11
10/2012
22:22
Moje plany na jesień były do niedawna jasne jak Okocim z pianką. Dopóki pogoda, samopoczucie i zdrowie pozwolą, chciałem startować w zawodach, traktując to częściowo jako przyjemność, częściowo jako zdobywanie doświadczenia w biegach ulicznych. Nie wykluczałem nawet tego, że dotrwam aż do listopadowego półmaratonu w Kościanie, gdzie mierzyłem się do kolejnego ataku na dystans 21 kilometrów.

Wszystko zweryfikowało jednak zdrowie. Maraton był jaki był, ze względu na kilka przerw w spacerku i potem trucht do mety, przewiało mnie koszmarnie. Potem siedziałem 6 godzin w samochodzie, wracając do domu, a na miejscu ciężko było zasnąć. Co więcej, już od końca sierpnia pisałem o tym, że ciągle coś jest nie tak: a to drapie gardło, a to boli głowa, ogólne osłabienie. W końcu jak trzasnęło, to solidnie, w momencie, kiedy to wszystko się nałożyło. Złapało mnie najgorsze przeziębienie od paru lat. Chyba nawet nie miałem gorączki, ale zatoki, nos i gardło w potwornym stanie. Nawet chyba spojówki objął jakiś stan zapalny, bo oczy miałem czerwone jak wampir. 9 dni wyjęte z życiorysu.

A skoro miałem już te 6 czy 7 dni wolnego, doszedłem do wniosku, że tu nie ma co kombinować. Zamiast bawić się w kolejne starty, zdecydowałem, że robię 2 tygodnie wolne, a potem 2-3 tygodnie luźnego biegania. To oznacza zakończenie sezonu, a jeśli wystartuję gdzieś w Dniu Niepodległości czy na Mikołajki, to już treningowo z nowych przygotowań.


Maraton w W-wie: początek, na Krakowskim Przedmieściu

W związku z tym pojawia się naturalna tendencja do podsumowań. Spojrzałem na spokojnie na mijający sezon i zapisałem, jakim bilansem go kończę. Gdybym w czerwcu przewidywał, że będę niezadowolony, to bym sam w to nie uwierzył, bo wtedy miałem potężną moc i parę życiówek w zanadrzu. Ale okres od lipca do października był słaby i to nieco zmienia ogólną ocenę.

Mimo wszystko jestem zadowolony. Poboczne powody zadowolenia wyjaśniam poniżej. Z czysto sportowych mam bardzo solidną życiówkę na 1500m - 3.45,87 i skromną życiówkę na 10km - 30:55 z jakimś tam kawałkiem. Dało to dwa siódme miejsca mistrzostw Polski. Na 800m przyzwoite 1:51, trójki nie biegałem, na 5000m słabe 14:47, ale osiągnięte bez zająców w powiatowym biegu. W połówce tylko 1:16, ale w warunkach górskich i w wygranym biegu. Do tego zaliczony maraton. A na wiosnę jeszcze miejsce w okolicach 20 w przełajowych mistrzostwach Polski, nie pamiętam dokładnie. Plus chyba szóste w drużynówce.

W okresie maj/czerwiec miałem w nogach potężny ciąg i tak naprawdę te życiówki mogłyby być lepsze. Wakacje i jesień to okres słabszej formy, jakieś ogólne zmęczenie. Z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że zrobiłem błąd, że po startach na bieżni nie zrobiłem co najmniej tygodnia wolnego. To jedyna rzecz w tym roku, której żałuję. Pierwotnie miałem tak rozbić sezon, na dwa okresy, ale pojawiły się jakieś mętne perspektywy kolejnych dobrych startów, zacząłem przedłużać, przedłużać ten trening i tak to się skończyło, że przedłużyłem bez żadnej przerwy do października. Tymczasem już od lipca widać było zmęczenie i zanik mocy. O ile w czerwcu na prędkościach 4:00/km zasypiałem w biegu, tak w wakacje męczyłem rozbiegania po 4:30 i ciągle czułem się zmęczony. We wrześniu leciałem już na oparach. Ostatnie 3-4 tygodnie startów to były dla mnie rozruchy po 6-8km i same weekendowe biegi. Plus dni wolne.

Generalnie jednak jestem zadowolony, a ostatnio miałem kilka rozmów, które uświadomiły mi i pozwoliły zwerbalizować, dlaczego. Otóż szczególnie wśród moich młodszych czytelników pojawia się taka tendencja, żeby wszelkie osiągnięcia i sezony oceniać w kontekście globalnym. Tzn nie ma wyjazdu na Igrzyska, nie ma złotego medalu, to znaczy, że nie jest dobrze. Tymczasem prawda jest taka, że ja już od dłuższego czasu, co wnikliwi czytelnicy mojego bloga mogli wychwycić, przestałem traktować sport zero-jedynkowo. Że albo lecę wielki wynik, albo nic; albo jest Sport przez duże S, albo rzucam to i zajmuję się pieleniem ogródka.


Krakowskie Przedmieście: kontrola tempa i ogólnej sytuacji

Od dawna odszedłem od stylu zero-jedynkowego. W tej chwili realizuję się na różnych polach życiowych i prawdę mówiąc, nieco wisi mi, czy na 1500m pobiegnę 3.40 czy 3.45. Praktyczna różnica pomiędzy tymi wynikami jest nikła. Ani finansowo, ani ambicjonalnie nic się dla mnie nie zmienia, czy pobiegnę te 3:45 czy 3:40. W gruncie rzeczy całkiem możliwe, że gdybym jak Kenijczycy wbił w zęby w ścianę i postawił sprawę na ostrzu noża, że wszystko albo nic, całe życie temu podporządkowuję, to może pobiegłbym kiedyś jakiś wynik rzędu 3.38. Ale powiedzmy sobie szczerze, co to za różnica w kontekście rozszerzania się Wszechświata i masy czarnej materii?

Wyluzowałem więc w swoim podejściu do treningu i zawodów - co paradoksalnie sprawiło, że i w tym, i poprzednim roku zanotowałem życiówki w biegu na 1500m. Gdybym nadal ścigał się z myślą o Wielkich Wynikach, pewnie w ogóle bym się nie poprawiał. A gdy traktuję to na spokojnie, robię jakiś tam skromny progres, który kto wie, gdzie mnie doprowadzi.

Mam nadal ambicje wyścigowe. Bieganie to dla mnie nie rekreacja, a próba charakteru i chęć sprawdzenia swoich limitów; tego, co mogę wycisnąć z nędznego i grzesznego ciała. Równocześnie jednak nie mam złudzeń, że jestem w stanie rywalizować z Kenijczykami, którzy nie robią nic poza tym, że śpią, biegają i jedzą. Do tego są ich tysiące, wszyscy młodzi, utalentowani, zdeterminowani i z perspektywą, że jeśli nie pobiegną wyniku, to umrą z głodu. Biegają w idealnych warunkach pogodowych, urodzeni na wysokości oddychają bez udziału tlenu i z tych tysięcy przebijają się tylko nieliczni, jakieś mega cyborgi, genetyczne odmieńce w stylu Davida Rudishy czy Usaina Bolta. I ja mam się z nimi ścigać, skromny chłopaczek, który w dzieciństwie nie ganiał lwów po sawannie, tylko spędzał czas w bibliotekach? Z moim 30-centymetrowym bicepsem? Nie, złoty medal olimpijski jest poza moim zasięgiem. A uświadomienie sobie tego daje duże zadowolenie z biegania na może odrobinę niższym, ale w pewnym kontekście przyzwoitym poziomie.

O ile więc nadal ścigam się zawzięcie, trenuję solidnie i z pewnej perspektywy moje wyniki mogą wyglądać przyzwoicie, o tyle przestała to być dla mnie sprawa życia i śmierci. Wszelkie te afery, że ktoś nie zrobił minimum i chce się wieszać, inny jedzie na 7 lat do Tybetu, żeby medytacją, dietą i treningiem poprawić się o minutę w maratonie... to już nie dla mnie. Jeśli w swoich poszukiwaniach przypadkiem zrobię jakieś minimum i prezes PZLA grzecznie poprosi, to może i wybiorę się na jakąś imprezę. Jeśli nie, to zrobię imprezę w domu.

Paradoksalnie tegoroczna solidna życiówka na 1500m odebrała mi dużą część ochoty na bieżnię. Widzę, że mogę, a to, że pobiegłem 3:45, a nie np. 3:42 to kwestia trochę szczęścia, dobrego biegu czy tego, żeby w dany dzień podpasowała temperatura i wiatr. Ale z drugiej strony nie mogę zrezygnować z pewnych przyjemności życiowych. Osobnik młodszy i bardziej zero-jedynkowy z pewnością nie czytałby sagi Georga Martina do 6 rano, wiedząc, że musi iść następnego dnia na trening. Prowadziłby zdrowszy tryb życia, bardziej dbałby o dietę i nie biegłby maratonu we wrześniu, bo może go to kosztować pół sekundy na 800m w czerwcu. Ja traktuję to bardziej na luzie, bez niezdrowego fanatyzmu. Ścigam wyniki, ale nie za wszelką cenę. A bieżnia w tym wszystkim coraz bardziej męczy mnie psychicznie, to taplanie się w bagnie działaczy, badań i minimów. Więcej w tym szarpania niż przyjemności.


Maraton: pełne skupienie na utrzymaniu optymalnego tempa i biegowej sylwetki

Taki luz psychiczny i bawienie się sportem są konieczne do poprawy wyników u zawodników takich jak ja - starszych, mających za sobą 10 czy więcej lat treningu w nogach. W tym wieku wręcz zabójcze jest spinanie się jak u 20-latków, że wszystko albo nic. Coś takiego, połączone z bijącym zegarem, że ma się na liczniku już 3XXX lat, jest zabójcze. Powoduje narastającą presję, świadomość, że już teraz, trzeba zrobić wynik, że to ostatnia chwila, następne Igrzyska muszą być moje, bo jak nie, to koniec. Albo wręcz Koniec, przez wielkie K. Takie podejście jest zabójcze, bo dany osobnik zakłada, że albo bije rekord świata, albo musi rzucić sport, bo nie ma tu dla niego miejsca. A presja powoduje, że te rekordy nigdy nie padają, bo zamiast cieszyć się procesem, wciąż jest na barkach to brzemię, że mam lat tyle i tyle, a ktoś inny ma mniej i biega szybciej. To powoduje problemy już na etapie treningu, a na zawodach jest tylko gorzej. A wyniki zamiast lepsze, robią się gorsze.

To jest dobre dla młodych zawodników, którzy mają 20 lat i wierzą, że zostaną mistrzami świata. A powiedzmy sobie szczerze, ilu mistrzów świata mieliśmy w biegach w ostatnich 20 latach? Ani jednego. No właśnie. Pojawienie się Kenijczyków i Etiopczyków zmieniło zasady tej gry. Nadal wierzę, że życiówki i dobre wyniki są przede mną, ale równocześnie akceptuję, że może ich nie będzie. Jeśli nie pobiegnę 3:30 na 1500m, to mimo wszystko jest cień szansy na to, że Słońce nie przestanie świecić, a krowy nie przestaną dawać mleka.

Z moim doświadczeniem i wiedzą ścigam się na całego i nie wykluczam, że pobiegnę jeszcze jakiś naprawdę mocny wynik. Czekajcie tylko, nie powiedziałem ostatniego słowa. Równocześnie jednak akceptuję, że może nie pobiegnę. Robię, co mogę, żeby pobiec, w granicach rozsądku, ale wszystko i tak zapisane jest w gwiazdach. Jeśli nie mam pobiec, to nie pobiegnę, choćbym się nadął i spiął. W życiu idę też na pewne kompromisy, nie stawiam wszystkiego na jedną kartę, że jak w przyszłym roku nie zrobię wyniku takiego a takiego, to we wrześniu na linii startowej do 800m otwieram sobie żyły wkrętakiem do kolców. Nadal będę biegał na bieżni i pewnie niejeden raz opędzę młodziaków po kadrowych obozach wysokogórskich, ale mimo wszystko traktuję to nieco z przymrużeniem oka.


I wreszcie na mecie

To luźne podejście pozwala mi robić kilka ciekawych rzeczy, a przy tym trzymać nie najgorszy poziom sportowy - ba, poprawiać go. Dlatego też z tegorocznych wyników jestem względnie zadowolony. Wiele rzeczy mogło pójść lepiej, ale mogło pójść i gorzej. Pobiegłem przyzwoicie na krótszych dystansach, słabiej na dłuższych. Zaliczyłem maraton bez przygotowania i tym samym po raz kolejny w ciągu paru miesięcy biegałem na dystansach od 800m do 42 kilometrów. Mam pewne całkiem ambitne plany na kolejny sezon i być może je ujawnię, gdy przyjdzie czas. Mogę dalej zajmować się różnymi sprawami związanymi z bieganiem, jestem zdrowy, kontuzje mnie omijają od lat, mogę dalej trenować i startować w zawodach. I jak tu załamywać ręce, że pobiegłem trochę wolniej czy trochę szybciej, co i tak w niczym nie zmienia mojej sytuacji? Kolejne wyzwania są przede mną, nie ma się co tu spinać, tylko trzeba robić na spokojnie swoje.

Na razie w ramach przygotowań zapisałem się na siłownię. Trzeba podpakować. Wpadam tam prawie codziennie, przybijam piątkę z pakerami i zaczynam zabawę. Oprócz przerzucania żelastwa turlam się na sprzęcie do regulowania propiocepcji (nienawidzę tego słowa), jakieś takie pół napompowane poduszki, dmuchane platformy i np. stoję na tym na jednej nodze i się chwieję. Kiedyś trenowało się propriocepcję pod sklepem monopolowym, teraz trzeba do tego siłowni. Koledzy pakerzy mają ubaw. Ale nie zrażam się, trzeba się wzmocnić. Od poniedziałku zaczynam do tego dorzucać bieganie, ale zaawansowany trening siłowy chcę utrzymać co najmniej przez 2 miesiące.
Kategoria: Trening 2012
Komentarze: (7)
Zaktualizowano: 12/11/2013, 14:27

Oceń

1 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

15/10/2012, 07:28
#
Fajny tekst i zdrowe podejście! Powodzenia
16/10/2012, 11:19
#
a Twoi koledzy wciąż marzą o Igrzyskach...tylko, że na marzeniach się kończy
Jarosław Jagieła
18/10/2012, 10:58
#
Czytam ten tekst i nie dowierzam. Czy to jest ten sam Marcin Nagórek, który pisze świetne felietony w "Bieganiu", teksty z pazurem na swoim blogu?!
Dla mnie te słowa to swoistego rodzaju ostatnia wola, pogodzenie się z bolesnym losem biegowej niemocy.
Nagle słyszę o luźnym podejściu do treningu, wyników, co w przypadku medalisty Mistrzostw Polski brzmi groteskowo.
Takie myślenie pasuje raczej do typowych amatorów jak ja i tysiące mi podobnych, godzących trening z rodziną i pracą na etacie.
Chciałoby się krzyknąć: Marcinie wróć!
Marcin Nagórek
18/10/2012, 13:49
#
Dzięki ; )

Jarek, starałem się to wyjaśnić w tekście. Według mnie jest zupełnie inaczej niż to odbierasz. Owszem, godzę się z tym, że mistrzostwo świata i rekordy są poza moim zasięgiem. Czyli przyznaję, że jest poziom, którego nie przeskoczę. To daje mi paradoksalnie duży spokój. Nie muszę się sprężać, żeby udowadniać nie wiadomo co. Nie muszę się porównywać do nie wiadomo kogo. Po prostu pielę swój ogródek i w ramach swoich limitów robię, co mogę.

Myślę, że w pewnym wieku każdy biegacz musi zrobić taki rachunek sumienia. W przeciwnym razie pozostaje frustracja i ciągły brak spokoju. Bo czytasz, że najlepsi biegają po 200 kilometrów tygodniowo, tylko śpią, jedzą, poddają się masażom i kasują grube pieniądze za rzadkie starty. Wiesz, że Ty tego nie masz, a sam starasz się być najlepszy. Zastanawiasz się, czego Ci brakuje, co jest nie tak, że jesteś słabszy od kogoś tam. Spinasz się, trenujesz mocniej, biegasz szybciej, próbujesz być mega profesjonalistą w każdym calu - i dalej dupa blada.

Efekt tego wszystkiego jest taki, że ani w treningu, ani na zawodach nie ma spokoju koniecznego do progresu, nie ma odpowiedniej pewności siebie. To są obserwacje z życia wzięte.

Natomiast moje podejście to spokój i czerpanie przyjemności z samego procesu treningowego i skromnych wyników. Bez spinania się, bez porównywania do innych. W ramach tego, co mogę, robię, co mogę. Jednak życie, gdzie liczy się tylko jeden cel, jakieś wyimaginowane Igrzyska czy Bóg wie co, to nie dla mnie. Bo wtedy jest presja, jest brak przyjemności z życia, wszystko podporządkowane jest jednemu, a to wcale nie przynosi niczego dobrego.

Powiedziałbym więc, że moje podejście jest bliższe czystemu amatorstwu w taki sposób, w jaki robili to sportowcy 50 lat temu. Owszem, trenowali, ile mogli, celowali w jak najlepsze wyniki, ale równocześnie prowadzili normalne życie. Zdarzali się tam mistrzowie olimpijscy i rekordziści świata. Więc jeśli ja przy swoim spokojnym podejściu jakiś rekordzik pobiję, to się nie obrażę. Ale jeśli nie pobiję, to również się nie obrażę ; )
Jarosław Jagieła
19/10/2012, 01:19
#
W takim razie czy bieganie to Twój zawód czy tylko hobby?
Czy te wszystkie narzędzia treningowe, o których piszesz to tu to tam, to tylko eksperymenty sprawdzające Twoje samopoczucie czy rzeczywiste dążenie do urzeczywistnienia marzeń o rekordzie czy o zwycięstwie?
Czy Twoje bieganie to jeszcze sport czy już rekreacja?
Wybacz mi te natrętne pytania, ale stając się poprzez bloga czy pracę dla "Biegania" osobą publiczną musisz zdawać sobie sprawę, że w kwestii treningu jesteś dla wielu autorytetem.
Domyślam się, że jak dla wielu z nas, bieganie i to co temu towarzyszy uszlachetnia Ciebie, wzmacnia fizycznie i psychicznie, dodaje kolorytu ogólnie smutnemu światu, i to jest O.K.
Ale za podkręcanie treningowej koniunktury, by potem machnąć na to ręką, należy Ci się nagana (tym razem bez wpisania do akt :)). Pozdrawiam
Marcin Nagórek
19/10/2012, 13:30
#
Te pytania są proste. Bieganie nigdy nie było dla mnie zawodem, tzn nigdy na tym nie zarabiałem w sposób bezpośredni. A jeśli już, to niewielkie kwoty. Zawodem są dla mnie sprawy pośrednio związane z bieganiem, np. dziennikarstwo biegowe czy trening innych. Zawodowo ocieram się o bieganie, ale nigdy nie byłem zawodowym biegaczem. Z tego względu mogę sobie pozwolić na sporą dowolność np. w doborze startów, dystansów, skracaniu czy przedłużaniu sezonu. Mogę biegać na ulicy dla przyjemności, nawet gdy mam słabszy okres, jak w wakacje tego roku.

Metody treningowe są różne. Piszę zarówno o tych, które sprawdzam na sobie, jak i o tych, które znam tylko z teorii. Chociaż po tylu latach nie wiem, czy coś znam tylko z teorii ; ) Przynajmniej dotknąłem praktycznie wszystkiego.

Natomiast co do rozróżnienia, czy to sport czy rekreacja - według mnie jest to podział sztuczny. W ramach swoich możliwości staram się biegać jak najlepiej. W tym sensie zawsze uważałem i uważam się wyczynowca, nigdy nie biegałem rekreacyjnie. Ale równocześnie wynik nie jest dla mnie jedynym punktem odniesienia. Niektórzy dadzą się pokroić za to, żeby "coś pobiec", staje się to ich obsesją. Były badania, w których spory procent sportowców odpowiadał, że wzięliby doping, który poprawiłby ich wyniki, nawet gdyby znacznie miało to skrócić ich życie. Ja nie mam takiego podejścia. Robię swoje, a co wyjdzie, to wyjdzie. Staram się, żeby wyszło jak najlepiej, ale jeśli nie wyjdzie, to trudno.

Paradoks, na który zwracam uwagę, polega na tym, że uważam, że w pewnym wieku podejście "co będzie to będzie" prowadzi do lepszych wyników niż podejście "muszę coś pobiec". W momencie, gdy człowiek niczego nie musi, nie nakłada na siebie żadnej presji, zaczyna biegać lepiej. Zadowolony i wyluzowany biegacz to biegacz dobry i skuteczny.

20/10/2012, 01:44
#
ej tam, nie znacie się, Nagór to 100% hedonista, szybkie dziewczyny treningowe i przyjemność ;-) dlatego tak kocha 800m choć mógłby ze 2.20 wyrzeźbić w maratonie ale co to jest dziś w świecie ? każdy musi swój egzamin zdać a on zdaje z tego kim jest w przeciwieństwie do mnóstwa klakierów w biegowym światku
ps. zna się na robocie treningowej na b.wysokim poziomie

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin