że nadal masz siłę i zapał aby tak mocno trenować. Powodzenia w najbiższy startach.
Marcin Nagórek
18/06/2014, 10:43
#
Hej Robert,

Dopiero zauważyłem, że nie wskoczył mi wcześniejszy komentarz. Z wieloma rzeczami jest problem, związki sportowe w Polsce wszędzie działają tak samo. Najwyraźniej państwowe pieniądze rodzą patologie. Powołanie innej ligi w tej chwili jest nierealne, wymagałoby przede wszystkim wypromowania tego sportu jako całości. Już prędzej rację bytu miałyby kluby finansowane zez składki rodziców. Tylko jeśli ktoś płaci duże pieniądze, wymaga opieki na odpowiednim poziomie, a u nas trenerzy są zwykle słabo wyszkoleni. Zmiany wymagałby też cały system punktowy, który jest chory. W prywatnych rozmowach przyznaje to praktycznie każdy, system jest na rękę chyba tylko urzędnikom i dlatego trwa.

Ja biegam dla przyjemności, staram się trzymać jak najdalej od tego systemu, ale czasami i tak mnie krew zalewa.

Pozdrawiam po latach!

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Pierwsze starty
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin