27
05/2010
00:00

Kolejny wpis warto by zacząć od narzekania na pogodę. Ale właściwie ciężko mi narzekać, w zbyt dużym jestem szoku. Ileż to musieli nagrzeszyć nasi przodkowie, żeby ten kraj tak bardzo był karany przez niebiosa? Jak nie powódź, to wybuch wulkanu, jak nie spada samolot, to padają deszcze, a teraz na dodatek jeszcze krwiopijca Belka ma zostać prezesem. Belka - ja ci jeszcze pamiętam i zniesienie ulg PKP dla studentów, i podatek Belki. Belce mówię zdecydowane NIE.

Z powodu szoku nie będę zbyt narzekał na pogodę. Podam tylko fakty. Otóż jestem w Polsce  miesiąc, a zdążyłem już robić treningi w zupełnie skrajnych warunkach pogodowych. Było zimno, 10 stopni i deszcz. Potem w ciągu dwóch dni zrobiło się 25 stopni i w nocy deszcz, parno jak w Kongu, wilgotność 100%. Potem przyszły u mnie wiatry, tak potworne, że w jedną stronę biegłem zgięty o 45 stopni do przodu, a w drugą - do tyłu. Po wiatrach trafił się dzień potężnego upału, kiedy biegałem zupełnie rozebrany, pocąc się obficie. No i teraz mam znowu ochłodzenie. Dzisiejszy trening wykonany znowu przy 10 stopniach, wietrze i zacinającym deszczu, biegłem w grubej bluzie, kurtce i czapce, strasznie żałowałem, że nie mam rękawiczek.

Na szczęście mimo tych zawirowań trening jakoś się kręci. Najgorzej jest pod względem psychicznym: kiedy wyglądam z okna, od razu czuję ogromną niechęć do wyjścia na zewnątrz. Przez tę niechęć traci impet cały proces treningowy. Ani nie chce mi się biegać drugich treningów, ani nie czerpię radości z pierwszego. Organizm czuje tę niechęć i kojarzy ją z bieganiem, co nie ułatwia przełamywania barier biegowych.

Nie startowałem na razie nigdzie. Zdążyłem wykonać kilka przyzwoitych treningów, ale tak naprawdę ciężko je porównywać i obiektywnie oceniać: są biegane w zbyt różnych warunkach. Biegałem dwa razy 14km biegu ciągłego, w formie szybszego rozbiegania. Oba razy były w silnym wietrze, ale raz w chłodzie, raz w upale, mimo że oddzielone tylko kilkoma dniami. Raz było po średnio 3.47/km, raz po 3.44/km. Zmierzyłem kwas - wyszło 1,3mmol. Nie są to prędkości, które kogokolwiek z długodystansowców powala na kolana, ale ja widzę progres. Tego typu biegi w idealnych warunkach biegałbym prawdopodobnie w tempie 3:35/km na zupełnym luzie, właśnie jako szybsze rozbieganie. Czuję się na tych treningach bardzo dobrze, prawie nie muszę oddychać, zakwaszenie niskie jak nigdy. Słowem - wzmocniłem się tlenowo, to czuć.

Przez idealne warunki rozumiem nie tylko dobrą pogodę, ale i odpowiedni dzień w cyklu. Tego typu treningi biegam zwykle na lekkim zmęczeniu, kiedy nie jestem na tyle zregenerowany, żeby pobiec coś mocniejszego, a przy tym nie chcę deptać w terenie w wolnym tempie, po wertepach. Wybieram wtedy inny rodzaj treningu, inny mięśniowo, biegany w innym rytmie, po twardym, ale w sensie intensywności bardzo łagodny.

Co jeszcze z nowości? Biegałem trening 6x800m, w tempie od 3:00/km do 2:50/km. To było chyba w najsilniejszym wietrze, ciężko więc ocenić rzeczywistą "moc" tych odcinków. Ale tu zwrócę uwagę na lekką zmianę, której dokonałem ostatnio w tego typu treningach. Otóż w pewnym momencie złapałem się na tym, że za bardzo zaczynam przywiązywać się do konkretnego tempa biegu. Zbyt wiele zacząłem robić założeń, jak konkretnie szybko mam biec dany trening. To czasami powodowało, że trening zaczynałem szybciej niż kończyłem, fatalna sprawa. Tymczasem samopoczucie jest różne, pogoda też jest różna, nie ma dwóch takich samych akcentów. Wróciłem do metody, która przynosiła mi zawsze sukcesy. Po pierwsze, staram się biec tak, żeby było mocno, ale w równym tempie, zaś na ostatnim odcinku powinienem być w stanie mocno przyspieszyć. Takie podejście sprawia, że nie mierząc na odcinku żadnych międzyczasów i sprawdzając je w domu, odkrywam, że albo niemal wszystkie odcinki są w idealnie równym czasie, z ostatnim bardzo mocnym, albo każdy kolejny jest szybszy od poprzedniego. Oba te sposoby mają swoje zalety i oba są korzystne w treningu.

Po drugie, wróciłem na wielu treningach do aktywnych przerw, czyli przerw w truchcie. Nie na wszystkich treningach, bo nadal pozostają takie, gdzie liczy się szybkość, a przerwa ma znaczenie drugorzędne. Przed laty zacząłem odchodzić od aktywnych przerw z powodu problemów z achillesem, związanych ze zbyt dużym napięciem mięśni. Przerwa w miejscu pozwalała mi rozluźnić nogi i ból mijał. W tej chwili achilles jest od dawna pod kontrolą (chociaż od kilku lat wciąż czuję dziada), przełamałem więc lenistwo i zacząłem truchtać. Trucht powoduje, że odpoczynek w przerwie jest wolniejszy, wolniej spada tętno, a prędkość samych odcinków jest niższa. Ma to jednak liczne zalety, przede wszystkim zmienia charakter treningu na bardziej tlenowy.

Dzisiaj więc mój trening był dość lekki - było to 15x300m z przerwą 200m truchtu, tempo ok. 50 sekund, ostatnia 46 sekund. Całość w deszczu, wietrze, w kurtce, kałużach. Wybrałem ten trening, bo za 3 dni być może wystartuję w biegu ulicznym na milę. Po takim treningu dojdę szybko do siebie, po dłuższych odcinkach odpoczynek trwa dłużej. W sobotę startuje też Ola - na 5000m na lidze. Start, a jakżeby inaczej, treningowy. Problem w tym, że u Oli po półmaratonie i wcześniej dyszce pojawiły się problemy. Najpierw się przeziębiła, potem odezwała się dokuczliwa sprawa z mięśniami uda. To wciąż ta sama przyczyna, nadmierne napięcie mięśni, spowodowane prawdopodobnie w dużej mierze tym, że wiele treningów biegamy na stadionie, w jednym kierunku (chociaż ja częściej biegam w odwrotnym kierunku). Niestety, w Zamościu są takie warunki, że w niektórych okresach Ola 4 x w tygodniu biega na stadionie, w tym długie treningi. Nie ma po prostu alternatywy.

Ola kilka dni strasznie się męczyła, bolała ją noga, czuła się zmęczona po półmaratonie. Teraz powoli jest lepiej, chodzi na zabiegi, ogólne samopoczucie jej się poprawiło, ale na start jedzie bez wielkiego napinania. Chodzi o to, żeby się trochę pościgać, a nie tylko łupać trening.

Podsumowując: a jednak jakoś się kręci. Mnie biega się coraz lepiej. Przyznam szczerze, że prowadzę w tej chwili kiepski tryb życia, wiele, wiele godzin dziennie przed komputerem, nieregularny sen, do tego mało biegam. Ale co wieczór staram się robić jakąś namiastkę drugiego treningu. Czasami wyjdę pobiegać (dokładnie raz), czasami poćwiczę brzuch i grzbiet, czasami tylko się rozciągam, a czasami przynajmniej bardzo intensywnie myślę o tym, że mógłbym poćwiczyć. Wczoraj i przedwczoraj naprawdę mocno chciałem wyjść na drugie treningi, nawet dzisiaj o tym myślałem, ale pogoda cały czas była straszna, więc doszedłem do wniosku, że primum non nocere. A to się przeziębię, a to mnie przewieje, po co wywoływać wilka z lasu?

Rozmyślam intensywnie o efekcie placebo oraz technikach wizualizacji. Plany mam ambitne - przy odpowiednim skupieniu może się okazać, że za jakiś czas wprowadzę rewolucyjny trening: nie bieganie, a samo myślenie o bieganiu. Powszechnie wiadomo, że fakirzy, czy tam fuckerzy, potrafią wprowadzać się w stan transu, zmieniając metabolizm swojego organizmu. Np. zwalniają tętno, obniżają temperaturę ciała, żywią się promieniami słonecznymi. Z drugiej zaś strony każdy zna efekt "białego fartucha" - na widok pielęgniarki ciśnienie skacze. Mój tajny plan polega więc na tym, żeby samym myśleniem o treningu prowokować odpowiednie zmiany w organizmie. Kiedy pomyślę o bieganiu, tętno mi rośnie i od razu robię się zmęczony. Byłabyż to nowa, rewolucyjna technika treningu, bez ryzyka kontuzji? Można wtedy trenować nawet przez sen. Może w XXII wieku kolejne generacje sportowców będą ze zdumieniem czytać o tym, że kiedyś wychodziło się na trening, zamiast stosować techniki wizualizacji.

W naszym klimacie, w tym pogodowym tyglu, byłaby to zmiana bardzo pożądana.

Kategoria: Trening 2010
Komentarze: (3)
Zaktualizowano: 06/08/2015, 13:23

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

Komentarze

27/05/2010, 22:56
#
Metody wizualizacji na pewno dają efekt, ale to delikatna materia i nie każdy jest w stanie wpłynąć świadomie na swój organizm. Też przerwy biegam w truchcie, ale to z powodu komarów :D. Życzę Oli powodzenia na tym "treningu" w weekend.
Marcin Nagórek
27/05/2010, 23:39
#
No tak, zapomniałem wspomnieć o kolejnym koszmarze - komary! Wyobraź sobie, jaki piękny był trening w Stanach bez żadnego insekta w powietrzu... Ech... Na szczęście ja mocne treningi biegam na stadionie, a tam zagęszczenie komarów na metr kwadratowy jest wyraźnie mniejsze niż w lesie, dałoby się więc robić przerwy nawet w leżakowaniu ; )

Swoją drogą - takie przerwy stosowano podobno w NRD podczas trenowania tolerancji kwasowej. Otóż kiedy kładziesz się od razu po odcinku, unosząc jeszcze nogi w górę, tętno szybko spada, a krew nie oczyszcza mięśni z mleczanu. Jest to o tyle bezsensowne, że zanik działania pompy mięśniowej może spowodować omdlenie, bo krążenie nagle zwalnia (tętno spada wtedy piorunem) i do mózgu dociera mniej tlenu.

To tak a propos niekonwencjonalnych metod treningu...
Marcin Nagórek
28/05/2010, 00:44
#
P.S. Jakby ktoś zastanawiał się nad tytułem tej notki, to tak, Rimbaud zawsze był jednym z moich ulubionych poetów.

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Styczeń 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin