29
12/2013
17:03
Ostatni tydzień biegowo był dość kiepski. Właściwie gdyby nie to, że widzę progres na niektórych treningach, powiedziałbym, że był kompletnie beznadziejny. Biegałem mało i robiłem dni wolne, ale za to zwiedziłem Lizbonę.

Ciachnąłem teoretycznie kolejny 9-dniowy cykl. Ale tylko teoretycznie, bo wszystko mocno się rozjechało. Zaczynało robić się nieźle, nawet któregoś dnia pobiegłem rozbieganie w okolicach 4:00/km. Wykorzystałem bardzo ładny dzień, było ciepło i słonecznie. Rozebrałem się do krótkich spodenek i koszulki na ramiączkach i pośmigałem. Trochę jednak zawiewało chłodem i miałem wrażenie, że lekko przesadziłem, przewiało mnie odrobinę. Dzień później śmigałem, o ile można użyć takiego słowa, krótki interwał na stadionie i czułem się kiepsko. Ale progres było widać, powoli, powoli. Najpierw 15x200m w butach, na przerwie w truchcie, w tempie 33 sekundy. Potem dodatkowo 5 powtórzeń w kolcach z przerwą w spacerku, tempo 32. Nie są to powalające prędkości, ale zaczynałem od dziesięciu razy po 35 sekund i dogorywałem, widać więc, że jest lepiej.

Dzień po tym treningu wybrałem się do Lizbony, gdzie miałem spędzać Święta. Słyszałem wiele o tym mieście, same pozytywy, a chociaż przesiadałem się tam już kilka razy na lotnisku, nigdy nie miałem okazji go zwiedzić. Jak to zwykle bywa, odezwał się mój wrodzony pech do pogody. Przez trzy dni pobytu w Lizbonie lało i wiał huraganowy wiatr. Najpiękniejsza była sama podróż, bo jechałem autobusem przez kawałek Algarve, potem Alentejo. Piękna kraina, mógłbym tu mieszkać. Cały czas świeciło słońce i jedynie żołądek czasami się buntował, kiedy autobus kręcił górskimi serpentynami niczym w Alpach. Napotykałem np. takie widoczki:



Musiały to być jakieś gorące i prawdopodobnie słone wody, tam jest jakiś park narodowy. Cała okolica była pełna takiej unoszącej się ni to pary, ni to mgły. A wszędzie było zielono i miło tak jak tu:



To są zdjęcia robione zza szyby autobus, naprawdę było jeszcze ładniej. Ale im bliżej Lizbony, tym pogoda była gorsza. Na miejscu marnie. Zacząłem od spaceru po mieście, ale nie widziałem nic ciekawego, nie dotarłem do samego serca. Dlatego wieczorem wybrałem się na powtórkę: nocne bieganie po Lizbonie. Wykres jest na endomondo. W godzinę zwiedziłem praktycznie wszystko, co było do zwiedzania. Piękne centrum miasta, historyczną Alfamę, przebiegłem cała Avenidę de Libertad i plac Marquesa Pombala. Górki w Lizbonie są nieprawdopodobne, cały czas wspinaczka lub zbiegi jak na Kasprowym. Na podbiegach wymęczyłem się niesamowicie, dodajmy też do tego ulewny deszcz, który mnie złapał. Trochę się zgubiłem, trochę znalazłem. Chodniki w Lizbonie wyłożone są taką wredną, śliską kostką, jaką u nas można czasami spotkać w, za przeproszeniem, kiblach ; ) Trochę marnie się po tym biega, więc często ciąłem środkiem ulicy, robiąc tylko uniki przed samochodami.

O, tu można zarobić dobry trening na podbiegu:



Kolejne dwa dni poświęciłem tylko na spacery i w ogóle nie biegałem. Nie miałem kompletnie siły, tak to jest, gdy się za dużo chodzi. Czyli wyszły mi trzy dni bardzo słabe biegowo. Cykl już się rozjechał, bo teoretycznie między akcentami miały być tylko dwa dni luźne. Podróż do domu była dość męcząca, ale na miejscu przynajmniej normalna pogoda. Wróciłem około północy i już idąc do domu czułem to ciepłe powietrze i widziałem bezchmurne, gwieździste niebo, którym zachwycał się Kant.

Dzień po Lizbonie dobry trening na stadionie - 6km biegu ciągłego i parę dwusetek w kolcach. O ile wcześniej przebiegłem po te skromne 3:37/km, tak teraz już 3:28/km. Dwusetki jeszcze niemrawo, 30-29 sekund, chociaż wydawało mi się, że nieźle kręcę kończynami. Cały czas jednak tartan koszmarnie kasuje mi łydki. Częściowo pewnie jest to odzwyczajenie się, a częściowo zmieniona mechanika biegu. Po tym treningu było już tylko gorzej. Następnego dnia 21km po crossie, wolne rozbieganie, ale byłem tak wykończony, że ledwo dobiegłem. Jak zwykle pech do pogody - kiedy wychodziłem, dość wiało i było chłodno, zero słońca. A akurat na mój bieg przez ponad godzinę wściekle świeciło, byłem za ciepło ubrany i dosłownie płynąłem.

Dzień później kolejne rozbieganie i nadal ciężko. No i przyszło dzisiaj. W planie był długi interwał, znowu 4x1500m na odmierzonym odcinku na żwirku. Wyszedłem, ale od rana czułem, że będzie ciężko. Nogi bolały, ledwo biegłem. Do tego w takim stanie ogólnego zmarnowania (wzmocnionego ćwiczeniami dwa dni wcześniej, straszne zakwasy całej górnej części ciała) doszła niechęć do biegania szybko. Czułem, że nie mam chęci, do tego łydki cały czas wykończone. W takim nastroju zawsze wszystko mnie strasznie wnerwia, to prawie jak biegowy PMS. Wiatr wieje za mocno, ludzi za dużo, nawierzchnia zbyt krzywa. Zacząłem biec, ale po 1200 metrach w kiepskawym tempie i z uczuciem ciężkości nóg odpuściłem. Gdzieś tam w międzyczasie wyliczyłem, że następny akcent wypadnie w Nowy Rok, a wtedy stadion jest zamknięty, czyli tak musiałbym przesuwać akcenty. No to wolałem przesunąć od razu.

Łydki mam calutkie obolałe, mimo rozciągania, masowania i uciskania. A gdy łydki nie działają, reszta też nie działa. Achilles w takim stanie boli i piecze przy każdym kroku, bardzo ciężko to zwalczyć. Dzisiaj przejdę się zaraz do sklepu po sok pomidorowy. To jest znane remedium na różne problemy. W tej chwili mam cały czas w łydkach charakterystyczne mikroskurcze, znana rzecz wśród biegaczy. O ile magnezu pilnuję, tak potas wychodził mi ostatnio niski. Sok pomidorowy powinien tu pomóc i wiem to od dawna. Już parę miesięcy temu kupiłem sobie w Polsce na próbę cały kartonik, ale.. to jest tak obrzydliwe, że nie mogę się zmusić do przełknięcia. Wiem, że niektórzy piją sok z buraka, to jest chyba jeszcze gorsze. Teraz jednak nie ma wyjścia i zastosuję metodę, której używałem już przy pyłku pszczelim: zamykam oczy, zatykam nos i heja, przełykam! Na wszelki wypadek w strategicznym miejscu, niedaleko ubikacji, gdyby nie chciało zostać na miejscu...

Dla rozluźnienia atmosfery fotka z Lizbony



Zrobiłem w podróży, oceanarium i mieście ok. 600 zdjęć. Zrobiłbym więcej, ale nie spodziewałem się, że będę pstrykał jak szalony Japończyk i nie zabrałem ładowarki do akumulatora w Canonie. Wiedziałem zaś, że 600 zdjęć jedna bateria robi bez problemu, pomyślałem, że 200 na dzień wystarczy. Ostatecznie wyszło chyba i sporo ponad te 600, w tym ostatnie 50 na migającym wskaźniku - a i tak nie dojechałem akumulatora do końca. Co jakiś czas wstawię cyklicznie kolejne miłe widoczki. Lizbona jest rzeczywiście ładna, chociaż z drugiej strony to miasto jak miasto: trochę starych murów, kamieniczek, widoczków upstrzonych palmami. I Praga ma swoje uroki, i Sztokholm, i nawet nasza Warszawa, nie wspominając o Toruniu.

Tak wyglądała wieczorem główna Avenida:



Na koniec podzielę się swoim najgorszym wspomnieniem z Lizbony. Otóż okazuje się, co zauważyłem dopiero po powrocie na swoim koncie, że Mbank, reklamujący się do niedawna jako bank z darmowymi bankomatami na całym świecie, po cichutku wprowadził sobie złodziejska prowizję, której już tak głośno nie reklamuje, o nie! 3% za wyjęcie gotówki z bankomatu za granicą, w tym minimum 9 zł. Wyjmując 40 euro zapłaciłem prawie 6% prowizji, a do tego ci przeklęci złodzieje mają jakieś podwójne, wredne przewalutowanie, kompletnie zabijające korzystny kurs. Szczerze odradzam! Do tej pory jadąc za granicę praktycznie nie wymieniałem gotówki. Teraz musi się to zmienić. Mbank w ogóle w ostatnich latach popsuł się tak strasznie, że trudno w to uwierzyć. Ich ulubiona praktyka to raz w tygodniu lub częściej zmiana w tabeli prowizji i opłat. I broń Boże, nie przyślą konkretnej wiadomości, jaka to zmiana! Nie, jak chcesz, to sobie człowieku sam siadaj i porównuj całą tabelkę rubryka po rubryce, żeby znaleźć, co uległo zmianie. A za trzy dni będzie kolejna. Wykorzystują to, że mało kto ma czas na grzebanie w tych tabelkach i kosza naiwniaków takich jak ja, którzy przyzwyczaili się, że do tej pory bankomaty były za darmo.

A ponieważ w ostatnich czasach Mbankowi okradanie klientów weszło w krew, zaczynam powoli wycofywać kasę z tego badziewnego banku, podobnie jak z rachunku maklerskiego. Złodziei trzeba tępić, podobnie jak dopingowiczów w sporcie. Miałem tam konto przez co najmniej 10 lat, nawet nie chcę liczyć, ale miarka się przebrała. Chętnie usłyszę, jakie konta polecacie. Ostatnio popsuły się u nas prawie wszystkie banki, a ponieważ miałem okazję korzystać z bankowości w USA, zastanawiam się, kiedy u nas skończy się ten dziki Zachód i zacznie poważne traktowanie klientów. W Stanach, na dojrzałym rynku, głośna była historia, gdy Bank of America dostał po łapkach gdy chciał cichutko wprowadzić opłatę za karty kredytowe. Bojkot konsumencki był na tyle silny, że wycofali się z tego zgięci w przepraszających ukłonach.

Tak to jest - zawsze pod górkę, czy to Lizbona, czy Kozia Wólka...
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (5)
Zaktualizowano: 29/12/2013, 19:37

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Bartkiewicz
29/12/2013, 20:38
#
Ja mam np konto w ING, miesięczna opłata za prowadzenie konta 12PLN,oraz opłata za karte Visa 7PLN-przy czym jeżeli raz w miesiącu zapłacisz kartą za kwotę minimum 100PLN to opłata za kartę Visa wynosi 2PLN. W tym abonamencie mam wszelkie przelewy gratis, korzystam bezpłatnie ze wszystkich bankomatów w Polsce. Wiem jednak że są inne banki w Polsce gdzie jest korzystniej, ale już nie chce mi się powiadamiać wszelkie instytucje o zmianie mojego konta z którymi mam styczność. Co do przewalutowywania to masz `rację, też zdaje mi się że od pewnego czasu na niekorzyść mam robiene przelewy zza granicy
29/12/2013, 22:55
#
Ja też z mbankiem byłem praktycznie od początku, uciekłem tam z PKO.BP i byłem zadowolony, zero opłat za cokolwiek itd.. Ale tak jak piszesz dziadziej ten bank coraz bardziej, dla starych klientów nie mają nic do zaoferowania, nowi klienci dostają zwroty za zakupy więc jeszcze nie mają źle. Zmieniłem numer telefonu, przez 7 dni nie mogłem się na mlinie dodzwonić, żeby go przypisać do rachunku, w końcu osobiście musiałem się do nich wybrać. Jak nie trzeba to konsultanci dzwonią po 100 razy, chcąc wcisnąć mi OC, kiedy nawet prawa jazdy nie mam. Żeby było śmiesznie, umowy nie można rozwiązać osobiście w punktach obsługi, tylko listownie wysyłać prośbę do głównej siedziby, z podpisem identycznym jak w pierwszej umowie, jakby ktoś przypadkiem zapomniał jak się 10 lat temu podpisywał, za odpowiednią opłatą kopie umowy mu wyślą.
Obecnie przeniosłem sie do Alior Sync, zero za konto, zero za kartę, zwroty za zakupy online, 10 darmowych przelewów natychmiastowych. Jak długo będzie wszystko darmowe nie wiadomo, ale jedno jest pewne- takie czasy, że bank trzeba zmieniać równie często co skarpetki, nowych klientów traktuje się jeszcze jako tako poważnie, a starych ma się gdzieś.
Marcin Nagórek
30/12/2013, 12:57
#
Krzysiek, to nawet mbank jest od tego lepszy. Ja za konto mam zero, za kartę, ponieważ używam, też zero. Ale mbank cały czas usiłuje przykręcać śrubę i poluje na nieuważnych klientów.

A kolei o ALiorze słuszałem, ale tam podobno trzeba mieć regularne wpływy na konto, żeby było ono bezpłatne? I czytałem cos u Samcika, że w przyszłym roku niektóre warunki znowu mają ulec zastrzeniu. Przyglądam się też temu "Kontu z Lwem" w ING.
Artur Dębicki
30/12/2013, 14:50
#
Marcin, Alior Sync do Aliora ma się tak jak Inteligo do PKO BP. Mniej więcej. I korzystając z okazji - Udanego Nowego 2014 Roku !
Marcin Nagórek
02/01/2014, 00:00
#
Artur - dzięki i Najlepszego ; ) Pewnie przejdę się do Aliora w Słupsku, bo mam niedaleko placówkę.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Kwiecień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin