01
11/2013
10:44
Maraton już za nami, podobnie jak cały sezon startowy. Wypadałoby zrobić jakieś podsumowanie, ale problem w tym, że w ogóle nie czuję się, jakbym przestał biegać. W poprzednich latach koniec sezonu był połączeniem zmęczenia fizycznego i psychicznego. Nie miałem siły ani ochoty na kolejne starty, z przyjemnością patrzyłem więc wstecz na to, co udało się osiągnąć. Tym razem jest inaczej.

W tym roku startowałem mało, trenowałem również mniej niż zwykle. Sezon rozbiły powtarzające się problemy zdrowotne, które próbuję cały czas rozwiązać. Moja odporność na infekcje była bardzo niska, miałem też problemy z regeneracją. Do tego cały czas pracuję z fizjoterapeutką nad rozwiązaniem problemów z postawą, to też momentami odbija się na bieganiu. Dużym problemem było potężne zapalenie zębów - jeden z nich wcześniej wyleczony kanałowo, drugi nie dawał żadnych objawów, nawet na zdjęciu rentgenowskim. Kanały w nim były zakręcone niemal w pętelkę i zapalenie oraz martwica układały się w miejscu, które było zupełnie zasłonięte. W efekcie mimo regularnych wizyt u dentysty oba stany zapalne rozwijały się niezauważone, aż doszły do bardzo, bardzo poważnego stanu.


Przed startem w maratonie w Toruniu. Nadal nie mam zdjęć z aparatu mojego brata, więc pewnie będą pojawiać się w kolejnych wpisach. Wszystkie fotki w poniższym wpisie ściągnięte z maratonypolskie.pl - niektóre z galerii prywatnych, dzięki za udostępnianie!

Teraz nadal kontynuuję leczenie. We wtorek, czyli dwa dni po maratonie, spędziłem na fotelu dentystycznym kolejne dwie godziny, zszedłem kompletnie zesztywniały. Leczenie jednego zęba jest prawie zakończone, pozostaje tylko odczekać, czy wypełnione kanały nie dadzą żadnego odczynu bólowego i założyć plombę. Z drugim jest gorzej. Właściwie przez miesiąc nie ma żadnej poprawy. Został wyleczony ostry stan zapalny, ale zmiany w korzeniach i okolicznych tkankach na razie w ogóle nie zaczęły się regenerować. Cały czas grozi mi, że w końcu będę musiał udać się do chirurga i mieć to usunięte operacyjnie, przez rozcięcie szczęki. To, powiedzmy szczerze, niezbyt miła perspektywa, dlatego razem z dentystką czekamy, zmieniając kolejne opatrunki. To może potrwać nawet rok. Nieprzyjemna sprawa.

Czas po maratonie wykorzystuję na ogólne sprawdzenie stanu zdrowia. Przedwczoraj byłem u chirurga-onkologa i w ramach profilaktyki czerniaka usunął mi pieprzyk na stopie. Był to umówiony wcześniej zabieg, bardzo niewielki, mam tylko dwa szwy na stopie, ale z powodu rany nie mogę na razie nawet chodzić sprawnie, nie wspominając o bieganiu. Usunięcie szwów jest pod koniec przyszłego tygodnia i nie wiem, czy do tego czasu będę w stanie biegać. Na pewno jednak planuję wizyty na siłowni.

W efekcie perypetii zdrowotnych byłem w tym roku trzykrotnie mocno przeziębiony, co było połączone z zapaleniem zatok. Najpierw choroba rozbiła mi piękny blok treningowy w Portugalii, gdzie czułem się doskonale i biegałem szybko, lekko, bez trudu. Zachorować w Portugalii, to jest pech! Wtedy byłem mocno zaskoczony, teraz jestem mniej, bo prawdopodobnie było to efektem osłabionej odporności w związku ze stanem zapalnym w szczęce. Rozbiło mnie to praktycznie na miesiąc, dopiero miesiąc później zacząłem zbliżać się do swojej wcześniejszej formy. I wtedy nastąpił drugi pech. Ćwicząc na siłowni, wykonywałem martwy ciąg z dużym ciężarem, musiałem źle ustawić plecy... i trzasnęło mi coś w kręgosłupie. Kolejne trzy tygodnie były zmaganiem się z bólem ciągnącym się od pośladków aż po ścięgno achillesa, ewidentny nacisk na nerw, który - jak się później okazało - wziął się z przestawienia miednicy. Treningi znowu musiałem wykonywać na pół gwizdka, a miałem już tylko miesiąc do pierwszego startu - maratonu w W-wie.


Start w Toruniu - autor bloga oczywiście z numerem 124, tempo na tyle kontrolowane, że nie muszę w ogóle oddychać

Do maratonu nie zrobiłem więc nawet połowy tego, co wcześniej planowałem. Na miejscu zresztą rozbiły mnie problemy z żołądkiem i bieg ukończyłem spacerem z czasem 2:57:41. Odpoczywałem krótko - prawdopodobnie zbyt krótko i już za tydzień wystartowałem w biegu na 10km. Tłumaczy mnie to, że przebiegłem w maratonie właściwie tylko 25 kilometrów, potem był już tylko marszobieg, nie czułem więc większego zmęczenia. Ale organizm nie daje się tak wykorzystywać. Minęły kolejne trzy dni - i po dyszce znowu przeziębienie i zatoki!

Ledwo wygrzebałem się z tego, nie było już czasu na trening, ruszał sezon na bieżni, który musiałem zacząć wcześnie ze względu na start w lidze dla klubu. Wypadło to marnie, długa podróż do Białegostoku, na miejscu zimno, ulewa i bardzo kiepskie 1.55,66 w biegu na 800 metrów. W kolejnych tygodniach próbowałem łączyć trening i starty, wypadało różnie. 8:29,30 w biegu na 3000 metrów było nie najgorszym wynikiem w tamtym momencie. Potem 5000m w 14.56,14, też nieźle, biorąc pod uwagę panujące warunki i specyfikę tego biegu, który wygrałem. Potem bardzo dobra mila w Radomiu, gdzie byłem drugi i rekordowy dla mnie cross w Korzybiu, na którym znacznie poprawiłem swoją życiówkę.

Dalej było gorzej, chociaż bez tragedii. Kolejny start na 800 metrów - wynik przyzwoity - 1.53,38. Ale tu był problem z regeneracją, po tym biegu czułem się dziwnie słabo, nie mogłem dojść do siebie. Z tego względu mocno przeciętnie wypadł bieg, który miał być docelowy w tamtym czasie - 1500m w Sopocie, gdzie pobiegłem tylko 3.52,09, w porównaniu do 3.45,87 rok wcześniej. Chciałem odegrać się na mistrzostwach Polski, gdzie biegłem dwa dystanse jednego dnia. Wynik na 1500m poprawiłem, ale niewiele, było 3.50,65. Chwilę później start w upale na 5000 metrów, który traktowałem jako przygotowanie do dyszki, która była tydzień później. Niestety, przeciążyłem nastawionego przez terapeutkę achillesa, nie bardzo mogłem biegać i dyszki nie ukończyłem. Na piątkę najsłabszy wynik w życiu - 15:51.


Toruń po kilku kilometrach biegu. Za moimi plecami Ukrainiec, który skończył na 5 miejscu w 2:40. Na takie tempo biegłem w tym momencie i wszystko wydawało się być w porządku.

Po tym postanowiłem solidnie odpocząć i do końca sezonu prawie nie startowałem. Najpierw przerwa, potem ładujący trening do maratonu, tym łatwiejszy do wykonania, że nie mogłem w tym czasie robić nic szybkiego ze względu na achillesa. W niczym mi to jednak nie pomogło - miesiąc później kolejne silne przeziębienie i zatoki. Pobiegłem po tym dyszkę na ulicy w 33:23, potem przetruchtałem półmaraton i miałem nadzieję na dobry start w maratonie. Kilka treningów było bardzo obiecujących, ale przed maratonem złapał mnie ostry stan zapalny w szczęce. 10 dni antybiotyków, 4 noce bez snu i tydzień bez biegania - taki był bilans. Maraton w Toruniu po heroicznym boju i masakrycznych skurczach skończyłem w 2:50,15, co najmniej 15 minut wolniej niż planowałem.

Jak widać, był to rok nieszczęść i plag. Co ciekawe, widzę to dopiero teraz. W trakcie sezonu wcale nie czułem, że jest jakoś wyjątkowo źle. Wręcz przeciwnie. W tym roku zaaplikowałem sobie sporo zmian treningowych, po których czułem się momentami doskonale, tym większym zaskoczeniem były więc słabsze występy. W Portugalii roznosiła mnie energia, a potem, mimo problemów, czułem, że wytrzymałościowo jestem w życiowej formie. Potwierdzeniem tego był bardzo dobry dla mnie cross w Korzybiu, gdzie poprawiłem o minutę czas z 10,5 kilometrowej trasy. Zimą biegałem mniej, a zdecydowanie szybciej, dostosowując trening do mojego szybkościowego profilu. Był to dobry strzał i w tym roku, jeśli zdrowie pozwoli, na pewno wykorzystam ponownie ten format, z drobnymi korektami.

W sezonie na bieżni musiałem zwolnić, ze względu na słabą regenerację po zawodach, co było prawdopodobnie skutkiem ubocznym problemów zębowych. Po wyjątkowo mocnych treningach bardzo wolno wracałem do siebie, czułem, że coś tu nie gra. Potem strzelił achilles, więc od kwietnia nie stosowałem szybkiego biegania codziennych rozbiegań, ze szkodą dla formy.


Pierwsze kilometry maratonu w Toruniu. Kieszonka z tyłu spodenek wypchana żelami.

Cały czas kontynuowałem trening na siłowni, który zacząłem mocno w październiku zeszłego roku. Cel był nie tylko treningowy, ale i estetyczny, chciałem poprawić postawę i ogólną sylwetkę. To się udało, a efekty czuję właściwie dopiero teraz, kiedy solidnie odpoczywam. Skutkiem ubocznym jest wzrost wagi, która sięga teraz 74,5 kg, najwięcej w życiu. Mam wrażenie, że dopiero teraz, po wyleczeniu zębów i odpoczynku po maratonie, mimo że od 3 czy 4 tygodni nie byłem na siłowni, następuje przyrost masy mięśniowej. Każdego dnia budzę się większy ; ) Kontynuuję za to ćwiczenia korekcyjne, zadane przez fizjoterapeutkę, a w najbliższym czasie ruszę z nimi naprawdę na poważnie.

W tym roku trenowałem dość zachowawczo - biegałem szybko rozbiegania, ale były to tlenowe, ładujące treningi. Prawie nie miałem za to ciężkich treningów na odcinkach czy interwałach, startów też było o połowę mniej niż zwykle. Do tego cały czas ładująca praca na siłowni. Efekt jest taki, że w ogóle nie czuję zmęczenia sezonem, równie dobrze mógłbym powiedzieć, że jest wiosna, a ja dopiero zaczynam przygotowania. Po maratonie, gdy po trzech dniach zeszły zakwasy, rozsadza mnie energia - mimo niewyspania w ostatnich dniach. Mój tegoroczny sezon można więc potraktować jako wyjątkowo długi okres przygotowawczy.

Odpoczywam jednak solidnie i możliwe, że zrobię potem kilka tygodni bardzo wprowadzającego treningu, np. co drugi dzień bieganie, co drugi ćwiczenia korekcyjne. Chcę jeszcze bardziej poprawić postawę i technikę biegu, usunąć wszystkie napięcia mięśniowe, jeszcze bardziej się wzmocnić, a potem, na bazie tego, zrobić solidne podbicie formy pod halę. Na pewno nie wytrzymam bez startów do wiosny, dlatego hala jest niemal koniecznością. A że mistrzostwa Polski są blisko, w Sopocie, trzeba je pobiec. Jedynym znakiem zapytania jest zima - na ile pozwoli na trening?

Zobaczymy.


Samotność długodystansowca podczas maratonu w Toruniu - okolice 17 kilometra
Tagi:
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 01/11/2013, 11:31

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

01/11/2013, 12:09
#
Czytam Twój blog regularnie. Od długiego czasu wiem już, zanim otworzę nowy wpis, jaki będzie schemat kolejnej notki:
"wszystko szło po mojej myśli, za parę dni miałem startować w biegu -> nagle wszystkie plagi egipskie się na mnie uwzięły, rujnując mi formę i zdrowie -> mimo wszystko wystartowałem, ale nie było już szans na dobry wynik, zwłaszcza że akurat tego dnia zmieniła się pogoda, ciśnienie atmosferyczne i położenie Saturna względem Ziemi"

Nie zrozum mnie źle. Nie zazdroszczę Ci problemów ze zdrowiem i uważam, że faktycznie masz pechowy rok. Mam zresztą podobnie i też ciągle czuję potrzebę tłumaczenia się przed sobą i światem. Tylko że ja zaczęłam biegać trzy lata temu i po drodze zaliczyłam bardzo długą kontuzję (nadal wychodzę z kontuzji, teraz już właściwie tylko umysł mnie blokuje), a wcześniej nie miałam nic wspólnego z tą dyscypliną. A Ty masz przecież za sobą przeszłość zawodniczą. Jak to się dzieje, że przez tyle lat nie poznałeś swojego organizmu na tyle, żeby wiedzieć chociażby, jak reagujesz na konkretne pokarmy albo jak radzić sobie ze zmianami pogody?

Strasznie dużo analizujesz i wydaje mi się, że stąd może brać się część Twoich problemów. Umiejętność niemyślenia bywa w sporcie tak samo ważna jak zdolność do szybkiego biegania ;)

Jeszcze raz: ja mam to samo, więc dobrze Cię rozumiem. Tylko że nasze położenie jest zupełnie różne.
Jak znajdziesz na to sposób, to podziel się, proszę.


P.S. Rozbawił mnie opis zdjęcia: "tempo na tyle kontrolowane, że nie muszę w ogóle oddychać" :)))
01/11/2013, 13:59
#
Hej,

co oznacza, że rozbieganie (biegane, jak piszesz, szybko) jest ładujące? Nie bardzo rozumiem takie sformułowanie.
Marcin Nagórek
01/11/2013, 16:30
#
Sebbor, to określenie slangowe. Jak by je opisać, hmmm... To coś w stylu: trening o charakterze ogólnym, na niskim poziomie zmęczenia, podnoszący ogólną formę, który nawet przy mega długim stosowaniu nie rodzi ryzyka przetrenowanie i konieczności odpoczynku. A już np. interwał rodzi pewne ryzyko, szczególnie przy długim stosowaniu.

Ioannah, myślę, że to wynika z konstrukcji psychicznej. Ja po prostu nigdy nie jestem zadowolony, nawet po życiówkach zawsze widzę, że mogło być lepiej. Ktoś inny mógłby powiedzieć, że np. wynik, który daje 20 miejsce w Polsce jest super. Ja po miejscu 20 myślę, że w sumie to niewiele zabrakło do 10. Po 10 zastanawiam się, dlaczego nie jestem w piątce. I tak dalej, ale bez takiego nienasycenia trudno odnosić sukcesy i biegać na poziomie szybszym niż czyste amatorstwo. Dlatego u mnie czy jest lepiej, czy jest gorzej, zawsze pozostaje pewien niedosyt, któremu daję wyraz.
Marcin Nagórek
06/11/2013, 11:13
#
Ciekawe zdania, które znalazłem w wywiadzie z pewnym wyczynowym biegaczem, powtarza to, co sam napisałem kawałek wyżej:

As a professional runner, you are never satisfied. It’s all about performance and how fast you run. Even if you get a personal best, you feel like you should have run faster. If you are ever satisfied, you will never progress.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin