16
10/2013
21:40
Do maratonu zostało 10 dni. Problemy z zębami rozwiązane, tzn leczenie trwa, ale stany zapalne usunięte, antybiotyki odstawione, zarwane noce odespane. Nie wiem, czy to siła sugestii, czy rzeczywista ulga, ale czuję się w ostatnich dniach całkiem dobrze. Na start patrzyłbym optymistycznie, gdyby nie... niedzielne długie rozbieganie.

O ile bowiem dobrze się czuję na krótkich treningach, tak na długim wyszło prawdopodobnie osłabienie po antybiotykach. Na zwykłym rozbieganiu, które do niedawna nie sprawiało mi żadnego problemu, zaliczyłem koszmarną maratońską ścianę. Biegałem spokojne 30 kilometrów, zdecydowałem się, że po prawie 2 tygodniach bez sensownego treningu trzeba dać jeszcze organizmowi jakiś bodziec. Biegłem spokojnie i przez pierwszą godzinę czułem duży luz. Całość ponownie w Gdyni, w bardzo trudnym terenie. Po 1,5 godziny zacząłem czuć wściekły głód. Miałem wrażenie, że spustoszony antybiotykami żołądek w ogóle nie przyswaja żeli - i wszystko przewracało mi się w środku, i nie było żadnej ulgi po spożyciu. Ostatnie 45 minut to była męka jak nigdy ostatnio - ledwo byłem w stanie podnosić nogi. Z trudem dotarłem do domu. To była typowa węglowodanowa ściana, kompletny brak energii, pustka w baku. A to tylko spokojne, komfortowe rozbieganie, z przystankami na jedzenie i picie. 3 tygodnie temu robiłem 35 km z 12-kilometrowym przyspieszeniem i samopoczucie na koniec było dużo, dużo lepsze.

Szału więc nie ma i do startu podejdę z dużą pokorą. To o tyle niedobra wiadomość, że poza tym zaczyna mi się biegać coraz lepiej. Nie wiem, czy to zaleczenie tych stanów zapalnych czy efekt odpoczynku, ale nawet z dużymi zakwasami treningi idą całkiem komfortowo. Właściwie czuję się, jakby była wiosna i sezon miał się dopiero zacząć. Stopniowo łapię coraz lepsze prędkości, coraz większy luz. W poniedziałek biegałem zwyczajowe ostatnio 10x200 metrów i czułem się naprawdę luźno - wreszcie. Prędkości nie powalały, ale to były 34-32 sekundy na zupełnym luzie, nie tak jak do niedawna, gdy rzeźbiłem 35 sekund z wielkim trudem. Jutro planuję roboczo wybrać się na bieg ciągły na stadionie, żeby zobaczyć, jak stoję wydolnościowo.

Do startu jest jeszcze trochę czasu, nie będzie już żadnych długich, wyczerpujących treningów, powinienem więc się zregenerować. Ale kto wie, co się będzie ze mną działo w ostatniej godzinie biegu, tym bardziej, że mam za sobą historię wielu problemów. Zobaczymy.

Wspominałem ostatnio o tym, że przesiadam się na inne startówki. Dwa ostatnie maratony trzasnąłem w Brooksach Green Silence, ale tym razem doszedłem do wniosku, że potrzebuję czegoś sztywniejszego. Zdecydowałem się na but, który nie da mi żadnych wymówek. W Brooksach zastanawiałem się, czy może nogi zniosłyby lepiej asfalt, gdybym miał startówki bardziej dedykowane do maratonu. Green Silence są leciutkie, mięciutkie, bardzo delikatne - być może zbyt delikatne, to pokaże start w innym modelu. Teraz nie będzie wymówek, sprawiłem sobie cacko, które jest zdecydowanym numerem jeden na świecie w maratonie: Adidas Adios 2. Dla tego buta złamałem zasadę, że nie płacę za biegówki więcej niż 200 zł - dałem za nie 299, też przyzwoita promocja, bo trudno je dostać poniżej 450 zł. Niemieccy krwiopijcy słono sobie liczą, ale niech stracę.

W Adidasach zawsze biegało mi się dobrze, a do tego na bieżni od roku biegam w Adidas Avanti. To jest model, który jest bliźniaczy w stosunku do Adiosa - to praktycznie to samo, tylko na innej podeszwie. Nawet kolor identyczny, wściekła żółć. W nim kręciłem dobre czasy, a gdy zakładałem go czasami na trening, osiągi były niesamowite. Adidas robi buty lekkie, na cienkiej, ale bardzo twardej i sztywnej podeszwie. To mi zawsze pasowało, więc zdecydowałem, że na tak poważny bieg jak maraton trzeba sprawić sobie na nogę coś wyjątkowego. Pierwszy trening już zaliczony i byłem aż zaskoczony tą twardością i sztywnością. Przy tym nie jest to zupełnie płaska startówka pozbawiona amortyzacji. Nie na darmo w tym buciku padło kilka maratońskich rekordów świata. Czas na mój rekord.

Sprzętowo jestem więc gotowy, żele z Decathlonu, na nogach Adiosy, koszulka i spodenki klubowe, być może opaska i zarękawki, również z Decathlonu. Teraz tylko łamię sobie głowę nad tempem. Częściowo dopasuję je do samopoczucia, ale próbuję ustalić sobie granicę, której nie chcę przekraczać w żadnym wypadku, choćby niosło mnie jak na skrzydłach. Jutrzejszy trening ma w tym pomóc, potem w tygodniu przed startem zrobię pewnie jeszcze jakiś krótki, luźny bieg w tempie startowym. Niebezpieczeństwo polega u mnie na tym, że zapas prędkości mam ogromny i ryzyko zbyt szybkiego startu jest duże. A jeśli forma będzie mi rosła w takim tempie jak w ostatnich dniach, to na start może mnie wręcz roznosić energia - przynajmniej na pierwszych kilkunastu kilometrach. To jest poważne niebezpieczeństwo.

Ideałem byłaby druga połowa szybsza od pierwszej, ale to jest u mnie piekielne trudne. Z drugiej strony ostatnio paru moich podopiecznych dokonało tej sztuki, dlatego sam chętnie bym spróbował. W W-wie mój biegacz trzasnął drugą połowę prawie 5 minut szybciej niż pierwszą, poprawiając życiówkę o 26 minut, z poziomu 3.27 na 3.01. To było fantastyczne osiągnięcie, które wbiło mnie w fotel - czyli jednak można. A z nowszych, to w biegu w Chicago zwyciężczyni miała pierwszą połowę w 1.11, drugą w 1.08 - różnica wyniosła 2,5 minuty. No i Aga Gortel w Kolonii, gdzie zrobiła teraz życiówkę w 2:30 - też miała drugą połowę szybszą. Największym problemem w osiągnięciu tego, poza osłabieniem i moimi ścianami, jest to, że lubię biegać na krawędzi, to mnie nieraz gubiło. Przy biegu na skraju możliwości przyspieszyć jest bardzo trudno, raczej się zwalnia niż dodaje gazu.

Roboczo zakładałem tempo 3:40/km, co daje wynik 2:34 z dużym hakiem, czyli poprawę życiówki o 5 minut. Tego się nadal trzymam, ewentualnie zacznę wolniej, jeśli będę czuł, że osłabienie po antybiotykach nie puściło. A szybciej? Wolałbym nie zaczynać. O ile jeszcze na 3.38-3.37 w dobrym dniu mógłbym biec na luzie - robiłem w tym tempie na wiosnę biegi po 26 kilometrów, co dla mnie jest mega osiągnięciem - tak poniżej 3:35/km zaczyna się robić gorąco. Oczywiście po przebiegnięciu iluś tam kilometrów, bo na krótkim dystansie nawet 3:15-3:10/km w ogóle mnie nie rusza.

Na wiosnę biegałem, co prawda na zmęczeniu i po naturalnej nawierzchni, dość długi bieg ciągły w tempie 3:30/km, chwilami nawet poniżej. Pierwsze 11 kilometrów bez zająknięcia, czułem niesamowitą energię. Ale dwunasty nagle bez ostrzeżenia wyszedł w 3.37. Na trzynastym przyspieszyłem sporym nakładem energii - i było tylko 3.32. Na czternastym znowu wolniej - 3.35 i na tym wtedy skończyłem trening, żeby się nie przeciążać. Widać, że gdy lecę na krawędzi, od euforii do ściany jest bardzo blisko. To samo było rok temu w Pile - biegłem na luzie w tempie 3:30-3:25/km, a gdy rozochocony podkręciłem na 3:18, zniszczyło mnie to w ciągu kilku minut. Tempo 3:30/km przez pierwsze 10 kilometrów bawi mnie, nawet na treningu, gdy jestem zmęczony. A potem nagle jest zupełne odcięcie. W maratonie muszę więc bardzo uważać. Ba, każdy musi, ale ja jako typ szybkościowy muszę podwójnie, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie trafi.

No i pozostaje kwestia ostatnich dni. Do niedawna zbyt mocny trening kompletnie mnie wyniszczał, wystarczał jeden przesadzony dzień i forma totalnie pikowała. Teraz wydaje mi się, że było to spowodowane stanem zapalnym w szczęce, możliwości regeneracji były solidnie ograniczone. Nadal pozostaję jednak w grupie ryzyka, jeden krok za daleko i lecę w przepaść. Trzymajcie więc kciuki, żeby nie poniosło mnie na treningu, bo jak założę te Adiosy, to może być różnie...
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (8)
Zaktualizowano: 16/10/2013, 21:51

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

17/10/2013, 00:09
#
Hej!
Przede wszystkim spóźnione najlepsze życzenia urodzinowe ;)
Pechowo Ci się wydarzyło z tymi zębami, ale głowa do góry - dobrze wiesz jak nie jednen mistrz w historii sięgał po laury mimo tego typu przeciwności, więc nastaw się pozytywnie :)
Co do ściany na treningu, mogę się podzielić własnym doświadczeniem z okresu przygotowań do Rzeźnika. Na 10 dni przed startem, również wybrałem się na dalekobieżne przetarcie. Zrobiłem 40km crossu z 1,5l bukłakiem wody i 3 batonami energetycznymi. Tempo umiarkowane, pogoda wyśmienita, teren też nie należał do wybitnych jak na crossa, a mimo to po 33km zaczęły dziać się cuda nie wida... skurcze, nudności i totalna ściana w głowie. Nie robiłem po tym już żadnych akcentów poza spokojnymi niedługimi rozbieganiami i stretchingiem. Mimo obaw jakie wzbudził we mnie ten trening, zniosłem Rzeźnika rewelacyjnie, a więc i u Ciebie nic nie jest jeszcze przesądzone ;) Trzymam kciuki i liczę na Twoją życiówkę !
Pozdrawiam
Marcin Nagórek
17/10/2013, 19:18
#
Dzięki Thomas ; )

U mnie na dokładkę dzisijeszy bieg ciągły wypadł fatalnie, musiałem przerwać. Widzę, że do startu muszę robić już tylko krótkie, lekkie treningi i wolne, a co będzie, to będzie. Na pewno wolę być na starcie wypoczęty i niedotrenowany niż przemęczony ; )
Jarosław Jagieła
19/10/2013, 08:00
#
Mi maraton nie wychodzi, więc nie będe się wymądrzał. Ale po co Marcin aż tak szybkie 200-tki? I to po osłabieniu, wyjałowieniu przez antybiotyki? Postaw sobie sprawę jasno: po tych perypetiach z zębami nie liczyłbym na życiówkę. Organizmu nie da się oszukać, co pokazał po części ten długi trening.
Nawet jeśli sumiennie brałeś leki osłonowe, to i tak antybiotyk zrobił co chciał. Moim zdaniem ten Toruń jest dla Ciebie przegrany jeśli chodzi o wynik czysto sportowy.
Natomiast nie omieszkam śledzić Twojej relacji jeśli chodzi o sam przebieg zdarzeń, walki, determinacji, bo czasami nie życiówka, a właśnie walka na trasie z samym sobą jest solą całego naszego wysiłku.
P.S. W tygodniu przed startem baw się bieganiem, a nie trenuj :)
P.S.2 I niech duch Haile (poprzez buty) wspiera Cię do końca!
Marcin Nagórek
19/10/2013, 12:23
#
Jarek, te 200-tki biegałem w ostatnim czasie dlatego, że wcześniej przez dwa miesiące nie mogłem robić żadnego treningu szybkościowego z powodu bólu achillesa. Jestem więc mięśniowo i technicznie mało efektywny, zmulony. Robiłem to w celu przełamania tego stanu. A i tak trudno powiedzieć, czy się udało, bo 3:40 wydaje mi się w tej chwili prędkością szybką, niestety. Nadzieje na życiówkę opieram na tym, że czas maratonu mam słaby, więc może się udać nawet w marnej dysoozycji ; )
24/10/2013, 07:15
#
Trafiłem na Twój artykuł w wrześniowym "Bieganiu", przeczytałem, pokiwałem głowa i rzuciłem w kąt dopiero kilka dni temu wróciłem do niego i przeczytałem jeszcze raz.
Mam 36 lat (jeszcze) i biegam od 2007 roku, w tym roku przygotowując się pod debiut w maratonie wykonałem jak na mnie duuuże obciążenia i choć mógłbym teraz biegać po 3 godziny cały czas miałem problemy z szybkością, Po ponownym podejściu do Twojego artykułu porównałem obecny sezon do dwóch rekordowych z lat 2009-2010 wprawdzie byłem wtedy młodszy ale i biegałem wtedy więcej szybkich odcinków choć i tak nawet nie połowę tego co ty proponujesz i... było lepiej.
Wkurzyłem się po raz drugi uzmysłowiwszy sobie swoją taktykę. Przygotowywałem się w tym sezonie do debiutu w maratonie a był to tylko jeden start. W dodatku w 100% nieudany z różnych względów (może nie teraz o tym) a pozostałe starty na 10km czy 21 km nie dały mi nawet rezultatów bliskich życiówek.
Założyłem że bieganie półmaratonu na poziomie 1:36 to już nie dla mnie ale po kilku szybkich odcinkach na pobliskim tartanie orlikowym, który do tej pory omijałem szerokim łukiem jestem ciekawy efektu. Albo panie Marcinie staniesz się moim guru albo kolejnym samochwałą wciskającym ludziom rzekomą mapę do znalezienia świętego Grala.

W sprawie Twojego startu. Jeśli poprawisz Swoją życiówkę będziesz miał Swój sukces jeśli nie satysfakcję że się nie poddałeś choć nie raz to marna pociecha po wykoanej pracy.
Szczerze życzę Ci dobrego startu i trzymam kciuku dzień przed Twoim wyzwaniem mam urodziny więc będę pamiętał, Powodzenia.
Marcin Nagórek
24/10/2013, 09:21
#
Dzięki runnerski!

Co do tych przygotowań - sprawa jest sprawdzona, znam trochę biegaczy amatorskich w w wieku 35-60 lat. W twoim przypadku masz jeszcze wielkie rezerwy szybkościowe. Ktoś, kto ma przyzwoite warunki fizyczne (przede wszystkim bez nadwagi), w wieku poniżej 40 lat bez problemu może zejść poniżej 40 minut na 10km i 1:30 w połówce. Do tego naprawdę nie trzeba niewiarygodnych przygotowań, po prostu regularny i urozmaicony trening.

Powodzenia!
KAROL SZOR
25/10/2013, 10:52
#
Ja jestem tego żywym przykładem:)
26/10/2013, 20:18
#
Powodzonka Marcin.

Ja już jestem po ;) i nie było tak źle, mimo że akcenty biegałem w temperaturach < 10 stopni a na maratonie było + 20 a na finiszowych kaemach myślę, że nawet + 30 stopni ;)

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Kwiecień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin