10
09/2012
12:37
Piła, Piła i po Pile. Wracamy w nastrojach mocno średnich. Impreza nam się podobała, ale nasz występ już nie tak bardzo.

Nie pisałem w ostatnich dniach, ale jechaliśmy na półmaraton w dość kiepskich nastrojach. Otóż 2-3 dni przed startem zaczęło się spełniać najgorsze życzenie przed takim biegiem - zaatakowała nas oboje jakaś infekcja. W sumie nic poważnego, ale gardło i nosy pozatykane, lekkie osłabienie. Ja do końca jechałem na aspirynie i rutinoskorbinach, Ola tylko na płukaniu gardła. Nie wiem, skąd to się wzięło - prawdopodobnie przewiało nas na jednym z rozbiegań. Była mocno zmienna pogoda i jednego dnia wiał potworny, lodowaty wicher, chyba nas to załatwiło.

Ostatnie kilka dni było luźne jak nigdy, ja właściwie nie robiłem nic poza wolnym i rozruchami, Ola biegała nieco więcej. W dzień startu byliśmy optymistycznie nastawieni, nogi miałem dość luźne. Założenia były proste i standardowe - lecimy początek dużo wolniej niż nam się wydaje, że można. Pierwsze 10km na rozgrzewkę, potem dobry rytm do 15km i od tego miejsca walka. Wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy potrafili się do tego zastosować.

Ja zacząłem pierwszy kilometr w 3.22, idealnie tak, jak chciałem. Potem tempo lekko spadło, ale generalnie pierwsze 7km przebiegłem na kompletnym luzie, na wynik 1:12. Zakładałem, że z tego na ostatnich kilometrach będę mógł ewentualnie coś urwać. Ale niestety - poniosło mnie na ósmym kilometrze. Przebiegaliśmy wtedy ponownie przez metę, było sporo widzów, aplauz. Do tego właśnie wtedy zacząłem dochodzić tych, którzy zaczęli zbyt mocno. Czułem się tak dobrze i luźno, że zamiast lecieć swoje, szarpnąłem jak szalony. Mocno zacząłem się wybijać, pracować rękami. Na tym kilometrze wyprzedziłem dwóch biegaczy, zbliżyłem się do trzeciego i tempo mocno wzrosło. Zapłaciłem za to już 1,5km później - nie tylko straciłem wszystko, co nadrobiłem, ale i z dobrego samopoczucia zrobił się potężny kryzys. Tu niestety wychodzą złe nawyki z bieżni - trudno mi się przestawić, że zawodnika przede mną mam dojść na przestrzeni 2000 metrów, a nie na 20.

Od 12km to była już męka. Wtedy to mnie minął gość biegnący za mną. Do tego czasu leciałem sam i tu też jest różnica - czy biegnie się za kimś czy samemu. Mimo kryzysu uczepiłem się pleców gościa przede mną i następne 3km przebiegłem w miarę przyzwoicie. I tak jak wcześniej wszystko mi się niemiłosiernie dłużyło, tak za nim kilometry migały jak szalone. Ale przed 15km zacząłem mieć trudności z utrzymaniem. Spojrzałem na zegarek i wyliczyłem, że w najlepszym razie wykręcę 1:13 - doszedłem do wniosku, że nie ma to sensu i może lepiej przydam się, jeśli zaczekam na Olę i spróbuję podkręcić jej tempo jako zając na ostatniej szóstce. Tak też zrobiłem - zatrzymałem się, napiłem, odpocząłem i dołączyłem do Oli kilka minut później.

Niestety Ola poległa dokładnie w ten sam sposób co ja. Zaczęła spokojnie i puściła rywalki, które szarpały. Biegła swoje do 14km. Tam zaczęła dochodzić słabnącą Kenijkę. I to samo - zamiast na spokojnie ją dojść i powoli minąć, szarpnęła tempo, minęła ją błyskawicznie - i kilometr dalej, akurat gdy ja dołączyłem, zaczęła za to płacić. Może gdybyśmy byli w pełni zdrowia, bylibyśmy w stanie zregenerować się po tych zrywach, ale niestety nie dało się. Ola biegła do tej pory na 1:18 i zakładała, że szarpnie końcówkę na 1:17. Wydawało się, że zaraz dogonimy drugą Kenijkę. Niestety, na ostatniej czwórce zamiast zyskać straciliśmy 1.5 minuty, Ola nie była w stanie trzymać tempa, więc w gruncie rzeczy niewiele jej pomogłem. Oboje skończyliśmy na 1:20:00, Ola czwarte miejsce wśród kobiet. Szału nie, ale jak na nasze samopoczucie i warunki nie było też tragedii.

Zastanawiam się teraz, co robić dalej z moją jesienią. Pierwszy pomysł był taki, żeby zrezygnować w ogóle ze startów i pobiec z Olą maraton jako pacemaker. Nie ma bowiem wątpliwości, że mój moment w tym sezonie minął. Miałem dobry maj i czerwiec. Jestem strasznie zły, że po sezonie na bieżni, pod koniec czerwca, nie zrobiłem tygodnia odpoczynku. Tak planowałem, ale potem dowiedziałem się o dobrym biegu na 1500m trzy tygodnie później, przeciągnąłem trening i w końcu nie było już kiedy odpoczywać. To był błąd. Od tego czasu cały czas czuję się podmęczony i w treningu nie zbliżyłem się ani w samopoczuciu ani w czasach do wyników z czerwca. Wtedy biegałem szybko i na luzie, teraz męczę, a i tak wychodzi wolniej.


Odpoczynek po biegu

Z drugiej strony ostatnio parę osób podtrzymało mnie, a przy tym Olę na duchu, zwracając uwagę, że może jesteśmy trochę za surowi dla siebie. Tzn oczekujemy, że od razu na ulicy będziemy tak mocni jak w biegach średnich na bieżni, a to przecież zupełnie inne bieganie. Przemyślałem to i może rzeczywiście jeszcze postartuję na luzie, traktując to jako nabieranie doświadczenia? Bo niewątpliwie w biegach długich mam cały czas problemy z oceną mocy, co nigdy nie przytrafiało mi się na bieżni. Tutaj początki zawsze wydają mi się bardzo wolne, a potem jest pozamiatane.

Co do maratonu Oli, to również jest dylemat. Rozważamy Warszawę i Poznań. W W-wie jest lepsza trasa i mistrzostwa Polski, a w Poznaniu lepszy termin i nagrody. Nie szykujemy się na konkretny termin, bo założenia na ten bieg to dla Oli ukończenie i zaznajomienie się z dystansem. Ma zacząć w bardzo luźnym tempie, rzędu 4min/km, przebiec 30km, a potem zobaczyć, co i jak. Nie chcę nakładać na nią żadnej presji, ma po prostu zobaczyć, czym jest maraton. Dlatego w gruncie rzeczy nie ma znaczenia, który to konkretnie weekend. Chciałbym jednak dobrej pogody, tzn chłodu. W Pile to też nie odpisało - wyszło słońce i grzało mocno, co po ostatnich zimnych dniach nad morzem było nieprzyjemne. Podobało się to nam dopiero, gdy leżeliśmy na trawie po biegu.

Poza tym Piła to bardzo fajnie zorganizowana impreza i ciekawa, dość szybka trasa. Oczywiście wkurzające i przeszkadzające są te wszystkie garby i koleiny na asfalcie, ale to chyba reguła w biegach na ulicy w Polsce. Jedynym niebezpiecznym momentem była agrafka na remontowanej ulicy, gdzie na asfalcie leżało sporo piasku - ślisko jak diabli.

Aha - miałem lekkie problemy z żołądkiem. Po biegu wrąbałem od razu batonika z pakietu plus cały powerade i złapał mnie taki ból żołądka, że nie mogłem dojść do siebie do wieczora. Możliwe też, że to jakiś efekt osłabienia - po Biegu Dominika w Gdańsku miałem podobnie. Na pewno treningowo będę się teraz obijał, plus może starty na luzie.
Kategoria: Starty 2012
Komentarze: (5)
Zaktualizowano: 10/09/2012, 13:12

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

10/09/2012, 14:43
#
Fajnie się to czyta "w bardzo luźnym tempie, rzędu 4min/km, przebiec 30km"... :) chylę czoła!
17/09/2012, 09:39
#
Gratulacje! Może wyniki nie są oszałamiające, ale zwycięstwa cieszą!
Marcin Nagórek
17/09/2012, 11:43
#
Trasa była mordercza ; )
17/09/2012, 13:21
#
No chyba, że tak. Zresztą to nie ma znaczenia zwycięstwo to zwycięstwo. Teraz jakie plany startowe?
Marcin Nagórek
17/09/2012, 19:40
#
Prawdopodobnie biegnę z Ola maraton - nie wiem jeszcze tylko, czy na pewno i gdzie. Ale ogólny plan jest właśnie taki.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Przed Piłą
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Lipiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin