27
10/2013
20:48
Wróciłem do domu po maratonie w Toruniu. Trochę trudno zrobić podsumowanie na szybko, ale spróbujmy. Pierwsza, ogólna myśl, jaka mi się nasuwa: zniosłem ten bieg dużo gorzej niż się spodziewałem. Podchodziłem do tego optymistycznie i zakładałem, że nawet jeśli nie będę czuł się za dobrze, będę w stanie wyczuć swoje samopoczucie i dostosować do niego tempo. Jednak mimo ostrożnego podejścia ostatnie kilometry dosłownie mnie zmiażdżyły. Było bardzo, bardzo cienko. Pozytywne jest jednak to, że wreszcie byłem w stanie biec do końca, żołądek wytrzymał, zająłem też dość wysokie miejsce. Byłem 12 z czasem 2:50:15.

Oczywiście sprawdziła się moja klątwa pogodowa. Wygląda na to, że nie ma sensu jeździć na maraton tam, gdzie ja się wybieram. Tutaj były i momenty zbyt wysokiej temperatury, i wiatr, i ulewa. W trakcie tego biegu przerobiliśmy wszystkie sezony i pory roku z wyjątkiem śniegu.


Biegniemy jesiennie, foto: expedi.pl

Dzień zaczął się przyjemnie. Rano przywitało nas słońce i wydawało się, że będzie pogoda jak latem. Dzień przed spacerowaliśmy wieczorem po starówce w Toruniu i było ciepło prawie jak w sierpniowy wieczór. W Koszalinie w tym terminie był nocny maraton "Nocna Ściema" i tam pogoda musiała być perfekcyjna. U nas im bliżej startu, tym było gorzej. Zaczęło zawiewać, padał lekki deszcz, ale wydawało się, że będzie ok. Wystartowaliśmy i po 2km biegu deszcz ustał. Na tym etapie mieliśmy wiatr w plecy lub momentami lekko z boku i biegło się przyjemnie. Było jednak zdecydowanie za ciepło i za wilgotno. Pociłem się wściekle. Na punktach piłem jak smok, ale wydaje mi się, że jednym z powodów ciężkiej końcówki było odwodnienie. Dla mnie było trochę za ciepło. To jak zwykle pech, że wybrałem na start ostatni bieg w roku, a i tak dogoniła mnie temperatura.

Nie czułem w nogach jakiejś wielkiej lekkości, dlatego biegłem ostrożnie. Teoretycznie zakładałem tempo 3:40/km, ale to było przed antybiotykami, potem założyłem, że biegnę spokojnie i nie szybciej niż 3:40/km. Co zaś wyjdzie konkretnie, miało pokazać samopoczucie. Pierwszy kilometr 3:46, potem 3:49. Jedyne, co mogę sobie zarzucić, to może trochę za mocno puszczałem nogi z górki i trochę przyspieszałem. Trzeci wyszedł 3:31, ale nie wydaje mi się to wiarygodne, raczej zakładam, że oznaczenie nie stało idealnie. Tym bardziej, że na czwartym było nagle 3:56. Piąty 3:47 i 5km wyszło w 18:50. Prawie w środku, bo założyłem roboczo, że zależnie od samopoczucia, powinienem mieć czas prawdopodobnie pomiędzy 18:20 a 19:10. Samopoczucie na tym etapie było oczywiście komfortowe, to był właściwie trucht.


13 km - jest luz i kontrola, foto: expedi.pl

10 km w 37:52, czyli tempo właściwie równe. Tu było cały czas raczej pod górkę, ale ze sprzyjającym wiatrem. Co 5km zjadałem mały żel i z żołądkiem było nieźle. Może nie idealnie, bo zdarzały się momenty, kiedy czułem się nie do końca komfortowo, ale w porównaniu do dwóch ostatnich startów było super. Po 15km miałem moment, kiedy żołądek lekko się odezwał, wtedy zwolniłem do tempa rzędu 3:52-3:53/km i uspokoiło się. Piłem tylko wodę, jak najwięcej, na każdym punkcie brałem po 2 kubeczki i piłem, ile dałem radę, zanim się wychlapało. Ale mimo wszystko cały czas chciało mi się pić więcej. Do 8 km trzymał się za mną chłopak z Łodzi, potem wyprzedził i ruszył mocno. Od tego momentu biegłem sam, z wyjątkiem momentów, gdy ktoś mnie wyprzedzał. Na 17 km zaczęły się wiejskie atrakcje: z pola zaleciał taki smród gnojówki, że żele momentalnie podskoczyły w kierunku gardła. Takie momenty zdarzały się jeszcze parę razy. Ciężka sprawa.

Po 17 km była zmiana kierunku biegu i wtedy zaczęło wiać mocno z boku. A kilkadziesiąt metrów za 19 km zawróciliśmy pod wiatr. Od tego momentu zaczęło się robić nieprzyjemnie. Samopoczucie było ok, ale pod wiatr biegło się ciężko. Nie szarżowałem i cały czas nastawiałem się na drugą połowę szybszą od pierwszej. Tempo było kontrolowane. Jeszcze przed zakrętem minęło mnie trzech gości, ale w ramach trzymania się w ryzach nie goniłem ich - jeden zwolnił, biegłem z nim niecały kilometr, potem też puściłem. Połówka była w 1:20:52 i samopoczucie bardzo dobre. Zapowiadało się, że zakręcę się w okolicach życiówki, a jeśli będzie wolniej, to max 2-3 minuty.

Po 23 km wbiegliśmy na ścieżkę rowerową, prowadzącą samym środkiem pól. Tam wiało jeszcze mocniej i tempo spadło zależnie od ułożenia terenu w okolice 3:56-4:08/km. Nie cisnąłem, czułem się ok, zwolniłem, bo nie chciałem walczyć za mocno z wiatrem. Ale morale na tym etapie już spadało. Pomyślcie - lecę przez jakieś pole, z tyłu nikogo, z przodu nikogo, śmierdzi gnojówką, wieje wściekle, nogi bolą, a jeszcze z jakiegoś gospodarstwa wypadły dwa psy i obszczekały mnie solidnie. Światowa atmosfera! Raz na kilka kilometrów spotykało się 2-3 kibiców, dobre i to.


29 km - może luz już nie taki pełny, ale nadal kontrola, foto: expedi.pl

Dotuptałem tak jakoś do 29 km, gdzie stał mój brat. Wciąż było ok, jadłem żele zgodnie z planem. Problemem były rzadkie punkty z wodą, co 5km, brakowało mi tych punktów odświeżania z W-wy, tam są co 2,5 km. Tempo było dość wolne, 3:56-4:08/km, bo cały czas lecieliśmy polami pod wiatr. Na tym etapie zakładałem, że skończę całość gdzieś na 2:44. Ale ból zaczął się na 32 km...

Lunął deszcz. Nie była to mżawka, ale sieknęło momentalnie mocno. Od razu doszczętnie przemokłem, słona od potu woda zalała oczy. Zacząłem biec z górki i tam chciałem przyspieszyć, ale zamiast tego - chlast! - skurcz w prawej łydce. Właściwie to był jakiś dziwny skurcz od achillesa aż do pośladka. Aż podskoczyłem. Po chwili znowu chlast! - skurcz w drugiej! Biegłem stromo z górki i tam gdzie miałem przyspieszyć, 32. kilometr wyszedł nagle w 4:26. Zacząłem kuśtykać, co tylko pogarszało sprawę. Kolejny kilometr też w 4:26. Na tym etapie zacząłem podejrzewać, że może być gorzej niż się spodziewam... W okolicach 34 km był punkt, napiłem się sporo i było chwilę jakby lepiej. Kolejny kilometr był ciężki, pod górkę, ale wyszedł w 4:18. Kolejny - 4:08. Deszcz na moment osłabł, ale gdy znowu uderzył mocniej i kompletnie schłodził mięśnie, skurcze zaczęły walić raz za razem: jedna łydka, druga, dwugłowiec, pachwina, stopa - i na zmianę. 36. km w 4:34 i tu zaczął się już duży dramat. Kuśtykałem, podskakiwałem, a ulewa niszczyła nie tylko ciało, ale i morale. Czy wspomniałem, że było cały czas pod wiatr? Na tym etapie osłaniały nas trochę drzewa, ale generalnie leciało się centralnie pod zacinający wściekle deszcz. Kląłem dziko, zastanawiając się, dlaczego nie siedzę w domu pod ciepłym prysznicem, tylko latam jak pomylony.

Kolejne kilometry były w 4:28 i 4:34. Wbiegliśmy do miasta i tu było tylko gorzej. Ruch uliczny był normalnie puszczony, jedynie policja próbowała coś kierować, ale generalnie pod tym względem lipa była na całego. Samochody z przodu, z tyłu i boku, smród spalin, deszcz, skurcze. Po biegu mówiłem i jestem tego pewien, że gdyby na tych ostatnich 10 km był jakiś bus, który odwoziłby na metę, wsiadłbym od razu. A że nie było, musiałem biec, ale to już była potworna rzeźba. Ciągnąłem za sobą raz jedną, raz drugą nogę targaną skurczami. Ostatnie 4km były tak ciężkie, że byłem pewien, że nie dobiegnę. Właściwie nie wiem, jak to się stało, że dobiegłem, to był chyba tylko wieloletni nawyk, że zawsze jak szedłem, to biegłem.

Co gorsza, słyszeliśmy już spikera na stadionie i już, już prawie wbiegaliśmy, ale okazało się, że robimy jeszcze agrafkę wybiegającą kawał za stadion. Czyli mijało się stadion i biegło przed siebie, nie wiadomo, ile. Na tym etapie byłem już tak zmarnowany fizycznie i psychicznie, że 41 kilometr miałem w rekordowe 4:47. Wyprzedził mnie tam jakiś starszy gość, widziałem, że wystarczy odrobinę przyspieszyć, żeby złamać 2:50, ale było mi to tak obojętne, że nie przyspieszyłbym nawet za milion dolarów. Wiatr, deszcz, skurcze, zimno, mokro, w butach chlupocze - na tym etapie miałem żelazne postanowienie, że kończę z maratonami, bo to nie na moje zdrowie i nerwy. Kilometr numer 42 w 4:35. Ostatnie 195 metrów w niezbyt imponujące 56 sekund. Gdy wbiegłem na metę, lało znowu jak z cebra i nie wiedziałem, czy padać na ziemię czy czołgać się do szatni. Byłem tak spragniony, że wypiłem herbatę, litr wody z butelki, a potem jeszcze kilka kubków wody z kranu. Plus wściekły głód, jeszcze zanim schowałem się przed deszczem, ogoliłem pół torby ciastek, które podał mi brat.


Esencja maratonu: ostatnia prosta w deszczu, jest ból na twarzy, foto: expedi.pl

Dalej było już tylko gorzej. Poszedłem na masaż i na stole złapał mnie potężny skurcz w plecach, omal nie spadłem ze stołu. Pod prysznicem skurcz w stopie, po którym omal nie utonąłem ; ) Od pokurczonych łydek ból achillesa, aż ledwo kuśtykałem. Dramat, dramat.

Kiedy myślałem nad tym w drodze powrotnej (kilkadziesiąt skurczów we wszystkich częściach ciała), doszedłem do wniosku, że może i byłem odwodniony, ale najwyraźniej przede wszystkim organizm nie odbudował się po antybiotykach. Ostatni skurcz w życiu miałem chyba z 10 lat temu, nigdy mi się nie zdarzyło to ani w biegu, ani po. A tutaj nie mogłem dojść do siebie nawet po kilku godzinach, cały czas czuję się fatalnie. Przez ostatnie 2 tygodnie ładowałem się witaminami, minerałami i odżywkami, ale żołądek skasowany antybiotykami prawdopodobnie nie bardzo to wchłaniał. Na krótkich treningach tego nie czułem, ale na długim wyszło szydło z worka. Takiej męczarni nie przeżyłem nigdy w życiu. W poprzednich biegach nawet po problemach z żołądkiem, po ścianie i bez sił byłem w stanie przynajmniej przebiec żwawo ostatnie 200 metrów. Tutaj nic, gdybym miał zrobić jeszcze 100 metrów, to nie wiem, czy dałbym radę. No proszę pana, takie rzeczy?!

Czas w sumie nie wyszedł taki zły, 2:50:15, miejsce wysokie. Biorąc pod uwagę ciężkie warunki i trasę, która na pewno nie była Berlinem, mogło być gorzej. Ale na razie mocno odeszła mi ochota na maratony. Tym bardziej, że od pewnego czasu mam już cel na kolejne miesiące - po solidnym odpoczynku, rzecz jasna. W lutym są mistrzostwa Polski na hali w Sopocie, blisko mnie. Przed mistrzostwami świata będą tam na pewno mocne biegi, więc roboczo zakładam, że trenuję tam do 3000 metrów. Ciepło, przyjemnie, nie pada, nie wieje, nie muszę jechać daleko, a jeśli złapie mnie kryzys, to potrwa 5 minut, a nie godzinę ; ) I tego się na razie trzymamy, a nie biegać te wariackie 42 kilometry.


Nareszcie koniec, foto: expedi.pl
Kategoria: Starty 2013
Komentarze: (21)
Zaktualizowano: 30/10/2013, 02:16

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

28/10/2013, 07:39
#
Świetna relacja! Brawo za walkę.
28/10/2013, 08:46
#
Brawo Marcin za walkę. Właśnie tak wyobrażałem sobie bieganie maratonu, ból, cierpienie, dylematy w głowie - dlatego pewnie nigdy go nie pobiegłem.
Na fotach faktycznie sceneria jak z biegów o puchar wójta :)
Najważniejsze, że mądrzejesz na stare lata, życze bezproblemowych przygotowań i sukcesów na bieżni !!
Jarosław Jagieła
28/10/2013, 08:55
#
Marcin, jak kolwiek to nie zabrzmi, tą relacją zrekompensowałeś mi te wszystkie "wtopy", które lekko drażniły mnie podczas Twoich przygotowań.
Nie zrozum mnie źle. Z Twoich relacji ktoś kto bawi sie w trening biegowy od jakiegoś czasu może wyłapać paradoksy nie licujące z Twoją klasą biegową. A jednak jak napisałem wcześniej opis walki, przeciwności, determinacji, może okazać sie rzeczą wartościowszą niż tylko suchy wynik - nawet życiówka.
Myślę, że dusza sportowca nie pozwoli Ci na poddanie maratonu walkowerem i po jakimś czasie staniesz do rewanżu z "Królem".
P.S.1 Przebieżki biegam. Nawet dużo, bo trening opieram na zabawach biegowych
P.S.2 Ile zabrakło do życiówki? Może pobiegniemy razem w np.Łodzi na wiosnę? :)
28/10/2013, 09:30
#
Ale wyczerpująca relacja. Z jednej strony taka kapryśna pogoda to coś ciekawego, ale na maratonie nie chciałbym w takich warunkach biegać. Brawo za wynik!
28/10/2013, 11:17
#
Czesc Marcin!
Podobny dramat ze skurczami przezylem w tym roku w Warszawie. atakowalem 2.46-48, do 25km szlo odealnie po 3.58-4.00 z sporym luzem. od 33km pierwsze lekkie skurcze, od 36 juz dramat, paralizoalo cale cialo, wyginalo mnie,musialem sie zatrzymwac. Dla zobrazowania powiem, ze dydstans od 40km do mety pokonalem w...17.52!!!calosc w 3.11.
Dodam, ze na trasie pilem i jadlem regularnie, pilnowalem tez mocno suplementów, witamin, minerałów przed startem, a jednak skurcze sie przytrafily. Nie wiem czy to wazne,ale tez kilka ladnych lat biegalem 800-1500 na biezni.
Tak wiec moze to nie przez antybiotyk u Ciebie? Moze to cos innego? Pomysl i poszukaj;-) Moze i ja skorzystam;-)
Pozdrawiam
28/10/2013, 11:34
#
Marcin, mała poprawka - nie trzymałem się z Tobą do 8km, tylko stopniowo goniłem i minąłem bo coś nagle zwolniłeś. A mocniej ruszyłem gdzieś koło 12-13km (swoją drogą zupełnie bez sensu). Pozdrawiam i życzę powodzenia na hali.
Paweł Niedźwiedź
28/10/2013, 13:22
#
Cześć Marcin
Zaliczyleś MEEEGAAA walkę z samym sobą i wszytkimi przeciwnosciami biegacza. Przebyta choroba, nieprzespane noce, antybiotykoterapia na kilkanascie dni przed startem. W trakcie biegu przeciwny wiatr i to nie na kilkunastu metrach a na kilunastu km, deszcz, mokre buty, skurcze, zlośliwe psy i inne pomniejsze przeciwności. Czlowieku zaliczyłeś wszytko co sie da (jedynie z całej tej litani wypadł Ci pit-stop w oklicznych krzakach :) ) i jeszcze ukończyleś w tak dobrym czasie. Nie wiem na jakim poziomie jest czołówka ale pierwszy ukończył bieg w 2:27:08. Warunki skrajne. Wykonałes morderczą pracę. Chylę czoła. Nie chce Cie przekonywać do maratonow ale myślę, że takiego pecha (wszystkie przeciwności)drugi raz do końca życia się już nie zdarzą . Teraz może być tylko lepiej. Jeszcze raz gratuluje i mam nadzieję, że ostatniego słowa w maratonie jeszcze nie powiedzialeś :)
Wojciech Maliszewski
28/10/2013, 14:56
#
Gratuluje zwycięskiej walki ze sobą.
Nie rezygnuj z maratonów.
Ja mam zawsze ładnie na zawodach.
Nawet w lipcu rok temu w półmaratonie PWZ rozgrywanym w lecie koło południa było chłodno i jeszcze padał rześki deszcz.
Mój następny cel to Orlen Maraton. Możemy sprawdzić czy twój pech jest większy czy moje szczęście.
Pozdrawiam
Marcin Nagórek
28/10/2013, 15:48
#
Dzięki za komentarze i wsparcie! Z maratonem jest ten problem, że jak na razie zawsze coś wypada. Jak nie żołądek, to nogi, jak nie nogi, to sam już nie wiem co. Poza tym ogólnie mówiąc, asfalt cały czas nie jest moją nawierzchnią, biegam na nim słabo. Rok temu np. dychę na asfalcie biegałem 2-2,5 minuty wolniej niż wcześniej na bieżni. Dlatego też trochę mnie to zniechęca. Ewidentnie jest tu jakaś kwestia mechaniki biegu, naprawiam to, zmieniam, a i tak na bieżni jestem gazelą, a na asfalcie ślimakiem. Albo na bieżni spritem, a na asfalcie pragnieniem ; )

Walka była, tylko problem z tym, że z walki na asfalcie wychodzą mi słabe wyniki. A na bieżni nawet bez wielkiego przygotowania biegnę przyzwoite czasy. I jak tu się nie zniechęcać? Ale zobaczymy, zawsze po maratonie mówi sie, że nigdy więcej. Dzisiaj ledwo chodzę, nogi strasznie zmarnowane, nie mogłem też spać.

Czy skurcze moga mieć związek z techniką biegu? Na pewno, ale jednak biegałem sporo półmaratonów, parę maratonów i nigdy mnie to nie spotkało. Dlatego tutaj skłaniałbym się ku antybiotykom. Tym bardziej, że zrobiłem kilka dobrych treningów maratońskich i nie miałem na nich problemu - ale przed sprawą z zębami.

Cieszę się, że relacja się podoba!
Marcin Nagórek
28/10/2013, 22:25
#
Jeszcze a propos życiówki: 2:39:59 : ) Łódź to fajny maraton, tylko trochę daleko, duża wyprawa.

Maurycy - w takim razie to nie Ciebie miałem na myśli. Biegł ze mną taki chłopak, ciemne włosy. 8km trzymał się za plecami jak cień, potem przyspieszył. W wynikach widzę, że to Ukrainiec, który dobiegł 5 w 2:40 - czyli ładnie utrzymał to tempo. A Ty w takim razie byłeś tym, który minął mnie i kazał walczyć ; )
29/10/2013, 16:57
#
Biegłem też w MT i muszę Ci powiedzieć, że jak czytałem Twoją relację to momentami jakbym miał deja vu. Miałem bardzo podobne odczucia na trasie i to w podobnych momentach. Co prawda (na szczęście) nie dopadły mnie problemy ze skurczami ale to już wisiało w powietrzu. Szczęśliwie udało mi się przybiec (z resztą 2 pozycje za Tobą) z nową życiówką (2:53:46) ale tak na prawdę byłem przygotowany na złamanie 2:50. Moja druga połowa tego maratonu to był jeden drastyczny spadek tempa, samotna walka i jazda na oparach. Nie miałem żadnych żeli i tylko modliłem się żeby kolejny wodopój pojawił się jak najszybciej. Miałem momenty że chciałem się już zatrzymać ale nie zrobiłem tego tylko w obawie o brak transportu na metę i strach przed rozchorowaniem się po kilkukilometrowym mokrym spacerku. Po drodze mocno cierpiąc samemu minąłem ze 3 gości , których też ich dopadły skurcze i inne podobne dolegliwości. Przed metą jakimś cudem wyprzedziłem grupę z którą biegłem do 15km, grupę która sądząc z tempa celowała tak w 2:48. (po 15km odpuściłem bojąc się, że tego nie wytrzymam jak się zrobi pod wiatr). Zaraz po maratonie byłem trochę zawiedziony ze swojego wyniku ale po przeanalizowaniu swojego biegu, warunków i trasy stwierdzam, że więcej się nie dało. Słuchałem relacji i wrażeń innych uczestników którzy przyjechali do Torunia walczyć o wynik i żadnemu nie udało się nawet zbliżyć do planowanego rezultatu. Twoja relacja wpasowuje się ładnie do tego i potwierdza tylko moje zdanie, że czynnikiem który miał największy wpływ na ogólne niepowodzenia w XXXI Maratonie Toruńskim była pogoda.
Pozdrawiam i głowa do góry
Marcin Nagórek
29/10/2013, 18:41
#
Pogoda była morderczsa, bo niszczyła nie tylko ciało, ale i psychę ; )

Mam jeszcze jedną obserwację a propos trasy. Od początku zakładałem dwa scenariusze: albo ta urozmaicona trasa wypadnie na korzyść, albo solidnie zaszkodzi. Ona nie mogła być neutralna. Potencjalne korzyści to ciągłe urozmaicenie, które powoduje różnorodne zaangażowanie mięśni. Kiedy pod górkę jedne pracują mocniej, drugie odpoczywają - i odwrotnie. A niekorzyść: oczywiście zajechanie. I okazało sie, że przynajmniej u mnie, lepsza jest monotonia trasy niż ciągłe zmiany. Nawet niewielkie podbiegi i zbiegi kasują mi nogi, jeśli to trwa za długo. BYc może u Ciebie było tak samo. Ale z drugiej strony sa pewnie zawodnicy, którzy lepiej wypadną na ciągłych zmianach nachylenia niż na trasie zupełnie płaskiej.
29/10/2013, 20:22
#
Szczere Gratulacje za walkę do końca.

Bez problemu wyobraziłem sobie jak mogłeś się czuć ponieważ sam przeżyłem już podobne chwile w ostatniej częsci maratonu. Dlatego również i ja poczułem malutkie deja vu.

Masz chłopie talent do pisania nie mniejszy niż do biegania i choć nigdy nie potrafiłbym wyobrazić sobie siebie jako systematycznego czytelnika czyjegoś bloga teraz obiecuję zaglądać tu systematycznie.

Polecam Ci książkę "14 minut" o wielkim Salazarze. Facet w pierwszych 3 startach wygrał 2 razy maraton w Nowym Jorku i raz w Bostonie do tego był rekordzistą świata. Obecnie trenuje dwóch mistrzów z Twojego dystansu 10 km.

Czekam na coś takiego napisane przez polskiego biegacza. Bez cukrowania masz chłopie wiele do zrobienia, chętnie przeczytałbym taką lekturę Twojego autorstwa bo relację z własnych doświadczeń cenię bardzo wysoko.

Wszystko przed Tobą nowy sezon i kolejny start trzymam kciuki i... idę na trening.

czytelnik Marcin
Marcin Nagórek
30/10/2013, 02:19
#
Każdemu trafi się czasami dobry wpis ; ) Nie chciałbym tylko na każdy taki biegać maratonu, bo to mnie wykończy prędzej czy później. Chętnie opisałbym jakies heroiczne polskie biegi, tylko na razie nasi najlepsi ścigacze nie dostarczają odpowiednich tematów. Ale od razu zareklamuję, że napisałem kilka przyzwoitych tekstów historycznych do "Leksykonu Polskich Maratończyków" - polecam!
30/10/2013, 13:50
#
kurde ale masz fajnie z tą pogodą na maratonach. Ja niestety miałem idealną w Poznaniu, poszło mi tragicznie i nie mam wymówki. Musiałem sobie prosto w oczy przed lustrem powiedzieć, że to moja wina... Szkoda, że pogoda nie była do bani :)
Marcin Nagórek
30/10/2013, 15:41
#
No, Grzesiek, to duży pech ; ) Ja miałem w zanadrzu jeszcze antybiotyki jako wymówkę. A u Ciebie - może zgódźmy się, że to gorszy dzień, chwilowe wahnięcie poziomu kortyzolu? ; )

Ale mimo wszystko wolałbym pobiec szybciej. Ale jeśli zaczniemy w to wnikać, to okaże się, że biegacz nigdy nie jest zadowolony, bo zawsze mogło być odrobinę lepiej. Mnie nawet najlepsze życiówki nie satysfakcjonują. Ba, nawet rekord świata by mnie nie satysfakcjonował, bo mógły być lepszy ; ) Pogódź się więc z tą chorobą - wynik nigdy nie jest odpowiednio dobry.
31/10/2013, 08:30
#
Nie ma co narzekać na pogodę, ja miałem przedział od 20 do 30 ;)

Chłopaki, to tylko maraton, nie koniec świata :) Najwążniejsze wyciągnąć wnioski i nie powtarzać popełnionych błędów podczas kolejnego biegu i w trakcie przygotowań do niego.

Mi w pamięci będzie siedział pamiętny Wrocław 2003... Grzesiek coś o tym może powiedzieć ;)


...chłopaki nie płaczą !
31/10/2013, 20:18
#
Szczerze napisałeś! Tak powinno być! Zawsze to można porównać ze swoimi trudnościami podczas zawodów. Tak pisałeś o skurczach, to problem był chyba złożony. Działaniem ubocznym leków, a w szczególności antybiotyków, może być zaburzenie gospodarki wodno-elektrolitowej. Nie wiem, co brałeś (jaki antybiotyk), ale możesz poczytać ulotkę, jeśli nie wyrzuciłeś. Będzie tam dużo efektów niepożądanych! Zdziwisz się! Piszesz, że piłeś wodę i kilka razy żele. Tutaj wszystko się sumuje i mamy: zaburzenia elektrolitowe przed maratonem, tylko woda podczas biegu, a nie płyn izotoniczny. Żele były (mają elektrolity) tylko to taki strzał glukozy, który trzeba uzupełnić wodą i nie wchłania się to właściwie w przewodzie. Duże pragnienie po biegu, no i bardzo intensywny bieg. Poziomy podstawowych elektrolitów były pewnie tak niskie, że skurcze są nieuniknione!
Ale pięknie walczyłeś ze sobą!
Marcin Nagórek
31/10/2013, 21:19
#
Brałem amoksycylinę, a potem klindamycynę, oba dają w kość. Podejrzewam, że ogólna gospodarka mineralna mogła być naruszona, przede wszystkim prawidłowe wchłanianie związków z pożywienia, ale wątpię, żeby izotonik coś tu zmienił. Generalnie picie izotoników w czasie biegu w celu uzupełnienia minerałów nie bardzo ma sens. Ich zawartość w pocie jest zwykle mniejsza niż w płynach ustrojowych, czyli w praktyce pocenie się zwiększa ich procentową zawartość w komórkach, a nie zmniejsza. Ale o tym mało kto wie ; )

Problemem jest zawartość początkowa, zawartość na synapsach, wzajemny stosunek ilości różnych minerałów... no i węglowodany. Po antybiotykach mogło być tak, że np. spadł poziom tylko wapnia, albo tylko magnezu - i ciężko było to uzupełnić. Ale to tylko spekulacje, bo wiedza na ten temat jest mocno uboga.

W każdym razie - dzieki za dobre słowo i mam nadzieję, że teraz będzie tylko lepiej ; ) Pozdrawiam!
01/11/2013, 18:06
#
Izotonik jest IZO! Nie hyper- nie hypo-. Zostawiłbym elektrolity, wapń czy magnez, bo tego nie wiemy. Nie masz badania krwi przed zawodami i po wyścigu. Może będę upraszczał, ale szanując tych kto czyta Twój blog, warto wspomnieć o dynamicznej równowadze elektrolitów wewnątrz komórki i w płynach ustrojowych. Przejście jednych elektrolitów z wnętrza komórki (do płynu ustrojowego), a innych (z przestrzeni poza komórką) do komórki odbywa się również przy udziale ciśnienia (osmotycznego). W izotoniku mamy jego ciśnienie zbliżone do tego we krwi i utrzymywane jest również elektrolitami. Szybciej i ważne, że trwale uzupełnia straty przy poceniu. Woda wolniej uzupełnia osocze i zaburza dynamiczną równowagę, a do tego rozcieńcza krew. Aby wyrównać ciśnienia (komórka-płyn ustrojowy) potrzebne są elektrolity. Organizm je pobiera. Tylko gdzie tyle wziąć? On wie! Bierze tyle, co później odczuwamy w postaci skurczów, nawet w lędźwiach. Przepraszam, jeśli zanudziłem. Nie wiem, czy tak się robi na blogach?! :-)
Marcin Nagórek
01/11/2013, 18:21
#
Gen, nie do końca masz rację. Cytujesz treści z ulotek reklamowych producentów izotoników, które nie do końca są zgodne z prawdą. To, jakie izotoniki mają ciśnienie, nie ma większego znaczenia, bo i tak muszą przejść przez żołądek. Najszybciej nawadnia woda i ona jest polecana szczególnie w czasie upałów. Tym bardziej, że tak jak wspomniałem, ryzyko utraty minerałów w czasie biegu nie jest duże, bo ich stężenie w pocie jest niższe niż w komórkach. Najwyższe jest stężenie sodu i chloru, a np. magnezu w pocie jest bardzo mało. Odwadniając się, tracisz więcej wody niż minerałów i paradoksalnie stężenie elektrolitów w komórkach rośnie, wskutek utraty wody. To ją trzeba uzupełnić, chociaż oczywiście jeśli wypije się więcej wody niż się traci, pojawia się ryzyko hiponatremii.

Akurat jestem świeżo po lekturze książki sumującej stan wiedzy naukowej na różne tematy związane z bieganiem. Badania pokazują, że niektóre powszechnie przyjęte prawdy to w gruncie rzeczy mity. Te izotoniki to jedne z nich, co mnie również nieco zaskoczyło. Mogą istnieć różnice indywidualne w składzie potu, ale generalnie to, co piszą producenci różnych wyrobów, trzeba przyjmować z pewną dozą sceptycyzmu.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Grudzień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin