08
08/2012
11:15
Dzisiaj skupię się na startach Polaków, mam też kilka myśli ogólnych, dotyczących nie tylko biegaczy, ale w ogóle mentalności polskich sportowców i trenerów.

Wczoraj mieliśmy półfinały w biegach na 800m. Niestety, bardzo rozczarowujące. Sprawdziło się to, co pisałem wczoraj: chłopaki nie wyglądali najlepiej. Trudno im cokolwiek zarzucić, obaj walczyli dzielnie. Adam Kszczot taktycznie pobiegł niemal idealnie i po prostu zabrakło mu mocy na finiszu. Na pierwszym okrążeniu ustawił się z tyłu i nie przepychał się, po 500m przeszedł do przodu, jedynie ostatni wiraż trochę nadrobił, biegnąc po drugim torze. Był jednak w idealnej pozycji do ataku i na ostatniej prostej po prostu nie miał sił, nie było tu żadnego błędu. Być może sprawdza się kolejna rzecz, którą napisałem: Adam ma największą moc, ten błysk i luz głównie w pojedynczych startach. Gdy trzeba biegać dzień po dniu, jest gorzej, a sam wiem, jakie to trudne.

Marcin Lewandowski popełnił lekki błąd taktyczny: tuż przed ostatnim wirażem, zamiast lecieć lekko na zakładkę i przewieźć po zewnętrznej Brytyjczyka, schował się do wewnątrz i dał zamknąć. Na ostatniej prostej widać było, że ma siłę, że szykuje się do ataku, ale przed sobą miał słabnącego Borżakowskiego i nie mógł nic zrobić. Tymczasem Brytyjczyk zaatakował od zewnątrz i łatwo przeskoczył do przodu - to zresztą największa niespodzianka półfinału. Miejsce zwolniło się trochę dopiero na samym końcu, ale tam było już za późno, wtedy zmęczony jest już każdy.

W ostatnich latach można zauważyć, że Adam biega dużo lepiej taktycznie od Marcina, nie ma problemów z tymi potknięciami, przepychankami, upadkami. Idealny biegacz wyszedłby nam z połączenia ich cech: szybkości i sprytu Adama, siły i wytrzymałości Marcina.

Bardzo pechowe jest to, że obaj odpadli. W gruncie rzeczy decydowały o tym ułamki sekund, a czołówka światowa jest szeroka, dlatego od początku raczej z uśmiechem traktowałem słowa dziennikarzy o tym, że na 800m możemy mieć dwa medale. To byłoby jak wygrana w totka. Nawet szanse na 2 Polaków w finale nie były wysokie. Od razu zaczęły się pocieszenia kibiców, że odegrają się w Rio de Janeiro za 4 lata. Niestety, nie jest to pewne. Obaj są teraz w idealnym wieku na zwycięstwa w biegu na 800m, ale na kolejnych Igrzyskach Marcin będzie miał 29, a Adam 27 lat. Są przypadki, że 800-metrowcy biegają długo na wysokim poziomie, jednak ogólnie statystyka pokazuje, że na pewnym poziomie trudno utrzymać się latami. To specyfika tego dystansu, bardzo wysoka intensywność, bardzo duże wypalenie. Podobnie jest w biegu na 400m - wystarczy spojrzeć na Jeremy Warinera. Na 800m przykładem jest Kaki - 2,3 lata temu nieprawdopodobna moc, teraz już brakuje tego błysku. Nadal jest mocny, ale to już nie to samo. Skoro więc nasi nie potrafili wejść do finału w najlepszym wieku, jakie są szanse, że uda się za 4 lata, kiedy będzie już trudniej utrzymać formę? Szansą Marcina jest być może stopniowe przedłużenie się na 1500m, ale Adam to typ sprinterski, który wytrzymałościowo nie jest bardzo mocny.


Chłopaki z 800m dostarczyli nam już wielu pozytywnych emocji, szkoda, że tym razem się nie udało

Schyłek kariery można było zauważyć u Borżakowskiego: w tym roku wygrał jeszcze mistrzostwa Europy, gdzie nie było mocnej obsady, ale tutaj z młodymi wilczkami nie miał już odpowiedniej mocy na finiszu. Tak to wygląda: im krótszy dystans, tym trudniej biegać go w nieco bardziej dojrzałym wieku, najstarsi zawodnicy są w maratonie, najmłodsi w sprincie. Są jednak wyjątki, więc szansa oczywiście istnieje, ale generalnie czarno widzę Rio za 4 lata. Dlatego strasznie szkoda, że nie udał się ten Londyn.

Jest jednak jeszcze jedna sprawa. Otóż mam wrażenie, że obaj nasi biegacze nie byli w tak dobrej dyspozycji jak podczas różnych innych startów. Szczególnie widać to na przykładzie Adama. Otóż na początku sezonu na poziomie 1:44 on dosłownie gromił rywali. Miał moc, zapas, swobodnie przeskakiwał z tyłu do czołówki, widać było luz, zapas prędkości, przyspieszenie. Tym razem pobiegł już sekundę wolniej, a nawet więcej. Bieg był dla niego w idealnym tempie, podobnie zresztą u Marcina: szybko, ale nie piekielnie szybko. Mam takie odczucie, że tutaj nie było ich pełnej mocy. Może to kwestia stresu, a może jednak nadmiar treningu?

Tutaj taka ogólna dygresja, nie kierowana konkretnie do nikogo, bo w pewnym stopniu sprawdza się w niemal u każdego polskiego zawodnika. Otóż panuje u nas jakaś taka stachanowska, posowiecka filozofia, etos przodownika pracy: ciągłe przygotowania do czegoś, ciągłe wyjazdy, obozy, mordęga w pocie czoła, a potem rzadkie starty. To jest pochodna zarówno sowieckiej ideologii periodyzacji, jak i tego samego wziętego od Lydiarda, ten ciągły conditioning, czyli budowanie formy. Tymczasem wielu zawodników na świecie trenuje i startuje zupełnie inaczej, sezon jest długi, nie ma długich przygotowań, za to większa ilość startów. Pamiętam rozmowy o tym, że ci młodzi zawodnicy typu Amos czy Aman startują za dużo, za wcześnie mają formę, że nie utrzymają jej. Tymczasem taki Amos wygrał już w tym sezonie mistrzostwa świata juniorów, pobiegł 1:43, a teraz jest w finale Igrzysk, wczesna forma i starty tylko mu pomogły. Podobne przykłady są np. na 3000m z przeszkodami: Amerykanie, którzy mają za sobą sezon przełajowy, potem halowy, potem seria zawodów studenckich, potem mistrzostwa USA łącznie z eliminacjami, teraz są w Londynie w finale i robią życiówki - chodzi o Emmę Coburn i Dona Cabrala. A taki nasz Łukasz Parszczyński jeździ z obozu na obóz, góry, przygotowania, trening w pocie czoła - i na Igrzyskach w znakomitym biegu biegnie 15 sekund wolniej od życiówki.

Uderzało mnie to już w trakcie mistrzostw Europy. Otóż nasi w imię tych swoich przygotowań poodpuszczali mistrzostwa Europy, niektórzy też halę, zrezygnowali ze startów, zaszyli się w górach i tylko trenowali, trenowali, trenowali. Kończy się to tak, że zawodnik od tego nadmiaru treningu albo ma kontuzję, jak Renia Pliś, albo brakuje mu siły na start jak u Łukasza Parszczyńskiego, albo pęka psychicznie jak miotacz Paweł Fajdek. Więc z jednej strony narzeka się u nas, że nie mamy okazji na nabranie doświadczenia, bo PZLA nie puszcza na imprezy z niższymi minimami, a z drugiej, gdy jest taka okazja, zawodnicy nie jadą, bo muszą potrenować. Według mnie to jest jakieś obciążenie psychiczne, taki brak wiary w siebie, że jak nie trzaśnie się tych 500 kilometrów w miesiącu, to nic z tego nie będzie. I wszyscy tak trenują, tak rąbią, że na start brakuje już energii. To było szczególnie widoczne u Adama Kszczota - przed ten nadmiar treningów, obozów stracił całą energię do biegu. Tymczasem we wszystkich dyscyplinach mamy dosłownie chmary studentów z USA, różnej narodowości, którzy nie mają czasu na żadne obozy, bo są studia, trenują i startują przez cały rok - i w docelowych zawodach spisują się bardzo dobrze.


Emma Coburn - młoda amerykańska studentka, pierwszy start na dużej imprezie i od razu wysokie miejsce. Bez obozów i kosztownych przygotowań...

Są oczywiście i przykłady odwrotne - wypalenie. Myślę więc, że tu trzeba znaleźć złoty środek, ale szkodliwe jest zarówno startowanie zbyt często, jak i zbyt wiele treningu. A już odpuszczanie takich zawodów jak mistrzostwa Europy to według mnie głupota. Taki Paweł Fajdek czy Renia Pliś nie mają żadnych osiągnięć międzynarodowych. Mistrzostwa Starego Kontynentu to dla nich okazja na złapanie doświadczenia, zdobycie jakiegoś medalu, zaznaczenie swojej obecności. Nie wiem, czy oni spodziewali się, że jadą na Igrzyska po złoto i udział w mistrzostwach Europy to jakieś poniżenie? Tak może myśleć Rudisha, który ma rekord świata i garść różnych tytułów, dla niego mistrzostwa Afryki to pomniejsze zawody. Ale nadmiar pewności siebie szkodzi, co widać na przykładzie Pawła Fajdka. Jego trener powiedział w wywiadzie, że jadą do Londynu po złoty medal i rekord Polski. Kończy się to na tym, że facet nie oddaje nawet jednego celnego rzutu. A taki Ziółkowski, który tytułów ma na pęczki, jedzie wyluzowany i na mistrzostwa Europy, i na Igrzyska, z jednego przywozi medal, z drugiego miejsce w finale, a przy tym nie nadyma się i nie puszy, że jest gwiazdą, która zwycięstwo ma praktycznie pewne i złoty medal to właściwie powinni mu przysłać pocztą bez startu.

Jeszcze jedna myśl - kolejnym przykładem zawodniczki, tym razem nie naszej, która ewidentnie przegina z treningiem, to Paula Radcliffe. Od wielu lat nie zanotowała żadnego sukcesu, ale cały czas jeździ na te obozy, haruje i opowiada w wywiadach jak to biega po 300km w tygodniu. I co roku jest to samo : kontuzja, zajechanie, brak startu. Nie wiem, czy ona nie ma koło siebie nikogo rozsądnego, kto przetłumaczyłby jej, że w wieku 39 lat nie może trenować tak samo intensywnie jak 15 lat wcześniej? Skupiłaby się na startach, mniej trenowała, wyluzowała, a na pewno nadal utrzymywałaby się na wysokim poziomie wynikowym.

Polska lekkoatletyka poniosła na tych Igrzyskach chyba największa klęskę w historii. Jest złoty medal Majewskiego, może drugi dorzuci Włodarczyk, a poza tym bida z nędzą. Od lat mówię o tych naszych fachowcach, głupocie całego systemu i stopniowym spadku poziomu - i jak widać to się coraz bardziej sprawdza.

Bardzo ciekawym biegiem był maraton kobiet. Tutaj liczyliśmy na dobry występ Karoliny Jarzyńskiej. Niektórzy mówili nawet o pierwszej dziesiątce. Ja raczej trzeźwo zakładałem, że jeśli wejdzie do 30-tki i poleci życiówkę, to byłoby naprawdę nieźle. Tak wysoki jest poziom na świecie. Na liście startowej naliczyłem prawie 40 dziewczyn z życiówkami poniżej 2:27. Do tego można się było spodziewać, że tempo będzie spokojne na początku, a potem wściekłe, a do tego trzeba być niezmiernie mocnym. Najlepszym wyjściem dla Karoliny było skupienie się na swoim tempie i równy bieg. Tak pobiegła np. Ukrainka Szmyrko i dzięki temu zajęła wysokie, 5 miejsce.


Czołówka maratonu kobiet, w środku ta niesamowita młoda Etiopka, zwyciężczyni

Karolina zaczęła dobrze, pierwsza połowa biegu na 1:13 z kawałkiem, czyli lekką życiówkę. Gdybym miał jej wybierać odpowiednie tempo, to takie wydawało się idealne. Potem jednak było gorzej. Wynik 2:30:57 wstydu nie przynosi, ale jest jednak pewnym rozczarowaniem. Na pewno wpływ na to miała trasa - kręta, mokra i o zmiennej nawierzchni. Wiele kobiet na to narzekało, przez to bieg był szarpany, ciągłe zwolnienia, przyspieszenia, zwroty. Boję się, że Heniek Szost też będzie tu miał problem, bo to wysoki chłopak, mało zwrotny.

Karolina musi na spokojnie robić swoje, tak jak do tej pory - i zobaczymy. Ustabilizowała się na poziomie w okolicach 2:30 i ciut poniżej, teraz pytanie, czy będzie w stanie pobiec szybciej? Podoba mi się, że jest to zawodniczka szybka, o dobrych życiówkach na dystansach 1500m i 5000m. To jest zaleta. Jej wadą jest bardzo ciężki styl biegu: wielkie susy, nabijające nogi, nie dające możliwości zmiany tempa czy dobrego pokonywania zakrętów.

Maraton wygrała młoda Etiopka, która jak na biegaczkę wygląda bardzo kobieco: zaokrąglone biodra, lekko "puszyste" ramiona, brak widocznych mięśni. To mi się podoba, te robokopy w stylu Caster Semenyi strasznie mnie zniechęcają do oglądania. Tutaj mamy młodą, trochę przestraszoną dziewczynę. Zresztą prawie wszystkie Etiopki wyglądają bardzo dobrze - taka Meseret Defar czy Tirunesh Dibaba mimo fantastycznego poziomu sportowego nie straciły kobiecego wyglądu. Czyli tak można, bez sterydów, góry mięśni i nadmiaru męskich genów.

Dzisiaj rano oglądałem eliminacyjne biegi na 5000m - piekielny poziom! Ale o tym będzie wkrótce.
Kategoria: Felietony
Komentarze: (14)
Zaktualizowano: 14/08/2012, 12:44

Oceń

1 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

08/08/2012, 17:26
#
Fajdka bym zostawił w spokoju, pech, taki jest sport: patrz Majewski Deagu, Dołęga w Londynie. Po prostu zdarza się i nie ma co mówić o błędach, bo był i jest przygotowany wybornie.
Krzysztof Bartkiewicz
09/08/2012, 00:02
#
Maraton to nie 800m. Każdy start to strata energii, wypalanie się. Etiopczycy mają całkiem inne treningi niż Kenijczycy. Trenują pod start docelowy, żadnych wcześniej zawodów, w przypadku nieposłuszeństwa odpadają z grupy. Ścigają się między sobą na treningach. Jednak mają też swoje minusy. Jak zauważyłem zbyt bardzo ufają innym. Jedzą to co im podają. To że my dane rzeczy możemy jeść, nie znaczy że im pomoże. W Anglii jest bardzo tłusta kuchnia, dlatego sądze że tam będzie w maratonie bardzo ciekawie jeżeli, gdyż wiem jak istotny jest dzień poprzedzający maraton od strony kuchni. Nie sądze że Etiopia ma tam swoich kucharzy. Ponadto zobaczymy kto najbardziej ten bieg wytrzyma psychicznie. Etiopczycy wystawili najszybszych w tym roku maratończyków. Teoretycznie powinny mieć 2 medale. Ale w tym roku ogólnie Afrykanie nie zdają egzaminu na IO, czy w maratonie mężczyzn dojdzie do kolejnych niespodzianek?
09/08/2012, 11:59
#
Krzysztofie oby ta niespodzianka pochodziła z naszego kraju... i wskoczyła na pudło :)
10/08/2012, 12:35
#
Myślę, że po 25km będzie mocna piątka w 14:20-30 i kto wytrzyma, ten dowiezie medal... Szkoda, że w ten dzień pracuję :( i nie będę oglądał na żywo maratonu.
Marcin, co do trenowania - trenowania i trenowania + obozowania się mam mieszane uczucia. Wiem, że to inna epoka i stare dzieje, ale rozmawiałem z Panem Kazimierzem Zimnym i twierdził, że w tamtych czasach chłopaki startowali po 4-6 razy w roku. Jak ktoś startował 8 razy to było bardzo dużo a wyniki były. Oczywiście to inna szkoła, inne lata inna mentalność i system przygotowań. Z drugiej strony nie wiadomo co by było, jakby "tamci chłopcy" trenowali nowocześnie. Podobnie ma się do pokolenia Ratkowski, Skarżyński. Z trenerem Ratkowskim dobrze się znamy i często właśnie o startach z nim rozmawiałem. Był start we Wiązowej i potem Dębno i z tego wyniki przychodziły same.
10/08/2012, 16:20
#
W poprzednim poście pisałeś, że wielu bardzo dobrych zawodników zrobiło słabe wyniki w Londynie, a przyczyną tego mogą być zaostrzone kontrole. Naszych zawodników i ich nagłego osłabienia to nie dotyczy?
Marcin Nagórek
10/08/2012, 16:49
#
Suchy, to temat rzeka: jaki to był trening, jakie starty. Można to rozpatrywać z każdej możliwej strony i zawsze dojdzie się do innych wniosków. Inne metody startowe były u długodystansowców, inne u średniaków. No i nie można zapominać o tym, o czym nie raz słyszałem: wiele treningów w grupie było na poziomie wyższym niż zawody. To było bieganie jak u Kenijczyków - leciało 60 chłopa i robili wyścigi, najmocniejsi z tego biegali. Ale fakt faktem, że to było pokolenie przede wszystkim mocniejsze psychicznie, dorastali w innych czasach. A psycha w biegach długich to podstawa sukcesu.

Inne też były warunki treningu nawet w takich aspektach, o jakich się nie myśli: oni zaszywali się w lesie i biegali grupowo, pełen spokój i luz psychiczny. Ja np. u siebie zanim dobiegnę do lasu, to zwykle dwa razy omal nie zostanę pogryziony przez psa lub rozjechany przez szalejących w golfach kierowców. To jest walka o życie, ale w innym sensie, na trening wychodzi się zniechęconym i wraca często wściekłym, nie ma tego spokoju, nie ma miejsc, gdzie możesz potrenować, zupełnie się wyłączając i skupiając tylko na oddechu i wywracającym się z wysiłku żołądku. Trenowałem tak w tym roku na obozie w Portugalii i to jest niesamowita sprawa, robi się dwa razy większa prace i nie ma żadnego zmęczenia psychicznego.

Grzechu - nasi byli słabi, są słabi i będą słabi, tak to wygląda realnie. Są wyjątki, ale generalnie ludzie startują na swoim poziomie. Np. 800-metrowcy - pobiegli po sekundzie wolniej niż na mityngach, to jest łatwo wytłumaczalne (choć niekoniecznie akceptowalne). Można się zastanawiać nad tymi przypadkami, gdzie wyniki były nagle po kilkanaście sekund gorsze niż wcześniej. Czy to kwestia dopingu? Nie mogę tego wykluczyć, ale generalnie nie ma u nas przykładów, że ktoś był klasą światową i nagle zaczął biegać jak kompletny przeciętniak.

Mamy raczej przeciętniaków, którzy mają pojedyncze dobre wyniki. Z dopingiem w polskich realiach nigdy się nie spotkałem. Polska nie zaliczyła też nigdy dużej wpadki dopingowej, jak w przypadku wymienionych: Maroka, Rosji, Ukrainy, Turcji. Tam wpadali najlepsi. U nas, jeśli się zdarzy, to raczej jakieś płotki, przeciętniacy wpadający przez brak wiedzy i wyobraźni.
10/08/2012, 18:14
#
Tak dla ciekawości, z innej beczki ;)
Widzieliście czas na ostatnich 10km w triathlonie mężczyzn... ? 29:07, 29:16, 29:37 :)
11/08/2012, 06:34
#
jedź do Wałcza na Bukowinę... las, cisza, jezioro, spokój i duch Wunderteamu z Krzysiem na czele
11/08/2012, 23:27
#
http://sport.onet.pl/igrzyska/lekkoatletyka,317/trenowanie-smiercia,46837.html

co sądzisz ?
Marcin Nagórek
12/08/2012, 08:59
#
Głupi tekst ; ) Autor chciał na siłę zaszokować widza i tak podobierał fakty, aby trzymać się z góry upatrzonej tezy. Jest tam trochę prawdy, ale połowa wyssana z palca. Jak krioterapia, od której wszystko umiera, podczas gdy korzystają z tego nawet emeryci w sanatoriach. Takie typowe dziennikarstwo a la Pudelek, od którego robi mi się niedobrze. Jedyna sensowna jest wypowiedź Krzyśka.
13/08/2012, 18:37
#
I jakie opinie po maratonie i finale 5000m? Jak przebiega trening?

pzdr
13/08/2012, 22:34
#
nikt chyba wcześniej tego nie napisał, więc sobie pozwolę głośniej:

ŚWIETNE TEKSTY!!!

- zwłaszcza z perspektywy nietartanowej.
-------------------------------------------------------
nie wiem jak tam ma się wasz flejm, ale od razu zapytam -

mogę podkleić linki do tych artykułów na bieganiepeel?
(edukacyjnie i kulturotwórczo. jeśli amatorzy mają się zainteresować i zrozumieć stadionową lekką - to, moim zdaniem, od takich tekstów właśnie.)

zdrówko
Marcin Nagórek
13/08/2012, 22:40
#
Dzięki za pochwałę. Wklejanie linków do moich tekstów dozwolone wszędzie, ale kopiowanie tekstów i ich fragmentów na nieprzyzwoite strony, o jakich wspominasz - pod żadnym pozorem.

Pozdrawiam.
14/08/2012, 10:44
#
Super tekst! Nie każdemu służą ciągłe przygotowania, niektórzy potrzebują się sprawdzić, trochę postartować przed najważniejszymi imprezami, nawet dla komfortu psychicznego i żeby "nie zapomnieć" jak się biega, bo po kilku miesiącach bez startów można wypaść z tego rytmu. Trenerzy powinni czasem nie bać się poeksperymentować (choć rok olimpijski nie jest najlepszym momentem), obserwować zawodnika, bo każdy jest innym typem.

Poza tym, dobra obserwacja co do udziału w Mistrzostwach Europy. Zawodnicy, którzy nie mają większych osiągnięć na międzynarodowej arenie lub nie mają realnych szans na finał czy bardzo dobre miejsce na IO zdecydowanie powinni się tam udać.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Kwiecień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin