29
04/2010
00:00

Zostały trzy dni do pierwszego w tym roku startu. Na razie nastroje mało bojowe - oboje z Olą czujemy się bardzo marnie. Było to spodziewane i mam nadzieję, że za trzy dni przejdzie, ale mimo wszystko na razie uczucie niemiłe.

Co się dzieje? Po pierwsze, dokucza zmiana czasu. Już prawie, prawie jest OK, ale nadal nie do końca. Przez pierwsze dwa dni nie mogliśmy w ogóle spać w nocy, a w dzień chodziliśmy jak zombie. To efekt tego, że organizm żył jeszcze czasem nowomeksykańskim. Minęły 4 dni i teoretycznie śpimy już prawie normalnie, ale nadal do południa coś jest nie tak z samopoczuciem. Trochę lepiej wieczorem, ale tylko trochę.

W związku z marną aklimatyzacją gorsza jest regeneracja i ogólny stan fizyczny. Oddechowo czujemy się dobrze, ale mięśniowo - strasznie. Nogi jak z waty, biegniemy jak połamani, kompletny brak sił. To nawet ciężko opisać, ale uczucie jest takie, jakby robiło się wszystko z rozładowanym akumulatorem.

Co dalej? Odczuliśmy dotkliwie zmianę klimatu, przede wszystkim wilgotność. Na treningach pot leje się ze mnie jak w saunie i czuję, jakbym oddychał watą. Po 4 miesiącach w powietrzu suchym jak krakersy Polska wydaje się krajem zwrotnikowym. Co gorsza, akurat w kraju jakieś dziwne prądy - pierwszego dnia było wilgotno i gorąco, drugiego i trzeciego - wilgotno i zimno, a dziś znowu gorąco. Do tego strasznie wieje. Myślałem, że w Nowym Meksyku to są wiatry, ale Zamość w niczym mu nie ustępuje.

Ale to wcale nie koniec!  Otóż od razu po powrocie dostałem alergii na coś, pewnie skumulowało się i zmęczenie, i ogólne zapylenie. Dla alergika nie ma nic gorszego niż początek sezonu, a ja ten początek przeżywam trzeci raz w tym roku. Najpierw w Las Cruces, potem w Albuquerque, bo tam wszystko kwitnie miesiąc później, teraz znowu w Polsce. Katar, załzawione oczy, nos kompletnie zatkany, kichanie, smarkanie... Koszmar.

No i na domiar złego, dzisiaj robiłem badania krwi - i pani doktor tak mi się jakoś wrednie wkłuła w żyłę, że spuchło mi całe przedramię. Nie mogę wyprostować ręki. Jak więc widać, jestem w szczycie formy ; ) Nic, tylko biec po życiówkę.

Nie poddajemy się jednak tak łatwo, prawda? Mam jeszcze dwa dni odpoczynku, trzy noce do przespania - i liczę, że wszystko się wyprostuje. Podróż do Sosnowca potrwa 8 godzin, to prawie połowa drogi na koniec USA, z trzema przesiadkami! Ale to jeszcze nic, najszybsza podróż do Słupska z Zamościa to 13 godzin autobusem. Czuję się, jakbym żył w średniowieczu, w 13 godzin mogę przecież dolecieć do Nowego Jorku i połowę drogi z powrotem.

Co ciekawe, badania krwi po górach nie wyszły tak, jak się można spodziewać. Zwykle oczekuje się wzrostu poziomu żelaza, hemoglobiny, krwinek, hematokrytu. No to u mnie wszystko poszło w dół. Ale nie ma się chyba co przejmować - jestem w posiadaniu wyników badań krwi paru Kenijczyków z okresu szczytu formy - i u nich zakrawa to na ciężką anemię. Po prostu w treningu wytrzymałościowym często zdarza się, że w układzie krwionośnym pojawia się więcej krwi - właśnie pod wpływem treningowych bodźców. W związku z tym wydolność ogólnie jest większa, ale stężenie drobinek w centymetrze sześciennym płynu mniejsze. To tak jak rozpuścić cukier w litrze wody, albo w dwóch. Stężenie zależy od ilości płynu. Rzadsza krew lepiej prześlizguje się przez naczynia. Wszystko i tak wyjdzie w praniu, zobaczę, jak będzie się biegło zawody w sezonie.

Moje szczegółowe wyniki to hematokryt 42, czerwone krwinki 5.0, hemoglobina 14.4, żelazo 152. Co ciekawe, spodziewałem się wzrostu krwinek (tak to jest u Kenijczyjków), ale nic takiego nie nastąpiło. Wszystkie minerały dokładnie w środku normy. Jedyne, co podchodzi pod sam szczyt normy (oprócz żelaza) to nasycenie krwinek hemoglobiną. Tutaj prawie przekraczam limity. To znaczy, że mam małe, ale bojowe, napakowane hemoglobiną krwinki, które swobodnie przeskakują sobie naczyniami, a jak się zmęczą, to w magazynie jest dostatecznie dużo żelaza, żeby je serwisować. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę ; ) W każdym razie nie popadam, jak niektórzy biegacze, w fobię tego, że koniecznie trzeba mieć kosmiczny hematokryt i hemoglobinę. W bieganiu, jak wiadomo, ważny jest luz, a tego mi nie brakuje ; ) Dlatego najbliższe dwa dni tylko truchtam, a w niedzielę idę w trupa, żeby bohatersko polec w boju.

Przede mną długi sezon i prędzej czy później jakiś rekord padnie. Ale tym wpisem chciałbym zaznaczyć, jak to jest, aklimatyzować się po pobycie w innym klimacie. A jest naprawdę nieprzyjemnie.

Kategoria: Trening 2010
Komentarze: (4)
Zaktualizowano: 24/09/2014, 09:44

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

Komentarze

29/04/2010, 23:27
#
ten wpis sugerowałby, że analityczny umysł Nagóra czegoś nie przewidział, ale wydaje mi się, że o ile na sobie eksperymentujesz o tyle Ola powinna być w wielkiej formie :) powodzenia w zagłębiu :)
Marcin Nagórek
30/04/2010, 10:20
#
Wszystko jest przewidziane i analizowane ; ) Ryzyko zmęczenia w trakcie tego startu również. Miałem świadomość, że mamy przed sobą długi i ciężki sezon, trwający do listopada, dlatego wolałem zaryzykować zbyt późny powrót niż zbyt wczesny, szybki szczyt formy i słabą jesień. Ale zobaczymy, na razie jestem dobrej myśli.
02/05/2010, 22:25
#
Hmmm chyba wpadka??

Co się wydarzyło
02/05/2010, 22:25
#
Wpadka?? Co się wydarzyło w Sosnowcu?

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Listopad 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin