23
04/2012
00:01
Czas na szybką relację z mojego biegu na 10 000 metrów, który odbył się w ramach mistrzostw Polski na tym dystansie, w Mikołowie koło Katowic. Co prawda niedawno wszedłem do domu po całodziennej podróży, ale co tam...

Najpierw suche fakty: pobiegłem 30:55,60. To życiówka poprawiona o 8 sekund. Dało to bardzo wysokie, 7 miejsce mistrzostw Polski. Ogólne odczucia: nazwijmy to lekkim zadowoleniem.

Żeby zrozumieć, co mnie cieszy i dlaczego biegłem tak a nie inaczej, muszę wspomnieć o czasie jeszcze przed startem. Otóż czułem sie bardzo kiepsko. Nie wiem, czy była to kwestia 13-godzinnej podróży czy może jakichś resztek przeziębienia, po którym cały czas jakby lekko pobolewało mnie gardło. A może alergia, może zmiana pogody? W każdym razie w ostatnich godzinach przed biegiem czułem straszliwie ciężkie nogi. Wypiłem kawę na pobudzenie, czego zwykle nie robię (nie piję kawy w ogóle). Nie pomogło. Do tego zmarzłem niemiłosiernie. Gdy wyszedłem na rozgrzewkę, byłem w tak marnym nastroju, że w ogóle nie mogłem myśleć o jakimkolwiek czasie, międzyczasach, taktyce. Gdzieś na dnie myśli kołatało się, że będzie chyba marnie.

Zacząłem rozgrzewkę - fatalnie! Ledwo ruszam nogami. Żeby nie dreptać bez sensu, próbowałem coś zrobić. Podkręciłem zdecydowanie tempo rozgrzewki, licząc, że może to mnie pobudzi. Nic z tego. Pobiegałem więc 10 minut i dałem sobie spokój. Poszedłem do szatni, założyłem pod spód koszulkę startową, nakleiłem plaster na nos i wyszedłem na tartan. Postanowiłem zrobić coś, o czym już słyszałem, ale czego nigdy nie próbowałem, to był akt desperacji. Pobiegłem na pobudzenie mięśni 2x200m, dość mocno, po 30 sekund. Potem przebieżkę 100m, gdzie ostatnie 50m było prawie na maxa. Zwykle przed startem robię tylko luźne przebieżki 60-100m. To pobudzenie mięśniowe chyba pomogło. Nogi jakby lekko się ruszyły, dokuczliwy ból mięśni czworogłowych nieco zelżał. Teraz najważniejsza była motywacja. Powtarzałem sobie, że taka długa podróż nie może iść na marne. Te wszystkie problemy, których jak zwykle była masa: dojazd, weryfikacja, badania, rachunki - to nie może iść na zmarnowanie. Trzeba powalczyć. Przypomniałem też sobie wszystkie te treningi, które biegałem w mrozie, wietrze, błocie... Jeszcze 4 dni wcześniej w Słupsku padał śnieg i grad! Nie po to się męczyłem, żeby poddać się przed biegiem.


Stadion w Mikołowie

Postanowiłem przede wszystkim spokojnie zacząć, potem walczyć i co ma być, to będzie. Tak też zrobiłem, aż do przesady - pierwsze 200m w ok. 40 sekund to tempo na 3:20/km, podczas gdy docelowe było na 3:05-3:00/km. Przesunąłem się więc do przodu kilkoma szybkimi przebieżkami. I tu powstał pierwszy dylemat, w sumie bardziej pozorny niż realny. Otóż bieg podzielił się na dwie grupy. Pierwsza pędziła w tempie na czas docelowy 29:10, a z czasem przyspieszyła. Druga biegła nieco za wolno. Mogłem biec z pierwszą - ale to by się skończyło na pewno źle. Mogłem biec sam, pomiędzy nimi, mogłem trzymać się drugiej grupy i zobaczyć, co będzie. Wybrałem ten trzeci, najbardziej logiczny i bezpieczny wariant. Razem z dwoma innymi biegaczami zmienialiśmy się na prowadzeniu i jakoś to leciało.

Pierwsze 3km rozgrzały mnie na tyle, że zaczęło mi się dobrze biec. Jedyne, co mnie niepokoiło, to fakt, że już w tym momencie czułem w łydkach zakwasy. 10km na bieżni w kolcach to nie jest łatwe wyzwanie, a na treningu nigdy nie da się wytrenować aż takiego zmęczenia. Być może była to kwestia braku przetarcia, jakiegoś mocnego biegu wcześniej. Nie wiedziałem, co z tego wyjdzie, ale postanowiłem cisnąć. Odcinek 3-7km to było dla mnie bardzo komfortowe bieganie. Było trochę przepychania, rwania tempa, wychodzenia, chowania się, przyspieszania, ale czułem na tyle duży zapas prędkości, taki ogólny luz, że znosiłem to bez problemu. Po 5km pomyślałem, że będzie dobrze, kółka mijały mi szybko i zbytnio się nie męczyłem.

Problemy zacząłem mieć na ósmym kilometrze. Właściwie trudno nazwać to wielkimi problemami. Po prostu mięśnie nóg miałem po tym sporym dystansie w kolcach mocno nabite. Straciłem lekkość biegu, przez co zacząłem się męczyć jeszcze bardziej. Te ostatnie 2,5km to była już po prostu brutalna walka o przetrwanie. Myślę, że takie samo zmęczenie nóg, jakie czułem przy naszym tempie rzędu 3:06-3:08/km, czułbym i na 3:15/km, i na na 3:02/km. To nie było bezpośrednio związane z wytrzymałością czy wydolnością, po prostu mięśnie odmawiały posłuszeństwa, buntując się przeciwko tak długiemu bieganiu w kolcach, to coś jak skurcze na maratonie.

Na ostatnich dwóch okrążeniach z naszej licznej początkowo grupy zostało nas dwóch. Zacząłem tracić do rywala, chociaż zagrzewała mnie do boju grupka znajomych. Czułem, że mam jeszcze rezerwę na finisz, ale nie potrafiłem zmusić się do długiego podkręcenia tempa, to jest coś, co przychodzi z trudem zawodnikowi szybkościowemu. Wycisnąć 200m piekielnie mocno - tak, ale podkręcić w średnim tempie kilometr czy dwa na dużym zmęczeniu - to dla mnie trudniejsze. Wbiegając na ostatnie 300m miałem ok. 10m straty do siódmego miejsca. Pierwsza szóstka była oczywiście daleko z przodu, w zasięgu był tylko ten jeden biegacz. Wtedy odpaliłem moją ostateczną rezerwę kwasową, moje ultraszybkie włókna mięśniowe 800-metrowca. Naprawdę dałem z siebie wszystko na tym finiszu, na ostatnich metrach rytm trzymałem tylko siłą woli. To był taki ostateczny dopalacz, wejście w nadprzestrzeń. Momentalnie nie tylko dogoniłem gościa przede mną, ale i odskoczyłem mu o kolejne 4 sekundy. Nie mam jeszcze odczytu z chipa, ale wyglądało na to, że ostatnie 200m było w tempie ok. 27 sekund, ostatnie 400m sporo poniżej minuty. Jeśli ktoś nie wie, to jest tempo na 2:20-2:30/km, przy średnim z całego biegu 3:05/km. Czyli rezerwy wydolnościowe są, bariera, o ile istnieje, cały czas jest głównie mięśniowa.

Po biegu byłem umiarkowanie zadowolony. Czułem, że w tych konkretnych warunkach był to mój optymalny bieg. Trudno byłoby tu coś zyskać inną taktyką, nie sądzę, żebym biegnąc sam, był w stanie utrzymać równe, mocniejsze tempo i mocno finiszować. Równocześnie jednak myślę, że miałem rezerwę 20-30 sekund, gdybym po prostu biegł cały czas za kimś, kto trzyma nieco wyższe, równe tempo cały czas. Przed biegiem wstępnie zakładałem, że powinienem pobiec między 30:20 a 30:40. Pobiegłem 30:55, ale zakładany wynik na pewno był w zasięgu. Ponieważ jednak to nie był sprawdzian czasowy, tylko realny wyścig, biegłem tak, jak się ułożył bieg. Walczyłem o jak najwyższe miejsce i to się udało. 7 miejsce mistrzostw Polski to dla mnie fantastyczny wynik na takim dystansie i do niedawna nie spodziewałem się, że mógłbym być tak wysoko. Gdyby stawka była mocniejsza, być może poprawiłbym wynik, ale zaliczył gorsze miejsce. Ciężko gdybać, co by było lepsze. Było jak było i ogólnie jestem zadowolony.

3 lata temu pobiegłem życiówkę na początku maja, a teraz poprawiłem ją 2 tygodnie wcześniej, mimo ogólnie kiepskiej pogody do treningu. W tamtym sezonie byłem potem latem bardzo mocny i zrobiłem dobre życiówki na 3000m i 5000m. Teraz liczę na to samo, to znaczy na wciąż rosnącą dyspozycję i bardzo dobre wyniki w docelowych biegach na bieżni w czerwcu. Dyszki nadal jeszcze nie odczarowałem, bo w krótszych biegach mam zdecydowanie lepsze wyniki. Skończyły się jednak kłopoty zdrowotne z ostatnich dwóch lat, gdzie nie byłem w stanie biegać, nie miałem siły, energii, mocy i zdarzało się, że na 10km wycisnąłem 34 minuty. Teraz nawet na zmęczeniu jestem w stanie walczyć i biec szybko. Nie ma niemocy, uczucia kompletnej pustki, zerowej rezerwy w mięśniach. To wszystko było związane z tymi brakami żelaza w poprzednich latach. Jak to lubią mawiać nasi komentatorzy sportowi, wracam z bardzo dalekiej podróży.

Kiepski bieg zaliczyła Ola, która nie była w stanie ukończyć rywalizacji. Od 2 tygodni biegało się jej bardzo ciężko, nałożyło się zmęczenie i nie wiadomo, co jeszcze. Ostatnich akcentów treningowych nie była w stanie zrealizować, ale przyjechała z nadzieją, że może uda się pokonać niemoc na starcie. Nie udało się i po 3 srebrnych medalach z rzędu tym razem Ola wróciła na tarczy. Teraz odpoczywa, potem wraca do normalnego rytmu biegowego.

Dzięki wszystkim za wsparcie!
Kategoria: Starty 2012
Komentarze: (5)
Zaktualizowano: 24/04/2012, 22:28

Oceń

1 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Mapa

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

21/04/2012, 20:36
#
Szczęśliwa siódemka ;) Gratuluję rezultatu!
Marcin Nagórek
21/04/2012, 21:05
#
Dzięki! Relację zamieszczę wkrótce. Szybciej nie dało rady - pierwsza grupa biegła za mocno dla mnie. Druga trochę za wolno, ale nie miałem wyjścia, biegłem z nimi. Sporo prowadziłem, końcówka była bardzo mocna. Generalnie nie jest źle ; ) Łydki straszliwie zakwaszone po 10km w kolcach po tartanie!
22/04/2012, 08:38
#
gratki Marcin - zrobiłeś kolejny krok w drodze do złamania 30 minut :)
Adam Balachowski
23/04/2012, 08:23
#
Serdecznie gratuluje rezultatu ;-)
23/04/2012, 21:24
#
nie, no nie wierzę, jest życiówka, mała bo mała ale kurde po 3 latach...a do tego wszystkiego beczka "marności", powiedziałbym like usual ;-)))

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Trening tempowy
Następny: Bieganie w maju
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Luty 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
262728 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin