25
02/2013
17:28
Zachorować - to nigdy nie jest dobra rzecz. Ale zachorować w Portugalii, w pięknym słońcu, to prawdziwa katastrofa. Moje ostatnie 2 tygodnie tutaj to jedno wielkie nieszczęście. Ale jest nadzieja na lepiej.

Przyznam, że chyba nieco przesadziłem z treningiem. Tak to jest. Gdy dogląda się innych, zawsze zostawia się pewien margines bezpieczeństwa. U siebie jest inaczej: ciągle pojawiają się natrętne myśli, że przecież skoro to się wytrzymało, to wytrzyma się więcej. A zmęczenie to iluzja.

U mnie gwoździem do trumny okazały się zajęcia fitnessowe, którymi chwaliłem się w poprzednim wpisie. Przez ostatnie 3 miesiące trzymałem się kilku żelaznych zasad. Pierwsza z nich, podstawa treningu, to zasada równowagi. Nie stosuję wielkich zmian kilometrażu czy cykli regenerujących. Zmęczenie jest pod ciągłą kontrolą, trening polega na dokładaniu kolejnych bodźców, ale bez kumulacji przemęczenia. Periodyzacja następuje poprzez zmianę proporcji różnych rodzajów środków treningowych, stosowanych zależnie od okresu, planów startowych, samopoczucia.


Już po wyzdrowieniu, spacerek przed domem

Z zasady równowagi wyprowadzamy zasadę niedublowania zmęczenia. Czyli jeśli jednego dnia biegnę długi bieg, mocno naruszający rezerwy energetyczne, to kolejnego jest krótki, inny rodzaj pobudzenia. Jeśli robię krótkie sprinty pod górkę, to następnego dnia nie dokładam siłowni na nogi. A gdy robię siłownię na nogi, to przez kolejne dni unikam wykonywania tych samych ćwiczeń. Dzięki tej zasadzie, nawet trenując 4 razy w tygodni bardzo ciężko na siłowni, unikałem przemęczenia. Za każdym razem ćwiczyłem inne partie mięśni i zanim nastąpiła powtórka, dawałem sobie czas na regenerację.

W Portugalii, jak wspomniałem, wykupiłem karnet na siłownię, który obejmuje też zajęcia fitnessowe. Są różnego rodzaju - tańce, rozciąganie, ogólnorozwojówka, rowerki... Byłem np. na zajęciach fit-box, czyli kopanie i boksowanie worka w rytm muzyki. Świetna sprawa! Problem w tym, że fitness dołożył mi zmęczenie na już zmęczone grupy mięśniowe.

Dwa tygodnie temu w piątek nastąpił kryzys. Cały tydzień był ciężki: poza szybkimi biegami (w tym w niedzielę szybkie 26 kilometrów po asfalcie) w ciągu pięciu byłem cztery razy na siłowni i dwa razy na zajęciach fitness. W piątek rano biegałem mocno po lekko pofałdowanym terenie, a popołudniu robiłem bardzo ciężką siłownię na nogi. Po siłowni poszedłem na fitness, ogólnorozwojówkę. Zajęcia okazały się brutalne do nóg - były dynamiczne skoki i skipy na trampolinie, były półprzysiady w rytm muzyki, były ćwiczenia statyczne nisko na nogach. To mnie zabiło, bo na już zmęczone nogi dołożyłem potężny bodziec.

Kolejne 3 dni czułem, że coś jest nie tak. W niedzielę odpuściłem długie bieganie po 10 kilometrach, bo czułem, że nogi są zajechane. W sobotę i poniedziałek tylko lekkie, spokojne treningi. Posunąłem się wręcz do tego, że z jednego treningu wróciłem razem z Olą, biegnąc w tempie 4:40/km. Ale to nie pomogło. Czułem się kompletnie wykończony, nogi ciężkie jak kamienie. Zacząłem więc robić dni wolne na przemian z luźnymi treningami. Po kilku dniach nic nie puściło, a przy masażu Kijkiem odkryłem głęboko w mięśniach czworogłowych potężne przykurcze. To są bardzo duże mięśnie, wiele wytrzymają, ale zajechane bardzo wolno się regenerują. A kiedy wydawało się, że już, już powinno być lepiej, sieknęła mnie infekcja.

Odezwało się znajome drapanie w gardle. Deja-vu! W zeszłym roku w wakacje najpierw czułem się zmęczony, a potem krótko przed startem w półmaratonie w Pile odezwało się gardło. Nie przerwałem startów, niby nie rozłożyłem się kompletnie, ale właściwie do końca sezonu nie doszedłem do siebie, co chwila coś się odzywało. Najwyraźniej organizm zawsze pada w najsłabszym punkcie i u mnie jest to gardło. I znowu to samo - żadnej gorączki, żadnego kataru, ale coraz większy ból gardła i coraz większe osłabienie. Musiałem odpuścić kolejne kilka dni, leżałem tylko w łóżku.

Szczęście w nieszczęściu - w Portugalii przyszedł akurat okres fatalnej pogody. Polacy, którzy są tu na obozie, trafili najgorzej jak mogli. To pewnie mnie zresztą trafiło, bo już w te dni przed infekcją było marnie. Przede wszystkim bardzo mocno wiało, stały, lodowaty wiatr z północy. Nawet nie podmuchy, a stały, równy wiatr o prędkości 30-40 kilometrów na godzinę. Do tego doszły ulewne deszcze - krótkie, ale intensywne. Temperatura spadła, a w kiepsko ogrzewanym portugalskim mieszkaniu solidnie zmarzliśmy. Poprzedni tydzień był fatalny, prawie w ogóle nie było słońca - i to akurat przechorowałem. Teraz się wypogadza, znowu świeci słońce i powoli robi się coraz cieplej.


Tutaj mieszkam - zdjęcie z dzisiaj, słońce świeci, ale nie jest jeszcze tak ciepło jak 2 tygodnie temu

Wróciłem do biegania dwa dni temu. Pierwszy i drugi trening to był koszmar. Nogi pamiętają szybkie biegi sprzed paru dni, więc biegałem od razu w tempie 4:10-3:50/km, ale czułem się strasznie słaby, sztywny, poobijany. Taki ogólny ból, jakby ktoś okładał mnie w nocy kijem bejsbolowym. Dzisiaj był trzeci dzień i czułem się już dużo lepiej. Wciąż mam dziwne bóle w łydkach i udach, wciąż czuję się osłabiony, ale przynajmniej w tempie 3:40/km biegłem na zupełnym luzie, bez większej zadyszki.

Na kolejne dni będą zmiany w treningu. Planowałem je już wcześniej, ale jak widać, pociągnąłem w pełni zimowy trening nieco za długo. Skupiam się teraz na treningu biegowym. Siłownię ograniczam do 2 razy w tygodniu, karnet mi się akurat skończył, będę chodził gdzie indziej i tylko od czasu do czasu. Rezygnuję z ćwiczeń na nogi - bardzo trudno pogodzić je z długimi, szybkimi biegami i w ogóle z bardzo szybkim bieganiem. Nadal utrzymam mocne ćwiczenia na górną część ciała, brzuch i grzbiet. Biegi nieco zróżnicuję. Nie będzie to już zimowe bieganie dzień w dzień w podobnym tempie. Powoli zaczną wyodrębniać się mocniejsze akcenty, a niektóre treningi chcę zwolnić do tempa 3:45-3:35/km. Najmocniejszymi treningami będą biegi zmienne oraz długie, mocne biegi. Do tego w domu będę cały czas robił zalecone ćwiczenia korekcyjne, aby pozbyć się garba i innych wad postawy. Kijkuję się też i od czasu do czasu rozciągam.

Na razie jest dość chłodno. Słonecznie, ale chłodno, wiatr jest słabszy, ale wciąż zimy. Dzisiaj do krótkich spodenek i koszulki musiałem założyć kamizelkę. No widział kto takie cuda, żeby człowiek w Portugalii w lutym nie mógł sobie pobiegać normalnie, po bożemu, w samym krótkim rękawku i spodenkach?

A na koniec tradycyjne zdjęcie z lwem. To żelazny punkt programu u tych, którzy wyjeżdżają na obozy do RPA, ale i w Portugalii mamy swoje lwy. Ba, są tak agresywne, że trzeba je trzymać za szkłem.



Co z nowinek pozatreningowych? Bardzo blisko nas mieszkają trenujący tu 3 tygodnie Dominika i Karol Nowakowscy, razem z małą córką. Spotykamy się często i nawadniamy po treningach etanolem lokalnej produkcji. Dominka to niezła biegaczka, w zeszłym roku miała m.in medal MP w przełajach i w biegu na 5000 metrów na bieżni. Oboje podobnie jak ja pochodzą z województwa pomorskiego, chociaż z zupełnie innego rejonu. Córka Kalinka na razie się mnie nieco boi, ale pracujemy nad tym, powoli zaczyna wierzyć, że nie odgryzę jej nóżek.

Ostatni tydzień był właściwie dość nudny. Całymi dniami leżałem w łożu boleści, a ze względu na kiepską pogodę trudno było wyjść gdzieś na spacer. Pozostało więc tylko ładowanie się pomarańczami i suszonymi figami. Blog miał zaległości, m.in ze względu na to, że miałem (i nadal mam) do napisania kilka długich tekstów, które dały mi mocno w kość. Zdaje się, że w najbliższym numerze "Biegania" będzie mój długi tekst o alternatywnym treningu do maratonu dla zawodników amatorskich. Myślę, że sprawa jest ciekawa, od dawna nosiłem się z zamiarem takiego praktycznego, zdroworozsądkowego podejścia do tematu, znanego mi z wielu doświadczeń. W kwietniu będzie mój jeszcze dłuższy tekst, również o maratonie, tym razem pod kątem specyficznych środków treningowych możliwych do zastosowania w treningu. W przygotowaniu jest też kolejny, krótszy tekst o podłożu statystycznym

Na portalu maratonypolskie ukazuje się cały czas, choć nieco nieregularnie, mój Poradnik Początkującego Biegacza. Jest też cała gama planów treningowych mojego autorstwa i możliwe, że wkrótce pojawią się kolejne. Uważam się za jednego z nielicznych w Polsce popularyzatorów biegania, który proponuje trening nie będący kalką treningu wyczynowców. Jest dość logiczne, że zawodnik, który startował w biegach krótkich na bieżni i ma za sobą kilkanaście lat wyczynowego treningu to zupełnie inne zwierzę niż 40-latek zaczynający bieganie po 20 latach bezruchu, że potrzebuje KOMPLETNIE innego treningu. Niby wszyscy się z tym zgadzają, ale w praktyce mało kto stosuje, wszyscy chcą trenować jak elita - co jest błędem. Tak się jakoś złożyło, że wiele moich ostatnich tekstów to właśnie bieganie z punktu widzenia zwykłego człowieka. Najbliższy tekst jest pod tym względem sztandarowy - pokazuje, jak można biegać maraton na poziomie całkiem niezłym, rzędu 3-4 godziny, trenując kompletnie inaczej niż ci, którzy wzorują się na elicie: przede wszystkim bezpiecznie i poświęcając na to mniej czasu.
Kategoria: Trening 2013
Komentarze: (0)
Zaktualizowano: 25/02/2013, 19:46

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Słoneczny luty
Następny: Deszczowe Algarve
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Sierpień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
2728293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin