10
02/2014
18:19
Dzisiaj rzecz rzadko ostatnio spotykana na blogu, z powodu nadmiaru obowiązków: tekst nie o tym, jak mi idzie bieganie, ale felieton. Książka, którą zacząłem ostatnio czytać na tyle mnie poruszyła, że muszę podzielić się wrażeniami. Albo inaczej: przestrzec.

Najpierw zwyczajowy background. Otóż za pośrednictwem swojego Kindle cały czas ściągam ze Stanów najnowsze pozycje z zakresu treningu i fizjologii. Jest tam niesłychane bogactwo książek na wszelkie możliwe tematy. Na własną rękę przerobiłem parę podręczników z zakresu fizjologii wysiłku z programu studiów amerykańskich uniwersytetów i czuję, że w niektórych tematach mógłbym się już doktoryzować ; ) Skutkiem ubocznym jest to, że ponieważ niewiele z tego czytam po polsku, łatwiej mi się porozumieć w wielu sprawach po angielsku. Po polsku nie znam po prostu słownictwa, nie wiem, jak opisać niektóre procesy. Zresztą, to już głębsza dygresja, po polsku ukazuje się niewiele sensownych rzeczy, czasami w postaci skryptów na AWF-ach, ale i to rzadko. Żeby być na bieżąco, trzeba znać angielski i ściągać. W ostatnich latach zainwestowałem w to sporo pieniędzy - opłaca się.

Ostatnio ściągnąłem sobie dość świeżą pozycję - "Running Science" niejakiego Owena Andersona, wydana w zeszłym roku. Jestem świeżo po lekturze bardziej fachowych biegowo Saltina czy Costilla i chciałem porównać punkty widzenia. Kontekst jest taki, że Andreson mimo tego, że jest znanym fizjologiem, ma fatalną opinię w środowisku trenerskim. Mówimy oczywiście o tych nielicznych trenerach, którzy czytają. Gość jest przedstawiany jako klown, który z losowo dobranych wyników badań uwielbia wyciągać szerokie i nieuprawnione wnioski, przedstawiając je jako prawdę objawioną.

Książka jest solidna, ponad 600 stron. Po przygotowaniu stanowiska pracy w postaci wygodnego łóżka, zakąsek i herbaty, przejrzałem spis treści, rzuciłem okiem na rozdziały teoretyczne, a potem przeskoczyłem do tego, co najbardziej interesujące, czyli przełożenia wyników badań na praktyczne wskazówki treningowe. Zacząłem czytać: jeden rozdział, drugi, trzeci... Wbiło mnie w fotel! Co jakiś czas musiałem przerwać lekturę i w spokoju pospacerować, zbierając myśli. Powiedzieć, że podejście autora do tematu treningu biegowego jest odmienne od przyjętych powszechnie standardów to nic nie powiedzieć. To jest postawienie treningu na głowie!

Wszystkie negatywne stereotypy na temat autora znajdują szybko potwierdzenie. Jest on typowym przykładem "amerykańskiego naukowca" z licznych kawałów. Pod względem praktycznej aplikacji treningu to totalny imbecyl z tytułem doktorskim. Zawsze zastanawiałem się, skąd się biorą różnego rodzaju szaleńcze poglądy w metodyce treningu. I oto jest odpowiedź: czasami wymyślają je tacy ludzie jak Owen Anderson. Książka pod względem treningowym jest fatalna, jest wręcz przerażająca. Z tego mojego przerażenie bierze się niniejszy wpis blogowy. Lewa ręka mi drga, a włosy stoją dęba. Wstrząsnęło mną.

Zacznijmy od tego, że gość rzeczywiście prezentuje naukowe podejście do tematu. Ale nie w sensie pozytywnym, tylko wręcz odwrotnie. Jest to przykład kompletnego oderwania od rzeczywistości i wyciągania wniosków na podstawie izolowanych, błędnych przesłanek. Zilustruję to anegdotką, wymyślonym przeze mnie badaniem. Otóż można wziąć do doświadczenia 60-letnie kobiety, które nigdy w życiu nie biegały. Ładujemy je na bieżnię i każemy biec, wyznaczamy różnego rodzaju prędkości progowe. Następnie poddajemy je programowi treningowemu, który polega na tym, że dwa razy w tygodniu mają jak najszybciej wbiec na szczyt 30-piętrowego wieżowca. Dla lepszego efektu można je poszczuć psami, ale nie jest to konieczne.

Po ośmiu tygodniach ponownie ładujemy panie na bieżnię i znowu wyznaczamy progi. Okaże się, że wszystkie prędkości wzrosły, w tym prędkość na progu beztlenowym o, powiedzmy, 10 procent. Teraz weźmy inne badania i porównajmy, że klasyczny bieg na tempo powodował w nim poprawę prędkości tylko o 1 %. Fizjolog taki jak Owen Anderson krzyczy wtedy triumfalnie: znalazłem nową, o wiele lepszą metodę trenowania prędkości na progu beztlenowym! Jest 10 razy skuteczniejsza niż tradycyjne podejście: należy dwa razy w tygodniu wbiegać na szczyt wieżowca!

Taką właśnie logikę prezentuje ta książka. Autor na podstawie losowo dobranych wyników badań, często przeprowadzanych na nieaktywnych wcześniej osobach, trwających kilka tygodni, próbuje obalać to, co według niego jest treningowym mitem. Czyli, że np. po co biegać dużo, skoro zamiast tego można dwa razy w tygodniu pójść na sesję crossfitu, co u 50-letnich mieszkańców Malezji spowodowało wzrost wskaźnika VO2max o 20 procent... Co gorsza, wiele poglądów, które próbuje obalać, to tylko jego urojenia. Twierdzi na przykład, że współczesny trening do maratonu to propagowanie błędnego poglądu, że należy biegać dużo i wolno. Tymczasem nie jest to prawda od wielu lat, a prawdopodobnie nigdy nie była. Żaden szanujący się trener, żadna dobra szkoła treningowa nigdy nie trywializowała w ten sposób treningu biegowego.

Gdybym mieszkał w USA, być może pozwałbym autora za narażenie mojego zdrowia na szwank - w pewnym momencie omal nie udławiłem się suszoną figą ze śmiechu, gdy znalazłem fragment, w którym gość prezentuje swoje wnioski dotyczące treningu, wyciągnięte na podstawie badania przeprowadzonego na... kurczakach!

Podejście Andersona do tematu jest proste. Nie ma sensu biegać dużo, nie ma sensu biegać wolno, bo w cytowanych przez niego badaniach nie przynosiło to żadnych efektów. Czyli to strata czasu. Trening powinien składać się z interwałów bieganych na maksa, sprintów, podbiegów i crossfitu. A naprawdę rzuciły mnie na ziemię dopiero niektóre przykłady polecanych treningów. Np. bardzo skuteczne mają być tzw superserie, które Anderson zapożyczył z treningu siłowego i twórczo przekształcił. Świetnym treningiem przygotowującym do biegu na dystansie 800 metrów mają być takie interwały: najpierw 200 metrów na maksa, a potem - uwaga! bez żadnej przerwy! - 400 metrów w tempie startowym. Całość powinna dać 600 metrów w tempie szybszym niż startowe i trzeba to powtórzyć nawet sześciokrotnie. Jest to w teorii pewnie znakomity pomysł, tylko w praktyce kompletnie niewykonalny. Nie dowierzałem własnym oczom. Od razu przyszło mi na myśl, że znam jeszcze lepszy trening: przebiec 800 metrów w tempie szybszym niż życiówka, a potem powtórzyć od dwóch do sześciu razy, z przerwą 5 minut. To dopiero da formę! A do maratonu jeszcze lepiej:  przebiegnij maraton w tempie o 30 minut szybszym niż życiówka, odpocznij 10 minut i powtórz wysiłek. Gwarantuję, że wzrost formy będzie zauważalny i w przeciwieństwie do amerykańskiego naukowca nie potrzebuję nawet badań, żeby to wiedzieć ; )

Biegacze od lat próbują poprawiać prędkość na progach tlenowym czy beztlenowym. Robią to oczywiście nieudolnie, stosując bezsensowne biegi ciągłe. Anderson ma lepszy sposób: należy biegać minutówki z prędkością maksymalną, potem dwie minuty truchtać. Całość powtórzyć, w wersji dla zaawansowanych... 18 razy. Jego logika jest bardzo prosta: im więcej kwasu mlekowego, tym organizm musi go usuwać intensywniej, czyli tym lepiej jest trenowane lactate clearance. Zastanawiam się, czy wpadł na to, że np. bokserzy powinni trenować w ten sposób, że rozpędzają się i z całej siły uderzają głową w mur. Im mocniejsze uderzenie, tym bardziej organizm uodporni się na ciosy, prawda? A przy opisie tego treningu taka odkrywcza obserwacja: "co ciekawe, odcinki biegane z prędkością maksymalną wydają się badanym trwać dłużej niż odcinki wypoczynkowe. W trakcie mocnych odcinków biegacze z trudem dobiegają do końca, a przerwy najchętniej by wydłużali". Przypomina to kawał, w którym naukowiec zauważał, że po odcięciu ósmej nogi pająk ogłuchł, bo przestawał reagować na komendę "idź naprzód"...

Tego typu absurdów jest w książce wiele. Jaki np. wskaźnik uznamy za najlepszy dla przewidzenia wyniku w długim biegu? Naukowiec doszedł do wniosku, że... prędkość maksymalna na dystansie 40 metrów. Przeprowadzono bowiem jakieś badanie, w którym doświadczeni (słowo klucz) długodystansowcy biegali sprinty. Im byli szybsi, tym szybszy był ich wynik np. w maratonie. Na podstawie tej informacji Anderson stwierdza, że najlepsze predyspozycje do maratonu mają ci, którzy są najszybsi w sprintach. Trzeba to chyba powiedzieć Usainowi Boltowi... Poza tym sprinty to w ogóle magiczny składnik każdego treningu i właściwie do maratonu długie biegi są tylko mało istotnym dodatkiem treningu, najważniejsze są sprinty i prędkość maksymalna.

Należy przy tym dodać, że poza tymi kompletnymi bzdurami książka zawiera sporo ciekawych informacji z zakresu czystej fizjologii. Ktoś, kto ma głowę na karku i jest w stanie wszystko dokładnie przeczytać i przeanalizować, może wyciągnąć z nich całkiem sensowne wnioski, z pewnością inne niż wnioski autora.

Niestety, pseudonauka coraz mocniej wkracza w życie nawet zwykłego biegacza amatora. Oprócz cudownych wynalazków bardzo popularne stały się ostatnio badania wydolnościowe. W Polsce przeprowadza je nawet jakiś gość z tytułem doktora i bryluje w mediach. Generalnie nie mam nic przeciwko takim zabawom. Fajnie zmierzyć sobie to i owo, a potem pooglądać kolorowe wykresy, ale... ich wpływ na trening jest zerowy. Powtórzę: zerowy. Badanie mówi o tym, jaki jest stan organizmu w danym momencie i w danych warunkach (np. w czasie biegu na bieżni mechanicznej), nie mówi jednak, co trzeba zmienić i jak zmienić. A  gdy mówi... robi się jeszcze gorzej. Facet, który robi je w Polsce, postanowił bowiem zabawić się w trenera i oprócz wyników spisuje na kartce wnioski treningowe. Miałem okazję obejrzeć trochę takich wyników i zacznijmy od podstawowej sprawy: te wnioski są zawsze identyczne. Kropka w kropkę przepisane to samo. To tyle od naukowca a propos indywidualizacji treningu.  I żeby chociaż miało sens? Nie ma sensu. To są wnioski wyciągane na takiej samej zasadzie jak robi to Owen Anderson. Co ciekawe, obaj panowie są fizjologami, ale z badań wyciągają kompletnie odwrotne pomysły. Anderson mówi mniej więcej to, że wolne bieganie nie ma sensu, trzeba tłuc bez przerwy sprinty. Tymczasem fizjolog robiący badania w Polsce pisze we wnioskach: należy tylko biegać spokojnie, nie przekraczając tętna takiego a takiego. Unikać sprintów!

Zawsze byłem zwolennikiem poszerzania wiedzy oraz interdyscyplinaroności, ale po lekturze "Running Science" oraz zetknięciu się z trenerskimi poradami fizjologów muszę stwierdzić prosto: niech biegaczy trenują trenerzy, a naukowcy przeprowadzają badania. Sytuacja odwrotna gwarantuje wrażenia w stylu filmu "Czy leci z nami pilot".
Kategoria: Felietony
Komentarze: (10)
Zaktualizowano: 11/02/2014, 00:39

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

11/02/2014, 09:01
#
Tak to jest jak za pisanie o treningu biorą się ludzie, którzy nie mają o nim pojęcia.

A troche z "innej beczki", ostatnimi czasy pobiegałem troche na bieżni w klubie i z pierwszych doświadczeń uważam że biega się łatwiej. Potrafiłem osiągnąć takie prędkości na odcinkach jakich w normalnych warunkach nie biegam. Jednak gdy ustawiłem sobie nachylenie 1% to wydaje mi się, że to jest już to i mniej więcej oddaje bieganie na powietrzu.
Artur Dębicki
11/02/2014, 09:30
#
Nie czytałem Andersona. Miałem go na celowniku, ale odpadł w eliminacjach. Może nie oglądam swojej złotówki (przewalutowywanej przy płaceniu) trzy razy, ale zawsze staram się robic rozpoznanie, czy jest sens kupić daną pozycję czy też raczej nie. Ta cegła (bo to dość gruba pozycja) miała bardzo kiepską prasę, chyba nikt nie wypowiadał się na jej temat pozytywnie (za wyjątkiem tych którzy piszą teksty na okładki). Spojrzałem na spis treści, przeczytałem kilka fragmentów tekstu i zrezygnowałem z tego zakupu. To co przeczytałem wydało mi się raczej naciągane.
Widzę, że Ty też potwierdzasz tę opinię którą ma ta pozycja :-)
11/02/2014, 12:14
#
Zajecia z crossfit 2 razy w tygodni poprawiają znacznie zyciówki - osób biegających wiele lat - z krótszych dystansów, to jest fakt.
Marcin Nagórek
11/02/2014, 14:49
#
Z faktami nie ma się co sprzeczać ; )

Mikołaj - jest łatwiej, ale trzeba uwzględnić parę szczegółów. Po pierwsze, brak wiatru. Po drugie, strój - biegniesz rozebrany. Po trzecie - idealnie równa, sprężynująca nawierzchnia. Po czwarte - idealna pogoda. Ja zakładam te 5-6 sekund różnicy na kilometrze, ale w stosunku do idealnej pogody. Taka na zewnątrz zdarza się rzadko. A w porównaniu do zimowej zawieruchy, gdzie biegnie się w wietrze, ciuchach, po błocie, to różnica 20-30 sekund jest możliwa bez żadnego problemu.

Artur, to co jest w tej książce cennego, czego nie ma nigdzie, to rozdziały o ekspresji genów, dopingu genowym i zmianach treningowych na poziomie molekularnym. Nie przebrnąłem tego jeszcze, ale wygąda ciekawie. Plus końcowe rozdziały o wpływie biegania na zdrowie i częstotliwość występowania różnych chorób. Jest też coś o dietettyce, do czego jeszcze w ogóle nie zajrzałem. Książka byłaby bardzo dobra, gdyby skrócić ją o połowę i wyrzucić wszelkie teorie autora na temat treningu.
11/02/2014, 18:19
#
A uważasz że tą róźnicę da się zniwelować przez nachylenie, czy to nie oddaje?
Marcin Nagórek
11/02/2014, 19:11
#
Da się, pytanie tylko - po co? Niektóre szkoły wręcz wymuszają bieganie odcinków z górki, bo to poprawia motorykę ruchu. U Salazara biegają na bieżni antygrawitacyjnej, która niesamowicie ułatwia sprawę i można biec kosmiczne treningi, np. rozbiegania w tempie 3:00/km. Dzięki temu układ nerwowy i mięśniowy przywycajają się do tego typu pracy.

Ja na bieżni też wolę po prostu biec szybciej i cieszyć się z lepszej techniki niż sobie niepotrzebnie utrudniać.
19/02/2014, 14:04
#
Do MP kilka dni, jak się czujesz, jaki dystans startujesz?
Marcin Nagórek
19/02/2014, 15:30
#
Właśnie wrzuciłem wpis. Ogólnie mówiąc - jest pechowo :/
Piotr Stanek
25/02/2014, 22:43
#
Marcin
dziękuję za ten wpis.
Jestem w trakcie poszukiwania książek o bieganiu.
I Twój wpis wyrzucił tę książkę z listy.

pozdrawiam
Marcin Nagórek
26/02/2014, 13:49
#
Piotr - chyba że lubisz fantastykę naukową ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin