28
07/2013
19:04
Wracam z Inowrocławia na tarczy i to niemal dosłownie. Moje ego podpowiada mi przy tym złośliwie: a nie mówiłem? Bo jakieś 3 dni temu, patrząc na prognozy pogody i oceniając swoje samopoczucie, pomyślałem, że racjonalnie byłoby odpuścić ten start. Ale nienasycona część duszy myślała, że nie ma się co poddawać, trzeba pojechać i zobaczyć, co będzie. Pojechałem więc, pobiegłem i nie ukończyłem tego biegu. Straszliwy upał omal mnie nie wykończył.

Swoje nadzieje opierałem na płonnych podstawach. Po pierwsze, zakładałem, że organizator zawodów być może zgodzi się przenieść start na późne godziny wieczorne. Osobiście z nim rozmawiałem i był bardzo chętny, ba - stwierdził, że sam zaproponował to w pierwotnych założeniach. I uwaga, tutaj będzie spora dygresja, pokazująca, na jak wysokim szczeblu podejmowane są tego typu decyzje i jak sprawnymi i odpowiedzialnymi instytucjami są polskie związki sportowe.

Jest w Polskim Związku Lekkiej Atletyki wybitny i zasłużony działacz sportowy, niejaki pan Witwicki, któremu na tych łamach chciałbym podziękować za nienaganną postawę moralną oraz wieloletnią, niezłomną pracę u podstaw. Nieważne jakich podstaw. Jego życiową misją jest wymyślanie BARDZO POWAŻNYCH I SKOMPLIKOWANYCH przepisów oraz uprzyjemnianie życia zawodnikom na wszelkie możliwe sposoby. Jednym z jego najznamienitszych dokonań jest niedopuszczenie dwa lata temu do startu aktualnej wtedy mistrzyni Polski na dystansie 10 000 metrów, bo - jak się precyzyjnie doszukał, rok wcześniej jej poprzedni klub nie dochował (w jego opinii) pewnych skomplikowanych procedur zmiany barw klubowych. Rok wcześniej, a przez ten rok zawodniczka startowała, można domniemywać, że w pełni nielegalnie. Nie ma papierka, nie ma startu, mistrzyni musiała wracać do domu z płaczem.

Bodajże rok temu pan działacz zadziałał niemal równie skutecznie: po wnikliwym śledztwie odkrył, że aktualna wtedy wicemistrzyni na swoich badaniach lekarskich dopuszczających do uprawiania sportu ma pieczątkę lekarza sportowego, który nie ma uprawnień do orzekania u osób powyżej 21 roku życia. Co prawda zawodniczka przechodziła te badania w wieku lat czternastu, ale że obecnie ma więcej, działacz oderwał się od swojego bogatego w wydarzenia życia, przerył przez kroniki Polskiego Towarzystwa Medycyny Sportowej i wykrył, że ten numer licencji lekarza oznacza konowała, którego on nie może zaakceptować. Zrobił to dwa dni przed startem i chwała mu za to, bo oczywistym jest, że ten niezwykle istotny fakt mógł mieć bardzo poważny wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa oraz pokój na świecie. Wicemistrzyni zamiast odpoczywać, obdzwaniała wszystkich lekarzy sportowych w Polsce, wypytując, czy mają oni uprawnienia do orzekania wobec osób starszych, bo - uwaga - te dane są tajne! Ustawa o Ochronie Danych Osobowych. Trzeba było na własną rękę zlokalizować każdego lekarza z osobna, ustalić numer telefonu, zadzwonić i dopytać o szczegóły jego uprawnień. W pierwszym województwie nie było takiego ani jednego, na szczęście znalazł się w drugim i start doszedł do skutku.

Widzicie, że z przepisami nie ma żartów. Pan Witwicki jest niezłomnym strażnikiem (wymyślonych przez siebie) przepisów. Dzięki tym licznych i sprawiedliwym paragrafom młodzież szeroką ławą garnie się do uprawiania biegów, a kibice tłumnie szturmują stadiony. Nic więc dziwnego, że tegoroczne mistrzostwa Polski kobiet na dystansie 10 000 metrów zgromadziły rekordową liczbę 9 (słownie: dziewięciu) uczestniczek oraz ok. 15 (słownie: piętnastu) kibiców. Wśród mężczyzn bogactwo listy startowej aż biło po oczach: 19 uczestników, słownie: dziewiętnastu. A przy tym w tym roku wyjątkowo organizator ufundował dla pierwszej trójki całkiem pokaźne nagrody finansowe, co z pewnością podniosło frekwencję.

Nic więc dziwnego, gdy okazało się więc, że organizator biegu nie może tak sobie na bezczelnego ustalać godziny startu o dowolnej godzinie. Przecież sędziowie muszą wrócić do domu, a że zwykle są to panowie w wieku zaawansowanym, nie będą wracać po ciemku. Z pewnością naruszyłoby to jakieś ważne i koniecznie potrzebne w sporcie przepisy. Nie zdziwcie się więc, że mimo tego iż wszyscy uczestnicy mistrzostw Polski, ich trenerzy, sam organizator zawodów, a prawdopodobnie i tych piętnastu kibiców, chętnie widzieliby start np. o godzinie 21, z Warszawy od pana Witwickiego popłynął jasny komunikat: nie da się. A czym takim jest bieganie marnych dziesięciu kilometrów, w palącym słońcu i temperaturze 30 stopni w cieniu? Jest tego dokonać w stanie każdy.

Najpierw więc kobiety, a potem mężczyźni mieli tę przyjemność, że bez wyjazdu do Afryki mogli sprawdzić, jak to jest biec w warunkach saharyjskich.

Pojechałem na start, czas przed rozgrzewką spędziłem na chłodzeniu się pod zimnym prysznicem, potem rozgrzewka, potem powrót pod prysznic ; ) Zaczęliśmy bieg i właściwie interesowała mnie tylko życiówka. Pierwszym nieprzyjemnym zaskoczeniem okazał się ból łydki. Czułem go już wcześniej, ale wydawało mi się, że to bardzo silny zakwas, ewentualnie leki przykurcz. To takie uczucie, jakie się ma chwile po bolesnym skurczu, taka jakby nieprzyjemna grudka w mięśniu. Kilka poprzednich dni spędziłem, biegając bardzo wolno i regeneracyjnie, w butach, a nie w kolcach i to uczucie nie przeszkadzało mi. Ale gdy robiłem przed startem ostatnią przebieżkę, w kolcach, zakuło nieprzyjemnie i musiałem przestać odbijać się z palców.


Na zdjęciu całkiem prawdopodobna przyczyna urazu łydki: tydzień temu w Toruniu podcięty z tyłu tańczę, podskakuję, a potem ciężko ląduję na stopie - ten na zewnątrz, z lewej strony. Chwilę wcześniej było to samo, tylko nieco łagodniej. Nie było w tym jednoznacznej winy biegacza z tyłu: zablokowany i wypychany, przesunąłem się na zewnątrz i nie miał jak mnie ominąć. To się zdarza w biegach, gdzie jest tłok i duża prędkość.

Pierwsze 2km pokonane w tempie 3:02/km, czyli na interesujący mnie wynik. Na trzecim tempo zaczęło powoli spadać. Muszę przyznać, że organizator biegu starał się nam pomóc jak mógł: na bieżni ustawiono stoisko z wodą i mokrymi gąbkami. Po trójce było mi jednak gorąco jak w piekle. Na czwartym kilometrze zwolniłem mocno, sprawdzając, czy jestem w stanie zregenerować się i ewentualnie próbować podkręcić tempo później. Ale nic z tego, czułem się jak wygotowany we wrzątku. Znalazłem się więc w następującej sytuacji: bez szans na dobre miejsce, bez szans na życiówkę, z możliwością pogłębienia urazu łydki i z perspektywą cierpienia jeszcze przez sześć kilometrów. Wiem, wiem, następnym razem wymyślę sobie jakąś intencję, np. że niosę krzyż i cierpię w imieniu wszystkich grzeszników z Inowrocławia. Tym razem jednak stanąłem po stronie potępieńców: doszedłem do wniosku, że znacznie przyjemniej będzie, jeśli to inni pocierpią za mnie, a ja przystanę, schowam się w cieniu i napiję czegoś zimnego. Zszedłem do boksu. Łydka bolała mocno.

Wyjazd okazał się więc niewypałem pod względem sportowym. Skorzystałem tylko towarzysko: spędziłem dwa wieczory z gromadką znajomych biegaczy i trenerów, dzięki czemu nadrobiłem kilkumiesięczne zaległości towarzyskie. Wiem już, kto z kim, gdzie i kiedy. Kto ma formę, a kto jej nie ma i dlaczego. To cenna wiedza, być może warta podróży do Inowrocławia ; )

W drodze powrotnej zastanawiałem się nad dalszymi planami. Pierwotnie chciałem pobiec w Biegu Świętego Dominika za tydzień, a potem parę dni odpocząć. Zacząłem mieć jednak wątpliwości. Otóż "Dominik" to bieg, podczas którego zanotowałem dwa z trzech swoich najgorszych biegów w życiu (trzeci był w Lęborku, który odbywa się w prawie tym samym terminie). Jest to specyficzny wyścig, rozgrywany częściowo na nietypowej, płytowej nawierzchni, która nie każdemu służy. Do tego tam jest zawsze gorąco. To jest pierwszy weekend sierpnia i sam środek miasta. Pali słońce, a dodatkowo ciepło oddają stojące ciasno kamienice. Start jest bodajże o godzinie szesnastej. A to nie wszystko! Licznie zgromadzona publiczność (to najlepszy pod tym względem bieg w Polsce) namiętnie oddaje się pałaszowaniu pizzy, smażonej ryby i karkówki z grilla. Biegnie się w dymie papierosowym i wśród tych zapachów. Dla mnie to jest zbyt ciężka próba i dlatego nigdy nie pobiegłem tam dobrze. Prędzej czy później dopada mnie uporczywa myśl, że w gruncie rzeczy wolałbym się znaleźć po drugiej stronie barierki, ogryzać rybkę z grilla i patrzyć z uśmiechem na półżywych i spoconych nieszczęśników, biegających w kółko. Taka myśl, gdy już raz zakiełkuje, jest jak incepcja - trudna do odpędzenia. A przy tym znacznie zmniejsza determinację konieczną dla uzyskiwania dobrych wyników.

Nie mam więc jeszcze pewności, przemyślę to w tygodniu, ale całkiem możliwe, że już teraz zrobię zaplanowaną przerwę wypoczynkową. Przyznam, że moja motywacja do startów ostatnio spadła. Moim głównym celem na wakacje była poprawa życiówki na dystansie 1500m. Dałem sobie dwie szanse i żadnej nie wykorzystałem: podczas memoriału Sidły i w czasie mistrzostw Polski w Toruniu. Zabrakło 5 sekund. Chwilowo mam dość startów, a panujące upały umacniają mnie w tym przekonaniu. Nie znoszę biegania w takiej temperaturze, czuję się słabo, jak kurczak zdjęty z rożna, do tego w takiej temperaturze zaczyna mi dokuczać nieodczuwalne zwykle uczulenie na jakieś wredne roślinki.

Muszę przy tym uchylić rąbka tajemnicy: od drugiej połowy czerwca jestem zapisany na maraton w Toruniu. Nie jest jeszcze pewne, czy ta impreza się odbędzie, okaże się to wkrótce, ale wybrałem ją z dwóch względów: po pierwsze, Toruń to fajne miasto, a po drugie: to jest sam koniec sezonu i jest nadzieja, że w końcu będzie zimno. Podczas maratonu nie będzie mi przeszkadzał nawet mróz, chcę jedynie, aby było mniej niż 20 stopni. Na dzisiaj bardzo poważnie rozważam więc taką opcję: odpuszczam na razie starty, odpoczywam, relaksuję się, a potem wskakuję znowu w trening i jesienią biegnę maraton. Ten nieudany Orlen z wiosny trochę podrażnił moją ambicję. A sytuacja tu jest inna niż na takie 1500m. Tam mam wynik na całkiem wysokim poziomie i dla jego podbicia konieczne jest spełnienie wielu warunków, czyli w dużej mierze zależy to od szczęścia. Maraton zaś nadal pozostaje moją piętą achillesową i tutaj bez wielkiej filozofii teoretycznie możliwe jest poprawienie najlepszego wyniku nawet o 10 minut.

A i jeszcze news: o mistrzostwach Polski blogował też Michał Smalec: http://www.magazynbieganie.pl/mistrzostwa-polski-na-10-000-m/ Odczucia podobne do moich ; )

Kategoria: Starty 2013
Komentarze: (15)
Zaktualizowano: 31/07/2013, 11:46

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

28/07/2013, 22:22
#
Ciekawa opcja z maratonem, z chęcią śledziłbym Twoje przygotowania. Powodzenia, zdrowia i motywacji!
Marcin Nagórek
28/07/2013, 23:18
#
Przygotowania będą takie, na jakie pozwoli moje lenistwo i niechęć do zbytniego przemęczania się w biegu ; )
30/07/2013, 17:16
#
Marcin muszę przyznać, że Cię podziwiam. Pomimo tego, że czasem osiągasz Słabsze wyniki (co jest w treningu nieuniknione). To cały czas biegasz dalej i nawet nie myślisz o tym, żeby założyć buty na kołku i zakończyć swoją sportową przygodę. Skąd czerpiesz motywację do tego? Pytam, bo ja pomimo tego, że jestem kilka lat młodszy (chociaż biegam pewnie dużo dłużej niż ty) od mniej więcej dwóch sezonów odczuwam znużenie bieganiem i cały czas się waham czy nie rzucić tego w diabły. Ale po jakimś czasie znów mi tego brakuje. Ta moja niska motywacja oczywiście powoduje to, że wyniki są ostatnio u mnie marne. Dodam, że też biegam na bieżni i właściwie prezentujemy podobny poziom.
Jeśli potrafisz to poradź gdzie szukać motywacji:)
Marcin Nagórek
30/07/2013, 19:14
#
Ciekawa kwestia, może warta osobnego wpisu ; ) Myślę, że przede wszystkim nie należy nakładać na siebie zbytniego ciężaru oczekiwań i pozwalać, żeby bieganie stało się jedynym celem w życiu. Ja mam postawę wyluzowaną, nie podskakuję z radości po dobrych biegach i nie przejmuję się porażkami. Próbuję robić coś poza bieganiem i staram się mieć znajomych, którzy nie mają o tym nawet pojęcia. To utrudnia robienie jakichś mega wyników, bo motywacja czasami rzeczywiście siada, ale z drugiej strony daje pewien dystans.

Pisałem kiedyś tam, że pogodziłem się z tym, że nie będę rekordzistą świata, nie czuję też w sobie determinacji, żeby trenować 2x dziennie i pilnować wielu drobiazgów, które być może są potrzebne do wyników na poziomie. Robię tyle, na ile pozwalają mi okoliczności i nie nakładam na siebie poczucia winy z tego powodu, że mógłbym trenować więcej czy mocniej. I kto wie, czy to nie daje bardziej pozytywnego niż negatywnego efektu.

Czyli - traktuj bieganie jako miłe hobby, pozwalające zwiedzić kawałek świata, poznać fajnych ludzi, być może stworzyć kiedyś jakieś perspektywy zawodowe, ale nie daj się wpędzić w pułapkę, że coś musisz, że wszystko albo nic albo że jak Ci nie wyjdzie, to jesteś gorszy niż inni. Ja lubię mówić, że robię wszystko, co mogę, żeby biegać dobrze, ale w ramach jakiegoś mojego małego świata. Może gdybym biegał więcej, byłbym w lepszej formie, ale może złapałbym kontuzję. Na pewno zaś byłbym mniej zadowolony z życia. Dlatego trenuję w sposób, który pozwala mi zachować równowagę fizyczną i psychiczną.

Rok temu pozwoliło mi to po długie przerwie zrobić spory skok wynikowy na dystansie 1500m, w tym roku jest gorzej, ale czerpię z tego takie same zadowolenie. I rok się jeszcze nie skończył, mam już nowe wyzwania na jesień, na tym się skupiam, nie myślę o tym, że gdzieś tam mogłem pobiec szybciej czy inaczej. 5 minut po biegu zapominam po nim, na dodatek wyleję wszystkie wrażenia na bloga i zostawiam to za sobą.

Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno? Mówiąc jeszcze inaczej - nie rezygnuj z marzeń, ale też nie nakładaj na siebie jakiejś mega presji. Na świecie jest miejsce i dla Usaina Bolta, i dla takich jak my. A czasami można czerpać inspirację z tego, co robią inni. Np. w tym roku Tomek Osmulski - biegał chyba z 10 lat na poziomie słabszym ode mnie i nagle trzasnął 3.39 na 1500m! Wspaniała i inspirująca historia.

Keep going, man ; )
30/07/2013, 21:25
#
Szczerze to bieg Tomka też mnie zainspirował. Ciekawy jestem jak doszło do tak znacznej poprawy rekordu życiowego. Czy to ciężka praca wykonywana z roku na rok, która w końcu przyniosła efekty. Czy zmiana bodźców, może trenera. A może jakiś obóz wysokogórski? Nie często się zdarza żeby po tylu latach biegania już przecież w dosyć zaawansowanym wieku jak na sportowca tak znacznie się poprawić.
Może Tomek czyta ten blog i zechce uchylić rąbka tajemnicy:)
Marcin Nagórek
30/07/2013, 21:43
#
Nie wiem, jaki to trening, ale wiem, że Tomek trenuje z byłym trenerem Adama Kszczota. Czyli ma tu jakąś inspiracje i motywację do pracy. Myślę, że to głównie konsekwencja i stopniowy progres. To był mega wystrzał, ale zwróć uwagę, że on w poprzednich latach dobrze pobiegł 10km. Czyli na pewno poprawił się wytrzymałościowo, a do tego potrzeba dość długiej, cierpliwej pracy. Zakładam roboczo, że to była metoda (wytrzymałość + siła), bo szybkościowo on nie prezentuje się na razie mocno, mam tu na myśli wynik w biegu na 800 metrów. Chyba że po prostu nie biegał tego dystansu, gdy był w formie.
31/07/2013, 08:47
#
Mam pytanie trochę z innej beczki. Jaka jest twoja opinia na temat biegania technika wg dr Romanowa czyli metoda POSE? Masz jakieś z tym związane doświadczenia? Czy warto się w to zagłębiać?
Marcin Nagórek
31/07/2013, 10:31
#
Nie znam metody Romanowa aż tak dobrze, żeby podawać ostateczne oceny. Widzę to jednak tak: praca nad techniką i ogólną równowagą/stabilnością ma sens - sam to robię. Z drugiej strony wydaje mi się, że Romanow to jest skupienie się na tym posunięte do ekstremum. Powiedziałbym więc, że warto czerpać z tego inspirację, ale niekoniecznie stosować tę metodę w 100%.

Przy okazji mam ciekawostkę, w mniejszym stopniu a propos techniki, a w większym poprawy stabilności całego ciała. Chodzę do tej swojej terapeutki, teraz miałem przerwę. W wynikach biegowych nie widać na razie żadnej zmiany (chyba że taką, że osiągam na razie praktycznie to samo co wcześniej, biegając nawet o połowę mniej), ale są zmiany w ciele. Zanikają mi lub zmniejszyły się dziwne zniekształcenia stóp w okolicach achillesa, a mięśnie brzucha robią coraz bardziej "proste". Do tej pory na brzuchu jedna strona mięśni prostych była przesunięta w stosunku do drugiej, nie był to idealny kaloryfer. To efekt początków krzywicy w wieku niemowlęcym. I widzę, że powoli wraca to na swoje miejsce po tych zabiegach.

Czyli takie pozornie dziwne metody mogą mieć zaskakująco dobre skutki, nie tylko w samym bieganiu, ale w całym życiu.
31/07/2013, 18:28
#
Mam pytanie odnośnie czapeczek podczas biegu. Czy przepisy lekkoatletyczne zabrabiają na bieżni biegać w czapeczkach. Widzę, że wszyscy lecicie z gołymi głowami a jak piszesz upał był na maxa. Pot szczypiący w oczy to raczej nic przyjemnego.
Marcin Nagórek
31/07/2013, 19:13
#
Bartek, ja teraz odpoczywam ; ) A piątka tam to będzie masakra - 1000 osób na takiej trasie.

Jass - czapeczki można mieć, ale wiele nie pomagają. A jeśli słońce mocno nie świeci, to jest wręcz goręcej. Pot zaś łatwo zetrzeć ręką.
01/08/2013, 10:17
#
No i chwała Bogu, że można mieć czapeczki. Trochę się martwiłem bo pracodawca zgłosił mnie do jakiegoś biegu na bieżni, w życiu jeszcze w czymś takim nie uczestniczyłem a pocę się jak świnia to byłby problem.
02/08/2013, 11:54
#
A co Marcinie powiesz o cenach biletów/karnetów na HMŚ w Sopocie? Jedna z nielicznych szans, żeby zobaczyć "czołówkę" światową (wiadomo, że część nie przyjedzie na MŚ w hali) w Polsce, na żywo. A ceny mocno zaporowe...
Mnie było bardzo smutno, bo od dwóch lat czekałem na tą imprezę...
Marcin Nagórek
02/08/2013, 19:23
#
Przyznam, że nic nie wiem o tych cenach. Ale nie łam się - poczekasz jeszcze parę miesięcy, nie zejdzie im i obniżą o 80% ; ) Jeżeli tak jak mówisz, są bardzo wysokie, to nie sądzę, żeby to się w Polsce sprzedało. Mała popularność lekkiej atletyki w połączeniu z wysokimi cenami... Chyba że frekwencję zrobią goście zagraniczni - ale jakoś w to wątpię.
13/08/2013, 21:57
#
Prezes,
Napisałbyś coś... MŚ w LA w toku, a tu cisza. Skandal ;-)
Marcin Nagórek
15/08/2013, 12:20
#
Zgodnie z życzeniem ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Następny: Po przerwie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Czerwiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin