02
10/2012
23:19
Czas na relację z największego tegorocznego szaleństwa - startu w Maratonie Warszawskim. Po morderczym treningu w ostatnich 3 tygodniach, na który składały się wyłącznie dni wolne oraz kilkukilometrowe rozruchy, stanąłem zdeterminowany na starcie. Nie myślałem o tym, że 42 kilometry to więcej niż przebiegłem w całym tygodniu przed tym biegiem. Liczyło się to, że byłem zającem Oli i miałem poprowadzić pierwsze 25km w żelaznym tempie 4:00-3:55/km, a na początku nawet wolniej. Za każdą dodatkową urwaną sekundę ucinałbym sobie jeden palec, jako ofiarę dla bezimiennego boga, byłem więc bardzo skupiony.

Plan zakładał dla Oli ewentualne przyspieszenie w drugiej części dystansu, jeśli starczy jej sił (i mnie też). Spodziewałem się, że na mecie powinna stawić się między 2:48 a 2:44 od wystrzału startera. Nie udało się. Nie zawiodły jej antylopie nogi ani żelazne płuca - zdrajcą znowu okazał się żołądek.


Na razie dysponuję tylko zdjęciami, które pstryknął mój brat przenośna kamerką na trasie. Tutaj już w momencie kryzysu, kolejne zdjęcia będą z tego samego momentu, ok. 27 kilometra

Po połówce w Tomaszowie było dobrze, przez całe dwa dni. Potem poniosło nas szaleństwo i zawiodła pogoda, doprowadzając do kompletnego wycieńczenia. W Zamościu biegaliśmy w ciężkim terenie, a przez parę dni było gorąco jak na dornijskiej pustyni. Dobre samopoczucie rozwiało się niczym miraż. Tydzień przed maratonem doszliśmy do stanu, gdy wykonanie zwykłego rozbiegania stanęło pod znakiem zapytania. Po prostu kompletna niemoc, potęgowana bólem gardła. Decyzja była prosta - odpoczywamy, a ze startu rezygnujemy. Dało nam to spokój psychiczny, który doprowadził do uzdrowienia. Treningi były... Zaraz, zaraz, jakie treningi? Wychodziliśmy na skromne rozbiegania, rzędu 6-8km, ja miałem też łącznie bodajże 3 dni wolne.

Dwa dni przed startem pomiar tętna u Oli na treningu dał wreszcie jakiś sensowny rezultat. Pojawiła się szansa, że dotrwa chociaż do połówki. Było to na tyle kuszące, że zdecydowaliśmy się jechać.

Na starcie jak to na starcie - jakoś wepchaliśmy się w tłum. Było dość chłodno, ale mocno wiało. Start jakiś taki z zaskoczenia, dopiero po 50 metrach zorientowałem się, że już biegnę. Nie wziąłem GPS-u, żeby nie obciążać nadgarstka, byłem więc bardzo rozczarowany, gdy znaczniki kilometrów okazały się guano warte. Stawiano je z radosną fantazją i grecką precyzją, a różnice pomiędzy poszczególnymi kilometrami sięgały nawet 40 sekund. Skupiłem się więc na swoim wewnętrznym rytmie, łapałem azymuty na bicie serca i podmuchy wiatru. Okazało się to precyzyjne jak zegar atomowy. Kilka lat temu gość, który atestuje trasy, powiedział mi, że nigdy nie bierze odpowiedzialności za oznaczenia kilometrów, ale już piątki muszą być dokładne. No i to się mniej więcej zgadzało.

Byłem tak skupiony na tempie, na tym, żeby nie biec za szybko, że prawie zacząłem się pocić. Ola beze mnie na bank zaczęłaby za mocno, tak jak kilka innych dziewczyn. Po 3km było jej tak wolno, że zaniepokojona zapytała, czy na pewno to jest OK. Było - pierwsza piątka w 20:22, czyli 4:04/km. Te kilka sekund nie było problemem, pierwsza piątka miała być najwolniejsza w całym biegu. Na Wisłostradzie z wiatrem w plecy zacząłem odrobinę podkręcać, ale naprawdę odrobinę. 10 km minęliśmy w 39.54, czyli druga piątka w 19:34, średnio 3:55/km. To było jednak na odcinku trasy z długim zbiegiem.

Przed maratonem nie przewidziałem jednak tego, że podstępny organizator podrzuci nam swe kukułcze jajo, konia trojańskiego na rowerze. Ola dostała asystenta, który wiózł płyny i odżywki, można było mu przekazać to, co miało się ochotę spożywać na trasie. Zastanawiałem się nad udźcem dzika i pitnym miodem, ale w końcu zdecydowaliśmy się na diabelski, podstępny napój - isostar. Nigdy więcej! Gdyby nie ta wygoda z asystentem, pilibyśmy samą wodę, narzekalibyśmy na brak obsługi i pewnie wyszlibyśmy na tym o wiele lepiej. Ale cóż, mądry Polak...


Ola cierpi, ja nieco mniej...

15km minęliśmy w idealnym czasie 59:49. Oboje czuliśmy się zupełnie luźno. Jedyne, co mi dokuczało, to już lekko obite o asfalt mięśnie, od dawna bowiem nie biegałem na treningu tak dużo. Wiedziałem jednak, że dam z tym radę, poboli i przestanie. Po prostu na ostatnich 10km musiałbym nieco zacisnąć zęby. Ale problemy nadeszły znacznie wcześniej. Tuż za pietnastką, gdy biegnąc podziwiałem krajobraz i zastanawiałem się, czy pojawi się w końcu zadyszka, nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, zawartość żołądka podeszła mi do gardła. Taka obrzydliwa cofka, prawie poszło uszami. Nie zastanawiajcie się nad tym zbyt wiele.

Ola miała podobne problemy ale wtedy jeszcze nie skojarzyliśmy tego z isostarem i dalej radośnie go popijaliśmy. Przed 19 kilometrem minęliśmy pierwszą z dziewczyn, które zaczęły zbyt mocno i na agrafce widziałem, że druga też już ma dość. My zaś powoli, powoli nabieraliśmy impetu. Po 19 km był nawrót i nagle trzeba było cisnąć pod wiatr. Straciliśmy więc parę sekund, ale tempo wyszło idealne - 1:20:00. Uwierzycie w to? Bez GPS, bez dokładnego pomiaru kilometrów, zupełnie na wyczucie, po 20 kilometrach wykręciłem czas co do sekundy zgodny z założeniami. Nie wspominałem o tym, ale w tygodniu wyszedłem na stadionie na 6km biegu ciągłego, gdzie również biegłem w tempie 4:00/km, po to, żeby wyczuć ten rytm. Jak widać, skutecznie.

Półmaraton wyszedł w 1:24:32, ale nie bardzo wierzę w ten pomiar. Musielibyśmy stracić 32 sekundy na kilometrze, co nie było możliwe w świetle poprzedniego idealnego tempa, nawet mimo wiatru. Ale u Oli pojawiły się pierwsze oznaki kryzysu. Pod wiatr trzeba było zapracować trochę mocniej i wtedy żołądek zbuntował się na dobre. Kolka i skurcz żołądka złapały Olę w żelazne kleszcze, zbladła i zaczęła mocniej oddychać. Widząc to, powiedziałem, że zwolnimy i niech kryzys minie. Chwile później była górka i wbiegaliśmy naprawdę w spacerowym tempie, ale nic nie pomogło. Olę brzuch bolał coraz mocniej. Nie mogła już nic pić i biegła skręcona w pół z bólu. Mimo to 25km było jeszcze w 1:40:19 - czyli średnio niecałe 4:01/km. To nadal było bardzo dobre tempo, ale widać było, że to już koniec.


To zdjęcie najlepiej pokazuje ból - Ola biegła w tej pozycji prawie do końca, trzymając się za brzuch

W okolicach 27km Ola musiała stanąć. Żadne skłony, uciskanie brzucha, wdechy - nic nie pomagało. Ból był tak silny, że kuło ją aż w klatce piersiowej i plecach. Mój brat, który był na trasie, podał nam gorącej herbaty, ale to nic nie pomogło. Było już po biegu Po raz kolejny, bo 2 lata temu Ola chciała zaliczyć debiut w Dębnie i po 22 czy 23 kilometrach też musiała stać z powodu problemów żołądkowych. Zgadnijcie, co wtedy piła - isostar! Ale winę zwaliliśmy wtedy na odwodnienie i żele, nie spodziewaliśmy się, że taki dobry, reklamowany i drogi isostar, który często pijemy w czasie treningów, może być przyczyna problemów. Tym razem to już nie przypadek.

Między 27 a 30 kilometrem staliśmy chyba ze 4 czy 5 razy razy. Ola postanowiła pokazać charakter i nie zejść. Chciała zostać maratonką z krwi i kości, zacisnęła więc zęby i truchtaliśmy w tempie między 4:35 a 5:00/km. Dzielna dziewczyna! Kolka trzymała ją przez całe 20 kilometrów. Każda próba przyspieszenia kończyła się bolesnym skurczem całego żołądka. Czy wspomniałem o tym, że od 23 kilometra biegło się pod wiatr? Ja na tych postojach zmarzłem niemiłosiernie, co po biegu odbiło się solidnym przeziębieniem. Żołądek również wywracał mi się na drugą stronę, więc oboje już nic nie piliśmy, na mecie byliśmy kompletnie odwodnieni. Truchtaliśmy jednak, bo nasza determinacja była wielka. Mijali nas starcy, otyli, kalecy, ale staraliśmy się zwracać na to uwagi.

Maraton jest męczący sam w sobie, nieważne, w jakim tempie się biegnie, dlatego na ostatnich kilku kilometrach byłem totalnie sponiewierany. Zmarzłem, mięśnie mi ostygły na postojach, więc nogi zrobiły się ciężkie jak kamienie. Nie piłem przez 20 kilometrów i to też dało się we znaki. Most dłużył mi się niemiłosiernie. Na metę wpadliśmy jednak w niezłej kondycji, trzymając się za ręce. Za metą - zgon ; ) Nie wiedziałem, czy się kłaść, siadać czy stać. To chyba głównie kwestia odwodnienia. Ola dostała wręcz drgawek, cała zsiniała. Wystarczyło jednak pół godziny i litr wlanego w siebie powerade, żeby dojść do równowagi. Ola wypiła łącznie chyba cztery. Dzień po biegu oboje mięśniowo czuliśmy się bardzo dobrze. Dokuczają lekkie zakwasy, ale minimalne, zrobiliśmy ten maraton właściwie jak dłuższy trening. Co ciekawe, ja mam zakwas w lewej nodze, a w prawej nic - to chyba znaczy, że jestem jakiś pokrzywiony...


Kolejne zdjęcie z tej samej serii. Kamerka była ustawiona na automatyczne trzaskanie fotek. U Oli to, co wygląda na uśmiech, jest chyba niestety grymasem bólu.

Czas mnie bardzo miło zaskoczył. Mimo tylu postojów i żółwiego tempa na ostatnich 17 kilometrach, wykręciliśmy 3:03. Na trasie zatrzymywałem zegarek na postojach (głupi odruch z treningu), nie wiedziałem więc, na ile lecimy, ale wydawało mi się, że będzie co najmniej 3:20. To w gruncie rzeczy nie jest źle, pokazuje, że i dla mnie, i dla Oli czasy rzędu 3:00 to jest właściwie trucht. Ale maraton to nie jest czysta wydolność jak w krótszych biegach. Tu się liczy ogólna logistyka, walka z tym znużeniem i właśnie żołądkiem. Połknięta przypadkowo mucha, rzecz normalna na treningu, może być tu przyczyną kryzysu ; )

Sam bieg od strony technicznej - bajka. Ze stadionu jesteśmy przyzwyczajeni do braku kibiców, byłem więc aż przerażony tymi wszystkimi bębniarzami i przebierańcami. Gdzieś w okolicach 35 kilometra byli ludzie przebrani za jakieś drzewa czy leśne stwory - to było genialne. Ich przywódca skakał tak szaleńczo, wyglądali tak kosmicznie i komicznie, że śmiałem się prawie do mety. Fantastyczna sprawa, to dla mnie najjaśniejszy punkt maratonu. Przy bębniarzach z kolei widziałem jak biegacze odruchowo przyspieszają. Gdyby rozstawić ich więcej, po 30 kilometrach wszyscy przeżyliby piękną maratońską ścianę, ze względu na zbyt szybkie tempo, do którego zachęcał ten diabelski rytm bębnów.

Organizacja bardzo mi się podobała, w porównaniu do bieżni to jest niebo a ziemia. Podobno zupa była za słona czy niedogotowana, ale tego nie wiem, nie próbowałem i jestem skłonny to wybaczyć organizatorowi. Ola chyba też polubiła maraton, mimo tej żołądkowej traumy, więc pewnie jeszcze będzie okazja go przebiec. Po Dębnie dwa lata temu powiedziałem, że nigdy więcej tej nudy, ale jednak z kimś i w jakimś celu biegnie się inaczej. Tam nie było kibiców, tylko drzewa i samotne zwiedzanie lasu przez 30 kilometrów. W dużym mieście to jest inne bieganie. Do tego byłem tak skupiony na trzymaniu równego tempa, że nie zdążyłem się znudzić. Finisz na Stadionie Narodowym, w szpalerze kibiców - świetna sprawa.

Co dalej? Na razie leczę przeziębienie, wczoraj mnie położyło. Intensywnie traktuję gardło grzanym piwem z miodem i czuję, że to oraz odpowiednia dawka dni wolnych doprowadzi mnie do takiej formy, że jeszcze w tym roku gdzieś wystartuję. Trening jest zdecydowanie przereklamowany, mnie trenuje samo myślenie o startach ; ) A jak znam Olę, to też się nie podda i wkrótce znowu zaatakuje.
Kategoria: Starty 2012
Komentarze: (22)
Zaktualizowano: 03/10/2012, 15:15

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Mapa

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

Krzysztof Bartkiewicz
03/10/2012, 08:02
#
Oj Marcin, jak to możliwe że ktoś z taką wiedza popełnia aż tyle błędów? ile jeszcze ich będzie? Mam wrażenie że za nim Ola przebiegnie w całości bez problemów maraton to swoje najlepsze lata będzie miała za sobą. Nie raz i nie dwa w swoim blogu pisałem że w trakcie maratonu polecam tylko wode. Odżywki jak już tylko swoje, gdyż nawet jeżeli na punktach pojawi sie odżywka danej firmy którą i wy stosujecie- to wystarczy że będzie w innej konzystencji rozdrobniona i żołądek to odczuje. Dosłownie zawiodłem się Marcinie na całej linii na Tobie.
Jarosław Jagieła
03/10/2012, 08:24
#
Widziałem Was w relacji on line. Gratuluję wytrwałości i determinacji.
Czy było warto?
Ciekaw jestem Waszych wniosków "na chłodno", po czasie.
Parę rzeczy z Waszego biegu nie daje mi spokoju, a nawet podważa swego rodzaju wiarygodność szczególnie Twoją Marcinie jako Trenera. Dlatego zależy mi na Twojej sumiennej analizie tego co w Wa-wie zaszło i wnioskach na przyszłość.
P.S.Wasze założenia na wynik 2:44-2:48 to również mój plan na życiówkę. Kto wie może za rok w stolicy wesprzemy się we wspólnej walce...?
03/10/2012, 10:54
#
Gwoli ścisłości... 1:20:00 na 20 km. 1:24:32 na połówce. Pamiętaj, że półmaraton ma 21,097m :) Biegnąc po 4:00/km połowa wychodzi w 1:24:23, więc nie straciliście 32s (co rzeczywiście byłoby ogromną rozbieżnością w oznaczeniach), ale 9s. Całkiem realne :P
03/10/2012, 12:50
#
Przeciez Marcin napisal , ze mieli serwis w postaci roweru i wlozyli tam WLASNE ODZYWKI przygotowane przez ich samych.Troche wiecej czytania ze zrozumieniem Panie Krzysztofie;-)
Marcin Nagórek
03/10/2012, 15:10
#
Z półmaratonem - racja, tym bardziej, że to było pod wiatr, nie pomyślałem o tym ; )

Jeśli się wczytać w opinie, to jedni są zawiedzeni tym, że biegamy maratony, a inni faktem, że tak późno zaczynamy w nich biegać ; ) Sprawa wygląda tak, że musimy iść swoja drogą, a ona jest zależna od wielu czynników. Wszystkie starty to kombinacja potrzeb finansowych, życzeń klubu, dostępności startów, aktualnej formy i wielu innych spraw. Na pewno nie rezygnujemy z bieżni i co roku będziemy się pojawiać na mistrzostwach Polski.

Maraton traktowaliśmy mocno ulgowo, jako bonus na koniec sezonu, nie traktowałbym więc tego startu i ostatecznego wyniku jako czegoś bardzo poważnego. Zwróćcie uwagę, że w tym roku oboje startowaliśmy bardzo dużo, ale przy tym dość ulgowo. Wcześniej próbowaliśmy solidnego przygotowania do maratonu i startu w nim jako celu, ale z pewnych względów u Oli się to nie sprawdza. Dlatego teraz postanowiliśmy pobiec z marszu. Było to przy minimalnym kilometrażu, bez specjalnego treningu pod maraton. Próba miała służyć zapoznaniu się z dystansem. To się udało i na pewno jeszcze spróbujemy tego biegu, ale czy ostatecznie Ola skupi się na maratonie? To zależy od zbyt wielu czynników, żeby teraz oceniać.

Dodam przy tym, że bieg sam w sobie był dla Oli na tyle łagodny, że jestem pewien, że byłaby w stanie pobiec te 2:46 za 2 tygodnie w Poznaniu. Wyszedł z tego po prostu mocniejszy trening: 25km po 4:00/km + 17km na dobicie zapasów węglowodanów. Mięśniowo Ola dzisiaj jest już w takim stanie, jakby nie biegła. Energetycznie odbuduje się w kilka dni, a pod względem nerwowym/wydolnościowym był to za mało intensywny wysiłek, żeby można było mówić o poważniejszym zmęczeniu. Dla porównania w sierpniu biegła na treningu 26km w tempie 3:55/km i był to dla niej spokojny trening, po którym nie czuła większego zmęczenia.

Problem polega na tym, że Ola jest już nieco psychicznie znużona startami i dlatego Poznań jest mało prawdopodobny. Pod względem fizycznym jest w takim samym stanie jak np. w lipcu.

Co jeszcze? Odżywki były oczywiście nasze i mój wpis o koniu trojańskim jest żartobliwy. Doświadczenie to sprawa dyskusyjna, każdemu służy co innego. My się często konsultujemy ze znajomymi trenerami, biegaczami i każdy poleca inne specyfiki, inną strategię. Isostar Ola dostaje z klubu, pije go często i nigdy nie sprawiał jej problemu. Trudno było przewidzieć, że w maratonie zaszkodzi, ale teraz już to wiemy. W tym roku na paru treningach próbowała też żeli izotonicznych i wszystko było OK. Bieg na samej wodzie nie każdemu służy. Np. Dorota Gruca zawsze pije izotoniki i je żele, z nią dużo na ten temat rozmawialiśmy.

Jeśli następny maraton Ola pobiegnie tylko z wodą i padnie energetycznie na końcówce, też ktoś może powie, że to był błąd, że nie mieliśmy żeli. Tu nie ma innej drogi niż kolejne próby.

Dodam przy tym to, co często mówię w prywatnych rozmowach: taki a nie inny kształt treningu i sezonu startowego to wpływ ogromnej ilości czynników. Realny trening to nie jest coś, co się rozpisuje na kartce i z kalkulatorem. Wiele zależy od uwarunkowań psychicznych, ba - nawet miejsca zamieszkania. W Zamościu i Słupsku nie mamy za bardzo gdzie biegać, o czym wie każdy, kto tu pobył. Gdybyśmy byli szczęśliwymi posiadaczami domu w lesie, trening i starty wyglądałyby zupełnie inaczej - może ktoś ma jakąś chatkę do oddania? ; )

Najchętniej skupilibyśmy się w ogóle na bieganiu 1500m na bieżni, tutaj Ola na pewno ma potencjał do dojścia do wyniku 4:06, a ja pewnie kawałek poniżej 3:40. Tylko na bieganiu 4:10 nic się nie zarabia, a na dyszkach w 35 minut kosi niezłą kasę - to też jest ważne.

Podsumowując: w takich a nie innych warunkach robimy co możemy, żeby biegać jak najlepiej i jak najlepiej godzić różne życiowe sytuacje. To nie jest Oregon Team z 10-letnimi kontraktami sponsorskimi i wszystkim, co zawodnik tylko zamarzy, żeby móc się poprawiać. Pracujemy w izolacji, zdani tylko na siebie. Wychodzi jak wychodzi, raz lepiej, raz gorzej, a na przyszłość cały czas mamy nadzieję na lepiej ; )
Adam Starzyński
03/10/2012, 15:21
#
Wierzę, że będzie dobrze bo jak się pracuje to powodzenie jest kwestią czasu. Trzymam kciuki !! Miło było spotkać Was na moście i w okolicy 20km :D
03/10/2012, 18:56
#
A ponadto prowadzący imprezę wymienił Was z imienia i nazwiska - nie wiem czy słyszeliście - podczas finiszu(przez głośnik),co zwróciło moją uwagę ku linii mety i lekko zdziwiło że "dopiero teraz"...pozdrawiam i życzę powodzenia w kolejnych startach
Krzysztof Bartkiewicz
03/10/2012, 19:26
#
Marcin wszedzie można trenować, tez miałem duze obawy jak w miejscu gdzie wcześniej trenowałem położyli asfalt, wycieli drzewa, czy zaczęli budować most. Musiałem zmienic swoje miejsca do treningów. Też często sie przemieszczam i nie ma miejsc gdzie nie dałoby sie biegać. Według mnie to kwestia psychiki, ponadto często jeżdzicie na obozy... ja np obozach nie bywam. Wydaje mi sie że Macie słabą psychike co w biegach długodystansowych jest bardzo ważna (nie wiem jak w biegach na 800 i 1500m)
Co do żywienia to uwierz mi że można na samej wodzie pobiec, kwestia tego jak się odżywiałeś przez ostatnie 3dni, jezeli nie dbałem o to żeby odpowiedni się posilić, to być może jakieś izotoniki są ważne, ale jeżeli tak jak ja nie czuje żadnego osłabienia, czuje że obiad jadłem sumiennie, to po co brac dodatkowe izotoniki...?
Ponadto jeżeli zaistniała taka sytuacja a nie inna (też bywałem w tarapatach) to są zwykle dwa rozwiązania: albo uda sie zmusić organizm żeby jak najszybciej skorzystać z wc -stracicie wówczas do 30 sekund, lub na punktach pić dużą ilośc wody, znacznie więcej niż normalnie. Przetestowałem to na sobie nie w jednym maratonie i obie metody powyzej wskaze są dobre.
Marcin Nagórek
03/10/2012, 21:51
#
No niestety, u kobiet finansowo dużo bardziej opłaca się biegać 10km w 35 minut niż np. 800m w 2:02 czy 1500m w 4:10. U mężczyzn jest jeszcze gorzej, na 800m nawet na wynikach rzędu 1:46 właściwie się nie zarabia. To trzeba brać pod uwagę, gdy analizuje się sytuację różnych biegaczy.

Wymienienia przez głośnik nie słyszałem, był duży hałas - szkoda, to pewnie byłoby miłe. Ale specjalnie wbiegliśmy, trzymając się za ręce, żeby mieć fajne zdjęcie - czekam, kiedy fotomaraton wrzuci fotki z biegu ; )

Słaba psycha - Krzysiek, taka Ola trenuje od lat, biegając po chodnikach wzdłuż obwodnicy Zamościa, 2km i potem powrót, jakieś 2 metry od ulicy, którymi jeździ sznur TIR-ów, często trąbiąc dla jaj na biegającą dziewczynę. Żeby zrobić tam 30 kilometrów, trzeba wykręcić jakieś kilkanaście nawrotów. Przy treningu 2x dziennie i tylu latach pomyśl, czy to świadczy o słabej psychice. Wybacz, ale gdy słyszę takie teksty od kogoś, kto zupełnie nie zna sytuacji, a mowa jest o biegaczce, która osiągnęła w trudnych warunkach całkiem przyzwoite wyniki, nóż mi się otwiera w kieszeni. Biegałem w prawie każdym mieście w Polsce, paradoksalnie najlepsze warunki są w W-wie, a akurat Zamość jest pod tym względem fatalny.

Najbliższy las jest 15km od miasta. To jest jeden z wielu czynników, które sprawiają, że trudno nam rywalizować np. z Kenijczykami. Do tego zimą w Zamościu zdarzają się mrozy na ponad 30 stopni, a chodniki nie są odśnieżane. Wtedy Ola kręci pętelki na koronie stadionu, 500m, robiąc na tym kilometraż rzędu 150 tygodniowo. Nigdy w życiu nie biegała po naturalnej nawierzchni, zawsze beton i asfalt, a to ma swoje odbicie w technice. W Słupsku jest nieźle, ale nie z mojej strony miasta, jest fajny las, ale mam do niego kupę kilometrów. Zimą jest tragedia, wtedy kręcę na moim słynnym cmentarzu, 450m w jedną, 450m z powrotem. Chętnie poznam biegaczy, którzy w takich warunkach osiągnęli więcej niż my ; )

Twoje rady żywieniowe są interesujące i cenne, ale jesteś tylko jednym z wielu głosów. Ty mówisz, że biegasz na wodzie, a rekordzistka Polski, że nie wyobraża sobie biegu bez izotoniku i żelu. Byłbym dziwny, gdybym w takim wypadku nie słuchał różnych opinii i nie sprawdzał różnych rozwiązań. Twoje też na pewno przetestujemy ; )
03/10/2012, 22:31
#
Ładne zdjęcia z mojego Ursynowa :)
Dzisiaj tu trafiłem i jestem pod wrażeniem zarówno strony, jak i Twoich spokojnych i rzeczowych odpowiedzi na nie zawsze przychylne (i trafne) komentarze.
Krzysztof Bartkiewicz
04/10/2012, 08:33
#
wracając jeszcze do żeli, nie radze biegać maratonu na żelach z firm-których jeszcze nie testowaliście. Jeżeli weżmiecie ich za dużo-to faktycznie może być skutek odwrotny, więc ciężko określi czy w Dębnie za duża ich ilosć nie miały dodatkowego negatywnego czynnika. Za czasów G.Gajdusa chyba tyż żeli jeszcze nie było, więc trzymał sie innych rozwiązań. Obecnie polecam wziąć jeden przetestowany żel na pół godziny przed startem, w trakcie maratonu już nie jest taki potrzebny, chociaż podobno R.Dudycz swoje żele bierze również w trakcie maratonu-ale nie jest to cała tubka, lecz jkaś jej cześc... Z mojej strony polecam żele firm PowerBar, Enervit, czy Vitarade-przy czym te ostatnie mają swoje urozmaicenia (na start, w trakcie maratonu itp.) -gdzie z blogu M.Giżyńskiego można wyczytać że być może żel mu zaszkodził bo był na kofeinie i miał lekka zgage jak pamiętam. Mi osobiście kofeina nie szkodzi-być może dlatego że przyzwycziłem organizm do wypicia jednej kawy dziennie-a wcześniej też miałem problemy..


Wracając do psychiki i tras. Był okres kiedy zmuszony byłem zima do biegania po ziemi (pomiędzy chodnikiem i ruchliwa ulicą) długości 200m, gdzie robiłem nawrót 180 stopni. I tak 20km potrafiłem biegać....
Piszesz że masz 15km do lasu, znam zawodników którzy w ten sposób pokonywali autem 10czy nawet 20km tylko po to żeby zrobić trening w bardziej komfortowych warunkach-więc można...
Ja do lasu mam jakieś 5km, więc siłą rzeczy mam minimum 10km dziennie po asfalcie przy światłach (na czerwonym sie nie zatrzymuje jak mam możliwość przebiec..). Mam bliżej stadion, ale od nagminnych biegania kółek pojawiły sie problemy z kolanem więc przestałem praktycznie zaglądać na stadion, w dodatku pojawiły sie tam babcie z kijkami które uwielbiają chodzić po wewnętrznym torze tym samym biegacze sa zmuszeni do nadrabiania kilometrów


I jeszcze jedno, kiedyś biegałem bez żeli i bez posiłku, musiało minął kilka sezonów żebym zmienił ten rytuał, było z tym różnie, obecnie na godzine przed maratonem potrafię zjeść dwie-trzy kromki chleba, kiedys organizm negatywnie by sie zachował, ale z czasem przyzwyczaiłem organizm do spozywania pokarmu na krótko przed treningiem, więc dlatego nie potrzebuję żadnych izotoników na trasie. Pisałeś że D.Gruca biegała na izotonikach, to zapytaj sie jej kiedy spożywała ostatni posiłek przed biegiem, przypuszczam że tu tkwi problem...
04/10/2012, 09:28
#
Może z mojej strony, co do odżywiania na trasie. Podczas maratonu spożywam 3 żele (15, 25, 35km) podobnie jak Chaboś, z którym się bardzo dobrze znamy. Chłopaki z czuba również biorą żele, i również żele poleca Kuba Czaja, z którym również często rozmawiamy o żywieniu. Ja testowałem na sobie różne wynalazki, od Maxima, przez PowerBar po których po wygraniu Kamusa w 2003 pawiowałem i ... od Torunia do Gdyni, przez Enervit, Vitargo, Sis i na Vitarade kończąc. Obecnie biorę Vitarade i jestem z nich zadowolony, gdyż czuję, że coś w sobie mają i pomagają. Biorę je zarówno w półmaratonie (po 15km), jak i na maratonie. Co piję... tylko wodę, ew. Powerade lub, jeżeli jest Vitargo. Nie piję żadnych lokalnych wynalazków, bo boję się o żołądek ;)

Współczuję Wam warunków treningowych, przypominają mi się lata, kiedy na odcinku 500m kręciłem 16-stki ciągłego, tempa i inne dziwne treningi, po ciemku, po śniegu... heh. To daje na głowę ;)
Marcin Nagórek
04/10/2012, 14:10
#
Dzięki Suchy, ciekawe informacje.

W wypowiedzi Krzyśka jest jedna sprawa, na którą zwróciłem uwagę i o której myślałem już wcześniej: przyzwyczajenie organizmu do jedzenia w biegu. Tu dla nas jest problem, bo w biegach średnich nabraliśmy zwyczaju niejedzenia niczego kilka godzin przed biegiem. Na pusto biega się tam dużo lepiej. Sam kiedyś nie jadłem niczego 5-6 godzin przed biegiem, teraz są to 3 godziny.

W związku z tym biega się nam ciężko nawet po śniadaniu. Gdy maraton jest o 9, jemy lekkie śniadanie o 6, ale na starcie wcale nie ma uczucia pustego żołądka. Podobnie na trasie, nasze średniodystansowe brzuchy protestują, gdy w trakcie biegu mamy coś zjeść. Nie wiem, czy każdy tak ma, ale ja nawet po łyku wody jestem o krok od utopienia i kolejne 100 metrów odzyskuję oddech ; )

To pokazuje, że problemów ze specjalizacją na konkretnym dystansie jest więcej niż może się wydawać. Ja to widziałem na przykładzie techniki biegu. Taka Ola 10 lat startowała na średnich dystansach, w wieku 15-25 lat, kiedy kształtują się mięśnie i nabywa się trwałych nawyków ruchowych. Wtedy zakodowała sobie np. to, że odcinki muszą być biegane mocno - i nie potrafi tego przełamać w treningu, zawsze biegnie zbyt szybko.

Być może problem polega na tym, że po wielu latach biegów średnich atakujemy teraz dystanse długie. Co więcej, te biegu średnie były oparte o trening intensywny, mało objętościowy, na odcinkach. Przełamać to na długie biegi ciągłe jest trudno. Chociaż na treningu jest już coraz lepiej.
Aleksandra Jakubczak
04/10/2012, 20:19
#
Patrząc z perspektywy kibica, tłumaczenia typu zaszkodził isostar, zupełnie by mnie nie usatysfakcjonowały bo to zwyczajnie w świecie nie powinno się wydarzyć i tyle. Całą odpowiedzialność za taki stan podczas maratonu biorę na siebie, bo w końcu nikt mi tego nieszczęsnego isostaru nie wlewał do gardła na siłę.
Należy jasno powiedzieć, że zawiedliśmy na całej linii . Popełniliśmy kilka istotnych błędów zarówno na etapie przygotowań, wypuszczania i samego startu. Ukończyłam maraton to prawda ale moje ambicje sięgają dużo wyżej. Zawiodłam - przepraszam, teraz czas na wyciągnięcie wniosków, podsumowania, przemyślenia. Listopad już za plecami a wraz z nim nowe przygotowania, nowe plany, cele, marzenia. Ten sezon uważam za zakończony z dużą nutką niedosytu.
04/10/2012, 22:22
#
Ola, ktoś Ci tego Isostara podarował na urodziny ;-) Marcin może o mnie mówić Koń Trojański bądź V kolumna
nie zawiedliście, Marcin wszystko dokładnie opisał jak było, była walka do końca, nie poddaliście się, nie zeszliście, nie ma co płakać, masz 1 maraton na koncie, szykuj się na wiosnę i będzie git, ja w to wierzę
ps. proponuję założyć osobny wątek pt "Marcin, a Krzysztof powiedział..."
08/10/2012, 11:40
#
Przypomniały mi się własne ewolucje z odżywkami, długimi biegami i tego typu. Przerobiłem chyba wszystkie dostępne odżywki od nutrendów dziś po isostary, vitargo, powerbary. Rózne były z niektórymi perturabacje, z jedną firmą skończyłem totalnie źle pomimo wcześniejszego testowania. najistotniejsza okazała się częstotliwość i teraz gdy coś testuje na treningu także to sprawdzam. jeśłi zjadłem, wypiłem z wcześnie różnie było. Podobnie jak Suchy pisał teraz mam mniej więcej zbliżone kilometry, na których jem lub piję. Przy problemach z iso, potrafiłem nawet w trakcie biegu żywić się małymi kawałkami batona vitargo (idywidulanie testowane) i wtedy popijałem wodą. Okazało się, że żołądek na pewnym etapie potrzebował stałego pokarmu i wszsystko inne nie działało. Ostatnio startowałem już na długim triathlonie i żywienie przez 226 kilometrów okazało się chyba najtrudniejszą częścią ale przy okazji okazało się, że musiałem się nauczyć jeść stałe zwykłe posiłki (w odpowidniech rozmiarach) tuż przed a na zawodach nawet w trakcie. Testowałem nawet kanapki :-). Jeśli chodzi o isostara okazał się dla mnie najlepszy (ten czerwony na zawodach). Musiałem tylko uważać żeby nie jeść żelów za często (to najważniejsze) i odpowiednio rozrzedzić napój w stosunku do tego którego używąłem na treningach. Jeśłi bym to zawalił żołądek od razu się buntuje (chociaż przy takim wysiłku i tak nie wygląda to najspokojniej :-)). Gdy było ciężko jadło się wszystko i popijało kolą :-) - na codziennym treningu niewyobrażalne :-). Jak widać jedzenie dla każdego zwłaszcza na długich trasach to indywidualnie dobrana strategia i trenowana tak samo jak wszystkie inne elementy. Pozdrawiam i życzę sukcesów. Mariusz
Karol Tlen
08/10/2012, 18:27
#
Cholera ja też po 25km miałem kryzys, też mnie złapała piekielna kolka, kosmiczny ból brzucha a rzygi miałem już "przy kokardce", też musiałem mocno zwolnić i też.... piłem Isostara. Powoli zacząłem dochodzić do powodu mych mąk a czytając ten wpis pewnym być już moge jednego. Następnym razem tylko Vitargo.
Adriana Dudek
08/10/2012, 18:31
#
A ja myślałam, że nie_amatorzy nie 'odfajkowują' maratonu tylko chcą go przebiec dobrze. Natomiast jeśli w połowie dystansu wiadomo, że to się nie uda i cele nie zostaną osiągnięte - po prostu oszczędzają organizm i schodzą z trasy.
Ale ja mały rozumek mam więc pewnikiem tkwię w kompletnie błędnym przekonaniu ;-)
Marcin Nagórek
08/10/2012, 22:46
#
Odżywki to piekło ; ) Ale pociesza mnie myśl, że nie tylko my się z tym męczymy. Bo czasami czytając komentarze można odnieść wrażenie, że wszyscy poza nami są profesjonalni, poukładani, nie robią błędów i wszystko im zawsze wychodzi. Dobrze więc czasami usłyszeć, że jest inaczej.

Arya - maraton to nigdy nie jest odfajkowanie. To destrukcja organizmu, która zawsze męczy, nawet gdy się go biegnie wolno. Maraton biegany dla zdrowia? Ja w to nie wierzę ; ) Ale z drugiej strony warto go odczarować, bo nie jest to nie wiadomo co. Dla wytrenowanego, sprawnego biegacza to żaden problem.

To tak czy inaczej dla nas koniec sezonu, a Ola na pewno lepiej czuje się psychicznie, mając za sobą przebiegnięty dystans niż schodząc. Teraz z czystym sercem może mówić, że jest maratonką. Dodatkowo mogła zobaczyć, że nawet stojąc kilka minut, truchtając połowę trasy i cierpiąc męki żołądkowe, robi te 3 godziny. A przecież w trakcie ja sam byłem przekonany, że będzie jakaś mega klapa rzędu 3;20.

Kiedy wleciałem na metę i zobaczyłem 3:03, nie mogłem uwierzyć. Te 3:03 to dla nas właściwie spacer, męczący, ale jednak to zrobienia każdego dnia bez przygotowania. Wynik rzędu 2:45 to dla Oli kwestia opanowania żołądka. Oczywiście pozostaje pytanie, jak zrobić z tego 2:35. Ja to wiem, ale to jeszcze musi zostać zrobione.

Cel na maraton, jeśli czytałaś poprzednie wpisy, był jasny; przebiec go na luzie i bez presji, odczarować dystans. Co wyjdzie, to wyjdzie. Można więc rzec, że ten cel został zrealizowany ; )
Marcin Nagórek
09/10/2012, 00:53
#
Bartek, pozwoliłem sobie ocenzurować ostatnie zdanie komentarza - nie chcę personalnych ataków na blogu, a do tego by doszło. Tym bardziej, że wymieniona osoba nie jest wcale tak zła na żywo, jak w internecie ; )

Co do tego, po co, to sprawa jest prosta - żeby spróbować. Ola jest w stanie biegać już wkrótce maraton grubo poniżej 2:40 (a czy się uda, zależy od wielu czynników), ale żeby to zrobić, trzeba ten dystans przebiec. To był pierwszy krok. Zresztą w W-wie nawet po postoju nie było co robić - trzeba było wrócić na Narodowy. A jeśli przy tym wietrze mielibyśmy czekać rozebrani na tramwaj, to równie dobrze można było dobiec ; )

Nie da się też takich biegów oceniać na chłodno z kalkulatorem, licząc, co się bardziej opłaci. Dobiegliśmy, bo nie pękamy i jesteśmy twardzi. Czasami trzeba powalczyć dla zwykłej satysfakcji czy o honor. Żeby osiągnąć więcej w sporcie, trzeba mieć takie cechy, a schodzenie z biegów za bardzo wchodzi w krew.

Dodam jeszcze, że mamy już odpoczynek, ale Ola jeszcze wczoraj wygrała lokalny bieg na 8km w Biłgoraju.
Marcin Nagórek
09/10/2012, 18:15
#
Do 800m nie trzeba tyle biegać. Druga sprawa to kwestia talentu. Ja w biegach długich rzeźbię, ale do 800m w 1:53 prawie nie potrzebuję treningu. Myślę, że kiedyś to się zmieni i przełamię długie, ale kto wie, jak wtedy będzie z krótszymi, pewnie cienko. Przykładem tego, jak dobrze działa wieloletni trening, jest dla mnie Artur Kern. Kiedyś w podobnej sytuacji jak ja, tzn średniodystansowiec, który ulicę biegał w bólach. Po paru latach zaczął nagle wymiatać na wszystkich dystansach. Nie było tu cudu, tylko cierpliwość.

Dodam jeszcze, że w Słupsku warunki się poprawiły, bo rok temu otwarto jedną boczną ulicę, w tym roku drugą, parę kilometrów ode mnie. W grę wchodzi tylko bieganie w nocy, ale zmiana jest ogromna, praktycznie przez całą zimę można coś zrobić.
10/10/2012, 13:11
#
Ja mam odwrotnie, powerade powoduje odruch wymiotny, a isostar wchodzi bez problemów. Kwestia indywidualna.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Wrzesień 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin