19
12/2013
19:15
Raz na jakiś czas nachodzi mnie ochota do zwierzeń.... Dzisiaj jest taki dzień. Dlatego poza suchymi faktami będzie trochę rozważań o naturze ludzkiej i naturze treningu. Po prostu notka na bogato.

Zacznijmy od tego, że zabrałem się za bardzo solidne bieganie. W poprzednich latach często przegrywałem nierówny bój z lenistwem, tym razem co najmniej na dwa miesiące jest pełna mobilizacja. Aby pokazać, jak bardzo się staram, powiem tylko, że dwa razy ostatnio wyszedłem na drugi trening w ciągu dnia. Coś takiego jest u mnie niespotykaną fanaberią. Mogę w ramach drugiej aktywności ćwiczyć w domu lub na siłowni, ale żeby wciągać na siebie ciuchy i ruszać tyłek na zewnątrz? To oznacza niesłychane zaangażowanie.

Pracuję według planu. Napisałem sobie prosty rozkład jazdy i trzymam się go kurczowo. Proszę, oto on, nie mam sekretów przed moimi zaufanymi czytelnikami ; )




Wybaczcie bazgroły, kiedyś po prostu nie mogłem zasnąć i z nudów opracowałem ten plan w środku nocy, wstałem, zapisałem i wreszcie zasnąłem w spokoju. Prosta rozpiska, którą powtórzę 8-10 razy. Możliwe, że w międzyczasie dorzucę jakieś dni wolne, jeśli będę czuł, że są potrzebne.

Można rozpatrywać to zarówno pod kątem podobieństw, jak i różnic w stosunku do poprzednich lat. Podobnie jak w zeszłym roku, chcę oprzeć tlenową maszynerię o dość żwawo biegane biegi tlenowe, wpisane umownie jako "rozbieganie". Rok temu inna była jednak struktura planu. Wtedy praktycznie nie było bardzo szybkich akcentów, cała para szła w tlenowe biegi, w tym raz w tygodniu jeden bieg zmienny, raz długi, szybki bieg. Biegało mi się bardzo dobrze i zanim nie zaczęła się czarna seria problemów zdrowotnych, byłem w życiowej formie wytrzymałościowej.

Problem w tym, że jako zawodnik szybkościowy nigdy nie osiągnę takiej mocy wytrzymałościowej jak moi koledzy z silnikiem Diesla. Dlatego nawet życiowa forma wytrzymałościowa to jest za mało na szybkie bieganie. Liczyłem, że przynajmniej po drodze machnę maraton z życiówką, ale i ta kalkulacja zawiodła. Po prostu bez regularnej pracy na wysokich prędkościach, bez regularnego stymulowania szybkich włókien mięśniowych robię się mocno zasiedziały. Jest zresztą jeszcze jeden ważny czynnik: wiek. Im jest się starszym, tym mniejszy problem z utrzymaniem mocy tlenowego silnika, a trudniej pracować na wysokiej intensywności. Po kilku latach pracy nad wytrzymałością, w tym ostatni rok, który był niemal bez akcentów mocno kwasowych, mam z tym ogromne problemy. A nawet jeśli dam radę coś pobiec, regeneruję się potem piekielnie wolno. Moje turbo jest bardzo zakurzone i nie działa sprawnie.

Zeszłoroczne długie, szybkie biegi znosiłem marnie i fizycznie, i psychicznie. Przede wszystkim psychicznie. Po jakimś czasie zauważyłem, że nie tędy droga. Ogólna wytrzymałość potrafi dać kopa zawodnikowi typowo wytrzymałościowemu, nie posiadającemu dobrego przełożenia. Np. z kolegów odwiedzających bloga pewnie dobrym przykładem będzie Daniel Chuchała, który na długich dystansach na ulicy sprawia mi regularne lanie. Podejrzewam, że duża objętość, plus solidna porcja średnio szybkiego, długiego biegania doprowadziłaby go momentalnie do życiówek. Podobnie działa to u każdego urodzonego maratończyka.

Ze mną jest inaczej. Ironią losu pozostaje fakt, że życiówkę w półmaratonie oraz dyszce na ulicy zrobiłem w 2008 roku, kiedy miałem jeszcze potężne braki wytrzymałościowe, ale ogromną moc silnika turbo, opartego o szybkie włókna. Trzy tygodnie wcześniej pobiegłem 800m w 1:50 z czymś tam, a jeszcze tydzień wcześniej samotne 2:24,21 na 1000 metrów - do dzisiaj moja życiówka. Po tym zaś przyzwoitą dyche i połówkę. Taka kombinacja - duża moc beztlenowa oraz średni poziom wytrzymałości - pozwalały mi na mocne bieganie praktycznie wszystkich dystansów. Od tego czasu wytrzymałość znacznie wzrosła, ale poziom turbo spadł - i jest mi trudniej biegać szybko.

W tym roku, trzymając się krótkiej perspektywy, czyli na razie mistrzostw Polski w hali, wracam do prostego, intensywnego (choć przeważająco wytrzymałościowego) biegania, które mi najlepiej służy. Cykl 9-dniowy, w tym trzy proste akcenty, terminologia oparta o Danielsa, chociaż wykonanie nie do końca. Krótki interwał zacząłem jeszcze w Polsce - wychodzimy od 10-15x 200m, docelowo dochodzę do 15x400m w kolcach na prędkościach porównywalnych do tych 200-tek. Poziom, w jaki celuję, a który w formie jest dla mnie bezproblemowy, to 15x300m na 90 sekundach przerwy, w tempie 45 sekund i z możliwością depnięcia ostatniej w 39.


Portugalia w ostatnich dniach - rozciąganie na balkonie po treningu

Bieg ciągły - stosowany w różnych formach, docelowy poziom to 6-8 km w tempie 3:10/km. Równocześnie będzie to oznaczało w moim przypadku, nawet jeśli tego nie zastosuję, że jestem w stanie pobiec na treningu 12km w tempie 3:20/km i co najmniej 18km w tempie 3:30/km. Plus takie zabawy jak 30km w tempie 3:50-3:40/km, ale nie będę tego sprawdzał. To jest akurat najmniejszy problem, rok temu zrobiłem 27 km w tempie 3:37/km i u mnie nie jest to żaden wyznacznik szczytowej formy.

Długi interwał - docelowo 4x1600m w tempie 2:50/km lub mocniej. Jeśli będę w stanie osiągnąć taką formę, przy równoczesnym bieganiu tlenowych biegów w tempie 4:00-3:40/km i objętości rzędu 100-120 km tygodniowo, to będzie moc na złamanie 8 minut na 3km i 14 minut na 5km. Wiem, bo już tam byłem, a właściwie otarłem się o ten poziom. Z tego powinienem pobiec też życiówki na wszystkich innych długich dystansach, ale na jakim poziomie, trudno powiedzieć. Pewne jest, że w maratonie nigdy nie będę tak szybki jak na średnich dystansach.

To taka trochę matematyka, ale u mnie oparta o bieganie na samopoczucie. To nie jest tak, ze dążę do tych liczb na siłę. Po prostu biegam treningi na czucie, a jeśli to czucie będzie oznaczało takie prędkości, to będzie życiowa moc. W 14-tym roku biegania łatwo mi skorelować docelową formę treningową z różnymi poziomami wyników na zawodach. Uda się, to się uda, nie uda to nie. Podchodzę do tego na spokojnie.

Jest jeszcze parę innych czynników. Po pierwsze: zdrowie. Już w tej chwili mam problemy z achillesem, ale wiem na szczęście, z czego to wynika i panuję nad nim. Są jednak czynniki nieprzewidywalne, jak to zapalenie zębów, które złamało mnie w tym roku. Czynnik kolejny, który może sobie wziąć do serca każdy zawodnik podobny do mnie - dieta. To jest temat rzeka.

Niedawno wygrzebałem gdzieś bardzo ciekawe badanie, mówiące o tym, że biegacz kierujący się apetytem praktycznie nigdy nie dostarcza sobie odpowiedniej ilości kalorii. Mowa tu o wyczynie, o tych zawodnikach, którzy katują się co najmniej 7 razy w tygodniu, zwykle częściej. U siebie nauczyłem się, dość boleśnie, że jako szybkościowiec jestem typem wściekle wysokoenergetycznym. Co to oznacza konkretnie? Otóż w trakcie normalnego treningu 4 tysiące kcal to dla mnie nic. Za mało. A przypomnę, że teoretyczne zapotrzebowanie mężczyzny to 2500-3500 kcal. Dla mnie dopiero od 6 tysięcy zaczyna się względny poziom bezpieczeństwa. Poznałem to w bardzo bolesny sposób - doświadczalnie.

Zwykle odżywiam się przyzwoicie. Kilka razy w życiu miałem jednak odchył na dietę mega poprawną. Ograniczenie złych tłuszczów, w tym czerwonego mięsa, wcinałem rybki, drób; brak słodyczy i alkoholu, opychanie się zieleniną... Wszystko pięknie, tylko de facto oznacza to ograniczenie ilości kalorii do tych wartości statystycznych, rzędu 3-4 tysiące. Normalnych dla szczupłego, aktywnego sportowo mężczyzny. Dla mnie - absolutnie niewystarczających.

Obejrzałem ostatnio swoje zdjęcia z jednego z takich okresów - obozu wysokogórskiego w USA. Tam jadłem może i więcej niż te 4 tysiące kcal, ale w takim miejscu, przy takiej objętości, jaką tam wykonywałem, moje przebiegi powinny kręcić się w okolicach 10 tysięcy kcal. To się może wydawać niewiarygodne, ale po prostu taki mam organizm. Zdjęcia z USA mnie przeraziły, gdy spojrzałem na nie świeżym, nieskażonym okiem. Zaniki mięśniowe, niezdrowa bladość cery tam, gdzie się nie opaliłem, widoczne każde ścięgno, normalnie chodząca anoreksja, mimo że jadłem tam bardzo, bardzo solidnie i ćwiczyłem też siłowo. Po powrocie do kraju czułem się wtedy coraz gorzej, były problemy z minerałami, a w środku sezonu w pewnym momencie ogarnęła mnie taka niemoc, że nie byłem w stanie zrobić nawet rozbiegania. Totalny shutdown. A z drugiej strony najlepsze sezony miałem wtedy, kiedy opychałem się, czym tylko mogłem, niekoniecznie zdrowo, uwzględniając w to jedzone codziennie 3 czekolady, czasami więcej. Przeliczałem to kiedyś w kalkulatorze i wyszło mi, że regularnie ładowałem w siebie 6-8 tysięcy kcal. Nie przytyłem ani grama - po prostu silnik, który mam w sobie jest niewiarygodnie paliwożerny, czego nie uwzględnia żadna statystyka. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że braki kalorii kilka razy totalnie złamały mi formę. Prawdopodobnie odpowiadają też za to, co mnie dotykało rok po roku - dziwną ociężałość, uczucie ciężkości nóg, czego nie mogłem długo, długo rozgryźć, mimo wielokrotnych zmian treningowych. Sporo badań naukowych sugeruje obecnie, że jest to efekt uboczny niedostatecznych rezerw glikogenu. Można powiedzieć, że to był trening na ciągłej ścianie maratońskiej.

Przy tym linia pomiędzy formą a nadmierną chudością jest bardzo cienka. Rekordowo niską wagę zanotowałem w sezonie 2009, kiedy wykręciłem niepobite do dziś życiówki na 3 i 5 km. Równocześnie w drugiej połowie sezonu zacząłem wtedy zjazd formy, który trwał właściwie do 2012, kiedy zdecydowanie pobiłem życiówkę na 1500 metrów oraz lekko na 10 000 metrów. Niedawno po długiej przerwie od biegania byłem najcięższy w życiu, ale to była różnica 3 kg w stosunku do wagi startowej. W tej chwili większość już zjechała, chociaż nadal mam sporą, jak na mnie, masę mięśniową. Ale zawsze byłem i pewnie zawsze pozostanę człowiekiem bardzo chudym, taka genetyka.

Dieta to jest ten czynnik X, który często mi się wymykał. Tak duże przebiegi kaloryczne to rzecz rzadko spotykana, nawet w wyczynowym sporcie. Tego w swoim organizmie długo nie mogłem rozgryźć, to jest całkiem świeża obserwacja i ten brak świadomości nie raz mnie załatwił. Po prostu muszę się opychać do oporu, więcej niż pozwala na to apetyt, wpychać w siebie kalorie na siłę. Przypomina mi to obóz sportowy na Mazurach sprzed lat, gdzie jadłem niewiarygodnie dużo. Było nas 40 osób, w większości dzieci, które zostawiały prawie całe porcje. Ja i kolega dojadaliśmy to, żeby się nie marnowało - jakie to polskie ; ) Ładowałem wtedy na kolacjach kanapki z 10-15 plasterkami wędliny (na jednej!), po 30 racuchów, kilogramy jedzenia. Bywałem tak przejedzony, że miałem problemy ze wstaniem od stołu, nie mogłem się wyprostować. To był jedyny obóz w moim życiu, kiedy byłem w stanie oprócz dwóch treningów dziennie wychodzić na poranne rozruchy. Rano po takiej kolacji byłem znowu wściekle głodny. Jesień była serią życiówek, wtedy po raz pierwszy złamałem 1:50 w biegu na 800 metrów. Nie wiem, może mam tasiemca po prostu, a może jakiś rzadki odchył genetyczny. A może za wiele myślę, co też pali paliwo. Idę coś zjeść.


Przedświąteczny ruch na ulicach miasteczka, w którym mieszkam

No i przechodzimy do treningu aktualnego. Część wrzucam na endomondo, założyłem ten wynalazek niedawno, po tym, gdy zacząłem biegać z Garminem. Są to jednak same rozbiegania. Na akcenty nie biorę GPS, biegam na mierzonych odcinkach lub stadionie, ze zwykłym zegarkiem.

Trzymając się rozkładu, w poniedziałek robiłem pierwszy bieg ciągły. 6km plus 4x200 metrów w kolcach - kolce pierwszy raz od pół roku. Biegłem bardzo spokojnie, nie wiedziałem, na co mnie stać, nie jestem też jeszcze przyzwyczajony do tego ciepła tutaj. Tempo ok. 3:40/km, na ostatnim kilometrze 3:23, co pokazało, że mogłem szybciej. Ale to pierwsze koty za płoty, bardziej wyczuwanie aktualnych możliwości niż wielki trening. Cały czas zmagałem się przy tym z bólem achillesa. Potem 4x200 metrów, których bałem się, pilnowałem się mocno, żeby nie odciążać lewej nogi, nie kuśtykać, tylko uderzać równo. Bo ścięgno pobolewa, ale z dnia na dzień jest lepiej. Ono nie jest uszkodzone, to efekt napięcia mięśni łydki i dwugłowca. Odcinki po raz kolejny pokazują, że nawet gdy nic nie ma, speed u mnie jest. Pierwszy jeszcze sztywno w 31 sekund, ostatni w 28,9. Obstawiam, że po dwóch cyklach włókna szybkie na tyle się ockną, że będą luźno biegał w tempie 28-26 sekund. To tyle a propos mojego bycia długodystansowcem.

Wczoraj zrobiłem typowy błąd nowicjusza. Dzień łagodny był na tyle ciężki, że nie miałem energii na akcent. Nie dość, że robiłem dwa treningi biegowe, to jeszcze ćwiczyłem wieczorem. A wracając z przebieżek pierwszy kilometr pobiegłem (na rozbieganiu!) w 3:45. Tak mnie pobudzają odcinki szybkościowe, ale to było jeszcze za szybko. Dokończyłem trening cały czas poniżej 4:00/km, tętno nie było złe, ale dzisiaj czułem się sztywno. No i odezwał się mój pech: na cięższy akcent fatalna pogoda. Potworny wiatr, a potem jeszcze ulewny deszcz. Zaplanowałem to na żwirku dla odciążenia nogi, łatwiej jest też biec długi odcinek od punktu do punktu niż kręcić na stadionie. To oznaczało jednak, że raz będzie centralnie pod ścianę wiatru, raz z wiatrem. Biegłem 4x1500m, w butach, pierwszy odcinek pod wiatr w 5:17 - to było tylko 3:30 po drodze na kilometrze! A z powrotem pofrunąłem po drodze 3:13 i 4:52 na mecie. Na trzecim była kulminacja - ściana wiatru i deszczu, kilometr po drodze w 3:33, całość jedynie 5:24. Wracałem kompletnie przemoczony, ale po drodze 3:15 na ostatnim odcinku.

Ten trening pokazał, co jest realnym problemem. Z roku na rok jest mi trudniej biegać szybko. To są bardzo niskie prędkości dla kogoś takiego jak ja, a sprawiły mi sporo problemów. Spokojnie dojdę do tego 3:05-3:00 na takich odcinkach, ale prawdziwym wyzwaniem jest zejście niżej. Wiem, jaką formę osiągnę za miesiąc, ale zagadką jest, czy dam radę z tego zrobić jeszcze kolejny krok.

Cały czas sporo ćwiczę siłowo i stabilizacyjnie. W lutym będę musiał trochę to odpuścić, ale docelowo to ma być moja mocna strona. Mam być szybki, wydolny, mięśniowo zrównoważony i silny, a do tego w miarę mocny wytrzymałościowo. Taki jest cel. Jak wiadomo, cele trzeba posiadać, bo inaczej życie robi się nudne. Podsumowując dzisiejszy długi wpis powiem, że jest przyzwoicie. Z dna na dzień biegam mocniej i na pewno osiągnę jakiś tam przyzwoity poziom biegowy. Czy wystarczy do pobicia życiówek - to już niewiadoma. Nie wybiegam myślą za bardzo w przyszłość, staram się czerpać przyjemność z każdego dnia biegania.

Jeszcze parę informacji z dziennikarskiego życia zawodowego. Pamiętajcie, żeby sprawdzać aktualne newsy biegowe na magazynbieganie.pl. Działam tam 3-4 razy w tygodniu. Plus plany treningowe, które regularnie od 2 lat ukazują się na maratonach polskich. I to nie wszystko. W Empikach ukazał się ostatnio "Kalendarz Biegacza", w którym teksty są mojego autorstwa. To lektura pomyślana bardziej dla początkującego, ale jeśli ktoś planuje zakup kalendarza, warto wspierać wydawnictwo, które zatrudnia do pisania młodych polskich autorów ; ) I jeszcze jedna pozycja - właśnie wychodzi Leksykon Polskich Maratończyków, gdzie jest sporo moich tekstów. A w grudniowym piśmie "Bieganie" mój bardzo dobry, skromnie mówiąc, tekst o tym, jak współczesny trening definiuje siłę. Prawdopodobnie można jeszcze kupić. To wszystko owoce pracy z ostatnich miesięcy. Dobre, solidne teksty biegowe, bez lipy.
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (17)
Zaktualizowano: 19/12/2013, 22:03

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

20/12/2013, 07:46
#
Ciekawy i dobry tekst. Podoba mi się układ Twojego treningu, też wolę tak trenować niż "mulić" według naszej szkoły drugie zakresy i krosy uznające je za najszybsze akcenty zimy.
20/12/2013, 19:59
#
Dzięki, rozjaśniłeś mi ważną kwestię. Zawsze zastanawiałem się dlaczego najszybciej biegałem wiosną bez żadnych bardzo mocnych treningów. Moje zimowe akcenty to tylko ciągłe (generalnie jednak progresywne), ciągłe po górkach (na asfalcie i w terenie). I tyle. No i przebieżki po rozbieganiach - generalnie 100 m, ale też czasami 6x300 m. I z takiego treningu zawsze wiosną biegało mi się fajnie na zawodach. Później chciałem wchodzić na wyższy poziom i robiłem mocne treningi na tartanie, jakieś kilometrówki, 6-setki, 4-setki... I na zawodach biegałem coraz gorzej. Pewnie jestem Dieslem. Jeszcze raz dziękuję za oświecenie :)
Marcin Nagórek
20/12/2013, 22:04
#
Diesiel potrzebuje czasami mocnego treningu, ale inaczej musi podchodzić do regeneracji. Odcinki muszą być na dłuższej przerwie, rzadziej, czasami w większej ilości, ale nieco wolniej. Np. ja mogę najlepiej reagować na 4x1km po 2:50-2:40, a Diesiel na 10x1km po 3:00.

Diesel-Doris - to nie przypadek ; ) Ona też jest słaba w sprintach.
21/12/2013, 00:30
#
Zjadałeś 3 czekolady dziennie?? To już wiesz czemu masz takie problemy z zębiskami??
Wojciech Maliszewski
21/12/2013, 13:50
#
Justyna Kowalczyk wygrała dzisiaj 6 raz sprint, a dodatkowo ma 8 miejsc na podium. Lepsza jest tylko na 10km klasykiem. Chciał bym być tak samo słaby jako ona ... A statystyka od ZCZUBAKÓW :)
Marcin Nagórek
21/12/2013, 14:04
#
Sęk w tym, że problemy z zębami zaczęły się 6 lat po tym, gdy jadłem 3 dziennie ; ) I po roku, kiedy nie jadłem praktycznie nic słodkiego. To się nazywa ironia losu. Nie wspominając o tym, że szkliwo leczone na bieżąco, a problem zaczął się prawie przy kości, pod wyleczonym kanałowo zębem. Bardziej wygląda to na to, że zaszkodziło leczenie niż słodycze :/

Wojtek - rzeczywiście Justyna średnio pasuje z tym przykładem, ale też ten ich sprint to jak nie sprint ; ) Przypomina mi się jednak, jak ona mówiła w wywiadzie, że trenuje na lodowcu na bardzo dużej objętości i równocześnie dużej intensywności. I że inni trenerzy i zawodnicy mówią, że to niemożliwe. To jest typowe dla wytrzymałościowca, jak klasyczny przykład Carlosa Lopesa, który młócił codziennie biegi po 20-30 km w tempie bliskim 3:00/km. Wytrzymałościowcy mogą prawie non stop pracować w okolicach swoich progów tlenowych i beztlenowych. Dobrym przykładem jest teraz ten Yuki Kawauchi, który może prawie co tydzień biegać maraton w 2:09, ale są małe szanse, że kiedykolwiek pobiegnie 2:05. Zaś jego życiówki na 5 czy 10km są potwornie słabe w porównaniu z maratonami.
Wojciech Maliszewski
21/12/2013, 21:30
#
Z Justyną to sam się zdziwiłem tą statystyką.
A biegania non stop nie rozumiem. Długo nie biegam ale gdzie bym nie czytał to wszyscy zalecają robić dużo odpoczynku celem superkompensacji dzięki czemu będą najlepsze postępy. A tu taka Justyna i jej dużo kilometrów na tętnie ponad 90%, Yuki maratony raz po razie w czasie lepszym od wszystkich naszych maratończyków (prócz jednego). W Ultramaratończyku Karnazes tyle biega w (i to niełatwych biegów - Badwater, 100 Mile Endurance Run, Western States Endurance Run i wiele innych) że jak policzył zalecany odpoczynek w jednym roku to mu wyszło że teraz powinien odpoczywać 17 lat. I jakoś nie słychać o ich kontuzjach. Albo są robotami albo adaptacja organizmu do narastających, nakładających się zmęczeń jest równie dobrym treningiem jak bodziec - odpoczynek. Aż można zwątpić w swój plan treningowy. A tu film (długi) z walki Szosta z Yukim. Ten gość wygląda jak by od 2km toczył walkę na śmierć i życie. Zresztą od razu mi się skojarzył z Priscah Jeptoo jeśli chodzi o całokształt wizualny :).
Marcin Nagórek
21/12/2013, 23:58
#
Wojtek, link wyrzuciłem, u mnie się nie linkuje do tego portalu.

Tu nie ma co patrzyć na poziom tych biegaczy, trzeba po prostu zrozumieć, że niektórzy są predestynowani genetycznie do tego, żeby biegać często na dość równym poziomie. To sa typowi wytrzymałościowcy, tacy sami jak Ci, którzy potrafią kręcić miesiącami przebiegi typu 500km tygodniowo. Wielu ich w społeczeństwie nie ma i na pewno nie można się do nich porównywać. Większość społeczeństwa ma względnie równy rozkład włókien szybkich i wolnych. Raz na jakiś czas trafiają się jednak wyjątki, z bardzo wysokim poziomem jednych albo drugich. Usain Bolt jest tu przykładem.

Taki Kawauchi mógłby pewnie tydzień bez przerwy biec w tempie 3:30/km, ale każesz mu zrobić jedną 200-tkę w 26 sekund, to nie da rady, choćby nogi starł do kości, próbując. Nie można wysnuwać takich wniosków, że to kwestia wprawy czy twardości, bo jeśli zaczniesz robić to, co Kawauchi, to pewnie wykończysz się po miesiącu. Nie można więc wątpić w swój plan treningowy, on musi być po prostu indywidualnie skrojony.
23/12/2013, 18:28
#
A co powiesz o takim przypadku - mój siostrzeniec na początku gimnazjum pobiegł 100 m bez treningu, na żużlu i w trampkach w 12,3 s. Czyli w sumie bardzo dobrze jak na takiego dzieciaka. A jakieś dwa-trzy lata później (już w liceum) zaczął trochę biegać godząc to z typowymi obowiązkami kolesia w jego wieku: szkoła, laska, kumple, praca dorywcza w wakacje, składanie motocykli itp. Czyli na trening wiele czasu nie miał - trzy razy w tygodniu wychodził na trochę. Wziąłem go na zawody na dychę - asfalt ale w bardzo pofałdowanym, górzystym nawet, terenie - w Beskidzie Niskim. Ja pobiegłem wtedy 36 minut z groszami i strasznie się spompowałem ale musiałem tak lecieć bo młody mnie gonił i za cholerę nie mogłem go urwać. Wpadł na metę może 10 sekund za mną. Czyli w sumie bardzo dobrze mu poszło. A budowę ma typowo sprinterską - strasznie dużo mięśni. Taki raczej ciężki jest. Czyżby turbo-diesel?
Marcin Nagórek
24/12/2013, 01:07
#
Trudno powiedzieć. Muskularna budowa bez pakowania częściej oznacza wytrzymałościowca, ale też nie jest to regułą. Może być kimś takim jak ja: szybkościowiec, ale włókna szybkie względnie dobrze trenowalne w kierunku wytrzymałościowym. Bo tu wchodzi w grę nie tylko sama konfiguracja włókien, ale ich trenowalność w określonym kierunku.

U daieci jest też tak, że predyspozycje ku konkretnemu rodzajowi wysiłku ujawniają się dość późno. Nie pamiętam tego dokładnie, ale coś mi świta, że jeszcze u 12 latka trudno przewidzieć kierunek rozwoju, mięśnie są jeszcze "niesformatowane" w określonym kierunku. Trzeba by go sprawdzić na kilku dystansach i porównać.
Grzegorz Sztukiewicz
26/12/2013, 23:40
#
tak tylko wtrącę: facet ode mnie z "firmy" wkrótce zaczyna projekt
"150 maratonów w 150 dni". Jakiś czas temu ukończył 42w42 teraz postanowił podnieść poprzeczkę. Takie bieganie daje kilometraż tygodniowy 295km. ale z tym 500km/tydz. to mnie wbiłeś w ziemię.
Marcin Nagórek
27/12/2013, 01:51
#
U Danielsa są fajne przykłady kilometrażu, już nie pamiętam dokładnie, ale to było coś w stylu "600km tygodniowo, utrzymywane co najmniej pół roku bez przerwy". Przebiegać dużo to nie jest trudna sprawa, kwestia ilości czasu i odpowiednio wolnego tempa. Ja nigdy nie biegałem dużo, ale mój tygodniowy rekord to chyba 211 km, wyszło to od środka tygodnia do środka, nie w kalendarzowym. Ale jeśli ktoś tupta 300km tygodniowo, to znaczy, że i ma nadmiar czasu, i mógłby trenować z tym zdrowiem sensowniej ; )
28/12/2013, 20:29
#
Marcin, co u Ciebie, dawno nic nie pisałeś? Pozdrawiam
Marcin Nagórek
28/12/2013, 23:54
#
Jakie dawno, dopiero 9 dni ; ) Jutro pobiegam długi interwał, to może napiszę, czy żyję ; )
29/12/2013, 08:36
#
No widzisz, tak nas rozpuściłeś, że 9 dni to już długo :)
19/01/2014, 22:49
#
nie myślałeś o odżywkach dla sportowców? np. gainery, wypijesz i zbytnio się nim nie najesz a kalorii sporo ale to zależne od wersji i firmy. są też preparaty które ułatwiają trawienie sporych ilości jedzenia. może warto czegoś takiego spróbować?
Marcin Nagórek
20/01/2014, 14:33
#
Miałem rok czy dwa, kiedy jadłem sporo odżywek: węglowodany, białko, amonokwasy. Przede wszystkim w Stanach, gdzie jest to bardzo tanie. Ale prawdę mówiąc, nie widziałem żadnej różnicy. A w tej chwili chyba wolę rabnąć gorzką czekoladę, przynajmniej mam z tego troche przyjemności ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin