28
11/2013
00:46
Po kilku tygodniach nadszedł czas na uaktualnienie mojego statusu biegowego. Blog w końcu jest o bieganiu, precyzyjniej zaś: głównie o moich zmaganiach treningowych. Ostatnio niewiele o tym wspominałem, bo - jak się można domyślić - niewiele robiłem.

Dwa dni po maratonie miałem drobny zabieg chirurgiczny na stopie, wycięcie pieprzyka i badanie onkologiczne. Niedawno przyszły wyniki, czerniaka nie stwierdzono, w gruncie rzeczy było to więc niepotrzebne. Po założeniu trzech szwów na pięcie rana goiła się średnio i 3 tygodnie kuśtykałem. Ostatni tydzień to było powolne dochodzenie do normalnego poruszania się, a równo 3 tygodnie po maratonie wyszedłem na pierwszy trening. I od razu pojawił się problem.

Zacznijmy jednak od tego, że mimo braku biegania nie próżnowałem. Pierwszy tydzień był zupełnym odpoczynkiem, potem wszedłem w reżim ćwiczeń. Wielu ćwiczeń, głównie sprawnościowo-siłowych. Stopniowo rozkręcałem się coraz bardziej i pod koniec tych 3 tygodni młóciłem naprawdę dobry trening siłowy. Ćwiczenia z gumą, ćwiczenia na mini poręczach, na dużej piłce (którą nadmuchałem po prawie roku od kupna), na drążku, rozciąganie. Na razie odpuściłem siłownię, skupiając się na ćwiczeniach korekcyjnych, które zaleciła mi fizjoterapeutka. Jest tego tyle, że na nic innego nie mam siły. Brzuch, plecy, nogi - mam całe zestawy i bawię się. Efekty są widoczne zarówno w poprawie wyglądu muskulatury, jak i we wzroście masy. Po trzech tygodniach niebiegania i intensywnych ćwiczeń siłowych zanotowałem najwyższą wagę w życiu - 75 kg. Przy wzroście 187 cm.

W trakcie pierwszego biegania szybko okazało się, że nie będzie lekko. I nie chodzi wcale o kondycję, z tym wcale nie było tak źle, jak zakładałem. Owszem, dodatkowe kilogramy są odczuwalne, były zresztą już w czasie maratonu. Najgorsze jednak, że po tych trzech tygodniach utykania na tyle spiąłem całe pasmo biodrowo-piszczelowe (i stopę), że spowodowało to koszmarny ból w biegu, w okolicach kolana. Pierwszy trening to były 3km truchtania, krótka gimnastyka i 3km powrotu. W czasie powrotu musiałem kilkanaście razy się zatrzymać, tak silny ból mnie łapał. Byłem już u mojej fizjoterapeutki, rozmasowuję to, rozciągam, ale postęp jest powolny. W tej chwili jestem w stanie biec ok. 35 minut bez przerwy (co nie oznacza, że bez bólu). Przygotowania zaczynają się więc pechowo. Po odpoczynku, który ma m.in. za zadanie wyleczenie drobnych kontuzji, wracam z kontuzją.

Ale jeszcze gorsze jest zwalczenie nawyku lenistwa! Ćwiczenia w domu przychodzą mi bez problemu. Tyle czasu spędzam pisząc, że z przyjemnością raz na jakiś czas odrywam się i bawię na macie, poręczach, piłce i drążku. Natomiast wyjście na zewnątrz, gdzie ostatnio głównie wieje i pada... z tym jest gorzej. W pierwszym tygodniu, czyli czwartym po maratonie, wyszedłem 5 razy, czyli niby sporo, ale to wszystko były krótkie aktywności, rzędu 6-9 kilometrów. Machnąłem też zabawę biegową 10x35 sekund, z przerwami częściowo w spacerku, częściowo truchcie. Ze dwa razy pobawiłem się na bieżni na siłowni i tu mogłem zobaczyć, jak mocno poszedłem w dół kondycyjnie. Prędkość 4:10/km na bieżni, od której niedawno zaczynałem rozgrzewkę, była tak ciężka, że po 8 kilometrach mało nie wyzionąłem ducha. A jeden z kolejnych dni był tak trudny, że zrobiłem 2 kilometry po 4.20, musiałem stanąć, po tym jeszcze jeden kilometr w 4.45 - i ubrałem się, poszedłem do domu. Miałem wszędzie zakwasy i zero energii.

W tym tygodniu zrobię 4 lub 5 treningów, w kolejnym już (mam nadzieję) 6-7. Stopniowo chcę dojść do biegania  w niektóre dni godzinę, a raz na tydzień czy dwa machnę coś dłuższego. Do tego dużo przebieżek i zabaw biegowych. Plan jest taki, żeby nie bawić się w człapanie, ale szybko dojść do formy do startów na hali, na dystansach 1500-3000 metrów. Przed maratonem tyle się naczłapałem, że mam dość na kolejny rok. Liczę na to, że szybko dojdę do podobnej dyspozycji jak rok temu, czyli zacznę śmigać biegi tlenowe w tempie 3:40-3:30/km. Różnica będzie polegać na tym, że dorzucę bardzo intensywne akcenty i sprawdzę formę już styczniu, lutym. Rok temu od początku grudnia do kwietnia nigdzie nie startowałem i w tym czasie zdążyłem dojść do formy, potem zachorować i przestawić kręgosłup. Kiedy nadszedł czas startów, było pozamiatane. Tym razem liczę na to, że wyprzedzę wszelkie możliwe (puk, puk) problemy i zacznę startować w szczytowej dyspozycji.

Trening będzie nieco ryzykowny, ale psychicznie nie mam energii na wolne i objętościowe bieganie. Liczę na to, że jako typ szybkościowy skorzystam na alternatywnym podejściu. W końcu kiedyś bawiłem się w trening oparty tylko i wyłącznie o tlenowy interwał i efekty były zaskakująco dobre. Maratony na razie mi się znudziły, a co do krótszych biegów ulicznych, to nie spodziewam się, żebym mógł biegać słabiej niż ostatnio. Doszedłem zaś do wniosku - ha! stara miłość nie rdzewieje - że krótkie biegi na bieżni są dla mnie na tyle przyjemne, że jednak jeszcze spróbuję zaatakować życiówki. Wiem, że rok temu pisałem co innego, że już kompletnie mnie to znudziło... Niestety, okazało się, że maraton znudził mnie jeszcze bardziej! W tej chwili jestem na tyle wymęczony tym objętościowym bieganiem do maratonu, że nie wykluczam nawet próby ataku na dobry czas w biegu na 800 metrów - to jednak zależy od zdrowia, w tym stanu ścięgien achillesa. W sezonie 2016, o ile dociągnę, wejdę w pierwszą kategorię mastersa i rekordy Polski na dystansach 800/1500m są jak najbardziej do zrobienia. W tej chwili do zrobienia bez problemu, ale trudno powiedzieć, co będzie za 2-3 lata.

Na hali celuję w dystans 3000 metrów, ale nie wykluczam też 1500m. Jak wiadomo, w Sopocie są mistrzostwa świata i liczyłem na to, że Polska wystawi pełną reprezentację jako gospodarz i do wejścia wystarczy być w trójce na mistrzostwach Polski. Niestety! Są minima, na 3000 m - 7:52, czyli ponad dwie sekundy lepiej niż rekord Polski. Na 1500m - 3:41:00. Czy miałbym na to szanse, gdybym jakimś cudem złapał najlepszą formę w życiu? Hmmm.... szanse są niewielkie, ale zawsze są. Na mistrzostwa świata ma podobno jechać mistrz Polski, niezależnie od czasu, jaki osiągnie. Czyli nawet na 3000 metrów ktoś pojedzie. Szanse na zwycięstwo z najlepszymi w Polsce są bardzo mikre, ale cóż, trzeba walczyć. Zawsze może się zdarzyć, że rywali dopadnie biegunka po posiłku w kantynie, a ja mam zamiar dojechać na mistrzostwa bezpośrednio z domu ; )

Mistrzostwo Polski na hali to wynik w okolicach 8:00 na 3000 metrów i 3:42 na 1500m. Moje życiówki ze stadionu to odpowiednio 8:07 i 3:45, czyli nie tak daleko. Co prawda życiówka na 3000 metrów pochodzi sprzed 4 lat, ale od tamtego czasu ani razu nie biegałem tego dystansu w dobrym biegu i będąc w szczytowej dyspozycji. Liczę zaś na to, że na nowoczesnej hali w Sopocie warunki do biegania będą nawet lepsze niż na stadionie - nie będzie przecież wiało.

Nie mam więc na razie żadnych celów długoterminowych, jedynie krótkie. Szykuje się do biegania na hali, a po hali będę myślał, co dalej. Dość mam długofalowego planowania, kiedy po drodze wszystko i tak sypie się wraz ze stanem zdrowia. W tej chwili skupiam się na czerpaniu z treningu przyjemności, a przyjemność sprawią mi starty na hali.

Okres roztrenowania był dla mnie czasem, kiedy odstawiłem wszelkie witaminy i odżywki. Nie biorę tego wiele, ale od czasu do czasu wciągnę jakiś magnez lub żelazo, ewentualnie izotonik. Po maratonie przez 3 tygodnie jechałem na standardowym pożywieniu, z niewielkim dodatkiem alkoholu. Zrobiłem w tym czasie dość dokładne badania krwi i wyniki były przyzwoite, ale gorsze od oczekiwań. Wskaźniki związane z żelazem, które często u mnie szwankowały, wróciły do normy. Czerwonych krwinek i wolnego żelaza mam wręcz bardzo dużo, ale poziom ferrytyny, czyli magazyn żelaza w organizmie, cały czas mógłby być wyższy, szczególnie po roztrenowaniu. W minionym roku regularnie łykałem suplementy żelaza, spodziewałem się więc, że będzie lepiej, ale najwyraźniej bez EPO nie da rady. Generalnie jednak nie ma powodu do niepokoju.

Podniesiony jest poziom limfocytów T, to prawdopodobnie efekt tego, że cały czas leczę moją przeklętą szczękę. Ostatnio dentystka zakleiła mnie na dobre i za 3 miesiące wracam na prześwietlenie, zobaczymy, czy są zmiany na lepsze. Ostatnio nie było.

Podniesione miałem wskaźniki wątrobowe i złośliwcy twierdzą, że to efekt spożycia alkoholu. Nie piję jednak wiele, a jeśli już, to często, ale w niewielkich ilościach. Czyli styl południowy - wino do obiadu, ewentualnie jakiś likier do kolacji, żeby rozjaśnić umysł przed pracą pisarską. Kahlua - to jest moja nowa miłość, uzupełniająca tę niewygasłą do porto, moscatela i madery. Ponieważ moscatel i madera to rzecz w Słupsku nieosiągalna, przerzuciłem się na Kahluę. Jest to coś niewyobrażalnie smacznego. Dla równowagi nie jem cały czas słodyczy, jedynie od czasu do czasu łupnę od niechcenia jakąś gorzką czekoladę. Aha - do słodyczy nie zaliczam ciasta, w szczególności tiramisu. No i rzecz jasna miodu, którego potrafię zjeść duży słoik tygodniowo.

Prawdziwym hitem moich badań krwi był jednak poziom cholesterolu - przekroczony! Mimo moich zapadniętych policzków i wystających kości jestem w grupie ryzyka! Na szczęście jest to chyba efekt spożycia dużej ilości zdrowych tłuszczy. Oliwa, ryby, słonecznik, gorzka czekolada, ostatnio popijam nawet tran. Doczytałem, że bardziej od ogólnego poziomu liczy się stosunek dobrego do złego. Jeśli dobrego jest co najmniej 20%, to wyniki uznaje się za bardzo dobre. U mnie HDL to ponad 40% ogólnej liczby, czyli wynik jest znakomity. Właściwie to niemal przekroczyłem konwencjonalną normę dobrego cholesterolu - maksymalny podany poziom wynosi 75, ja mam 74. Jest więc szansa, chociaż nie wiem na co.

Ale, ale tu trzeba wyjaśnić zdjęcie, które umieściłem na stronie głównej. Otóż miesiąc czasu nie byłem w McDonaldzie, mekce zdrowego żywienia. Ostatni raz skoczyliśmy tam po drodze z maratonu do domu i machnąłem jakiś skromny zestawik XXL. Kolejny raz pewnie nie poszedłbym aż do sezonu startowego, ale zdarzyło się, że byłem na meczu ekstraklasy koszykówki, Czarni Słupsk kontra jakieś anonimowe cieniasy z Gdyni czy Turowa. Tam na krzesełkach sponsor, czyli McDonald, zostawił ciekawe kupony zniżkowe. Dzisiaj byłem w okolicy i po (krótkim) namyśle doszedłem do wniosku, że chociaż jeden trzeba wykorzystać. A że był to kupon na dwa zestawy powiększone, musiałem kupić dwa. Do tej pory byłem pewien, że zjedzenie tego przez jedną osobę jest niemożliwe... Myliłem się! Jak policzyłem, było to ponad 3 tysiące kcal w jednym posiłku! McDonald wspiera ruch olimpijski, ja wspieram McDonalda. Się biega te 8 km dziennie, to się je ; ) Oto pobojowisko po skończeniu posiłku (od tego czasu minęło już kilka godzin, a nadal czuję się przejedzony):



Czyli widać, że wracam do formy. Jest takie powiedzenie w świecie biegaczy, że apetyt rośnie wraz z formą. Jak widać, z apetytem u mnie w porządku, nie ma więc obaw o kondycję.
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 28/11/2013, 11:48

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

28/11/2013, 05:58
#
LOL! Gdzie Ty to zmieściłeś?! Powinieneś teraz zamienić się w trawiącego węża boa.. :P

Powodzenia z atakowaniem życiówek!
Marcin Nagórek
28/11/2013, 17:42
#
Dzięki, pani Joanno. Ty mnie po prostu nie widziałaś na żywo, więc nie wiesz, jaki jestem duży. A po 3 tygodniach bez biegania i pakowaniu nawet mięśniaki na siłowni mówią mi "dzień dobry" ; )
28/11/2013, 19:21
#
Planujesz gdzieś w kolcach śmigać, żeby się obiegać? W słupsku nie macie wymiarowej bieżni na hali.

ps. Ja Ci dam anonimowe cieniasy z Gdyni!
Marcin Nagórek
28/11/2013, 19:44
#
Mam już plany, ale o tym będzie w kolejnym wpisie. Nie mogę wszystkiego od razu wykładać na stół ; ) Hala w Słupsku to oczywista porażka i pieniądze wywalone w błoto. Liczyłem, że Toruń otworzą już w grudniu, ale tam nie będzie chyba na razie tartanu. A jak u Was z AWF-em, można tam wchodzić? Z bliskim nam hal jest jeszcze Szwecja ; )

Moje pierwotne plany zakładały, że robię interwał na bieżni w siłowni, krótkie odcinki tempowe na asfalcie i szybkość w kolcach na hali. Ale co z tego wyszło? To już w kolejnym odcinku.

Dodam jeszcze, że dzisiaj biegałem pierwszy porządny trening tej jesieni, tzn. prawie. Klasyczne 15x200m na przerwie 200m truchtu, ale prędkości mnie przeraziły... 36-37 sekund w pierwszej połowie, w drugiej podkręciłem do 35. Ale mimo wszystko to jest ten rodzaj biegania, który mnie uszczęśliwia. Docelowo chcę pobiec 40x200m po 32s na przerwie 30 sekund - ale to chyba dopiero w kwietniu, maju.

P.S. W Słupsku kupili w tym roku lepszych Amerykanów niż Gdynia - i do tego tylko dwóch czarnych ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Felieton dopingowy
Następny: Grudniowe bieganie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin