06
04/2013
23:10
Dochodzę do wniosku, że zbyt optymistyczne wpisy na blogu mają jakąś negatywną siłę sprawczą. Za każdym razem, gdy pochwalę się formą lub dobrym samopoczuciem, wszystko zaczyna się walić. Jak to naukowo wytłumaczyć? Tym razem było tak samo.

Chwaliłem się ostatnio, że wszystko gra i samopoczucie dopisuje. No i nie uwierzycie: albo tego samego dnia, albo dzień później, nie pamiętam dokładnie, trzasnęło mi coś w kręgosłupie. Właściwie to tylko przypuszczam, że to kręgosłup, z powodu dziwnego łupania w dolnej części pleców. Prawdopodobnie na siłowni wyrwałem dość ciężką sztangę w jednej z odmian martwego ciągu w nieco nieprawidłowej pozycji. W efekcie coś się przesunęło, coś skrzypnęło, zahuczało... i następnego dnia wstałem z obrzydliwym, ciągnącym bólem od pośladka, poprzez mięsień dwugłowy aż do łydki. Czyli ból w okolicach tzw kulszowego, tylko rozciągnięty na całe pasmo.

Bolało tak wściekle, że nie mogłem w ogóle biegać. Ostatnie ponad 2 tygodnie biegania to ciągła udręka. Zbiegło się to w czasie z moim powrotem z Portugalii.


Z serii "życie w Portugalii" - świeże warzywa w środku zimy. Foto: expedi.pl

Najpierw przez tydzień praktycznie nic nie byłem w stanie zrobić. Próbowałem biegać, ale było to w gruncie rzeczy żałosne kuśtykanie. Robiłem dni wolne, odpuszczałem, poprawa była bardzo powolna. Cały czas pamiętałem o tym, że pochwaliłem się na blogu, że do startu w maratonie będę miał w nogach 10 długich lub dość długich treningów. Otóż, hmmm... liczyłem w tym te dwa jeszcze niewykonane, które okazały się praktycznie niewykonalne.

Po kilku wypełnionych cierpieniem dniach udało mi się wyjść na jeden z tych biegów. W ostatnim możliwym terminie, rano (bo potem jechałem na lotnisko odebrać przyjeżdżających na Święta rodziców), krótko przed wyjazdem wyszedłem na 30 kilometrów krosu. Oczywiście wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Po pierwsze, wciąż lekko kuśtykałem, a pod koniec treningu czułem chwilami w nodze wręcz przeszywające bóle, łamiące wpół. Po drugie, była to kulminacja najgorszej pogody, która przez cały ostatni miesiąc pobytu była straszna. Wiało niesamowicie, trzy razy przeszła ulewa, mocząc mnie doszczętnie. Poobcierałem się wszędzie, gdzie to tylko możliwe. Podłoże było lekko grząskie, a kros bardzo trudny, więc ostatnie 4 kilometry były drogą przez mękę. Wcześniej ze 20 razy miałem ochotę przerwać ten trening - ale zawziąłem się i dobiegłem. Były to trzy 10-kilometrowe pętle. Pierwsza - bez szału, największy deszcz, ogólne zmęczenie. Druga - poczułem się nagle całkiem nieźle, więc... na trzeciej ruszyłem mocno. Do czasu. Na końcówce spuchłem tak, że ledwo przebierałem nogami. Tempa poszczególnych pętli to 4:03/km, 4:00/km, 3:55/km. W tych warunkach i na tym krosie było to w granicach przyzwoitości. Byłem zadowolony, że udało się zrobić jakikolwiek trening.

Po tym zrywie kolejne 5 czy 6 dni poświęciłem na zwiedzanie okolicy z rodzicami. Dzisiejsze zdjęcia na blogu, autorstwa mojego brata, to efekt tych spacerów. Brat robi zdjęcia wyczynowo, więcej na stronie expedi.pl.


Życie w Portugalii: pomarańczy jest tak wiele, że nawet się ich nie zbiera. Foto: expedi.pl

Chodziliśmy na codzienne, wielogodzinne marsze, bardzo wyniszczające fizycznie. Wieczorami wychodziłem na krótkie rozruchy, ale powłóczyłem nogami w tempie 5:15/km i kompletnie nie miałem siły. Robiliśmy jednak po 20 kilometrów dziennie w trudnym terenie: zwiedzanie miast, zamków, wspinanie się na schody, spacery plażą i tym podobne atrakcje. Nie żałuję, bo miałem przynajmniej okazję zobaczyć co nieco, ba - spróbowałem lokalnych owoców morza, w tym malutkich małży - bardzo smaczne. Ale treningowo miałem na koniec pobytu prawie 2 tygodnie, gdzie poza tymi 30 kilometrami nie było w moim treningu zupełnie niczego pozytywnego.

Potem jeden dzień wolny ze względu na lot, związane z tym niewyspanie i tak dalej. W Polsce 2 dni bardzo luźne, raz przebiegłem 6 kilometrów na bieżni, a za drugim razem zrobiłem rozruch, który łącznie z przebieżkami wyniósł mnie również 6 kilometrów. Jak widać, przygotowania do maratonu w pełni, kilometraż jest ; ) Wcale przy tym nie odpocząłem - po tych 30 kilometrach i spacerach tylko wzmogły się wcześniejsze bóle. Kulszowy wciąż ciągnie dość mocno, dopiero we wtorek idę do z wizytą do mojej rehabilitantki. To w lewej nodze, w prawej natomiast dla odmiany zaczęła mnie mocno boleć stopa - możliwe, że odciążając odruchowo lewą, przeciążyłem prawą.


Jeśli wśród czytelników moje bloga jest Bill Gates, i chce mnie uszczęśliwić, to sprawa jest prosta, Bill: taka chatka i jesteśmy kwita. Foto: expedi.pl

Jak widać, marnie to ostatnio wygląda, ale nie zrażając się, pojechałem dzisiaj na planowane wcześniej przetarcie do Starogardu Gdańskiego. Wiadomo, przetarcie przed maratonem na dystansie 5,8 kilometra to standardowa procedura stosowana przez najlepszych z najlepszych. Jeśli nie teraz, to kiedyś na pewno zaczną to stosować.


Życie w Portugalii: jest serek, jest kiełbasa. Foto: expedi.pl

W Starogardzie zaświeciło niewielkie światełko w ciemnym tunelu, ale zanim to nastąpiło, musiałem w tym tunelu uderzyć w solidny stalagmit, jeśli trzymać się podziemnych przenośni. Otóż drugi raz w życiu spóźniłem się na start. Moja wina, chociaż nie do końca. Otóż 10 minut przed startem udałem się do tymczasowej szatni mieszczącej się w autobusie, 200 metrów od linii początkowej. Pół godziny wcześniej zostawiłem tam worek z ciuchami i koszulką z numerem startowym, upewniając się u sympatycznych dziewcząt prowadzących ten przybytek, że nie będzie to problemem i przed biegiem mogę się po ów worek zgłosić. Żadne z nas nie przewidziało jednak, że w międzyczasie identyczne worki zrzuci tam ponad 300 innych uczestników biegu. Skończyło się więc na tym, że przez 10 minut przerzucaliśmy stos identycznych worków z wypisanymi (mazakiem!) numerami startowymi. W końcu sukces - znalazłem! W tym czasie jednak wszyscy stali już na starcie, a pani z megafonem krzyczała do kierowcy autobusu, żeby odjeżdżał. Wypadłem więc ze środka, kucnąłem, żeby założyć buty... i w tym momencie widzę,że wszyscy przyjmują typową pozycję "na miejsca". Jakimś cudem dopchałem startówki na nogi (a nie było łatwo, bo nie miałem czasu ich rozwiązywać, a zawiązane były ciasno) i szalonym sprintem ruszyłem na start... Nie zdążyłem!

Wszyscy ruszyli przed siebie z furią i byłem jedynym, który leciał w przeciwnym kierunku. Dobiegłem do linii startu, zrobiłem błyskawiczny i zwinny nawrót, po czym zacząłem gonić tłum, który oddalał się w niebezpiecznym tempie. Do końca biegu już tylko wyprzedzałem. Nie dałem się ponieść emocjom, nie ruszyłem zbyt mocno, trzymałem raczej równe, przyjemne tempo. I tu jest właśnie pozytyw - biegło mi się lepiej niż mogłem przypuszczać. Po marnych 2 tygodniach zakładałem, że jeśli przebiegnę ten dystans w tempie poniżej 3:10/km, to będzie cud. No i prawie, prawie udało się, orientacyjne tempo wyszło mi właśnie w okolicach 3:10/km. Taki był cel tego startu, przetarcie na szybkości szybszej niż maratońska. Na ostatnim kilometrze dogoniłem ostatnią z pań, która biegła bardzo szybko, ukończyłem bieg na 18 pozycji. Jestem zadowolony. O ile bowiem w treningu jestem obiegany na prędkościach rzędu 3:30-3:20/km, to szybciej nie biegałem praktycznie w ogóle. Wiedziałem więc, że tego będzie brakowało, od początku nie nastawiałem się, że coś w tym biegu zdziałam. Na mecie częściowo sam, częściowo z Piotrem Pobłockim dokręciłem jeszcze 9 kilometrów roztruchtania, tak, że wyszedł dość długi i przyjemy trening.


Życie w Portugalii: ja chcę z powrotem! Foto: expedi.pl

Plany na kolejne dni są skromne: wyleczyć nogi, odpocząć i dotrwać do startu tego cholernego maratonu w dobrym zdrowiu i samopoczuciu. A także powoli adaptować się do zmiany czasu, bo w Portugalii miałem łącznie 2 godziny przesunięcia, uwzględniając zmianę z zimowego na letni. Nie wspominam już o tym, że dla mnie, jako istoty raczej nocnej, start o 9.30 rano to jakieś barbarzyństwo. Zwykle nawet gdy wstanę o odpowiedniej porze, dopiero w okolicach południa zaczynam czuć się solidnie przebudzony.

Niczego już więc nie chwalę, niczego nie oczekuję. Koniec ze zbytnim optymizmem. Zresztą patrząc na całość pobytu w Portugalii, można uznać, że nie spełnił on pokładanych nadziei. Pod względem sportowym był nieudany. Zakładałem, że zrobię więcej i/lub mocniej niż zrobiłbym w kraju. Tymczasem z powodu perypetii zdrowotnych i pogodowych zrobiłem w gruncie rzeczy mniej i wolniej niż w komfortowych warunkach na bieżni i w na moim stałym odcinku koło obwodnicy. Nie miałem też tak dobrej siłowni i dostępu do rehabilitantki, którą mam u siebie.


A to po drugiej stronie rzeki, Hiszpania w pełni kryzysu. Foto: expedi.pl

Nie żałuję jednak, bo niewątpliwie lepiej spędzić zimę w Portugalii niż w Polsce. Najgorsza pogoda tam to i tak dwa razy lepiej niż najlepsza tu. Łyknąłem nieco słońca, optymizmu (tfu, tfu!), napchałem się pomarańczy i fig, teraz powrót do szarej rzeczywistości. Za dwa tygodni zgodnie z planem cisnę maraton, chyba że COŚ się wydarzy. Ale mam dzieję, że nie.


Autor bloga w pełnej krasie. Foto: expedi.pl


Opędzamy małe małże. Świetne źródło białka i witamin. Foto: expedi.pl

P.S. ktoś jeszcze czekał na nową serię "Gry o Tron"? Największe rozczarowanie to brak Silnego Belwasa. No ale co zrobić...
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (10)
Zaktualizowano: 07/04/2013, 07:24

Oceń

1 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Bartkiewicz
07/04/2013, 00:11
#
Fajne zdjęcia. Najrozsądniej w tej sytuacji zrobić z 3 tygodnie przerwy od biegania, ale sam wiem że trudno się podporządkować jak planowaliśmy jakiś start. Obyś nie musiał po maratonie pół roku cierpieć jak ja. Powrotu do zdrowia
Grzegorz Sztukiewicz
07/04/2013, 11:08
#
Oczywiscie, że ktoś jeszcze czekał na "gre o tron". poczekam jednak jeszcze troche,az bedzie cała seria, bo nie cierpie czekac cały tydzieñ na kolejny, godzinny odcinek. Namòwiłeś mnie też aby wreszcie przemòc się i spròbować małże. w tym roku tego dokonam.
Marcin Nagórek
07/04/2013, 13:49
#
Jeśli chodzi o "Grę o tron", to w Starogardzie widziałem Petyra Baelisha - wyglądał identycznie!

Co do kontuzji - rozciągam, luzuję, do tego liczę, że masażystka postawi mnie na nogi. Miałem już tego typu bóle i zawsze z nich wychodziłem cało.
Artur Dębicki
08/04/2013, 09:39
#
Dochodzę do wniosku, że zbyt optymistyczne wpisy na blogu mają jakąś negatywną siłę sprawczą. Za każdym razem, gdy pochwalę się formą lub dobrym samopoczuciem, wszystko zaczyna się walić. Jak to naukowo wytłumaczyć?

Jest taka książka, Pułapki myslenia, autorem jest Daniel Kahneman. Opisuje taką historię: prowadził wykład dla instruktorów lotnictwa armii izraelskiej, mówił o tym, że motywowanie pozytywne działa lepiej niż "opieprzanie". Wtedy jeden z siedzących na sali zabrał głos i powiedział, że arówno on, jak i inni instruktorzy wiedzą, że to nieprawda. Kiedy jakiś pilot zostanie pochwalony, to ćwiczenie potem wykonuje gorzej, jeżeli zaś zostanie opieprzony wykonuje je lepiej.
Autor pisze, że mógł odpowiedzieć pytającemu, że mechanizm jest prosty. Pochwała następuje po szczególnie dobrze wykonanym ćwiczeniu, szanse na to, że kolejne ćwiczenie zostanie wykonane równie dobrze lub lepiej są małe, najbardziej prawdopobne jest to, że kolejna próba będzie gorsza. Analogicznie, ochrzan ma miejsce po szczególnie źle wykonanym ćwiczeniu, szansa na to, że kolejne będzie równie kiepskie jest mniejsza, niż na to, że kolejne będzie lepsze. Instruktorzy są ludźmi, a człowiek automatycznie zakłada związek przyczynowo skutkowy tego typu, że to jego działanie spowodowało zmianę. Tylko że to nieprawda, to kwestia szczęscia i prawdopodbieństwa.
Zamiast o tym mówić, autor zrobił z instruktorami eksperyment. Rzucali dwukrotnie kredą w tablicę (jeżeli dobrze pamiętam, zdaje się też że byli odwróceni tyłem), mieli trafić w jakiś cel. Jeżeli pierwsza próba była kiepska, druga była znacznie lepsza - i odwrotnie.

Ja wiem, że pisałeś to "pół żartem pół serio", ale to jest dobra okazja, żeby o tym wspomnieć - a poza tym zasugerować naprawdę ciekawą lekturę. :)
Marcin Nagórek
11/04/2013, 14:49
#
Artur - ma to sens, ale jednak u mnie chyba chodzi o co innego. Oczywiście można się zastanowić, co jest normą, a co powyżej i poniżej niej. Spodziewałem się jednak, że krótko przed maratonem będę wyścigany i na luzie osiągał na treningu prędkości 3:30-3:20/km. Tymczasem po zawirowaniach treningowych i zdrowotnych jestem teraz słabszy niż w połowie stycznia. Biegłem wczoraj na bieżni w siłowni i prędkość 3:40/km była lekko niekomfortowa. Pewnie jest jakieś zmęczenie po starcie plus wizyta u masażystki, która była koszmarna, no ale mimo wszystko to nie jest optymistyczne ; )
14/04/2013, 11:58
#
Hej Marcin!
Jak tam samopoczucie tydzien przed startem? dochodzisz do siebie?
Jakas zmiana planów u Oli? nie wystartowała dzisiaj w Łodzi.
Pozdrawiam
Marcin Nagórek
14/04/2013, 22:26
#
Planuję jeszcze wpis przed biegiem : ) Może nie ma szału, ale czuję się na razie na pewno lepiej niż przed Dębnem 2,5 roku temu.

Ola odpuściła Łódź, źle się czuła ostatnio. Możliwe, że pobiegnie 10km na Orlenie, ale na razie nie jest to pewne.
16/04/2013, 23:30
#
Marcin,

na ile realnie lecisz w OWM ?
Marcin Nagórek
17/04/2013, 10:12
#
Skończyłem z celami wynikowymi. Lecę tak, żeby dobiec jak najszybciej. Nie zabieram zegarka, biegnę na samopoczucie. To zawsze przynosi mi najlepsze efekty, a presja czasu tylko męczy psychicznie.
Jarosław Jagieła
20/04/2013, 11:30
#
Myślałem, że problem "destrukcyjnego optymizmu"-tak to nazwałem na potrzeby własne-to moja specjalność. Jako, że żywo interesuje mnie co dzieje się z moim ciałem i umysłem w różnych sytuacjach to zaryzykuję następującą tezę, która niespodziewanie ostatnio po trosze została potwierdzona naukowo (słyszałem w RMF), mianowicie samozadowolenie, optymizm mają jakiś wpływ na wytwarzanie substancji (hormonów?) ułatwiających naszą egzystencję. W momencie kiedy wyartykułujemy je na zewnątrz niejako osłabiamy proces twórczy tego dobra. Uspokajamy się nadmiernie swoim samopoczuciem, a za rogiem czycha już "coś" co przez wielu zwane jest pechem, jakiś mechanizm destrukcyjny, którego celem jest walka z całokształtem stabilnej-dobrej egzystencji.
Lepiej więc być w lekkim stresie delikatnie nie będąc zadowolonym. Wtedy nasze działania są ukierunkowane na parcie do przodu, poprawę tego i owego.
Nasza czujność nie jest zaburzona.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Jadę na maraton
Następny: Przed maratonem
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin