06
06/2013
12:42
Nie można być zbyt poważnym i non stop pisać tylko o bieganiu. Zdaję sobie sprawę, że dla mnie to fascynujące, iż wczoraj robiłem 12 kilometrów, dzisiaj zrobię dwanaście, a jutro dla odmiany 6+6. Wiernych czytelników bloga może to jednak zmęczyć. Dlatego dzisiaj jest moment odetchnięcia. Niniejszy wpis zawiera "playlistę nr 1" wraz z komentarzem - utwory, które słucham w czasie szybkich biegów na bieżni. To jest idealna kompozycja na szybkie, 40-minutowe tempo. Być może komuś się przyda; kogoś zainspiruję, wzruszę, zmienię świat na lepsze. Playlista jest piekielnie energetyzująca, stworzona na mocne bieganie. Powoli pracuję nad drugą, ale jeszcze ta wymaga lekkiego dopracowania. Piosenki muszą być bowiem odpowiednio mocne, w odpowiednio szybkim rytmie, a przy tym dość zróżnicowane. To nie może być monotonna łupanka, bo wtedy spada mi poziom kwasu mlekowego we krwi.

Muszę przyznać, że długo nie biegałem z muzyką na uszach. Wydawało mi się to i jakieś takie lamerskie, i niebezpieczne. Zwykle śmigałem w odkrytej przestrzeni, a tam, jak na froncie, trzeba mieć oczy i uszy dookoła głowy. Atakowały mnie psy, dziki, sarny, ludzie; rozjeżdżały samochody, rowery, ciągniki, ba - kiedyś na treningu z powietrza nastąpił atak sokoła wędrownego, trenowanego do polowań przez znajomego leśnika. Muzyka kompletnie do tego nie pasowała.

Wszystko zmieniło się, gdy pod koniec zeszłego roku zacząłem biegać dużo na bieżni w siłowni. Co zaskakujące, polubiłem to i teraz, mimo niezłej pogody, regularnie 1-2 razy w tygodniu biegam w pomieszczeniu. Tam muzyka dudni na całego, ale nie zawsze mi pasuje. Kiedy puszczą coś smętnego, chce mi się płakać, a nie walczyć z dystansem. Być może są tacy, którzy lubią na treningu relaksować się i słuchać o tym, że on kocha ją, a ona jego nie, życie nie ma sensu, a na świecie powinien zapanować pokój. Mnie to nie rusza, wręcz odbiera energię. W trakcie biegu, a biegam zwykle szybko, wolę teksty i rytmy podnoszące adrenalinę, mówiące o przemocy, zabijaniu, podpalaniu, gwałtach, mordobiciach i masowych eksterminacjach. Wtedy jestem nakręcony i pożeram kilometry jak myszoskoczek pestki słonecznika.

Gdyby ktoś nie zauważył - tytuły są klikalne, przenoszą w miejsca, gdzie można odsłuchać dany utwór.

1. Apocalyptica - Quutamo

Po wskoczeniu na bieżnię zaczynam od razu dość energicznie, ale jednak z pewną nieśmiałością. Pierwszy kilometr ustawiam w tempie 4:10-4:00/km, a dojście do tej prędkości trwa na bieżni ok. 30 sekund. Potrzebuję bitu, który jest dość mocny, ale jeszcze nie morderczo mocny. Ma mnie lekko nakręcać, zbudować nastrój, dać motywację do ataku. Takie jest właśnie Quutamo. Z jednej strony chce się na tym płakać, a z drugiej - uszy atakuje pobudzająca ściana dźwięku, te wiolonczele są niesamowite. Myślę, że sam Mozart by to docenił.

2. The Hellacopters - Before The Fall

W podanym linku sama piosenka zaczyna się w 38 sekundzie. To jest wersja koncertowa, dość marna, ja mam studyjną. Prawdę mówiąc tekst jest drugorzędny i nawet się w niego nie wsłuchuję. Po monumentalnym, apokaliptycznym wprowadzeniu w trening tutaj zaczynam chyżo kręcić nogami, słuchając tego szybkiego rytmu. Podkręcam bieżnię do 3:40-3:10/km, zależnie od samopoczucia dnia - i młócę. To jest właściwe rozpoczęcie biegu. Dostaję przy tym takiej mocy, że czasami boję się, że bieżnia nie wytrzyma.

3. I Will Survive (ska cover by Snuff)

Na drugim, trzecim kilometrze jest ryzyko, że tempo biegu zacznie spadać. Właściwie to na bieżni to ryzyko jest dość niewielkie, ale tak czy inaczej jest wtedy potrzeba mocnego pobudzenia. Zaczyna się pierwsza zadyszka i organizm może się buntować przeciwko mocnemu tempu. I właśnie w tym momencie dostaję zastrzyk energii w postaci tego fantastycznego coveru. Polecam słuchanie wybiórcze - zignorowanie części tekstu mówiących o rozstaniu, a skupienie się na linijkach mówiących "walk out the door" - w domyśle: wyjdź na trening; "it took all the strength I had not to fall apart" - w sensie, że z całej siły trzeba trzymać tempo; no i ten wyryczany refren - I will survive! Tak, i will survive, choćby central governor krzyczał, że nie, choćby jony wodorowe mieszały we krwi, choćby zmniejszała się zawartość tlenu w powietrzu. Przetrwam ten trening. Przy tej piosence osiągam taki moment obrotowy, że zwykle tempo jest za niskie i zderzam się z przodem bieżni. Nie podkręcam jednak, bo wiem, że najgorsze przede mną.

4. Bullet for my Valentine - Hand Of Blood

Ten kawałek ma dość spokojny, monotonny rytm i bardzo agresywny wokal. Pozwala uspokoić rytm biegu po poprzedniej naparzance, a przy tym jest na tyle mocny, że pobudzenie nie spada. Znowu przydaje się słuchanie wybiórcze i zwracanie uwagi na linijki typu :
I saw you run, I saw you run away - w domyśle, że trzeba gonić, gonić. Generalnie ten rytm nie wzbudza we mnie zbyt dużych emocji, ale jest coś, o czym wiedzą tylko wtajemniczeni: to jest kawałek ze ścieżki dźwiękowej do gry "Need for Speed". Dawno, dawno temu spędziłem wiele godzin na szaleńczej jeździe ulicami miasta z prędkością ponad 250 km/h, taranowaniu innych użytkowników drogi oraz ucieczkach przed policją. Wspomnienie tego nadal gdzieś tam żyje, to jest podświadomość, dlatego przy tej muzyce tempo biegu nie ma prawa spaść.

5. Avenged Sevenfold - City of Evil

A skoro o "Need For Speed" mowa, to była tam piosenka, która sprawiała, że kompletnie zapominałem o istnieniu hamulców. Biada pieszym, którzy mogli się wtedy pojawić na ulicy! Na czwartym i piątym kilometrze, kiedy znowu trzeba wstrzyknąć do krwi nieco mocy, pojawia się to uderzenie. Gość śpiewa na tyle niewyraźnie, że przyznam szczerze, nigdy nie miałem pojęcia o czym mowa i nawet mnie to nie interesuje. Podejrzewam, że to o jakichś plugastwach i bezeceństwach, ale tutaj liczy się rytm. Gdyby zamiast tego wokalu była linia melodyczna, np. wiolonczela taka jak u Apocaliptyki, to moc byłaby ta sama. Bieżnia znowu zaczyna drżeć, bo roznosi mnie na tyle, że kieruję moc nie tylko na prędkość, ale jeszcze dodaję zdrowy, chłopski przytup w podłoże.

Przypomina mi się taki cytat z Sapkowskiego, kiedy w ostatniej części sagi o Geralcie następuje szturm na zamek głównego szwarccharakteru cyklu. Wtedy niejaki nieczłowiek Regis rzuca następujący tekst: Czuję w sobie - zasyczał wampir, uśmiechając się koszmarnie - taką siłę, że mógłbym chyba cały ten zamek rozpieprzyć. Było to po tym, gdy owa sympatyczna postać po raz pierwszy od wielu stuleci spróbowała krwi - do tej pory Regis był abstynentem, gotującym w kotle niewinne ziółka. Ów cytat bardzo często przypomina mi się właśnie w czasie treningów na bieżni, kiedy przez słuchawki do uszu sączy mi się czysta moc. To niewiarygodne, jak bardzo muzyka potrafi pobudzić, to zresztą pokazuje duże rezerwy tkwiące w organizmie.

I jeszcze dodam, kończąc tę przydługą dygresję, że chciałem sprawdzić ów cytat u źródła i ze zgrozą odkryłem, że gdzieś mi wsiąkła moja "Pani Jeziora". Komu to pożyczyłem?! Uprasza się uprzejmie o zwrot.

6. Great Balls Of Fire - (punk cover by Baken Beans)

Jestem wielkim miłośnikiem Jerryego Lee Lewisa i polecam każdemu świetny film z Winoną Ryder (której też jestem miłośnikiem, chociaż to kleptomanka). Gość potrafił na zwykłym fortepianie, bez technicznych możliwości, jakie mamy dzisiaj, doprowadzić publiczność do wrzenia. Niesamowicie energetyzująca muzyka. Tym niemniej do treningu potrzebuję czegoś, co atakuje uszy potężniejszym brzmieniem. Stąd ten punkowy cover. Na przykładzie tego utworu muszę powiedzieć, że konwersja dźwięku na jutubie jest fatalna. Całość brzmi płasko. W wersji, którą mam na słuchawkach, przy pierwszych akordach mózg jest wstrząsany niezwykle głębokim basem, a perkusja brzmi, jakby ktoś tłukł mi pałką bezpośrednio po zwojach nerwowych. Już mp3, nawet w najbogatszej wersji, jest nieco spłaszczone, a ta wersja jutubowa brzmi strasznie. Daje jednak wyobrażenie o tym, co łupie mi w uszach w okolicach półmetka treningu.

7. Paranoid - (cover by Rage)

Za półmetkiem lekkie uspokojenie nastroju. Nieco przyspieszona wersja przeboju Black Sabbath, również w fatalnej wersji na jutubie. W oryginale basy są dużo mocniejsze. Rytm jest dość spokojny i właściwie to jest jedyny kawałek z playlisty, w którym jestem w stanie, przynajmniej czasami, zsynchronizować rytm kroku z rytmem muzyki. Inne piosenki są zbyt szybkie, ale ku mojemu zaskoczeniu w ogóle mi to nie przeszkadza w biegu, wręcz zmusza do przyspieszenia kroku.

8. Johny Be Good (cover by Judah Priest)

Kolejny cover na playliście. Nastrój też dość spokojny, zbieram energię na ostatnie kilometry. Słowa piosenki bardzo biegowe, bo "go, Johny, go" to prawie jak doping na zawodach. W tej piosence są słowa, która można lekko zmienić na takie brzmienie:

His mother told him "Someday you will be a man,
And you will be the leader of a big old band.
Many people coming from miles around
To see you run the race when the sun goes down


Bardzo biegowa historia, a jeśli ktoś nie rozumie, niech wrzuci na translate.google.com. Kto by przypuszczał, że już Chuck Berry śpiewał o bieganiu?!

9. Iron Maiden - Aces High

Przerwa od coverów. Na tym etapie treningu zaczyna się robić naprawdę ciężko. W tym momencie, po okrzykach "go Johny go" z poprzedniego songu oprócz muzyki trzeba dodać tekst, który nie będzie neutralny. Znakomicie pasuje tu powyższa klasyka heavy metalu. Tekst piosenki opowiada o pojedynku powietrznym w czasie Bitwy o Anglię. Wiadomo zaś, że do każdego Polaka przemawia ryk silników samolotu lub furkot husarskich skrzydeł. Ba, moje pokolenie wychowane jest nie tylko na Fiedlerze i Skalskim, ale również na "Top Gun", dlatego nie ma lepszego tekstu na siódmy czy ósmy kilometr biegu.

Słychać tu powietrzne ewolucje, stalowe płyty samolotu jęczące z wysiłku przy kolejnym podciągnięciu, łomot kul po pancerzu i oczy wgniatane w oczodoły od przyspieszenia. A na deser słowa refrenu, idące mniej więcej tak, tzn możliwe do przetłumaczenia tak: "zasuwaj, żyj żeby lecieć, leć, żeby przeżyć, wytrzymaj lub umieraj". No jakby idealnie dobrane do ciężkiego treningu. Do tego całość zagrana w szybkim rytmie. Słysząc ten rytm dochodzi się do wniosku, że są jeszcze rezerwy tętna.

10. Walking on Sunshine (punk ska cover by Ghoti Hook)


Kolejny punkrockowy cover. Mam ich sporo i na kolejnej wersji playlisty też znajdzie się na pewno kilka. To są często idealne wersje piosenek do biegania: przerobione na nieco szybsze tempo i z mocniejszą gitarą. Czasami klasyka popu, tak jak w tym przypadku. Tekst jest tu i mało biegowy, i niezbyt wyszukany, ale bardzo lubię te dźwięki. Szybki rytm, optymistyczna melodia, potrafi poderwać na ostatnich kilometrach.

11. Bad Religion - You Are (The Goverment)

Przed finiszem jeszcze jedno poderwanie, zmiana atmosfery, chaotyczna naparzanka w wykonaniu weteranów punk rocka. Bad Religion pasują do każdego mocnego treningu, bo grają cały czas na dużym przyspieszeniu. Jest też taka stara kapela Presidents Of The United States Of America - również grają melodycznego punka, chyba nawet bardziej melodycznego niż ci powyżsi. Na kolejnej playliście muszę ich mieć, tutaj mam tylko to.

12. Iron Maiden - Sanctuary

Kolejna naparzanka na finisz. Drugi kawałek Iron Maiden na liście, mało tekstu, bardzo energetyzująca gitara, mocny rytm. Do biegania doskonałe.

13. Guano Apes - Big in Japan

Ostatni kawałek - klasyka rocka sprzed kilkunastu lat. Spokojny początek, chropowaty wokal, mocny koniec. W sumie ta piosenka bardziej pasowałaby na pierwsze kilometry. Playlista w tym momencie wybija jednak ponad 40 minut, czasami do tylu nie dociągam. Ostatnia minuta to szaleńczy finisz, bardzo pasujący do biegu. Koniec, ściągam słuchawki, reanimacja, nawadniam się i idę na sztangę na dobicie.

Właśnie dzisiaj zrobiłem na tej playliście najmocniejsze tempo run od 3 lat. Od pewnego czasu wspominam o tym, że czuje się bardzo mocny wytrzymałościowo. Ostatnie kilka dni to potwierdzenie tej tezy, wraz ze zwieńczeniem mikrocyklu dzisiejszym biegiem.

Po sobotnim przyzwoitym starcie na 3000 metrów niedziela i poniedziałek to było regeneracyjne człapanie. We wtorek poszedłem na siłownię i czułem nieprawdopodobną energię. Miałem jednak w planie dłuższy spokojniejszy bieg ciągły i interwał następnego dnia, więc mocno się hamowałem. Przetruchtałem pierwszy kilometr w 4.05, a potem zrobiłem kolejne 12 w tempie 3.35/km. Czułem się tak dobrze, że mogłem biec i biec. Jak zwykle na siłowni robiłem pomiar tętna, zaczynając dopiero od przyspieszenia - średnio 152 uderzenia, czyli lekko powyżej 80% tętna max. Bardzo pozytywne bieganie, a potem na dobicie mocna siłownia i od razu wizyta u fizjoterapeutki.

Sponiewierała mnie potwornie. Za każdym razem robimy krok naprzód, dobija się do głębszych warstw przykurczonych mięśni. Pewnych okolic w ogóle nie rusza, bo np. mówi, że dopiero po sezonie zacznie mi skakać po brzuchu, żeby otworzyć przeponę. W chińskiej (i nie tylko) medycynie ludowej to jest centrum energetyczne ciała. Rozluźnienie brzucha i poprawienie pracy przepony powinno dać możliwość o wiele bardziej ekonomicznej pracy układu oddechowego, ale z drugiej strony wszelkie manipulacje w tych okolicach są bardzo trudne do zniesienia. Ciało potrzebuje sporo czasu, żeby podnieść się po takim silnym bodźcu, a uwierzcie, że to są bardzo, bardzo mocne masaże. Dlatego przepona będzie ruszona po sezonie biegowym.

We wtorek więc z nowości było odrywanie głowy - przykurcze w szyi i karku oraz... klatka piersiowa i żebra. Nie spodziewałem się, że i tak będzie bolało, myślałem, że moja skromna klatka jest jedyną oazą spokoju na tym pospinanym ciele. Nic z tego! Mięśnie przyżebrowe i same piersiowe zostały uciśnięte tak boleśnie, że omal nie spadłem ze stołu. Do tego oczywiście duży ból łydek, dwugłowców, pośladków, stóp - czyli standard. Jak zwykle poćwiczyłem płuca, wyjąc niczym Tańczący z Wilkami.

W środę z dużymi zakwasami poszedłem na stadion i śmigałem 6x1 kilometr w kolcach. Dopiero pierwszy długi interwał w tym roku. Był koszmarny wiatr, biegałem z pełną kontrolą, średnie tempo ok. 3 minut, najwolniejszy 3.02, najszybszy 2.55. To, w czym widzę zmianę w stosunku do lat poprzednich, to pełna kontrola oddechu, pełna kontrola mięśniowa, duży luz i zapas. Po odcinku od razu, nie zatrzymując się, przechodziłem do truchtu, co zwykle sprawiało mi duży kłopot. Ostatnia minuta przerwy w spacerku dla złapania nieco luzu. Trening bez historii, ale pokazujący, że jest dobrze.

W czwartek regeneracja, ale w postaci bardzo wolnych 80 minut. Skromne 16 kilometrów w tym tempie, czyli tempo zupełnie spacerowe i był to mój najdłuższy trening od kwietnia. W ostatnich 2 miesiącach ani razu nie biegałem dłużej niż 60 minut, chociaż zdarzały mi się te treningowe starty na ulicy, gdzie truchtałem sporo po biegu, dzięki czemu akumulowałem te 18-19 kilometrów danego dnia.

W piątek krótkie rozbieganie i przebieżki, nadal bardzo wolno, wyszedłem z tatą. No i dzisiaj mocne tempo run na siłowni. Najpierw 3km spacerowo: 4:05-4:05-3:40. Potem chwila przerwy, picie, muzyka na uszy i ruszyłem. Dwa pierwsze kilometry w tempie 3:20/km, pierwotnie spodziewałem się, że tylko tyle utrzymam do końca. Czułem jednak tak duży luz, a tętno było tak zaskakująco niskie, że musiałem podkręcić. Kolejne 4km w tempie 3:14/km, ostatnie dwa po 3:10/km. To jest siłownia, nie wieje, więc realna moc treningu w porównaniu do stadionu to bardziej okolice 3:20/km, ale wcale nie jest tak łatwo. Temperatura minimum 25 stopni, było dziś bardzo ciepło. Mimo to tętno niskie - średnio 88% maxa, najwyższe 92% maxa - czyli książkowo wedle Danielsa. Przy takim tempie nigdy nie czułem się tak dobrze i nigdy serce nie pracowało tak miarowo. Cały czas uczucie dużej kontroli, dopiero ostatni kilometr zaczął być odczuwalny. Od razu z tego przeszedłem do 2 kilometrów w tempie 4:05/km, co po tym rwaniu wydawało się prawie marszem. Na dobicie mocna siłownia.

Razem 26 minut biegu ciągłego i przyznam, że tak mocno, przy tak dobrym samopoczuciu biegałem ostatnio 3 lata temu. Potem przez kolejne dwa lata w ogóle nie byłem w stanie robić treningów tej jakości. A te 3 lata temu to moje najlepsze bieganie na długich dystansach: 8.07 na 3km i 14.15 na 5km. W tym roku czuję, że jestem gotowy, żeby to poprawić.

Problem w tym, że znowu fatalnie zaplanowano mistrzostwa Polski, wczoraj ukazał się program. 1500 metrów i 5000 metrów jest ostatniego dnia, w jeden dzień, z krótką przerwą, do tego o godzinie 17 i 18, więc jeśli będzie gorąco, to kompletnie do niczego. Ostatni raz sensownie rozplanowano konkurencje w 2009 w Bydgoszczy. Wtedy wykręciłem te 14.15, a dwa dni później byłem 5 w biegu na 1500m, to na tym dystansie moje najwyższe miejsce na mistrzostwach Polski (rok temu byłem siódmy). Piątka była pierwszego dnia, wieczorem, w bardzo dobrych warunkach. Niestety, organizatorzy mistrzostw nie za bardzo myślą, to są przecież działacze sportowi, nie interesują ich zawodnicy i ich potrzeby. Muszę wybrać: albo biec 1500m, albo 5000m. Prawdopodobnie polecę ten pierwszy dystans i ewentualnie spróbuję drugiego na deser, jeśli będę w stanie. Podobny plan miałem rok temu, ale był taki skwar, że po 1500m byłem kompletnie wycieńczony i piątkę już odpuściłem. Co będzie w tym roku - zobaczymy.

Podsumowując - fajna playlista, a u mnie wszystko gra i jest dobrze. Z ta myślą zostawiam drogich czytelników i lecę na duża imprezę grilllową, na której wypłukam ze swoich żył akumulowany dzisiaj kwas mlekowy ; )
Kategoria: Felietony
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 08/06/2013, 18:29

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

12/06/2013, 09:43
#
zacna lista
dodaj do kolejnej Locomotive Guns n'Roses i coś z wśiekłego Rage Against The Machine
12/06/2013, 19:44
#
Zawsze tego słucham na ciężkim treningu - piosenka ma niezłego kopa
Wake up - Rage Against The Machine
Marcin Nagórek
13/06/2013, 00:54
#
Matrix ; ) Ale za wolny rytm jak na szybki trening. Jest wiele takich elektryzujących numerów, które na bieganie mają za wolny stuk perkusji. Zobacz to, łącznie z refrenem: http://www.youtube.com/watch?v=kZjZBe6o78M
Paweł Niedźwiedź
21/06/2013, 22:06
#
Czytam i słucham hehehe. Jak biegam po lesie to słucham ptaków i trzasku łamanych gałęzi pod kopytami uciekającej zwierzyny. Jak biegam wzdłuż ekspresówki to słucham warkotu myśli dzisiejszych naukowców i udoskomaleń mechaników:) Może warto to zmienić. Bardzo fajna muza choć każdy znas ma pewnie własna listę utworów przy której fajnie by mu sie mieliło płetwami. Rage, Offspring, Iron, Slayer (szczególnie polecam South off Heaven http://www.youtube.com/watch?v=JY2hMgZ_Ocg! itp. Pamietam przed startem na 10km w biegu Powstania Warszaskiego puścili Sabathon Uprising rozgrzałem sie do białości. Ciało i duch rwało samo sie na trasę. W tłumie oznaki niezadowolenia ( nie wiem czemu) po czym puścili Rota dla pewnie tych niezadowolonych. Mam pelen szcunek dla tego utworu ale przed startem na końcówce odśpiewanego utworu prawie przysypiałem :) Z tego co kiedyś czytałem odpowiedni rytm dobrze pobudza bądź uspokaja pracę serca. Dlatego czy nie warto pomyśleć o swojej playliscie? :) Tylko z jakiego typu utworów ma sie składac taka playlista na maraton? hehehe

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Bieganie w czerwcu
Następny: Chwiejna równowaga
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin