08
12/2012
19:57
Miałem cichą nadzieję, że w tym roku zima oszczędzi nas co najmniej tak samo jak w poprzednim. Wtedy dało się normalnie biegać prawie do połowy stycznia. Tym razem aura jest bezlitosna - w Słupsku pada od tygodnia, a wczoraj w nocy nad miastem przeszła prawdziwa śnieżyca. Rano wszystko było kompletnie zasypane, spadło jakieś 30cm białego puchu.

W tych warunkach wybrałem się na Bieg Mikołajkowy do Jarosławca. Jest to mała, lokalna i bardzo przyjemna impreza, w której startuję już czwarty czy piąty rok z rzędu. Nie ma jednak szczęścia do pogody, co roku coś się tam dzieje. 12 miesięcy temu było sucho i względnie ciepło, ale szalała koszmarna wichura. W jeszcze poprzedniej edycji - potężne opady śniegu, który na sam start zaczął topnieć, zamieniając trasę w jedną wielką breję. W tym roku - niespotykane od lat zaspy i mróz.

Tego typu imprezy mają też pewien urok, który czasami zamienia się w przekleństwo. Organizują je zwykle grupki pasjonatów, którzy nie są w stanie dopilnować wszystkiego tak jak organizator wielkich, prestiżowych imprez. W związku z tym zawsze coś się dzieje. W ostatnich latach, kiedy byłem w słabszej formie, miałem często dodatkowo koszmarnego pecha. 2 lata temu w Jarosławcu szczęśliwy i zadowolony finiszowałem piekielnie mocno na trzecim miejscu, tylko po to by dowiedzieć się od sędziów, że muszę pokonać jeszcze jedno 2-kilometrowe okrążenie. Byłem zdruzgotany, a zanim doszedłem do siebie, czołówka była daleko. Rok temu w Słupsku na 11 listopada chciałem wygrać po raz trzeci z rzędu bieg na milę. Przed startem wyskoczyłem ze znajomym za róg budynku, żeby wrzucić ciuchy do samochodu, a tu nagle... strzał. Bieg puszczono kilka minut za wcześnie. Tak, to jest ten urok małych biegów ; )


Droga do Jarosławca dzisiaj rano

W tym roku w Jarosławcu też nie obyło się bez komplikacji. Przede wszystkim ważna jest jednak otoczka - oto ostatnio cały czas byłem w dobrej formie, czułem się znakomicie i miałem nadzieję, że powalczę. W tak dobrej formie w grudniu nie byłem chyba nigdy. Biegałem na asfalcie, biegałem na bieżni na siłowni, zrobiłem kilka mocnych treningów, czułem, że jest dobrze. I nagle - najpierw przeziębienie. A przed samym biegiem - opady śniegu. Tu trzeba dodać, że na trudnej nawierzchni zwykle jestem słaby. Mam taki styl biegu, rytmiczny, z dynamicznym wybiciem, który wymaga sprężystego podłoża. Na błocie, piasku czy śniegu tracę połowę swoich atutów. Węsząc śnieg, zgrzytałem więc zębami, czując, że znowu nic nie zwojuję.

Kiedy rano wyjrzałem przez okno i zobaczyłem zaspy, na wszelki wypadek wrzuciłem do samochodu buty z kolcami. Spodziewałem się, że raczej nie da się ich użyć na asfalcie, ale doświadczenie nauczyło mnie, że trzeba być gotowym na wszystko. Na miejscu okazało się, że obfite opady śniegu kompletnie zmieniły warunki. Nieodśnieżone były nawet główne drogi, a co dopiero mała nadmorska mieścina. Było ślisko i kolce dawały niezłą stabilizację. Niektórzy biegli w zwykłych butach, inni w tych z kolcami. W związku z tym zawodnik, który dobiegł drugi biegnąc bez kolców - prywatnie mój dobry znajomy - nie mógł mi tego wybaczyć. Wygrałem z nim dopiero drugi raz w życiu, po 3 latach przerwy i stwierdził, że to na pewno przed te kolce ; ) To jednak jest zawsze trudne o oceny - co by było, gdyby nie spadł śnieg? Gdyby było cieplej, zimniej? Trudno mi było zrozumieć te obiekcje, każdy sam wybierał, w czym biegnie. - Dlaczego Ty nie założyłeś innych butów? - spytał go na dekoracji Jan Huruk, kiedyś znakomity maratończyk, wręczający nagrody. W pierwszej piątce było ostatecznie 3 zawodników w kolcach i dwóch bez, trudno ocenić, jak by było w innych warunkach pogodowych. Głośno wyrażane pretensje przegranego w pewnym sensie nieco odebrały mi radość zwycięstwa. Przypomina mi to częste i dość zabawne sytuacje sprzed wielu lat, jeszcze na zawodach akademickich. Zdarzało się, gdy z kimś wygrałem, że tamten wzruszał ramionami i mówił: "no tak, ale Ty zasuwasz, a ja trenuję na luzie..."

Kolce jak kolce, ale mogło mi pójść dużo gorzej przez co innego. Trasa miała dwie pętle, w jednym miejscu była agrafka. Za pierwszym razem na prowadzeniu byłem ja i trzech innych biegaczy: Mariusz Borychowski, Grzesiek Skoczylas i Michał Breszka. Wbiegliśmy na ulicę z agrafką i co widzimy? Jeden samotny pachołek, stojący kilkaset metrów dalej. Dolecieliśmy do pachołka, na nim zrobiliśmy nawrót - i wracamy. Ale po ok. 100 metrach jeden z biegaczy krzyczy do nas, że to jeszcze nie tutaj! Wściekli zawracamy - w tym momencie spadłem na jakąś 15 pozycję. Znowu lecimy 100m do pachołka i szalonym sprintem gonimy grupę ok. 8 biegaczy, którzy po naszej wpadce wyszli na prowadzenie. Dogoniłem ich, wyprzedziłem, co kosztowało mnie masę sił. Za zakrętem - kolejny samotny pachołek, niewidoczny wcześniej. Znowu zgłupiałem, zatrzymałem się i pytam tych z tyłu, czy to już tutaj? Nie, nadal nie tutaj! Znowu sprint i dopiero na trzecim pachołku była właściwa agrafka. Byłem tak wykończony tymi zrywami i nawrotami, że kolejny kilometr musiałem dość mocno zwolnić, żeby dojść do siebie. Dopiero na drugiej pętli odżyłem i zacząłem ponownie walczyć.


Kolejne zdjęcie robione komórki w czasie jazdy - mamy zimę!

Po wielu perypetiach w końcu finisz. Biegłem wtedy już drugi i przez ostatnie 2 kilometry mocno zbliżałem się do prowadzącego Mariusza. Dogoniłem go i zostało jakieś 300m finiszu pod stromą górę. No to zamykam oczy i gaz do dechy! Mariusz z początku w ogóle nie zareagował. Byłem pewien, że tak go wykończyło prowadzenie, ale okazuje się, że... tym razem to on myślał, że mamy jeszcze jedno okrążenie. A zgadnijcie kogo wyprzedziłem 2 lata temu na finiszu, kończąc bieg za wcześnie? Właśnie jego! Tym razem sytuacja się powtórzyła, ale wtedy był mój błąd, teraz jego. Na finiszu wyprzedził go jeszcze Piotr Pobłocki.

W końcu meta, gardło zdarte do kości na mrozie, nogi kompletnie wykończone, bo kolców nie miałem na stopach od pół roku. Wreszcie wygrany bieg na ulicy - dzisiaj wszystkie te pomyłki i pułapki nareszcie odwróciły się na moją korzyść, pechowa passa przełamana! Widzę to tak, że gdy ma się słabą formę, jak na złość los rzuca dodatkowe kłody pod nogi. Natomiast w okresie dobrego samopoczucia często ma się szczęście.


I jeszcze jedno...

Dodać trzeba, że w tym roku czułem cały czas, że dyspozycja jest na bardzo dobrym poziomie. Od początku nie miałem problemu, żeby biec z czołówką. W zeszłym roku już na pierwszym kilometrze straciłem jakieś 20 sekund, a na mecie byłem 1,5 minuty za zwycięzcą. Wtedy byłem w bardzo "wakacyjnej" formie, wcześniej był m.in. wyjazd do Turcji. Teraz było co innego, na co wpływ ma oczywiście ogólna zmiana treningu. Nawet gdybym przegrał, to czułem w nogach moc. Brakowało trochę przetarcia, ostatni start był miesiąc temu, wcześniejszy ponad dwa miesiące wcześniej - i to maraton. Na pewno jednak w biegach na krótszych dystansach czuję się mocniejszy, tu było ok. 6km, to jeszcze mnie tak nie dewastuje jak dyszka czy półmaraton.

Tym razem wreszcie też chyba zaczynam przełamywać klątwę ulicy. Na 5km na bieżni potrafiłem już wygrać bardzo zdecydowanie np. z utytułowanym Piotrkiem Drwalem, ale na ulicy na tym i dłuższych dystansach nie miałem z nim nigdy szans. Mam nadzieję, że stopniowo przełamię się również na ulicy w długich wyścigach. Na pewno dojrzałem do tego już mentalnie, pomogły tu dwa przebiegnięte maratony i kilka połówek.

Sprawdziłem też dzisiaj czasy z poprzedniego roku, bo tym razem trasa była taka sama. Różnica była taka, że w zeszłym roku było zupełnie sucho, w tym kompletnie zaśnieżone. Rok temu pobiegłem 20:06, w tym - 20:30. Tylko w tym roku nadrobiłem te co najmniej 200m plus dwa razy musiałem się zatrzymać. To spokojnie daje 40-80 sekund dodatkowej straty. W praktyce więc mimo dużo gorszych tegorocznych warunków wykręciłem zdecydowanie lepszy czas niż rok temu. Widać więc obiektywnie dużą zmianę.

W tej chwili moimi głównymi zmartwieniami treningowymi są: jak trenować w śniegu po kolana oraz jak biegać, żeby wciąż podbijać formę i nie przekroczyć (przy dość intensywnym treningu) cienkiej czerwonej linii dzielącej życiówki od przetrenowania. Z pierwszym zmartwieniem powinienem sobie poradzić - nowa boczna ulica w mieście oraz bieżnia elektryczna dają mi pierwszą w życiu szansę na dobre przetrenowanie zimy w domu. A drugie... No cóż, zobaczymy.

Na razie jest dobrze - w Jarosławcu wygrałem z chłopakami, z którymi nie mogłem sobie poradzić od lat. Jak to często mówią polscy zawodnicy w wywiadach, jest to dobry prognostyk ; ) Zmiana treningu działa i niech działa jak najdłużej.


Tutaj zdjęcie trasy w Jarosławcu - było naprawdę ciężko

Z innych spraw - kupiłem ostatnio bardzo, bardzo okazyjnie buty na gore-texie do biegania w błocie. Niestety, po pierwszym treningu okazało się, że są zbyt sztywne, mocno bolała mnie stopa. W ruch poszedł więc nóż do krojenia chleba oraz kombinerki. Po niewielkim tuningu sprzęt chodzi jak szwajcarski zegarek. Następny wpis będzie więc relacją z tej operacji.
Kategoria: Starty 2012
Komentarze: (13)
Zaktualizowano: 09/12/2012, 14:13

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Bartkiewicz
09/12/2012, 10:16
#
Też uważam że niesprawiedliwe jest współzawodnictwo jak jedni biegną w kolcach a inni w zwykłych butach. I bez względu na wynik końcowy nigdy nie wiesz kto tak naprawde w dniu dzisiejszym był lepszy. Ponadto jak chcesz Marcin nauczyć się biegać po ulicy, kiedy zakładasz na takie starty kolce...?
Bieżnia elektryczna moim zdaniem nie oddaje treningu na ulicy, fajnie jest na niej trenować bo szybko sie człówiek poci, ale to chyba jedyny atut. Na bieżni wystarczy podskakiwać i ona sama idzie dalej, a jak na ulicy będziesz podskakiwał to stoisz w miejscu...:)
Marcin Nagórek
09/12/2012, 13:53
#
Ja uważam za niesprawiedliwe, że jedno mają nogi długości 90 centymetrów, a inni tylko 75. W ramach wyrównywania szans tym pierwszym powinno się obcinać nadproduktywne 15 centymetrów ; )

Co do bieżni - np. Jack Daniels ma inne zdanie. Nie wspominając o Magdalenie Lewy Boulet, która robiła większość treningów na czymś takim. Albo niejaki Antonio Vega, który w połówce poleciał 1:01 - http://runnersconnect.net/running-interviews/running-on-the-treadmill-antionio-vega/

Ale tu jest kwestia tego, co można. Ja biegam na elektrycznej tylko wtedy, gdy muszę. Daj mi piękny portugalski las, a w siłowni nie pojawię się ani razu ; )
Krzysztof Bartkiewicz
09/12/2012, 17:41
#
odnośnie trenowania na bieżni stacjonarnej, to kwestia tego na ile jest to prawdą. Pamiętam jak w jednym z wpisów Przemek Giżyński napisał że jego prędkość na bieżni wynosi do 25km/km - dla mnie bzdura i fałsz(mój most potem został przez niego skasowany) gdyż jak wyliczyłem to wychodzi poniżej 2.30/km i jakby faktycznie był w stanie osiągnąć taką prędkosć na bieżni stacjonarnej to rywalizowałby ze swoim bratem Mariuszem, a tak przegrywa nawet ze mną - kiedy to ja mam problem na bieżni osiągnąć prędkość 21km/h...

co do długości nóg to dałeś zły przykład, ale jakbyś pobiegł z Mariuszem B. na bieżni gdzie on biegłby w kolcach a Ty w butach - to jestem ciekaw czy wtedy uznałbyś to za sprawiedliwe:)
Swoją drogą organizatorzy powinni dać jasny zapis w regulaminie że np nie można startować w kolcach...( a z takim zapisem w regulaminie już się spotkałem)
09/12/2012, 20:05
#
Przecież rywalom nikt nie zabronił założyć kolców.
PS Nie spodziewałem się, że ktoś kiedyś poleci bieg uliczny w takim obuwiu :D
Grzegorz Sztukiewicz
10/12/2012, 16:33
#
Ja "pamiętam taki bieg przełajowy gdzieś na Śląsku" przy plusowej temperaturze i w sporym błocie, gdzie grożono dyskwalifikacją jednej z zawodniczek bodajże I. Zatorskiej o_O za używanie kolców. Dyscyplina była jednak nieco inna a mianowicie canicross i tu brano pod uwagę bezpieczeństwo psów, chociaż wcześniej (chyba) regulamin nie wspominał o zakazie używania kolców.
10/12/2012, 18:04
#
Bieg na bieżni elektrycznej nie polega na podskakiwaniu. Gdybyś tylko podskakiwał to przesuwał byś się razem z taśmą.
Jedyną różnicą w porównaniu do biegania na bieżni na stadionie jest brak oporu powietrza. Ale to działa w obie strony, brak oporu to także brak chłodzenia.
Marcin Nagórek
10/12/2012, 20:37
#
Fakt, że kolce to ból i ich użycie niekoniecznie oznacza przewagę. Ja od soboty ledwo chodzę, takie mam zakwasy w łydkach.

Co do bieżni, to wydaje mi się, że opór powietrza to niejedyna różnica. Trochę inaczej pracuje stopa, inne jest odbicie, w momencie, gdy podłoże wciąż odjeżdża. Czuć pewne napięcie w dwugłowcach po zejściu, krok jest też nieco wolniejszy - tzn noga bardziej odjeżdża do tyłu, normalnie tego nie ma.

Tu zresztą ciekawostka, bo bodajże Daniels pisał o tym, że na bieżni można pracować nad rytmem biegu, zwiększając częstotliwość. Też miałem takie subiektywne odczucie, ale dzisiaj w biegu policzyłem kroki i okazało się, że biegam z wyraźnie mniejszą częstotliwością niż na stadionie. Do 180 kroków na minutę zawsze mi brakowało, wyciągałem tak 172-176, ale na bieżni przy 3:30/km mam tylko ok. 168-170. Według mnie to efekt tego, że podłoże odjeżdża i odbicie jest nieco wolniejsze. Ale z drugiej strony po bieżni czułem na asfalcie, że biegnę krótszym, szybszym rytmem - może to tylko wrażenie?
12/12/2012, 01:33
#
Zwykly but zwyklemu butowi tez nie równy, jeden będzie miał podeszwe gładką jak blat stołu, drugi agresywną, także sprawiedliwości nigdy nie będzie.
16/12/2012, 01:37
#
jak dla mnie to skoro organizator nic nie wspominał w regulaminie o butach to wygrał zawodnik sprytniejszy/lepiej przygotowany i zasługujący na to
16/12/2012, 19:19
#
Witam!
Jak tam dajesz rade w tej odwilży?Plany mocno skomplikowane?;-)
Marcin Nagórek
17/12/2012, 20:11
#
Ostatnio robiłem podbiegi w kolcach, za co chyba powinienem przeprosić swoich ewentualnych rywali na wiosnę ; )

Odwilż paradoksalnie w ogóle mi nie przeszkadza. Biegam na siłowni plus mam dwie trasy na nowo wybudowanych drogach. Na jednej biegam w niedzielę rano, na drugiej wieczorami. To jest po ulicy i jest zwykle czarno. To, co może mi trochę popsuć plany, to duży mróz, bo wtedy musiałbym unikać treningów na zewnątrz na dużej zadyszce. Poza tym daje radę i liczę, że będzie dobrze.
20/12/2012, 18:41
#
A masz jakiś inny sposób, poza kolcami na bieganie po śniegu/lodzie, żeby nie czuć się jak na łyżwach?
Marcin Nagórek
21/12/2012, 01:33
#
Mikołaj - są jakieś nakładki, taki gumowe z gumowymi lub metalowymi kolcami, wkładasz to na buty. Ale nigdy nie próbowałem. Ktoś mi tez kiedyś pisał, że można nabić sobie w podeszwę małe gwoździki, coś w tym stylu - też ma sens. Ale najlepiej biegać tam, gdzie nie jest ślisko ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Maj 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin