30
04/2013
18:49
Ostatnie 2 tygodnie upłynęły pod znakiem łagodnego treningu, potem startu w maratonie, odpoczynku i wreszcie startu w biegu na dystansie 10 kilometrów w Szczecinku. Podszedłem do maratonu nieco znękany problemami z ciągnącym kulszowym i poobijany na masażach leczniczych. Okazało się jednak, że w biegu mięsień dał radę, zdrada przyszła z nieco innej strony - zawiódł żołądek.

Nie będę czarował opisami tego, jak czułem się przed biegiem i co robiłem. Zjadłem, pospałem, nie było tu niczego odbiegającego od normy. W hotelu spotkałem masę znajomych, wymieniliśmy najnowsze plotki, dzięki czemu jestem na bieżąco, kto, z kim i gdzie. W dzień startu musiałem jechać na Stadion Narodowy wyjątkowo wcześnie, wyjazd mieliśmy już o 7 rano. Barbarzyńska pora, ale na szczęście od 2 tygodni trenowałem wczesne wstawanie, więc o szóstej rano byłem świeży jak papier Velvet. Jeśli na siłę mamy doszukiwać się minusów, to było nim hotelowe powietrze. Te nowe hotele są tak budowane, że nie da się otworzyć okna, wszystko filtruje klimatyzacja, było więc duszno, gorąco, sucho i pewnie zagrzybienie stuprocentowe. Ale udało się przetrwać w tych wyjątkowo niekorzystnych warunkach 4-gwiazdkowego lokum ; )

Rozgrzewka bez historii, może poza tym, że biegałem wyjątkowo mało. Łącznie potruchtałem może z kilometr, do tego zrobiłem kilka przebieżek i założyłem, że na trasie będzie wystarczająco wiele dystansu, żeby dogrzać się porządnie. Wiedziałem, że jest Kenijka, która ma zająca - Pawła Ochala - na tempo 1:13 na połówkę i roboczo założyłem, że jeśli będę się czuł dobrze i po kilku kilometrach będzie gdzieś blisko mnie, lecę z nimi. Okazało się jednak, że przeczarna Milka (tak miała na imię) ruszyła na starcie nadzwyczaj szybko i z tego co widziałem, zając miał problemy, żeby ją w ogóle dogonić. Na moście była przede mną chyba z 300 metrów. A ponieważ na starcie stałem za Olgą Ochal, postanowiłem biec z nią. Na ten pomysł zdecydowało się jeszcze kilka osób, ciągnęliśmy więc sporą grupką.

Pierwsze 5 kilometrów, jak wynika z międzyczasów (biegłem bez zegarka) pokonaliśmy w tempie 3.42/km, był w tym podbieg w okolicach Konwiktorskiej, solidny. Tempo było dla mnie spacerowe, wręcz za wolne, ale ćwiczyłem cnotę cierpliwości i biegłem pokornie z tyłu grupy.


Na dziesiątym kilometrze biegła jeszcze duża grupa

Na zbiegu zaczęło się przyspieszenie. Olga oraz biegnąca obok niej Białorusinka zleciały w dół na łeb i szyję, ledwo mogłem nadążyć. Na poziomie Wisły zaczął się problem - bieg mocno pod wiatr. Było nas w grupie kilku mężczyzn, ale prowadziły oczywiście kobiety. Dzielne dziewczyny cięły mocno pod wiatr, na początku głównie Olga. Próbowałem chować się z tyłu, ale jestem wysoki, a wiatr mocny, więc prawdę mówiąc nie czułem żadnej ulgi. Nadal było jednak OK. Na każdym punkcie brałem trzy łyki wody, resztę wylewałem na głowę. Na dziesiątym kilometrze zjadłem odrobinę miodu. Bieg był bez historii mniej więcej do piętnastego kilometra. Tam się zaczęło. Nadal cisnęliśmy pod wiatr, ale na prowadzenie wyszła Białorusinka i narzuciła mordercze przyspieszenie. Nie było pomiaru na dwudziestym kilometrze, ale tam grzaliśmy w tempie 3:35/km lub lepiej, co przy przeciwnym wietrze odczuwało się jak 3:25/km. Z grupy zaczęli odpadać kolejni mężczyźni, doganialiśmy też grupkę za grupką.

Ci, którzy śledzą komentarze do poprzedniego wpisu, wiedzą już co nieco o moich problemach żołądkowych. Na chłodno dodam jeszcze, że myślę, że to przyspieszenie mocno się do nich przyczyniło. Całkiem możliwe, że gdybym dalej tuptał sobie komfortowo w tempie na wynik 2:36-2:38, ukończyłbym bieg w dobrym samopoczuciu. Na tej trasie i w tym dniu nie sądzę, żebym był w stanie pobiec szybciej niż 2:35, nawet gdyby żołądek dał radę. Szarpnięcie tempa przez Białorusinkę miało jednak swoje koszta. Odpadli wszyscy faceci, zaczęła też odstawać Olga i kto jak szalony niepotrzebnie wyszedł na prowadzenie i próbował dociągnąć ją do Białorusinki? Oczywiście ja. Po biegu przemyślałem sprawę i musiałem przyznać, że nie był to w tym momencie bieg komfortowy, to był błąd, należało zwolnić. Trzymałem się jednak, bo założyłem, że lepiej pod wiatr przebiec za kimś niż zostać samemu.

Na 19 kilometrze przyszło pierwsze ostrzeżenie: zawartość żołądka podjechała mi do gardła, takie nieprzyjemne cofnięcie, jakiego już doświadczałem w maratonach. To był chyba ostatni dzwonek, żeby zwolnić. Zamiast tego cisnąłem do 22 kilometra. Tam zaczęły się prawdziwe rewolucje. Nie był to zwykły ból żołądka, nie było niedobre uczucie towarzyszące zatruciu. To raczej jakby skurcz wnętrzości. Moje przypuszczenie jest takie, że nieco za mocne tempo + zimna woda wlewana na każdym punkcie dały taki efekt. Skurcz dosłownie złamał mnie wpół. Dopiero wtedy dałem mocno po hamulcach i kolejne 2-3 kilometry truchtałem, to mogło być tempo rzędu 4:00/km, trudno mi ocenić. Zostałem sam i miałem nadzieje, że kryzys minie. Ale nic z tego!


Tutaj fotograf dobrze uchwycił moment, kiedy Białorusinka zaczęła mocno przyspieszać. Grupa szybko się rozpadła, zostałem z nią tylko ja i Olga

Tu trzeba dodać, że mimo tego skurczu nadal piłem wodę. W czasie takiego biegu nie zawsze myśli się jasno, a generalnie nie miałem problemu z samym przyjęciem cieczy, ani nawet z utrzymaniem w żołądku. Były to cały czas tylko dziwne skurcze, jakby ktoś złapał w garść pęk jelit i ścisnął z całej siły. Może to tasiemiec buntował się przeciwko bujaniu? Nie wiadomo. Gdzieś w okolicach 25 kilometra, może trochę bliżej lub dalej, trudno mi powiedzieć, odpuściłem myśl o szybkim bieganiu i z przerażeniem zacząłem myśleć, że do mety i do upragnionego mercedesa (żeby mieć szansę, trzeba było ukończyć) jest jeszcze w cholerę kilometrów. A biegłem już naprawdę ledwo, ledwo, z żołądka na całe ciało promieniowała taka słabość, że nogi się pode mną uginały.

Od tego momentu zaczął się mało chwalebny etap maratonu - okresy biegu przerywane długimi postojami, czasami na klęczkach, gdy skurcz chwycił mocniej. W okolicach bodajże 35 kilometra musiałem wyglądać na tyle blado, że pani z karetki chciała mnie ściągnąć z trasy. Nie dałem się jednak, powtarzając tylko półprzytomnie: "mercedes, mercedes, mercedes...". Odpocząłem tam jednak dobre 10 minut, napiłem się ciepłej herbaty, dostałem no-spę, a ponieważ mimo skurczu dokuczał mi głód, zjadłem też garść czekolady i bananów. Pożywienie nie miało już wpływu na mój stan, czy jadłem czy nie, było tak samo, dlatego postanowiłem sobie nie żałować. Trochę podchodziło mi to potem do gardła, ale tak czy inaczej miałem w planie tylko truchcik do mety. Mimo wszystko nie dałem rady przebiec bez zatrzymywania się, traciłem tam kolejne minuty.

Koniec był bardzo ciężki, na moście ledwo toczyłem się naprzód. Jakoś jednak wpadłem na metę, ale nie wyglądałem tam chyba najlepiej:


Na mecie nie pomyślałem o tym, że będzie to uwiecznione. Mogłem przecież wytrzymać, machać i pozować do zdjęcia, które mógłbym wstawić w ramkę. Tego nie wstawię na pewno.

Jako epilog tej historii można dodać, że mercedesa nie wygrałem, na liście konkursowej byłem na 204 miejscu, a trzeba było być w czwórce. Dam głowę, że zadecydowało to jedno nieszczęsne pytanie o rekord Europy na 100m, gdzie spiesząc się, kliknąłem na niewłaściwą linijkę. Czas miałem znakomity - 31 sekund, ale odpowiedzi poprawne tylko na 7 pytań. Dodać należy przy tym, że cały ten konkurs był porąbanym pomysłem, organizator ewidentnie nie chciał podpaść pod ustawę o grach losowych, może nawet za późno zorientował się, że coś takiego istnieje i musiał kombinować. A niestety, mamy takie prawo, że nawet o pozwolenie na loterię parafialną trzeba pisać do ministerstwa i czekać miesiącami na odpowiedź, bo wiadomo - hazard to grzech śmiertelny. W efekcie na przyznaniu nagrody nie było już prawie nikogo, a gdyby było losowanie, to te tysiące ludzi karnie czekałyby na efekt. Do tego można by zrobić show, jakaś mała dziewczynka, która potem okazałaby się córką głównego laureata, mogłaby raczkować wśród stery numerków i zębami wyciągać poszczególnych szczęśliwców. Zamiast tego był jakiś kompletnie durny konkurs z dżojstikami, wyświetlany na ekranie, nie dość, że prawie nie było publiczności, to z obecnych chyba mało kto kumał, o co tam w ogóle chodzi.

Poza tym organizacja maratonu bez zarzutu. Nie mierzyłem międzyczasów, więc nie przeszkadzały mi źle ustawione kilometry. Trasa okazała się jednak bardzo ciężka. Nie wiem, jak to możliwe, ale wiało z każdej strony, o czym w wywiadach mówili prawie wszyscy uczestnicy. Czasy wyszły więc słabe, zarówno u czołówki, jak i u większości znanych mi amatorów. Na podbiegu za połówką można się było zapłakać - koszmar. Gdy zaś trafił się czasem odcinek, gdzie nie wiało, to słońce paliło jak głupie i robiło się gorąco.

Co można zapisać na plus - otóż zniosłem ten bieg bardzo dobrze mięśniowo, mimo tego, że po starcie siedziałem 7 godzin w samochodzie, wracając do domu. Kolejne 2 dni zrobiłem wolne, ale właściwie nie miałem większych zakwasów niż po długim treningu. To miła odmiana, bo po pierwszym maratonie przez tydzień nie mogłem chodzić, a po drugim byłem chory. Tym razem łyknąłem dystans gładko. W związku z tym zmieniłem dalsze plany. Zamiast tygodnia leżenia do góry brzuchem we wtorek byłem już na siłowni i rzeźbiłem kaloryfer, a w środę zrobiłem lekki rozruch. Nadal wyszedł z tego tydzień regenerujący, bo do kolejnej niedzieli przebiegłem raptem 14 kilometrów, ale ruszałem się.


Zdjęcie z 40. kilometra. Muszę powiedzieć, że wygląda to dużo lepiej niż się tam czułem - myślałem, że ten przeklęty most nigdy się nie skończy, i po cholerę budować takie długie?

W okolicach czwartku doszedłem do wniosku, że pojadę do Szczecinka, gdzie zawsze po biegu jest degustacja dzika. A wiadomo, że dzika nigdy za wiele. Pobiegłem te 10 kilometrów i wykręciłem czas 33:08. Trudno mówić o zadowoleniu, bo to jest 1,5 minuty wolniej niż moja życiówka z ulicy i ponad 2 minuty wolniej niż z bieżni, ale na pewno nie byłem niezadowolony. Od początku biegłem spokojnie, ustawiłem się (ha, znowu!) za najszybszymi dziewczynami: Kenijką i Rosjanką. Właściwie to i ja, i Rosjanka siedzieliśmy Kenijce na plecach jak dwa sępy. Pogoda była bardzo przyjemna, ale momentami dość mocno wiało. Miałem okresy gorszego samopoczucia, nogi nie były też do końca luźne, ale ogólnie lecieliśmy w tempie ok. 3.20/km i lekko poniżej i było to dla mnie dość komfortowe. Dopiero po ósmym kilometrze, gdy Rosjanka zaczęła przyspieszać, momentalnie zrobiło się źle. Mogłem lecieć w tym jednostajnym tempie, ale w momencie, gdy trzeba było przyspieszyć, pojawiła się duża blokada. Na ostatnich 600 metrach trochę podciągnąłem Rosjankę, której zależało na rekordzie trasy, ale było to zrobione bardzo dużym kosztem, najchętniej zamiast finiszować położyłbym się wtedy i leżał.

Na końcówce był przede mną gość - oczywiście okazało się, że moja kategoria - którego mogłem gonić, bo był raptem 10-15 metrów przede mną, odpadł od grupy z przodu. Normalnie nawet w najgorszej sytuacji jestem w stanie zasunąć bardzo mocne 200-300 metrów i wciągam wszystko, co mam przed sobą w zasięgu 50 metrów, ale... nie tym razem! Nogi kompletnie stały, mogłem tylko toczyć się w jednostajnym tempie. Interpretuję to tak, że po pierwsze, byłem nieco spowolniony po maratonie, a po drugie, mimo dość szybkiego biegania moich bazowych, tlenowych treningów, nie robiłem właściwie nic mocniejszego, jak nigdy. Nawet rok temu już w marcu śmigałem jakieś odcinki w tempie 3:00/km, a w tym roku nic. Jedynie na biegach zmiennych wychodziłem poza tempo 3:25-3:45/km, ale też niewiele. Biegam więc na razie typowo z bazy, bardzo specyficznej bazy, ale jednak bez mocnych akcentów. Założenie ogólne na najbliższe tygodnie to kontynuowanie tego treningu i stopniowe przecieranie się i dochodzenie do formy startami. Zobaczymy, co z tego wyjdzie, ale już w piątek biegnę kolejną dychę w Czarnej Dąbrówce.

Poza tym najważniejszą treningową wiadomością jest, że kontynuuję moją terapię z fizjoterapeutką. Czyli: prostuję wszystko, co mam krzywe. Jak się okazuje, jest tego wiele. Po każdej sesji jestem półżywy i obolały, z siniakami, ostatnio dostałem też na nogę tejpa. Po czymś takim kolejne 3 dni nie jestem w stanie pobiec nic mocnego, więc tym bardziej trenuję bardzo spokojnie. Po Szczecinku zrobiłem w poniedziałek 8 kilometrów na bieżni w tempie 4:10/km, a dzisiaj 10 kilometrów w tempie 3:45/km. Nie mogę biegać ani więcej, ani mocniej, ale o całej tej terapii napiszę wkrótce obszerniej. Dzisiaj nie ma na to miejsca.

Poza bieganiem ćwiczę na siłowni, dość spokojnie, robię też sporo ćwiczeń korekcyjnych i rozciągających.

Najbliższe plany: starty treningowe co tydzień. Teraz Czarna Dąbrówka, potem coś na bieżni w Słupsku, potem prawdopodobnie 10 km w Sławnie i pod koniec maja liga w Białymstoku. Pod koniec maja i w połowie czerwca powinienem być w jakiejś przyzwoitej formie, zaliczę na bieżni ligę, memoriał Żylewicza, może memoriał Kusocińskiego? Zobaczymy. Potem w połowie lipca memoriał Sidły w Sopocie, tu powinienem być mocny. A 19-21 lipca są w Toruniu Mistrzostwa Polski. Po nich mistrzostwa Polski na 10 000 metrów, potem pewnie to samo, tylko na ulicy - i zostaje cała jesień. Na tych mistrzostwach dobrze byłoby pobiec dobre wyniki, wtedy liczę na lokalny szczyt formy. Ogólnie mówiąc - skupiam się na solidnej pracy oraz terapii i liczę na to, że jeśli wyniki mają przyjść, to w końcu przyjdą. Nie napinam się specjalnie na żaden konkretny bieg, a tym bardziej żaden konkretny trening. Raczej skupiam na eliminowaniu swoich słabości.
Tagi:
Kategoria: Starty 2013
Komentarze: (1)
Zaktualizowano: 30/04/2013, 23:33

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Bartkiewicz
01/05/2013, 10:46
#
Co do Szczecinka, padły ciekawe wyniki zawodników od Węgra, zwłaszcza że dzień wcześniej biegali dyszkę w Czechach. 28.37 Nabieganie przez Bitowa co jest zdaje się jego obecnie najlepszym wynikiem mógłby budzić respekt, z tym że oficjalnie deklarował że przygotowuje się na Kraków, co ciekawe manager z Wałbrzycha zabiegał o to żeby wprowadzić kontrole antydopingową (nie pamiętam żeby kiedykolwiek tam była) wieść o tym dotarła do Węgra i uciekli do Szczecinka...
Tak więc polowanie na nich dalej trwa, w Polsce jest to trudne bo żeby przeprowadzić kontrole antydopingową trzeba dać oficjalnie o tym w regulaminie, na szczęście w Czechach są zainteresowani sprawą i być może uda się ich znienacka skontrolować jak w Polsce prawo jest jakie jest...
Ciekawe że w Warszawie na 10km podczas maratonu, mimo bardzo dobrych nagród nie było nikogo od Węgra jak i Ukraina jakoś się nie pojawiła..

Warto dodać że na zagranicznych portalach wrze od kolejnych wpadkach Kenijczyków, tym razem wpadł m.in. inny Biwott który miał dość dużo wygranych biegów ulicznych w Niemczech wszyscy należą do znanej managerki z Rosji...

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Przed maratonem
Następny: Terapia manualna
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin