10
10/2013
18:49
Moje tegoroczne przygotowania do maratonu idą jak po grudzie. Na początku września rozłożyło mnie przeziębienie i zatoki, a kiedy wydawało się, że wszystko jest dobrze i zrobiłem kilka solidnych treningów... zaczęły się problemy z zębami. Okazały się znacznie poważniejsze niż wskazywały na to pierwsze objawy. 

Muszę zaznaczyć, że jestem weteranem wojny z psuciem się zębów. Gdy byłem dzieckiem, lekarze traktowali mnie intensywnie antybiotykami, co mocno osłabiło moje uzębienie. W związku z tym pół życia spędziłem na fotelach dentystycznych i do dzisiaj bardzo się pilnuję, jeśli chodzi o dbanie o szczękę. Objawy zapalenia, jakie zaczęły mnie nękać dwa tygodnie temu, były więc znajome. Czułem, że to stare, niedobre kanały i potrzebne będzie solidniejsze borowanie. Nie spodziewałem się jednak aż takiego spustoszenia.

Miałem wrażenie, że boli mnie ząb u góry, siódemka, jeśli chodzi o ścisłość. Poszedłem do swojego aktualnego dentysty z jasnym poleceniem: rozwierć panie, siódemkę, żeby ulżyło mi w bólu, a potem poleczymy. Siódemeczka była wcześniej nieleczona, tzn miałem tam jakieś małe wypełnienie po drobnym ubytku, ale kanały nieruszane. Dentysta miał jednak obawy i wysłał mnie na rentgen całej szczęki. Żeby ulżyć w bólu, zapisał antybiotyk. I tu popełnił pierwszy błąd - antybiotyk okazał się za słaby, po 4 dniach musiałem go zmienić na inny, co kosztowało mnie masę niepotrzebnego cierpienia.

Nie wyprzedzajmy jednak faktów. Tego samego dnia wieczorem zgłosiłem się do niego ze zdjęciem i tu zaskoczenie - okazało się, że mam potężny stan zapalny nie w bolącej siódemce, a na dole szczęki, pod szóstką. Stan tak zaawansowany, że dentysta złapał się za głowę. Mówiąc wprost, zakażenie rozprzestrzeniło się na pół szczęki. Co gorsza, było to pod zębem leczonym kiedyś kanałowo, z założoną koroną. Żeby było śmieszniej, korona osadzona na trzech tytanowych wkrętach wkręconych w kanały. Całość musiała się rozwijać latami, a nie czułem nic, bo ząb, od którego się zaczęło, był martwy. Facet nie miał pojęcia, co z tym zrobić i odesłał mnie do poprzedniej stomatolożki, która to założyła. Poszedłem do niej kolejnego dnia, a bolało coraz mocniej. Kobieta przyjęła mnie po jakimś czasie, z tego bólu nie pamiętam już, czy było to w ten sam dzień, czy w kolejny. Na dzień dobry skrytykowała wybór antybiotyku, ale stwierdziła, że skoro już biorę, to niech pociągnę to kilka dni, zobaczymy, czy zadziała. Powiem od razu, że nie zadziałało. Potem rozwierciła mi koronę, powykręcała kołki, po czym wypełniła kanały i wyznaczyła wizytę po weekendzie.

Niestety, było tylko gorzej. Na tym etapie już nie biegałem, bo ból był tak straszny, że ledwo byłem w stanie cokolwiek zrobić. W nocy głównie chłodziłem ząb i dziąsło, bo przynosiło to lekką ulgę. Po zabiegach dentystki dziąsło mocno mi spuchło, było widać, że w kanałach coś się dzieje. Po pierwszej nieprzespanej nocy poszedłem do gabinetu, tym razem do jej męża (trzeci dentysta, jej nie było), żeby ponownie rozwiercił mi zęba. To powinno było przynieść ulgę. Nie przyniosło.

Po dwóch nieprzespanych nocach (mówiąc precyzyjniej, drugiej udało mi się zdrzemnąć na 3 godziny, potem trzeciej na dwie, ale było to właściwie już w dzień, nie w nocy) znowu powlokłem się do gabinetu i wspólnie z dentystką doszliśmy do wniosku, że antybiotyk nie działa i trzeba go zmienić. Brałem go już 4 dni - niepotrzebnie! Kolejny antybiotyk i pierwszego dnia dawka uderzeniowa: maksymalna ilość co 6 godzin. Nic nie pomaga. W sobotę rano, po trzeciej nocy bez snu zadzwoniłem do dentystki na komórkę i błagałem, żeby to wyrwała. Byłem już kompletnie wycieńczony, brałem i antybiotyk, i potężne dawki środków przeciwbólowych - nie pomagało. Chłodziłem tego zęba, płukałem alkoholem, dentoseptem, szałwią i rumiankiem. Dodatkowo przy użyciu igły i strzykawki płukałem kanały wodą utlenioną - nic. Nawet przekłułem dziąsło, żeby wypuścić nadmiar krwi i ropy. Dentystka stwierdziła jednak, że ząb jest do uratowania i najpóźniej w poniedziałek nowy antybiotyk zadziała. W poniedziałek! A była sobota, od trzech dni nie spałem i nie miałem ulgi w bólu nawet na chwilę... Cierpiałem niewyobrażalnie, chodziłem po ścianach, a minuty wlokły się jak wielkie ślimaki. Zacisnąłem jednak pośladki (zębów nie mogłem) i postanowiłem się trzymać.

Tak się złożyło, że w sobotę były moje urodziny. Najgorsze urodziny w życiu! Spędziłem je na zmianę w łóżku z lodem i pod kranem z zimną wodą. Nie pamiętam w ogóle, kto mi składał życzenia, byłem półprzytomny z cierpienia. O bieganiu oczywiście nie było mowy. Spróbowałem za to nowego, najmocniejszego środka przeciwbólowego - Solpadeine, mieszanki paracetamolu, kodeiny i kofeiny. Ryzykując wątrobą, przekroczyłem dozwoloną dawkę, ale ból wcale nie ustąpił. Od kodeiny czułem się kompletnie naćpany, a kofeina tak mnie pobudziła, że tej czwartej nocy w ogóle nie chciało mi się spać. To była zresztą noc najgorsza, ból był potworny. Nawet przy chłodzeniu, ulga minimalna. Postawiłem sobie krzesło przy umywalce i na nim spędziłem noc, bez przerwy płucząc i chłodząc. Nie ma to jak dobre urodziny.

Wreszcie w niedzielę rano, po 4 koszmarnych nocach, po tygodniu cierpienia i dwóch dniach nowego antybiotyku ból odrobinę zelżał. O 8 rano padłem z wycieńczenia i spałem do 15. Wieczorem znowu bolało, ale już nie tak mocno. Czułem się uratowany.

W poniedziałek ból tej dolnej szóstki zelżał na tyle, że poczułem... ponownie ból tej siódemki u góry! We wtorek byłem znowu u dentystki i okazało się, że do leczenia są oba zęby. Tej góry nie było widać na rentgenie, bo była tam bardziej martwica czegoś niż zapalenie. Przeżyłem więc skumulowany ból dwóch zębów! Jeden był punktem zapalnym dla drugiego. We wtorek spędziłem na fotelu dwie bite godziny, w środę trzecią. Nie pytajcie, ile zapłaciłem, ale wreszcie przestało boleć. Czekają mnie kolejne wizyty i miesiące leczenia, bo stan zapalny był potężny, zmiany w szczęce będą się cofały miesiącami. Wyjaśnia to jednak moje tegoroczne wyjątkowo silne przeziębienia połączone z zapaleniem zatok oraz ogólne nieco słabsze wyniki. Od miesięcy wyniszczał mnie potężny stan zapalny, upośledzając przede wszystkim zdolność do regeneracji. Odczułem to w tym roku bardzo mocno, bo po pierwszym mocnym starcie czułem się na tyle osłabiony, że nie doszedłem do siebie aż do mistrzostw Polski. Wspominałem o tym wcześniej, że z jakiegoś powodu nie mogę z siebie strząsnąć zmęczenia po mocniejszych biegach czy treningach.

Teraz powoli można podsumować bilans strat. Po pierwsze, kilka dni wypadło z biegania. I nie był to wcale odpoczynek. Po drugie, wyniszczenie organizmu antybiotykami - biorę je jeszcze do dzisiaj. Łącznie 10 dni. Po trzecie: ogólne osłabienie po tych przeżyciach, w tym nieprzespanych nocach. W ostatnich dniach zacząłem biegać, ale były to głownie krótkie rozruchy i raz luźne 200-tki. Najdłuższy rozruch to było 10 kilometrów, najkrótszy - dwa kilometry, po których czułem się tak słabo, łącznie z zawrotami głowy, że musiałem wrócić. Generalnie: marny trening do maratonu.

Dopiero dzisiaj zrobiłem solidniejsze bieganie, bo dopiero dzisiaj w pełni odespałem problemy. Poprzednie kilka dni to było również nadganianie zaległości z pracą, które nagromadziły się w ciągu tych kilku dni cierpienia, kiedy nie byłem w stanie nic zrobić. Dobiegłem 5km polami do lasu, tam pobiegałem szybsze 10 kilometrów i znowu 5km powrotu. Łącznie 20km. W lesie w dość nieprzyjemnym terenie: wyboje, kamienie, koleiny. Biegałem w tempie ok. 3:55/km. To jest mój stary odcinek, na którym kiedyś, zanim rozjeździły go ciężarówki wywożące drewno, robiłem bardzo solidne bodźce. Teraz warunki są trudniejsze, ale dało się biec. Ostatni kilometr mocno, wyszło 3:18. Nogi ciężkie, a co będzie dalej, zobaczymy.

Mam teraz mieszane uczucia co do maratonu. Z jednej strony wiem, że forma już rosła i była naprawdę niezła, teoretycznie więc powinienem na tyle dojść do siebie, żeby pobiec przyzwoicie. Z drugiej - nie wiem jeszcze, jak zniosę odstawienie antybiotyków, bo kiedyś, kiedy je brałem, najgorsze właśnie były te dni po. Straciłem też wiele treningu, a ponieważ do startu są 2 tygodnie i trzy dni, za wiele już nie pobiegam, trzeba bardziej myśleć o odpuszczaniu niż trenowaniu. Ewentualnie jeszcze w niedzielę zrobię dłuższe, spokojne rozbieganie, dystans pomiędzy 24 a 30 km, zależnie od samopoczucia. Potem trzeba odpoczywać i co będzie, to będzie. Najwyżej pobiegnę wolniej, a w wersji pesymistycznej bardzo wolno.

Trudno oprzeć się myśli, że moim przygotowaniom do maratonów towarzyszy jakiś dziwny pech. Mój słabszy rekord życiowy na tym dystansie wynika m.in z tego faktu. Nigdy nie miałem tak, że wszystko zagrało i biegłem maraton w szczytowej dyspozycji. Co będzie tym razem? Pospekulujmy: Warszawa miała świetną pogodę, Poznań prawdopodobnie też. Znając moje szczęście, na Toruń możemy spodziewać się katastrofy, np. trąby powietrznej.

Mimo wszystko nie mogę być w zbyt pesymistycznym nastroju. Mimo tylu dni cierpienia, mimo koszmarnych urodzin ulga, że ból ustał jest tak duża, że od razu bardziej docenia się życie. Mam więc zamiar optymalnie przebiegać najbliższe 2 tygodnie, a potem pojechać do Torunia i zrobić, co się da. Czyli nie dramatyzować, tylko działać. I tu mała tajemnica: postanowiłem zmienić buty. Ostatnie dwa maratony biegłem w Brooksach Green Silence. Bardzo lubię ten model, ale ponieważ buciki są już nieco zdeptane maratonami, półmaratonami i treningami, a mnie kusi od dawna spróbowanie zupełnie innego modelu, dzisiaj po treningu poklikałem i skusiłem się na coś nowego. Dojdzie w poniedziałek lub wtorek, kto chce, niech zgaduje, szczegóły będą w kolejnej notce. Jest to model, którego kupno kusiło mnie od dawna, dla niego złamałem zasadę, że nie płacę za biegówki więcej niż 200 zł... W ogóle dochodzę do wniosku, że jestem uzależniony od kupowania butów, ich ilość przyrasta szybciej niż jestem w stanie rozdeptywać. Chyba muszę zacząć więcej biegać. Ale poza tym ostatnim zakupem wszystko, co kupowałem, to były mega przeceny, okazje nie z tej ziemi.

Długie treningi robię teraz w bucie, w którym biegałem pierwszy maraton: w Mizuno Precision. Kusił mnie nawet start w nich, ale są nieco przyciężkie, no i zdeptane tymi długimi biegami. Dzisiaj natomiast biegałem w starych, prostych Adidas Attune, z praktycznie zerową amortyzacją.
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (7)
Zaktualizowano: 10/10/2013, 19:30

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

10/10/2013, 20:52
#
Marcin. Przeszedłeś mega bitwę z zębami. Można na to patrzeć pod katem pesymistycznym a można optymistycznym. W końcu będziesz miał porządek z zębami (przynajmiej na jakis czas :) ). Złe samopoczucie po zakończeniu kuracji antybiotyku nie wynika z jego odstawienia tylko dość długotrwałego eksponowania organizmu na substancje wyjaławiające nasz przewód pokarmowy. Sam stan zapalny robi swoje. Organizm po takiej kuracji i przebytej chorobie jest słaby sam w sobie a lepsze nasze samopoczucie mentalne po przebyciu danej choroby uzmysławia nam jak byliśmi i jesteśmy słabi fizycznie (taki mały paradoks). Jak człowiek umeczony gorączką, bólem nie skupia sie na czymś takim jak samopoczucie. Jak ból, gorączka minie zaczynami skupiac sie nad samopoczuciem nieprawdaż?
Skoro miałeś narastającą formę to sam mi wiesz że 100% jej nie znikło tylko mały ułamek. Masz jeszcze dużo czasu żeby zregenerować stan ogólny organizmu. Mieśnie które służą Ci do biegania raczej 6 i 7 nie maja :)a przynajmiej mam taką nadzieję :). Głowa do góry. Myśle że te dwa tygodnie pozwola Ci dojść do taiej formy, że jeszcze będziesz mile zdziwiony czego Ci bardzo życzę.
KAROL SZOR
10/10/2013, 21:30
#
Cześć Marcin,

na początek:Wszystkiego Najlepszego!
Czytając,aż mnie ciarki przechodziły!Masakra jakaś!W ogóle,to dlaczego zaliczyłeś aż 3 dentystów!?
Nic to.Co nas nie zabije to nas wzmocni!Mam przeczucie,że w Toruniu będzie dobrze:)
10/10/2013, 21:47
#
Współczucie wiem co to znaczy po nie wiem już ilu leczonych zębach kanałowo.
Jednego się nauczyłem nie ide do gabinetu dentystycznego leczyć zęba kanałowo który nie jest wyposazony w rentgen na miejscu i elektroniczny miernik głębokosci kanału. To pozwala szczelnie i do konca wypelnic kanały co z kolei zapobiega stanom zapalnym w przyszłości. Jeśli ta kobieta nie wypełniła Ci dokładnie kanałów i z tego sie zrobił stan zapalny powinna Ci oddać kasę za lecznie kanałowe i zrobić poprawkę za darmo bo to zwykła fuszerka i nic więcej.
Z ciekawostek, jeden partacz dentysta zostawił mi w kości ułamną igiełke do leczenia kanałowego. Teraz to pieknie wychodzi na kazdym rentgenie.
Wstyd.
Jest starsznie duży rozrzut cenowy i jakosciowy w tej branży w Polsce.
Marcin Nagórek
10/10/2013, 23:34
#
Tu jest właśnie pytanie, skąd się wziął problem. Jest możliwe, że kanały nie były wypełnione do końca, ale leczenie było już 8 czy nawet 10 lat temu, nie ma już dokumentacji ani zdjęć. Ta dentystka ma dobrą opinię, moi rodzice leczą się u niej i nigdy nikt nie miał takich problemów. Mógł też np. pęknąć kanał, samoistnie lub pod wpływem przeciążeń. Fakt, że tą stroną gryzę częściej i mocniej, może w związku z tym padły te dwa zęby? Z drugiej strony jeden z trzonowców jest w połowie ucięty, jest tam dość delikatna odbudowa, dlatego bardziej ją oszczędzam.

Te mierniki głębokości kanałów są ciekawe. Przez całą wizytę zastanawiałem się, czy to pikanie to jakiś sonar ; )

Zaliczyłem aż trzech dentystów, bo najpierw był mój obecny, najbliżej mnie. Potem ta babka, która jest blisko rodziców i do której chodziłem kiedyś. Trzeci to jej mąż, przyjmujący w tym samym gabinecie, który wiercił mnie doraźnie, bo zwijałem się z bólu, a żony nie było.

Dzięki za życzenia! Też mam jeszcze nadzieję, że się pozbieram - zobaczymy. Jak zwykle problem jest w tym, że o ile forma do krótkich biegów przychodzi mi szybko i naturalnie, tak maraton wypracowuję w bólach. Ale plan zakłada walkę ; )
12/10/2013, 09:00
#
o słodki Jezu, współczuję - wszystko mnie bolało podczas czytania i od razu obiecałam sobie, że czym prędzej umówię się do dentysty z zębem, co do którego mam wątpliwości. W ostatnich latach przeżyłam dwie takie masakry - jedną dzień po debiutanckich zawodach na 1000m i jednocześnie dzień przed ostatnim, najważniejszym egzaminie na II roku studiów.. a kolejną prawie dokładnie rok później, w przeddzień egzaminu licencjackiego :-) wobec tego przed magisterką muszę przynajmniej profilaktycznie odwiedzić dentystę..

BTW - bieganie hartuje. pierwszy z opisywanych koszmarów odbywał się akurat wtedy, kiedy intensywnie trenowałam, a wcześniej w życiu miałam już jedno kanałowe leczenie (kiedy jeszcze nie biegałam), podczas którego prawie umarłam z bólu. za drugim razem ból nie był wcale mniejszy, ale jak siedziałam na fotelu i konałam to skutecznie pocieszałam się faktem, że przynajmniej przy tym bólu fizycznym nie muszę jeszcze walczyć ze swoją psychą, jak na mocnych interwałach.. ;-)))) co za zboczenie..
15/10/2013, 12:10
#
A teraz moje pytanie. Po co było ratować tego zęba? Czy było warto?

Dentystów można podzielić na dwa obozy - jedni rwą wszystko jak leci jeszcze zanim się usiądzie w fotelu, a inni leczą do końca, mogli by cię złożyć do trumny, byle z pięknym uzębieniem...

A my musimy sami wypośrodkować. Z jednej strony mamy portfel, który będzie się długo zastanawiał, czy taniej będzie leczyć (i wywalić w ratach nawet kilka tysięcy) czy rwać za taniochę a za pół roku/rok zafundować sobie implant (który w sumie może być tańszy od całego leczenia!!) A z drugiej strony mamy wartość niemierzalną - nasze zdrowie. Z jednej strony zdrowiej, lepiej, jest mieć swoje własne zęby, ale z drugiej strony chory ząb sieje na cały organizm, ratować zęba kosztem płuc, serca, kości, mięśni, wszystkiego?? Jakiś ubytek, nawet duży - spoko, to się dzieje w obrębie jednego zęba, leczy się to zazwyczaj w godzinę. Ale jak już wchodzi stan zapalny dookoła, ropa... Dziś mamy taki postęp techniki, że możemy wyleczyć wszystko! Tylko jakim kosztem?

Ja dwa lata temu wylądowałem w szpitalu, podejrzewali zapalenie płuc, astmę, płukali mi oskrzela (prawie by mnie w tym szpitalu zabili) i wypuścili po dwóch dniach jako okaz zdrowia - a ja nie mogłem oddychać! Do tego ciągle na zmianę katar, grypa, angina. Dopiero po jakimś czasie trafiłem do dentysty - przy okazji. Na zdjęciu wyszły skopane kanały (ząb martwy, dłuuuuugo leczony parę lat wstecz, wpakowałem w niego kupę kasy!), ząb został wyrwany. Fakt że został trochę brzydko wyrwany i musiałem szybko wracać do dentysty żeby się nie wykrwawić, ale generalnie po tygodniu byłem już zupełnie zdrowym i w pełni sprawnym człowiekiem głodnym biegania :) Implant miałem sobie zafundować po ok 6 miesiącach (jak się wszystko na 100% wygoi) ale do dziś nie czuję potrzeby, jakoś sobie bez tego zęba radzę, z żołądkiem problemów nie mam, żyję i biegam :)

Po przeczytaniu Twojej historii życzę Ci tylko jednego - żeby już więcej ten ząb się nie odezwał a cierpienie nie poszło na marne!
Marcin Nagórek
15/10/2013, 19:20
#
Ioannah - życie to ból ; )

Kwolana - czy warto ratować? Według mnie oczywiście. Najważniejszym argumentem za jest to, że wszelkie ubytki w jamie ustnej są rekompensowane przez pozostałe zęby. Przeciążenia zaczynają się układać inaczej, czyli jest podobnie jak w umięśnieniu ciała. Całkiem możliwe, że moje obecne problemy są pokłosiem usunięcia siódemki z jednej strony szczęki parę lat temu i usunięcia połowy szóstki z drugiej strony. Zacząłem inaczej gryźć, obciążać mocniej niektóre zęby.

Co zabawne, chciałem nawet wypełnić ubytek po tej siódemce, ale nie mam jak. W grę wchodzi implant, ale mam na tyle cienką kość szczęki, że trzeba by najpierw poprowadzić długą i kosztowną operację jej pogrubienia. W grę wchodzi mostek i korony - ale zęby obok są na tyle zdrowe, że żaden dentysta nie chce ich szlifować i zakładać koron. W efekcie doradzają mi czekanie, aż zęby same się przesuną i zmniejszą dziurę, ewentualnie czekanie na nowe techniki dentystyczne, które ciągle się pojawiają (może komórki macierzyste i wyhodowanie w tamtym miejscu nowego zęba?)

Sztuczne twory typu implant nie są też wieczne, pomijam już ich koszmarny koszt - realna cena to co najmniej 5 tysięcy za sztukę. Nie wiadomo też, jaki będzie długotrwały efekt wkręcania ich w kość, czy np. po kilkunstu latach nie pojawią się jakieś efekty uboczne. Jestem w stanie wyobrazić sobie wiele, np. drgania i przeciążenia generowane przez implant na kość mogą spowodować deformację twarzy albo obrzeki w innych miejscach - to takie przykłady wymyślone na szybko. Naturalny ząb jest osadzony na miękkiej podbudowie z tkanek, lekko sprężynuje, amortyzuje - to zupełnie inna praca. Generalnie na razie w każdej dziedzinie medycyny, czasami po latach, okazuje sie, że naturalny twór ma wiele zalet, których nie posiadają ich sztuczne odpowiedniki.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin