13
08/2012
23:01
Ostateczne podsumowanie Igrzysk Olimpijskich od strony biegowej. Co zapamiętamy, co było pięknego, a co przykrego? Analiza, jakiej nie znajdziecie w żadnym innym medium. I niestety, to już koniec sportowego święta.

Maraton

Męski maraton dostarczył nam sporo radości. 9 miejsce Henia Szosta to najlepszy wynik polskiego długodystansowca od lat w jakiejkolwiek liczącej się imprezie. A pod tym linkiem: rozmowa z Henrykiem Szostem jeden z najlepszych wywiadów z biegaczem, jaki widziałem w życiu. Tak powinien wyglądać każdy polski sportowiec po zakończeniu konkurencji!

Jednak przeanalizujmy ten maraton bez sentymentu. Zapomnijmy, że to nasz waleczny Henryk biegł na trasie. Czy można było urwać więcej? Otóż według mnie - tak. Zawiedli faworyci, przede wszystkim Etiopczycy. Zresztą, ba! - kto ich zaliczał do faworytów? Chyba tylko ci, którzy analizę biegów sprowadzają do porównania życiówek. Etiopia wystawiła bardzo młody i niedoświadczony skład. Owszem, te chłopaczki legitymowały się życiówkami na poziomie 2:04, ale to było uzyskane na super płaskiej trasie, w idealnej pogodzie,  w perfekcyjnie rozprowadzonym biegu. Tam należało się wyłączyć psychicznie, puścić nogi - i można było spać aż do mety, bo nawet zakrętów za bardzo nie było. Natomiast realna walka to jest co innego. Nerwy, bo cały kraj patrzy, bo na trasie masa kibiców, bo to ten jeden, jedyny start w ciągu 4 lat. Ciągłe ataki, szarpnięcia, raz zwolnienie, raz przyspieszenie. Do tego te zakręty - ponad 100 zakrętów na całej trasie! Czyli średnio co 400m trzeba było zwalniać, wchodzić w zakręt - i przyspieszać znowu.


Henryk Szost wiosną w Japonii, gdzie bił rekord Polski

W takim biegu sprawdzają się weterani, lisy taktyczne, najwięksi wyjadacze. Są tacy zawodnicy, którzy mogą nie mieć powalających życiówek, ale gdy przychodzi do walki bez zająca, na nietypowej trasie, są zabójczym przeciwnikiem. Dla mnie w Polsce wzorem takiego biegacza był zawsze Leszek Zblewski, ścigający się na 1500m. Na biegach ulicznych na dystansie mila do 5km był praktycznie nie do pokonania. Podobny okres miał Michał Kaczmarek na 10km.

Lis ulicy to biegacz, który jest w stanie dostosować się do każdej taktyki, ale równocześnie nie dający sobie narzucić żadnej. W Londynie takim biegaczem był Meb Keflezighi, Amerykanin pochodzący z Somalii. Mało kto pamięta, że on zdobył srebrny medal olimpijski 8 lat temu w Atenach. Ma na swoim koncie również zwycięstwo w trudnym maratonie w Nowym Jorku. A wszystko to z życiówką zaledwie 2:09 z kawałkiem! Tutaj dobiegł czwarty. Drugi taki gość - Kenijczyk Abel Kirui. On też ma swoją historię, bo kilka lat temu przyjeżdżał do Polski na biegi uliczne jako łowca nagród. To też jest facet, który w biegu na miejsce zawsze potrafi się odnaleźć, ma już 2 tytuły mistrza świata, z tego co pamiętam - nie mam czasu tego sprawdzić.

No i wracając do Szosta - gdyby on był takim lisem ulicy, mógłby być jeszcze wyżej. Trzeba zwrócić uwagę, że na drugiej połówce stracił 3 minuty - to jest sporo. W tym upale i na krętej trasie zaczął troszeczkę za ambitnie. Ale oczywiście tak czy inaczej jest bardzo dobrze. Tym bardziej, że Heniek jest biegaczem wysokim, szczupłym i na tych zakrętach nie mógł sobie radzić tak dobrze, jak ktoś o innych warunkach fizycznych.

10 000 metrów

Dyszka to bieg, który odbył się na początku Igrzysk, można skomentować go z innej, dalszej perspektywy. Zaczął się w leniwym tempie. Pierwszy kilometr w 2.54, trójka w 3.42 - to są prędkości, które nie wystraszyłyby nikogo nawet na mistrzostwach Polski. Dopiero tuż przed 3km szarpnął znany z nadawania mocnego tempa (i nieudanych biegów maratońskich) Tadesse z Erytrei. Mimo wszystko tempo nie było zabójcze. Pierwsze 5km w 14:05, drugie - 13.25. Dla porównania, w Pekinie Kenenisa Bekele pobiegł drugie 5km, z tego co pamiętam, w 13.01, do tego nie naciskany, rozprowadził ten bieg samotnie. Dopiero teraz można docenić moc, jaką miał Etiopczyk w swoich najlepszych latach.

Wielkim zaskoczeniem dla wielu kibiców było drugie miejsce Galena Ruppa, białego Amerykanina. Mnie nie zaskoczyło, ba, miałem nadzieję, że na finiszu Rupp opędzi Mo Faraha. Nie udało się, chociaż wyglądało mi to trochę, jakby Amerykanin nie bardzo chciał, gdy już zobaczył, że ma medal. Udowodnił tym samym, że i biali mogą ścigać się z Afrykanami na długich dystansach. Co prawda pojawiają się głosy, że obsada nie była bardzo mocna, ale nie jest to prawdą. Może Bekele nie był w szczycie, ale po prostu Rupp zrobił się piekielnie mocny. Na 10km biega grubo poniżej 27 minut, nawet dla Kenijczyków i Etiopczyków to jest bardzo wysoki i nie tak często osiągany poziom. Do tego ostatnie okrążenie w 53 sekundy - to jest szybko, bez dwóch zdań.


Na podium dyszki: Galen Rupp, Mo Farah, Tariku Bekele

Zaskoczeniem jest dopiero 4 miejsce rekordzisty świata Bekele. Obstawiałem, że powinien mieć medal, może nawet złoto. Oprócz problemów z kontuzjami w ostatnich 3 latach doszły tam jednak chyba jakieś konflikty z federacją.

Kilka zdań również o biegu pań. Tutaj najlepszą nie-Afrykanką była już 39-letnia Jo Pawey, która nie zakwalifikowała się do reprezentacji w maratonie. No i chyba wyszło jej to na dobre, bo zajęła niezłe miejsca i na dyszkę, i na piątkę. Poziom tych biegów długich, jeśli porównamy to do naszego podwórka, jest porażający. Żeby biegać tak szybko, trzeba mieć nie tylko talent wytrzymałościowy, ale i szybkościowy. Bo żeby biec 10km w okolicach 3:00/km, trzeba mieć pewien zapas prędkości. Do takich dystansów idą więc bardzo mocne, szybkie dziewczyny, z doskonałymi czasami na krótkich dystansach. Np. młoda Brytyjka Twell, która ma życiówkę na 1500m 4:02, od lat docelowo jest szykowana do biegów długich, 10km do maratonu.

U nas panuje zupełnie inna filozofia: dziewczyny, które jakimś psim swędem pobiegną na 1500m 4:10 czy coś w tych okolicach, widzą się jako przyszłe gwiazdy średnich dystansów. Tymczasem matematyka jest bezlitosna - żeby coś znaczyć w biegach średnich, trzeba biegać 800m sporo poniżej 2 minut, być wytrzymałym, szybkim i umieć gwałtownie zmieniać tempo biegu. To oznacza, że żeby osiągnąć cokolwiek na 1500m, trzeba mieć nie tylko talent wytrzymałościowy, ale i moc w nogach na pokonanie płaskiego 400m w co najmniej 55 sekund. Dziewczyny z poziomu 59-57 sekund na 400m nie mają tu czego szukać. Dodam jeszcze, że amerykańska maratonka Shalane Flanagan jeszcze rok temu pobiegła 4:06 na 1500m. Maratonka! Poziom 4:10-4:06 to jest poziom dobrej długaski, a u nas robi się wiele szumu wokół tego typu wyników u biegaczek specjalizujących się w bieganiu na 1500m.

Przepis na doskonałą biegaczkę biegów długich jest więc prosty: szybka, silna dziewczyna z talentem wytrzymałościowym zostaje poddana cierpliwemu treningowi, który trwa lat 10 lub więcej i od początku jest nastawiony na wyniki w przyszłości. Dopiero można myśleć o bieganiu 10km w okolicach 31 minut lub szybciej. U nas niestety do biegów długich trafiają te biegaczki, które są za wolne na krótsze dystanse. Czyli to nie jest materiał najlepszy, a raczej ten nieco słabszy. Co więcej, jeśli wcześniej 10 lat trenuje się pod biegi średnie, polski trening siłowo-kwasowy, bardzo, bardzo trudno jest przestawić organizm na ekonomiczną pracę trwającą długo. Nie widzę więc szans, abyśmy w najbliższych kilkunastu latach dochowali się biegaczki mogącej rywalizować nie tylko z Afrykankami, ale i Amerykankami czy Brytyjkami.

5000m

Biegi na piątkę przeszły w Londynie bez echa. I u mężczyzn, i u kobiet było to truchtanie przez większą część dystansu i szaleńczy sprint na ostatnich okrążeniach. U kobiet wszystko rozstrzygnęły między sobą Etiopki i Kenijki. Z tego biegu zapamiętam głównie histerię zwycięskiej Meseret Defar na mecie, płaczącej i biegającej z religijnym obrazkiem jakby jej nasypano soli na kuper. Tirunesh Dibaba chyba zlekceważyła rywali, 3 okrążenia przed metą wyszła na czoło i rwała jak szalona, myśląc, że nikt nie wytrzyma tego tempa. Gdyby czekała do ostatniego okrążenia, prawdopodobnie by wygrała, zdobywając złoto na 5 i 10. Nie udało się jednak. Warto jednak zauważyć, że ostatnie 1500m w tym biegu pokonano w tempie ok. 4:05-4:04. Czyli to było tempo, którego nie utrzymałaby praktycznie żadna polska średniodystansówka, biegnąc TYLKO na te 1500m, bez wprowadzenia w postaci 3,5km biegu wcześniej. Masakra.


Meseret Defar is going wild

U mężczyzn wygrał Mohamed Farah, ale szkoda mi trochę Bernarda Lagata. Ten lis biegów był na ostatniej prostej tam, gdzie należało być i właśnie szykował się do letalnego sprintu, gdy wpadł pod nogi zawodnika biegnącego za nim. Myślę, że ten Kenio-Amerykanin miałby co najmniej srebro, gdyby nie to podcięcie. A nie wiem, czy ktoś zauważył, że w dalszej części biegu obiegał jeszcze Marokańczyka. Najpierw zaszedł go z lewej, a potem, gdy zobaczył brak miejsca, wrócił na prawą. Mimo tego kluczenia i podcinania wyglądał na ostatniej prostej najlepiej. No ale to jest właśnie bieganie taktyczne, zdarzają się upadki, podcięcia, fikołki, salta z półobrotem i inne figury gimnastyczne.


800m

Chyba najpiękniejszy bieg Igrzysk miał miejsce w finale 800m mężczyzn. Coś nieprawdopodobnego, jakie uzyskano czasy. David Rudisha, biegnąc bez zająców, poprawił rekord świata i pociągnął za sobą resztę biegaczy. Prawie wszyscy uzyskali fenomenalne życiówki. Zgrała się pogoda, atmosfera, mocne tempo. Wynik 1:42 nie dał medalu - o czymś takim nie słyszano do tej pory, nikt nawet nie wyobrażał sobie, że coś takiego może się zdarzyć. Wyobrażam sobie depresję Marcina Lewandowskiego czy Adama Kszczota, którzy pewnie daliby wszystko, żeby być w takim biegu. Skoro ostatni w stawce Brytyjczyk poprawił mocno życiówkę, to czy nasi nie daliby rady?

Rudisha wydaje mi się mutantem podobnym do Usaina Bolta. To jakiś nowy gatunek człowieka, efekt kilku pokoleń odżywiających się nieźle, dorastających w niezłych warunkach atmosferycznych. Wiadomo, że ludzie są coraz wyżsi, coraz silniejsi, ale na co dzień nie zwraca się na to uwagi. Ci dwaj to przedstawiciele najzdrowszej części ludzkiej populacji. Jeśli nie zniszczy nas niezdrowy tryb życia oraz rządy Donalda Tuska, to za kilka pokoleń wszyscy będziemy tak wyglądać.

U kobiet zwycięstwo Rosjanki i srebrny medal dla Caster Semenyi. Casterowi po wycięciu jąder co prawda zaczęły rosnąć piersi, ale poza tym nadal z żadnej strony nie przypomina kobiety. Teoria spiskowa mówi o tym, że specjalnie daje rywalkom wygrywać z sobą, żeby nie przyciągać uwagi prasy. I coś w tym jest - na ostatniej prostej, przechodząc z ostatniego miejsca sprawiała (sprawiał?) wrażenie, jakby truchtała, jakby na siłę nie chciała wygrać. A i tak ledwo, ledwo co przegrała z Rosjanką. Pozostałe rywali w ogóle się nie liczyły. Wygląda to tak, jakby w Semenyi siedziały możliwości rzędu 1:52/800m i wcale by mnie to nie zdziwiło. Taka postać z jednej strony zwiększa rozgłos, jaki uzyskują biegi, ale z drugiej na pewno nie jest to sprawiedliwe ani równe w stosunku do reszty kobiet. Podobnie jak sprawa Pistoriusa. Byłem przerażony, widząc go w sztafecie 4x400m. Gdyby depnął tą metalową nogą na stopę któregoś konkurenta, palce trzeba by było zeskrobywać z bieżni łyżeczką. Dziwne, dziwne decyzje podejmuje IAAF, zmagający się ze spadkiem popularności dyscypliny. Według mnie są to jakieś rozpaczliwe ruchy, mające wzmagać zainteresowanie widzów i publiki - ale chyba nie tędy droga.


Caster sieje grozę

1500m

A jeśli już nawiązujemy do zabijania sportu, to chyba największą porażką Igrzysk były biegi na 1500m, zarówno u mężczyzn, jak i kobiet. Wszystko przez kontrowersje dopingowe.

Zaczęło się jeszcze przed Igrzyskami, pisałem o tym, czołowi milerzy i milerki świata padali po kontrolach antydopingowych jak muchy. Mimo to nie udało się uniknąć zgrzytów. U mężczyzn wygrał ze zdecydowaną przewagą nieznany wcześniej Toufik z Algierii. Fora dyskusyjne natychmiast zaroiły się podejrzeniami o koks. Toufik fizycznie bardzo przypomina Rashida Ramziego i nawet wygrywa w podobnym stylu. U Ramziego też były podejrzenia, w końcu potwierdzone. Nikt jednak nie odda innych biegaczom chwały, którą ukradł Marokańczyk. Toufika do tej pory nie złapano, ale spójrzmy na to realnie: nieznany nikomu wcześniej zawodnik nagle dosłownie niszczy najlepszych milerów świata. Wyglądają przy nim, jakby truchtali, wpadają na metę zziajani, wycieńczeni, a Toufik nawet nie zaczął sapać. Z takim samym animuszem i na luzie wygrywa eliminacje, półfinał i finał, a ma taki zapas energii, że gdyby chciał, opędziłby pewnie jeszcze pewnie 800 i 5000 metrów. Czyż nie jest to podejrzane? Według większości kibiców, ekspertów i zawodników - jest.

U kobiet jest jeszcze gorzej i tu pytanie jest właściwie jedno: czy złota i srebrna medalistka zostaną przyłapane już teraz czy trzeba na to jeszcze poczekać? Zwyciężczyni poprawiła w tym roku życiówkę o 7 sekund, wracając do biegania po dyskwalifikacji za stosowanie niedozwolonych środków. Druga na mecie koleżanka z reprezentacji poprawiła się (i to w półfinale!) o skromne... 17 sekund! Przypominam: mówimy o 1500m, nie o maratonie. Rok temu nie wygrałaby z 10 najlepszymi Polkami, w tym roku niszczy światową czołówkę. W sporcie zdarzają się cuda, ale nawet ich limit nie jest nieograniczony. W niektórych przypadkach o stosowaniu dopingu mówi sam wyraz twarzy, te męskie rysy, muskuły. mruczenie basem. Tutaj nie wygląda to dobrze.

Co więcej, dopingowe żniwa już rozpoczęto. Na pierwszy ogień poszła reprezentantka bloku wschodniego, duma Łukaszenki, mistrzyni olimpijska w pchnięciu kulą. Nie będę brudził łamów mojego bloga wymienianiem nazwiska tego paskudnego babochłopa. Gołym okiem widać po niej efekt użycia sterydów i nawet niewidomy nie wziąłby jej za normalną kobietę. Oszukała widzów, oszukała rywalki. Czy jej koleżanki z Białorusi, Ukrainy, Rosji są wszystkie czyste? Bardzo wątpliwe. A jeśli ktoś chce wiedzieć, jak wyglądają posterydowe pryszcze, niech popatrzy na złotą medalistkę w rzucie młotem...

Żeby było weselej, czwarta na 1500m była kolejna zawodniczka wracająca do biegania po koksach, Rosjanka Tomaszowa. Widziałem ją w tym roku na obozie w Portugalii, mijałem na trasie, mogłem podstawić nogę... Niestety, kobiece biegi średnie są w tej chwili na dnie, naprawdę ciężko znaleźć tam kogoś niezamieszanego w koksowanie lub nieposiadającego nadmiaru testosteronu.


Ale jestem piękna: miss Igrzysk. Tak wyglądają kobiety po użyciu sterydów

Z jednej strony mieliśmy więc piękne chwile i wspaniałe biegi, a z drugiej - wydarzenia podejrzane, brudne. Jakby nie było, polska lekkoatletyka sięgnęła dna. Nie zdziałaliśmy na Igrzyskach kompletnie nic. Już zaczyna się festiwal gadających głów, mówiących o tym, jak to zmienić, poprawić. Ja powiem tak: niech ktoś zobaczy, jak wygląda kontakt z PZLA od strony zawodnika, a natychmiast zrozumie, dlaczego młodzież nie garnie się do sportu. Szans na poprawę nie ma żadnych. Zawsze żartuję, że najprostszym sposobem podniesienia poziomu biegów w Polsce jest rozstrzelanie 100 losowo wybranych wysokich rangą działaczy PZLA. Jak widać po Igrzyskach, sprawdza się to chyba we wszystkich polskich dyscyplinach. Takie niewesołe konkluzje mam po występach polskich sportowców. Ale na szczęście jest piękna pogoda, mamy jeszcze sierpień, wakacje, a doi kolejnych Igrzysk jeszcze 4 lata. Możemy więc się wyluzować i liczyć na cud.
Kategoria: Felietony
Komentarze: (10)
Zaktualizowano: 16/08/2012, 23:31

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

14/08/2012, 16:41
#
Do biegowych podsumowań, warto dodać porażkę USA w finale 4x400, jakoś mnie to wewnętrznie ucieszyło :)
Krzysztof Bartkiewicz
14/08/2012, 17:54
#
"Jeśli nie zniszczy nas niezdrowy tryb życia oraz rządy Donalda Tuska, to za kilka pokoleń wszyscy będziemy tak wyglądać." Dla mnie bomba, cytat dnia:) A jego syn ma obecnie taką popularnosć że śmiało może stworzyć nową partię Albert Gold i spółka...:)
Ciekawostką jest że u nas owacje na stojąco dla wszystkich medalistów, podczas gdy w Chinach zawodnicy przepraszali za zdobycie srebra...:)
Jeżeli chodzi u ulice to takim wyjadaczem swego czasu był Dariusz Kruczkowski, czy Jan Białk-mieli swoje kilka sezonów gdzie nie było na nich mocnych w Polsce
Marcin Nagórek
14/08/2012, 18:34
#
Rzeczywiście, o Dariuszu Kruczkowskim też myślałem napisać, ale jakoś zawsze ucieka mi jego nazwisko. Z kolei Jan Białk nigdy tak nie dominował, bo na Pomorzu miał mocnych rywali w osobach Piotra Drwala i Piotra Pobłockiego. Do takiego dominowania trzeba i wytrzymałości, i sprytu, i szybkości na finiszu.

Z Chińczykami dobre ; )
16/08/2012, 20:17
#
dzięki za miłe słowa ;)
pzdr
Marcin Nagórek
16/08/2012, 23:30
#
Michał, mam nadzieję, że ta zabójcza skuteczność wkrótce wróci ; )
17/08/2012, 07:44
#
Fajny tekst, dobrze się czyta.

Mam pytanie z innej beczki, kiedyś u Ciebie na stronie wyczytałem, że poźno zacząłeś biegać. Kiedy to było i jakie były początki?
Marcin Nagórek
17/08/2012, 17:14
#
Musiałbyś poszukać na blogu ; ) Ale zacząłem w wieku 20 lat, pierwszy sezon startowy miałem w wieku 21 lat. Pierwsze 5 lat to zabawa na studiach, trenowanie też, ale na spokojnie" mało biegania, raz dziennie.
24/08/2012, 07:55
#
http://wyborcza.pl/1,91446,12355634,Londyn_2012__57_dopingowiczow_w_zawodach_lekkoatletycznych.html
29/08/2012, 20:04
#
Co tak tu cicho? Jak opinie po biegu Oli i Twoim w Kołobrzegu? Jak trening?
Pozdrawiam
Marcin Nagórek
29/08/2012, 22:08
#
Pracuję nad wpisem od 2 dni, mam nadzieję, że dziś wieczorem lub jutro w dzień się pojawi ; )

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin