13
12/2013
23:47
Poprzedni wpis był krótki, na co nie mogę pozwolić jako urodzony grafoman. Dzisiaj uzupełnienie, już z Portugalii. Biegam ciężko, jestem ciężki, nogi nie kręcą, walczę z inercją. Gorzej być nie może, dlatego jestem nastawiony optymistycznie.

Po kolei więc. Sama podróż jest dla mnie o tyle ciężka, że miałem wylot z Gdańska o 6 rano. Ze Słupska wyjeżdżam w okolicach 2 w nocy, czyli spania nie ma zbyt wiele. No dobra, powiedzmy to wprost: w ogóle nie było spania, wcale się nie kładłem. O 7 z kawałkiem lądowałem w Monachium, tam drzemka na siedzeniach i wrąbanie 300 gramowej czekolady Milki, sprzedawanej tu w dobrej cenie. Zwykle nie jem słodyczy, ale na lotnisku wszystko inne jest drogie, jedynie na czekoladę można sobie pozwolić. No to cóż począć - trzeba jeść.

Potem lot do Lizbony, bez sensacji. Podano obiad, a na miejscu jak zwykle z drżeniem serca obserwowałem, jak samolot kołuje między blokowiskami. Lotnisko jest w samym centrum miasta, więc lądowanie widowiskowe, przelatuje się tuż nad dachami domów. W Lizbonie ciepło, ale pochmurno, znowu czekanie i wylot do Faro. W Faro jestem o 16 z kawałkiem, spod lotniska mam autobus na dworzec. Portugalczycy nie są zbyt pracowitym narodem, lubią odpoczywać oraz komplikować proste sprawy. W związku z tym rozkład jazdy autobusów nie może być prosty, ma wiele haczyków, gwiazdek i pułapek. Na szczęście po półgodzinnym czekaniu łapię odpowiedni pojazd, dojeżdżam na dworzec, a tam od razu wskakuję do regionalnego pociągu. Burżuje jeżdżą taksówką za 40 euro, ja wolę pociąg za 5, do tego jest kontakt z miejscową ludnością. Język portugalski jest niesłychanie barbarzyński, brzmi jak mieszanina ukraińskiego i hiszpańskiego, ale pracuję nad nim.

Chyba o 19 spotykam się z gościem, od którego wynajmuję mieszkanie i jeszcze idę na zakupy do pobliskiego marketu. Tam pierwszym, na którego wpadam, jest Adam Kszczot, przebywający tu na obozie. Polska grupa mieszka w hotelu 200 metrów ode mnie.

Pierwsze bieganie w Portugalii było ciężkie. Po prawdzie, to drugie też. I trzecie. Pierwszego dnia popełniłem grzech, którego nie dotykałem od lat: dwa treningi dziennie! Pierwszy to 4,5 kilometra, potem kilka żałosnych przebieżek i powrót. Drugi - 6 km nędznego truchtu, przerywanego przystankami w celu uciśnięcia łydki. Bo niestety, boli mnie mocno ścięgno achillesa, znowu. Rozciągam i masuję łydkę, mam tam straszne punkty bolesne, do tego ćwiczę i mam nadzieję, że to przełamię. Przede wszystkim rozciąganie zaniedbałem, ale koniec z tym, niedługo będę mógł kręcić taką reklamę jak Jean Claude Van Damme na lusterkach ciężarówek.

Biega mi się niewiarygodnie ciężko. Rok temu po przyjeździe byłem w takiej formie, że tlenowe biegi po 3:40-3:30/km machałem od pierwszego dnia. Teraz było 4:30/km i porządne sapanie. Do tego za gorąco - ubrałem się za ciepło, spodnie, krótki rękaw i kamizelka. Dzień później biegałem już w krótkich spodenkach i koszulce na krótko. To jest największy plus Portugalii, poza oczywiście winami. Na razie jestem w cienkiej formie, ale rok temu po przyjeździe miałem w nogach prawie 3 miesiące treningu, teraz mam trzy tygodnie. Do tego zniszczył mnie trening do maratonu: zrobiłem się wolny i ociężały. Nie pomaga nabranie masy mięśniowej w plecach i rękach, jestem spięty i ciężki. Boli achilles, ciągnie dwugłowiec, sapię, przemieszczam się powoli i z trudem. Trudno uwierzyć, że z tego można pobiec za 2 miesiące dobry wynik na bieżni. Ale co nam pozostaje oprócz wiary? Totalny nihilizm, dlatego wybieram wiarę ; )

Dzisiaj poszedłem na bieżnię i śmignąłem 15x200m w butach. Dokuczał mi pech. Po pierwsze, spadł deszcz, na szczęście przelotny i ciepły. Po drugie, zapomniałem zegarka, biegałem więc na czucie - może to i lepiej. Kolejny mierzony trening na stadionie robię w poniedziałek. Zobaczymy, czy i kiedy uda mi się przełamać ociężałość. Na razie czuję pół roku oszczędzania achillesa i wyprostowanie stóp przez terapeutkę. Kompletnie nie mam odbicia, pracują mięśnie, które dawno nie pracowały. Starość nie radość, niestety. Ale robię, co mogę, wyjdzie to wyjdzie, nie wyjdzie to nie wyjdzie. W razie czego pozostaną mi miłe wspomnienia z treningu w pięknym mieście. Następnym razem zrobię zdjęcia, teraz nie miałem czasu. Uciekam przegryźć kilka świeżych pomarańczy ; )


Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (0)
Zaktualizowano: 13/12/2013, 23:53

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Kwiecień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin