15
07/2011
17:47
Czas na wiadomości ze Szklarskiej Poręby. Dotarliśmy na obóz, już ponad tydzień temu. Podróż dość ciężka, ale jakoś minęła. Na miejscu od razu przystąpiliśmy do działań.

Kilka szybkich uwag na początek. Po pierwsze, Szklarska to już nie jest to ciche miasteczko co kiedyś. Import szrotu z Niemiec i innych krajów Zachodu dotarł i tutaj. Na ulicach panuje duży ruch, ciężko dobiec ze stadionu na Regle, w powietrzu zamiast górskiego aromatu czuć smród spalin. Jeśli dodamy do tego kręcących się wszędzie bez celu turystów, okaże się, że przebiegnięcie przez miasto to spore wyzwanie.

Po drugie - jak zwykle mamy trochę pecha do pogody. Tak jest chyba w całym kraju, ale nie poprawia to ani trochę ogólnego nastroju. W tydzień przerobiliśmy kilka stref klimatycznych. Było i upalnie i sucho, i upalnie i wilgotno, i ulewne deszcze, i potężne wichury. Najgorzej, gdy w nocy lało, a w dzień robiło się gorąco - wtedy wilgoć dosłownie zabija, biegnie się jak w saunie. I tak jednak trafialiśmy o tyle dobrze, że najcięższe treningi biegaliśmy w chłodzie. Lepsze to niż upał. Raz co prawda było zimno, padał deszcz i wiało, ale jakoś przetrwaliśmy.

Regle nadal są przyjemnym miejscem do biegania, ale rabunkowa gospodarka leśna dotarła i tutaj. Kiedy pada, ciężarówki wywożące drewno zamieniają nawierzchnię w błotnistą breję. Przy okazji odkryłem duży minus biegania w cieniutkim, nieamortyzowanych butach: na górskich szlakach czuć każdy kamyk. Co kilkaset metrów podskakuję z bólu, gdy w podeszwę wbije mi się coś wyjątkowo twardego.

Poza tym wszystko gra i trenuje się przyjemnie. Bardzo dużym plusem jest obecność innych biegaczy. Nie nudzi się nam na rozgrzewkach, rozruchach i innych manewrach wykonywanych na stadionie. Zawsze jest na kim zawiesić oko lub pod kogo podczepić się podczas biegu. Dla nas, przyzwyczajonych do samotnych zmagań, jest to bardzo miła odmiana.

Nocujemy, niestety, kawałek od głównego ośrodka sportowego, na posiłki dochodzimy. Przy stole siedzimy z Radkiem Dudyczem. On podobnie jak ja zajmuje się m.in. treningiem zawodników amatorskich, wymieniliśmy więc sporo ciekawych spostrzeżeń.

Sam trening jest prosty: w łeb i na maxa ; ) Co ciekawe, najbardziej dało nam w kość nie mocne stadionowe bieganie, a górska wycieczka. Wybraliśmy się na nią w jednym z luźnych dni. To trasa niebieskim szlakiem z Regli w kierunku Schroniska Pod Łabskim Szczytem, potem żółtym na Śnieżne Kotły, potem Drogą Przyjaźni w kierunku Schroniska na Hali Szrenickiej. Następnie zbieg w dół w kierunku wodospadu i ośrodka, razem dokładnie 18km, ale pokonywane w ponad 2 godziny. Cały problem polega na tym, żeby całość trasy przebiec. Nie każdy jest w stanie to zrobić, bo podbiegi są bardzo trudne. Pierwsze 45 minut to bieg praktycznie cały czas pod stromą górkę. Płuca błagają o tlen, nogi rozsadza z bólu. Na zbiegu - jeszcze gorzej. Mięśnie czworogłowe i przyczepy w okolicach bioder pracują na granicy wytrzymałości. Efektem wycieczki były kosmiczne zakwasy. Olę trzymały jedynie 3 dni, ja odczuwam je nadal, chociaż minęło już pięć. Do tego skatowałem się na drążku i podczas rzutów piłką lekarską, więc ostatnie kilka dni to głównie wspomnienie wszechogarniającego bólu wszystkiego. Schodzić ze schodów musiałem bokiem, co wywoływało wesołość u zaprzyjaźnionych biegaczy i trenerów.

Był jeszcze jeden powód bólu - wybrałem się z Radkiem Dudyczem do okolicznego szamana, ukraińskiego kręgarzo-masażysty. Tego typu zabiegi odbywam regularnie, ale ten specjalista okazał się wyjątkowym rzeźnikiem. Po pierwsze, jest byłym zapaśnikiem, potężnym chłopem o dłoniach jak bochny chleba. Po drugie, stosuje bardzo inwazyjne metody. Akupresura - owszem, przechodziłem to, stosuję nawet regularnie sam na sobie. Ale nie tak - on po prostu wyszukiwał bolesne punkty i wbijał w nie palce z całej siły, niemal przebijając ciało na wylot. Jako pierwszy wszedł Radek i jego dzikie wrzaski nieco mnie zaniepokoiły. Okazało się, że ja krzyczałem jeszcze gorzej. Poza uciskami i nastawianiem kręgosłupa spotkałem się z czymś nowym: gość kładzie pacjentowi ręcznik na plecy i tłucze go z całej siły otwartą dłonią. Siła uderzenia jest podobna do opadającego na plecy z dużą prędkością kloca drewna. Po wyjściu z gabinetu jest się w stanie lekkiego oszołomienia. Przyznam jednak, że uciski łydek, podczas których omal nie wyskoczyłem oknem z bólu, bardzo mi pomogły na ból ścięgna Achillesa. Robię to samo od dawna, ale dużo lżej. Teraz wziąłem się za równie inwazyjne rozluźnianie mięśni. Na Achillesa naprawdę mi pomaga.

Same treningi jakoś mijają, raz łatwiej, raz trudniej. Tak ciężko nie trenowałem od 1,5 roku, czyli od czasu pobytu w USA. Codziennie dwa treningi. Drugie bieganie jest jednak w okresie między startami (i w ogóle w tym roku) krótsze niż w poprzednich latach: ja kręcę standardowe 6km, Ola 8km. Kiedy jestem zmęczony, biegam bardzo wolno (rekordowo wolne rozbieganie momentami przebiegało po 5.30/km), ale kiedy wszystko gra, śmigamy z narastającą prędkością, zaczynając gdzieś od 4:15/km,  ja ostatnie kilometry biegnę w tempie 3:50-3:40/km.

Naprawdę ciężkie dni były na razie trzy. Ola biega zupełnie innym rozkładem, głownie w oparciu o długi interwał, ja mam swój plan. Pierwszy akcent: rano 2x3km dość mocno, popołudniu 8x300m w tempie 47-43 sekundy. 2x3km przebiegłem średnio po 3:14 i 3:12/km, z czego byłem zadowolony. Tego dnia było bowiem chłodno i bardzo wietrznie.

Drugi mój akcent: 30x200m z przerwą 30 sekund. Tempo całkiem wysokie, 33-32 sekundy. Zadyszka potężna, ostatni odcinek w 30 sekund bez specjalnego dociskania. No i dzisiejsze bieganie: 4x1km w tempie od 2:56 do 2:48. W trakcie krótkiego interwału padało i wiało, a dzisiaj tylko wiało - ale jak! Wichura była tak straszna, że myśleliśmy o przełożeniu tego treningu. Ola biegała bardzo trudny trening w zmiennym tempie: 1500m + 3km + 1500m + 3km + 1500m. Ja również kręciłem, nie mogliśmy więc ustawić się tak, żeby mieć wiatr w plecy. Ostatecznie jednak zrobiliśmy, walcząc z potężnymi podmuchami i mamy to za sobą. Popołudniu byc może poćwiczę na sali lub siłowni. Po tym zaś 3 dni względnego luzu, treningi tlenowe, chociaż czasami z elementami przyspieszeń.

Co dalej? Zostało nam kilka kolejnych dni obozu. Zastanawiamy się nad startem na bieżni pod koniec lipca. W Polsce jednak nic nie ma w tym terminie, a za granicę będzie nam ciężko wyjechać. Jeśli to nie wyjdzie, pierwszym startem będzie memoriał Janusza Sidły w Sopocie, 5 sierpnia. A potem - mistrzostwa Polski.
Kategoria: Trening 2011
Komentarze: (3)
Zaktualizowano: 13/10/2011, 11:16

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Mapa

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

15/07/2011, 22:28
#
na kim zawieszasz oko ?
Hubert Sienkiewicz
15/07/2011, 23:09
#
Miałem podobnie na obozie w Szklarskiej z tymi schodami. Codziennie wbiegałem lub maszerowałem+biegałem na Hale Szrenicką/Szrenicę, raz puściłem się z kolegą na Szrenice potem Kotły, schr. pod Łaskim Szczytem i drogą pod reglami do Szklarskiej 2 h 30 min jakoś nam wyszło z tym, że było trochę marszu i trochę biegu, ale skończyliśmy jak sprinterzy. Na drugi dzień było ciężko... ale z pomocą przyszedł Neo Capsiderm, polecam na zakwasy, mnie puszczają od razu :) Powodzenia. 1.08 też lecę do Szklarskiej, ale w celach rekreacyjnych.
Marcin Nagórek
16/07/2011, 16:20
#
Na szczęście najgorsze zakwasy w końcu mijają, dzisiaj już była duża ulga. W związku z tym jutro atakuję Wysoki Kamień ; )

Oko zawieszam oczywiście na Oli.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Szklarska czeka
Następny: No i po obozie
Blog - kategorie
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Wrzesień 2017 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin