21
03/2014
23:25
Wiosna przyszła i forma niby rośnie, ale bardzo wolno, z dużymi oporami. Bieganie jest dość okrutnym, indywidualnym sportem, który bezlitośnie obnaża każdą słabszą stronę. Gdybym był piłkarzem, mógłbym schować się gdzieś w okolicach pola karnego, pospacerować, kopnąć raz na jakiś czas piłkę i przeczekać gorszy czas. W siatce piłka odbiłaby mi się od głowy i też by jakoś przeszło. Na rowerze uprawiałbym drafting, w tenisie symulował kontuzję kolana.. Jedynie w bieganiu nijak nie da się ukryć, że nie jest dobrze i tempo treningów spada.

Powiem jednak, mimo pesymistycznego wstępu, że tragedii nie ma. Wręcz dzisiaj wysnułem wniosek, że każdy z nas ma tendencję do koloryzowania minionych sezonów. Z perspektywy czasu wydaje się, że rekordowa forma przychodziła łatwo i bez problemu. Tymczasem wertowałem ostatnio stare dzienniczki treningowe i widziałem, jakie to zawsze było trudne: wszystko bolało, brakowało siły, motywacji, pogoda była marna... Rekordowe biegi przychodziły po miesiącach zwątpienia i trudnych zmagań.

Teraz również liczę, że wykuję formę w bólach. Cały czas nieźle czuję się na łagodnych treningach. Rozbiegania nie są dla mnie problemem, a nawet bez większego wrażenia wyciskam prędkości rzędu 3:50/km. Dopiero w biegach dłuższych lub szybszych... jest marnie.

Zacznijmy skromny raport od niespodziewanego startu. W poprzedni weekend zahaczyłem o Warszawę i postanowiłem wykorzystać ten czas na start w Biegu na Szczyt. Imprezę organizuje zaprzyjaźniona agencja Sportevolution, która zaksięgowała mnie jako zawodnika elity, umożliwiając tym samym start. Nie mam w najbliższych tygodniach żadnych biegów, więc pomyślałem - czemu nie? Potraktowałem to jako mocny bodziec siłowy. Przyznam jednak, że rzeczywistość okazała się inna niż założenia. Spodziewałem się, że będę w stanie zrobić bardzo ciężki odcinek, po którym padnę na ziemię, zwijając się z bólu. Oczekiwałem rekordowo wysokiego tętna i mocnego uderzenia kwasu do krwi.

Tymczasem w praktyce wspinaczka po schodach okazała się na tyle nowym wysiłkiem dla mięśni, że nie byłem w stanie utrzymać wysokiej intensywności. Zacząłem za mocno - podobno dotyka to każdego początkującego. Nie przeprowadzałem do biegu żadnego treningu, pierwotnie chciałem tylko iść szybkim krokiem, ale po rozmowach z kilkoma znajomymi tak się podpaliłem, że zacząłem biegiem. Niedługo. Po 6 piętrach przeszedłem do taktycznego przeplatania półpietra biegu z półpiętrem marszu. Po 10 czy 12 piętrach został sam marsz. Na ostatnich 15 to już była mordęga i dogorywanie. Z mięśni zrobiła się wata i wciągałem się po poręczach oburącz. Liczyłem na złamanie 4 minut, skończyło się na 4:55. Ale chociaż mój oddech słychać było 10 pięter naprzód, maksymalne tętno to tylko 170. Przy moim maksymalnym na poziomie 183, wykręconym kilka lat temu. Spodziewałem się, że tu padnie nowy rekord, tymczasem słabość mięśni nie pozwoliła na to. Ale szybko doszedłem do siebie i nawet nie miałem zakwasów. Owszem, nogi ciężkie, ale zakwasów brak, co u mnie jest nietypowe.

Najgorszy był kaszel. Mówią o tym wszyscy, ale ponieważ ja mam słabe oskrzela, kaszlę do dzisiaj, tydzień po biegu. Mówiąc ogólnie: słaby byłem na tych schodach i podziwiam chłopaków takich jak Piotrek Łobodziński, którzy wymiatają w tego typu wyścigach. Żeby być w stanie pobiec to mocno, trzeba być specyficznie przygotowanym. Moje nogi poddały się szybko i nawet nie byłem w stanie się zajechać. Żeby się zajechać pojedynczym wysiłkiem, trzeba być wytrenowanym i w bardzo wysokiej formie. U mnie tego brakuje.

Poza tym trening idzie do przodu, ale nie w takim tempie, jakiego bym oczekiwał. Po chorobie nie mogę się jakoś odnaleźć. Niby biegam rozbiegania na niskim tętnie, czasami czuję się lepiej, ale nie ma w tym błysku. Miałem okazję pośmigać w lesie w Rembertowie i byłem zachwycony. Tego mi brakuje, takich terenów. Od razu pomyślałem, że gdybym miał taki las pod nosem, moje bieganie wyglądałoby zupełnie inaczej. Zabawa biegowa w Rembertowie była czystą przyjemnością. Do tego ten bodziec mięśniowy: zmienna nawierzchnia, czasami twardo, czasami piasek, lekkie nierówności, przeskakiwanie korzeni i gałęzi... Fantastyczna sprawa i właśnie w takich warunkach budowałem najlepszą formę. Bieganie po asfalcie, stadionie i bieżni, ewentualnie błocie, jakie przeważa u mnie w ostatnich latach, to kompletnie inna dyscyplina sportu.

Rembertów zabił mnie zresztą na rozbieganiu dzień po zabawie biegowej. Zacząłem na świetnym samopoczuciu i szybko zszedłem w okolice 4:20/km. Ale górki, piasek i dystans sprawiły, że w okolicach godziny niespodziewanie zaczęło kompletnie mnie odcinać. Już wcześniej zwolniłem, a po 66 minutach byłem już kompletnie ugotowany. Ostatecznie zrobiłem tylko 15 kilometrów z planowanych 18 i na nowo nabrałem respektu zarówno do lasu, jak i dłuższych biegów. Ale możliwe, że było to skumulowane osłabienie po biegach i chorobie. Bo w kolejnych dniach było już lepiej.

W dzień podróży wieczorem biegałem na siłowni i czułem się marnie. W piątek na zmęczonych nogach atakowałem stadion - i znowu nie było szału. Zaplanowałem podejście do treningu, na którym ostatnio poległem - 10x1km na minutowej przerwie. Najpierw aktywna rozgrzewka z ostatnim kilometrem mocnym, potem same odcinki. I omal znowu nie poległem. Wściekle wiało i ociepliło się na tyle, że biegałem w krótkich spodenkach i krótkiej koszulce. Teoretyczne widełki to 3:25-3:15/km. Oczywiście w formie biegałem szybciej, ale na razie planowałem coś takiego. Najwolniejszy odcinek wyszedł w 3:27, najszybszy w 3:15. Była to jednak męka i w połowie musiałem zrobić dłuższą przerwę, żeby móc to w ogóle skończyć. Potem mocne 400 m - jedynie 63 sekundy oraz krótkie podbiegi. Wieczorem core stability.

Miałem na tym treningu wrażenie, jakbym na tyle mocno obudował tułów mięśniami, że nie jestem w stanie odpowiednio rozepchać klatki mięśniami oddechowymi. Nie mogłem złapać tchu i o ile krótki odcinek jakoś biegnę, tak dłuższy interwał na krótkiej przerwie kompletnie mnie niszczył. Zawsze uważałem ten rodzaj treningu, czyli cruise intervals, za łatwy, ale dzisiaj chyba zmienię zdanie. To była masakra.

Za 5 tygodni mam pierwszą dyszkę na stadionie, w której teoretycznie chciałbym złamać 32 minuty. Patrząc na to, w jakiej jestem dyspozycji, nie widzę tego. No ale zobaczymy. Być może w bólach wyskrobię lepszą formę. W ostatnich dniach mocniej skupiam się na ćwiczeniach obręczy biodrowej i dwugłowców. Mam wrażenie, że jestem słaby w tych elementach. Ze względu na problemy z achillesem stopniowo odcinałem wszystkie rodzaje biegania, które trzymały te okolice w formie - m.in. sprinty pod górkę, sprinty płaskie, krótkie zabawy biegowe w szybkim, zmiennym tempie, oparte o krótkie, gwałtowne szarpnięcia. W efekcie stopniowo traciłem na dynamice i mam wrażenie, że szczególnie dwugłowce mam teraz w kiepskim stanie.

Spada mi za to (powoli) masa i jest to odczuwalne. Celuję tu w idealna kombinację masy mięśniowej i siły. Byłem już zbyt lekki i zbyt słaby, byłem też zbyt ciężki. Zobaczymy, czy uda się trafić w idealną kombinację.

Na razie zapraszam do oglądania filmiku, który podczas Biegu na Szczyt nakręcił mój brat:
Kategoria: Trening 2014
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 03/04/2014, 12:49

Oceń

1 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Grzegorz Sztukiewicz
25/03/2014, 16:31
#
zmęczyłem się oglądając tylko sam filmik. Schody jednak nie dla mnie ;)
26/03/2014, 00:55
#
Rumcajs na schodach, on zdaje się był z żacholeckiego lasu.
28/03/2014, 21:38
#
Czemu mają służyć te krótkie podbiegi po treningu tempowym (w tym przypadku 10*1km)? Jeszcze się z czymś takim nie spotkałem.

Pozdrawiam
Marcin Nagórek
31/03/2014, 13:12
#
Mówiąc naukowo: na poprawę rekrutacji włókien. A mówiąc bardziej prosto: na dobicie :-)

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Powrót po chorobie
Następny: Przełamanie
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin