12
09/2013
13:50
Na początku września obchodzę rocznicę rozpoczęcia treningu biegowego. Zacząłem biegać we wrześniu 2000 roku, czyli właśnie minęło 13 lat, zaczął się czternasty. To taka trochę umowna rocznica, bo wcześniej też odrobinę pobiegiwałem, np. zimą 1999/2000 przebiegłem ok. 70 kilometrów - przez całą zimę! A w wakacje roku 2000 po raz pierwszy wziąłem udział w biegu ulicznym, bez większych przygotowań zaatakowałem 15km w Jarosławcu. Morderczy bieg, który skończyłem z wynikiem 1:09 z dużym hakiem, a potem tydzień nie mogłem chodzić z powodu zakwasów i poranionych stóp. Buty, jakie wtedy miałem, nie były typowymi biegówkami, a skarpety jeszcze gorsze - grube typu frotte. To były trudne biegowe początki.

W styczniu 2006 zacząłem pisać niniejszego bloga - czyli za kilka miesięcy minie mi 8 lat, w tym czasie nie miałem przerwy dłuższej niż 2 tygodnie.

Czternasty rok biegania zaczął się pechowo. Pisałem ostatnio o moim bardziej objętościowym treningu i zamiarze atakowania połówki w Ustce. Miałem nie odpuszczać treningu i lecieć z marszu. Życie niestety zweryfikowało te plany. Dwa dni przed połówką padło mi gardło, potem zaczęło się przeziębienie i problemy z zatokami. A wcześniej dopadł mnie duży kryzys. To zresztą prawie zawsze wygląda u mnie tak samo: najpierw niewytłumaczalne osłabienie, a potem atak choroby. W zeszłym tygodniu szczyt słabości miałem w środę - wyszedłem na 10 kilometrów rozbiegania i musiałem chyba z sześć razy zatrzymać się, mimo żenującego tempa. Kompletnie nie miałem siły biec. Dzień później sytuacja uległa rozjaśnieniu - wieczorem zaczęło boleć mnie gardło. W piątek już nie biegałem, tylko leżałem rozbity. Wykończyły mnie i dłuższe treningi, i zmienna pogoda, i bardzo duża ilość pracy ostatnio - na szczęście powoli wychodzę na prostą. Tak to jest, że czegokolwiek bym nie robił, to zawsze raz na jesień i raz na wiosnę jestem mocno przeziębiony. Poza tym inne choroby mnie nie łapią, nie miewam grypy ani gorączki. Może więc to dobrze, że złapało mnie teraz, a nie bliżej maratonu. Układ odpornościowy powinien się wzmocnić przed jesienią i zimą.

W poprzednią niedzielę przemokłem doszczętnie. To była gwałtowna zmiana, w poprzednie dni upał, potem momentalnie zimno i deszczowo. Wyszedłem na bieganie wieczorem i lunęło niesamowicie. Padało wściekle, wiało, chowałem się pod drzewem, ale w końcu musiałem wracać, bo było coraz gorzej. Potem w poniedziałek przewiało mnie do szpiku kości, było +10 stopni i morderczy, lodowaty wiatr ze wschodu. Pod koniec tygodnia zaczęło się ocieplać i w sobotę stanąłem przed dylematem: jechać do Ustki czy nie? Ostatecznie pojechałem, ale z nastawieniem, że robię tylko rozbieganie. Było gorąco i słonecznie, więc mimo kataru postanowiłem się przebiec, łyknąć ostatnie promienie słońca, zsyntezować więcej witaminy D, wspomagającej odporność. A ponieważ na co dzień nie mam możliwości zrobienia treningu na asfalcie, chciałem zobaczyć, jak nogi zareagują na tę nawierzchnie po kilku miesiącach biegania po miękkim. Jednak w autobusie z Ustki do Rowów zacząłem powoli mieć wątpliwości - trasa okazała się mordercza! Dopiero na ostatnich kilometrach płasko, wcześniej podbiegi prawie jak w górach, non stop góra-dół. Zacząłem zastanawiać się, czy nie lepiej byłoby leżeć i kurować się.

Ruszyłem w spacerowym tempie 4:00/km. Pierwsza dyszka w 39:35, potem tempo mimowolnie wzrosło, druga dycha wyszła poniżej 38 minut, a ostatni kilometr w okolicach 3:20. Biegłem komfortowo, nastawiłem się, że choćby mnie kusiło, dochodzę co najwyżej do samopoczucia maratońskiego. Tempo maratonu planuję na okolice 3:40/km, tu było nieco wolniej, ale ze względu na chorobę, trudność trasy i solidny upał spodziewam się, że samopoczucie w październiku będę miał takie, jak teraz przy tym nieco wolniejszym. Dobiegłem w czasie 1:21:15, bez większego wysiłku, chociaż niestety znowu czuję, że asfalt mocno wchodzi mi w nogi. To będzie największy problem w maratonie, dlatego prawdopodobnie porobię trochę treningów na tej nawierzchni.

Ten tydzień to cały czas katar i zatoki, dopiero teraz powoli dochodzę do zdrowia. Nadal jednak czuję się wypruty z energii. W sobotę jadę do Gdańska na Bieg Westerplatte, ale nie spodziewam się szybkiego biegania. Liczę na to, że dojdę do zdrowia w 100% i po prostu przed ostatnią fazą przygotowania do maratonu sprawdzę, jak wyglądam na takim dystansie. Wczoraj po raz pierwszy od długiego czasu zrobiłem trening o charakterze szybkościowym - 10x200 metrów na asfalcie. Achilles zniósł to dobrze, czuję jednak nowy ból - w okolicach pachwiny. To wszystko efekt zmiany geometrii ciała, zmiany techniki biegu i tym podobnych zabaw - czyli terapii manualnej. Prędkość nie oszałamiała - zacząłem w 35 sekund i czułem się ciężki jak słoń. Mimo wszystko mam jednak organizm szybkościowca. Całość była w 35-33 sekundy, ale na ostatnim przycisnąłem i pobiegłem 30 sekund, mimo ogólnej ciężkości. Wytrzymałość ucieka mi momentalnie i trudno ją poprawiać, ale szybkościowo pozostaję mocny, nawet gdy nic nie robię - taka genetyka.

Z kronikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że ostatnio zmieniła się moja waga. Trening był łagodny, a cały czas bardzo intensywnie pracuję na siłowni. W efekcie jestem najcięższy w życiu, solidnie obudowałem się mięśniami, szczególnie na plecach i brzuchu. O ile w 2009, kiedy kręciłem życiówki na dystansach 3-5km, miałem jedynie 68 kg, czasami nawet mniej, a moja normalna waga startowa wynosiła przez lata 70 kg, tak teraz jest gorzej. Po siłowej zimie trzymałem w sezonie równą wagę 72 kg, ale w ostatnim czasie skoczyłem powyżej 73, a przez ostatnie dni licznik pokazuje nawet okolice 74! Czyli jestem ponad 5 kilogramów cięższy niż w roku, gdy byłem najmocniejszy na piątkę. Na dystansach 3-10 km na pewno ma to negatywny wpływ, bo mięśnie pożerają większą ilość tlenu. Ale w maratonie liczę wręcz na zysk. Bieg odbywa się w równowadze tlenowej, na prędkościach relatywnie bardzo  niskich, a problemem była dla mnie zawsze dezintegracja mięśniowa. Mięśniowo byłem wrakiem po każdym długim biegu i treningu, niezależnie od tego, czy biegłem szybko czy wolno. Liczę, że wzrost wagi, czyli mocniejsze ciało, chociaż trochę mnie przed tym uchroni. A jeśli nie, to przynajmniej będę mógł dorabiać na bramce w dyskotece ; )
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 12/09/2013, 14:03

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

16/09/2013, 06:51
#
Jak po biegu? Pozdrawiam
Marcin Nagórek
17/09/2013, 20:08
#
Wpis w drodze ; )
14/02/2014, 10:09
#
Witaj Marcin!

Marcin, proszę o radę. Cały poprzedni tydzień byłem przeziębiony, więc nie biegałem. Miałem stan podgorączkowy 37,4.
Jak po tygodniowej przerwie spowodowanej przeziębieniem wrócić spokojnie do biegania?

Pozdrawiam
Marcin Nagórek
14/02/2014, 22:42
#
To trochę zależy od tego, jak trenowałes wcześniej. Ale generalnie pierwsze 4-5 dni na dużym luzie, np 30 minut spokojnie, 20 + przebieżki + 20, 40 minut, 50 minut. I piątego dnia już jakiś lekki akcent, np. podbiegi 100-200m. Jeśli trenujesz co drugi dzień, to ten wzrost może być nawet szybszy, bo wtedy masz extra dni wypoczynku pomiędzy startami. Na pewno kluczowe są te pierwsze dni, a po tygodniu jeśli nie byłeś mocno osłabiony, można już wejść w pełen trening.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Cel: maraton
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin