16
02/2010
00:00

Dzisiaj czas na wpis motywujący. Było o bólach, o kontuzjach, zmęczeniu - czas na nieco pozytywniejszy wpis. Kieruję go do wszystkich biegaczy - zarówno amatorów, jak i wyczynowców.

Moja teza jest taka, że kto jak kto, ale biegacze powinni doceniać i rozumieć wartość ciężkiej pracy. Każdy z nas mógłby w swoim CV wpisać: "dzięki bieganiu nauczyłem się ciężko i systematycznie pracować, poznałem wartość tej pracy, zrozumiałem, że bez niej nie ma kołaczy, a równocześnie dzięki niej powstają kołacze-giganty".

Impulsem do tych kilku myśli była dyskusja na amerykańskim forum, dotycząca Sergio Sancheza. W skrócie: jest to Hiszpan, biegacz, który biegał na niezłym poziomie, ale nigdy nie był wybitny. W tym roku zaczął osiągać niesamowite wyniki, co zrodziło w niektórych głowach podejrzenia o doping. Sam Sanchez powiedział, że wzięło się to stąd, że przemyślał swoje życie i doszedł do wniosku, że nie chce przejść do historii jako przeciętny biegacz, który nie wykorzystał swoich możliwości. Zmienił więc dietę, styl życia, trening, zaczął biegać trzy razy dziennie, poświęcił się bieganiu, co przyniosło świetne wyniki.

Prawdę mówiąc, nie interesuje mnie, czy Sanchez się zdopingował czy nie. Bardziej zaciekawił mnie wydźwięk tego, co mówił oraz reakcja na to części biegaczy. Psychoza dopingu doprowadziła do tego, że w tej chwili wielu kibiców nie wierzy, że szczyt można osiągnąć metodą tak prostą: zwykłym staropolskim połączeniem zapieprzu z zachrzanem. Tymczasem sam mam dowody na to, że ciężki trening działa cuda, a ponieważ widziałem te cuda na własne oczy, nie jestem skory do szybkiego rzucania na kogoś jakichkolwiek podejrzeń.

Zacznijmy od naszego biegowego kolegi, który całkiem niedawno zamieszał nieco w światku polskich biegów. Michał Smalec z najbardziej przeciętnego przeciętniaka pod słońcem, grzejącego tyły podczas biegów, zmienił się w pogromcę faworytów. W ciągu kilku miesięcy z zawodnika z trudem łamiącego 31 minut na 10km stał się człowiekiem biegającym poniżej 29 minut. Jego pojawienie się było i jest inspiracją dla tysięcy biegaczy amatorów i wyczynowców. Bo ten facet nie słuchał tych, którzy przez lata powtarzali, że się nie da. Wziął sprawy w swoje ręce i udowodnił, że jednak się da. Jak wiemy, na polskie szczyty wszedł, łącząc pracę z treningiem. Teraz pracuje na pół etatu i atakuje szczyty nieco wyższe niż polskie. Jak tego dokonał? Miałem okazję niejednokrotnie rozmawiać z Michałem i jego recepta na sukces jest jasna: zapieprz połączony z zachrzanem. Michał biega dużo, biega mocno, wstaje o 6 rano i idzie na trening, wraca z pracy i idzie na trening, kładzie się spać i śni o treningu.

Do tego jest to facet, który nie stracił kontaktu z rzeczywistością. Znamy takich polskich biegaczy, którzy spodziewają się, że jak zdobyli medal mistrzostw Polski, to cały kraj powinien leżeć u ich stóp i bić pokłony przez 365 dni w roku. Michał zaś pozostał normalny i w aptece w Kauflandzie w Ełku na pewno sprzeda każdemu z Was Apap za pół ceny ; ) [Tu apel: Michał, podobnie jak miliony kibiców, apeluję o przywrócenie twojego bloga treningowego. Dzieci, które z zapartym tchem czytały o tym, co robisz na treningu, teraz narkotyzują się na ulicy. Dorośli popadli w pijaństwo i rozpustę. Wróć!]

Pisząc o efektach treningu i cudach ciężkiej (ale mądrej) pracy nie mogę pominąć swojej skromnej osoby ; ) Dwie sprawy mogą zainteresować każdego biegacza. Po pierwsze, historia o tym, jak zapieprz i zachrzan podawane w regularnych dawkach wyleczyły mnie z kaszlu. Otóż krótko po rozpoczęciu mojej biegowej kariery zacząłem mieć z tym straszne problemy. Po każdym starcie pojawiał się koszmarny, duszący kaszel, o czym najlepiej wiedzą Ci, którzy mieli nieszczęście przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu. Wyrywało mi płuca, kaszlałem niemal bez przerwy i trwało to całymi tygodniami, miesiącami. Przez kilka lat leczyłem się na astmę, efekty były mizerne. Tymczasem zmiana treningu, postawienie na większą ilość łagodnej pracy, postawiły mnie na nogi i dziś nie wiem, co to kaszel. Było to uleczenie lepsze niż w wykonaniu Kaszpirowskiego. Moja diagnoza jest taka, że moje drogi oddechowe nie były przygotowane do tego, co serwowałem im w trakcie startów biegowych, czyli potwornego przeciążenia. Dopiero zmiana treningu kompletnie usunęła to, z czym nie mogli sobie poradzić najlepsi lekarze i najmocniejsze leki. Taka jest potęga treningu i po tym cudownym uleczeniu jestem w stanie uwierzyć we wszystko. Odpowiedni trening zmienia wszystko.

Kolejna sprawa to wyniki moje i Oli. Ola - dziewczyna, która przez 6 lat wykonywała na treningach tytaniczną pracę i biegała żałośnie. 4:24 to był jej typowy wynik na dystansie 1500m, w biegu na 3km zeszła z bieżni przy tempie na 9:50, bo nie była w stanie kontynuować wysiłku. A w tym czasie na treningach dokonywała cudów. Dwa lata później na 1500m pobiegła 4:13, a na 3km - 9:26 i dopiero się rozpędza. Tutaj widać więc coś jeszcze - praca musi być przemyślana. Gdy widzę, jak bezsensownie trenuje wielu polskich młodych wyczynowych zawodników, łapię się za głowę. Ale to jest temat na inną dyskusję.

Pamiętam, jak ponad dwa lata temu biegłem bieg na 3km podczas memoriału Żylewicza. Ukończyłem go w 8:39 i byłem bliski zgonu. A przecież w tym czasie biegałem nieźle 800 i 1500 metrów. Ten start był taką traumą, że nigdy bym nie uwierzył, że jestem w stanie pobiec szybciej. No i co? W zeszłym roku przebiegłem w tym samym miejscu ten sam dystans w 8:07, czując się doskonale. Ta metamorfoza to efekt ni mniej ni więcej, a rozsądnego, dostosowanego do moich możliwości treningu. Odpowiednia praca w odpowiednim czasie sprawiły, że nagle zniknęły bariery, które wcześniej wydawały się nie do przeskoczenia. Nie są to może wyniki światowego formatu, ale z mojego punktu widzenia - kolosalny progres, wcześniej niemożliwy do wyobrażenia. Nie piszę o rezultatach jakichś anonimowych mistrzów z końca świata - mówię o tym, czego sam doświadczyłem, co jest niepodważalne i sprawdzone.

A piszę to na fali zaskoczenia swoimi ostatnimi treningami. Jak wiecie, jestem w górach Nowego Meksyku, gdzie biegam dużo i namiętnie. Pierwsze tygodnie były dla mnie bardzo ciężkie. Tymczasem jednak zaszły duże zmiany. W tym tygodniu trzasnęła bariera 180km w tygodniu, do tego sporo biegania intensywniejszego. Wczoraj na dobicie zrobiliśmy z Olą jedną z kilku planowanych "bomb" kilometrażowych. To trening zaczerpnięty z przygotowania maratończyków: prawie 32km, w tym połowa na ok. 85% tętna. Tu ciekawostka - trening działa, bo na tym tętnie pierwszy raz w górach przebiegłem bieg ciągły poniżej 4 min/km - po 3:59. W ciągu miesiąca urwałem już 8 sekund z tej intensywności.

Spodziewałem się, że po tym tygodniu doświadczę tego, co przez ostatnie ciężkie tygodnie: bólu, zmęczenia, zarąbania. A tu nic. Dzisiaj biegło mi się doskonale, za godzinę wychodzę na drugi trening. Pękła jakaś granica bólu, zaszła adaptacja i biega mi się całkiem przyjemnie. Górki, które pokonuję codziennie, jakby się skurczyły. Pod górę biegnę, jakbym biegł po płaskim. Nie mam pewności czy ten trening wpłynie na moje wyniki. Może wcale nie będę biegał szybciej. Ale trening, ciężka praca, mimo wszystko działa. Nawet jeśli nie będę szybszy, pokonałem granice własnego bólu i po raz kolejny przekonałem się, że nie ma barier nie do przeskoczenia. Cierpliwość, pracowitość, te protestanckie, słabo u nas doceniane przymioty, prowadzą na szczyty.

Nie ma żadnych barier, nie słuchajcie, gdy ktoś Wam mówi, że coś jest niemożliwe.

Kategoria: Ważne Teksty
Komentarze: (11)
Zaktualizowano: 17/07/2012, 15:19

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg
promo.jpg

Komentarze

16/02/2010, 11:40
#
Choć często mamy różne zdania, podpisuję się pod tym postem obiema rękoma!!! Nie ma żadnych barier, to my sami je sobie niepotrzebnie ustawiamy! No i co do sprawy Michała Smalca, również występuję z wnioskiem o kontynuacje bloga :D
Pozdrawiam
16/02/2010, 16:06
#
Dokładnie! Dla każdego jest to inny 'niemożliwy' cel. U mnie było to ukończenie Maratonu, dla innego będzie to złamanie 3h. Liczy się ciężka praca :)

Pozdrowienia z zasypanej śniegiem Warszawy :)
16/02/2010, 16:30
#
Polejcie mu, dobrze prawi...
16/02/2010, 18:40
#
Cześć. Pozwolę sobie na dłuższy komentarz bo nie ukrywam, że takiego właśnie kopa motywacyjnego było mi trzeba i nie ukrywam również, że ostatnimi czasy miewam ciężkie chwile...
Od pół roku przerzuciłem się z chodu sportowego na bieganie. Nie jest istotne dlaczego. Jak łatwo się domyślić zmiana jest znacząca, począwszy od biomechaniki a skończywszy na samej metodyce. Dużo wspólnego mają te dwie z pozoru zupełnie inne dyscypliny, ale łączy je jedno- praca tlenowa. W każdym razie chód pozwolił zbudować mi porządne podstawy tlenowe z którymi łatwiej wejść w trening biegowy.

Do czego zmierzam... właśnie do wątpliwości. Miewam ich coraz więcej. Bieganie jest czymś co fascynowało mnie od dziecka, po części miłość do biegania przekazał mi mój wujek, mój prawdziwy niedościgniony wzór biegowy i mentor. To coś co kocham szczerą miłością i nie wyobrażam sobie bez tego życia- to na pewno. Ale coraz więcej miewam złych myśli... które prześladują mnie na każdym kroku. Non stop trapi mnie pytanie czy ciężką pracą zdołam nadrobić brak talentu, czy zaistnieje, chociaż na podwórku krajowym. Nie uważam za cel sam w sobie aby zbierać trofea, być biegowym celebrytą bo nie w tym tkwi sedno. Po prostu dając dużo siebie liczę na odzwierciedlenie mojej ciężkiej pracy w wynikach to chyba logiczne. Ale z fizjologicznego punktu widzenia nie mam prawa osiągnąć czegokolwiek. Jestem niski co nie sprzyja biegom długim, co więcej mam tendencje do przybierania na masie mięśniowej... heh, fajna sprawa ale tylko wtedy jeśli chcesz stać się napompowanym zwierzakiem oglądającym się w lustrze na siłowni.

Jednymi słowy cholernie ciężko mi z myślą, że poświęcając się, dając z siebie dużo być może nigdy nie zbliżę się nawet do moich biegowych celów/ aspiracji.
Moją nadzieją jest właśnie praca i ostatnia rzeczą która zrobię jest poddanie się. Póki co jestem młody, 18 lat, to na pewno początek mojej drogi a nie koniec, wiem o tym doskonale, tylko patrząc na rówieśników czy talencików młodszych ode mnie to na pewno działa demotywująco, że zanim dojdę do takiego poziomu wytrenowania miną lata, a oni poprzez predyspozycje mają przed sobą drogę również ciężką ale na pewno łatwiejszą i mniej wyboistą. Ale cóż... trzeba mieć nadzieję, trzeba zbratać się z bólem i poprzez tytaniczną pracę dojść do niemożliwego.

Dzięki za zamieszczenie tego tekstu, uwierz mi, że takim osobom jak ja, po przeczytaniu takiego tekstu tli się nadzieja i człowiek uświadamia sobie, że najgorsze co można zrobić to się zwyczajnie poddać.

Pozdro
Marcin Nagórek
16/02/2010, 21:18
#
Cieszę się, że jest nas więcej, myślących podobnie.

Jasiu, nie wiem, kto Ci powiedział, że niski wzrost przeszkadza. To jest właśnie idealna sprawa do biegów długich aż do maratonu. W tego typu dyscyplinach właśnie wysocy są poszkodowani - gorzej oddają ciepło, mają więcej problemów mięśniowych. W maratonie zdecydowana większość mocnych zawodników jest bardzo niska. W Pekinie Heniu Szost wyglądał na starcie jak gigant w krainie liliputów, a jest on mojego wzrostu.

W biegach długich na ulicy lepiej sprawdzają się ludzie niscy i mocno mięśniowo. Taki typ budowy ma np. Dorota Gruca. Sprawdź takich zawodników jak Sghyr, Zwierzchlewski, Thys - to są wszystko mocni zawodnicy, bardzo niscy. Najlepsi Etiopczycy - to samo. Maratończycy światowej klasy o wzroście powyżej 180cm to rzadkość.

Na pewno nie masz co liczyć na wielkie wyniki w pierwszych 2-3 latach treningu. Jeśli trening masz poukładany, to w tym czasie w twoim organizmie zajdą duże zmiany, ale na początku nie będzie to miało odzwierciedlenia w wynikach. Ja przez pierwsze dwa lata tyrałem na treningach jak wściekły i nie było żadnych efektów. Skok nastąpił niespodziewanie dopiero po pełnych 3 latach.

Nie twierdzę, że w tym czasie nie możesz dobrze biegać, po prostu dopiero po tych 2-3 latach efektu treningu staja się w pełni widoczne. Lydiard też mówił, że efekty jego systemu sa widoczne dopiero po 3 latach - i tak było.

Głowa więc do góry - i do zobaczenia na trasach! : )
16/02/2010, 21:42
#
Znowu muszę się zgodzić! Niski wzrost to wcale nie przeszkoda. Przykładowo ja ( może nie jestem jakimś wymiataczem, ale klase I mam) mam ratem 172cm i dość ubitą budowe ciała. Przy moim wzroście ważę około 61kg (plus minus kilogram). Nie trzeba szukać daleko przykładów. Kamil Murzyn potrafił wygrywać z najlepszymi w Polsce i biegać poniżej 14min 5km, a też był niski i dość "dobrze" jak na długasa zbudowany. Myślę, że trzeba szanować to co się ma, pogodzić się ze swoimi warunkami fizycznymi i pracować nad psychiką, a także walczyć do końca swoich sił. I nie ważne czy biega się aktualnie 14minut czy 15 na 5km :) Bo tak naprawde chodzi o progres i pokonywanie samego siebie, a wtedy i wyniki przychodzą... Tak jak wszędzie potrzebny jest czas... Cierpliwości i powodzenia! ;)
16/02/2010, 22:33
#
Na szczęście cierpliwość i upór to dwie cechy których mi nie brakuje. Uważam to za swoją najmocniejszą stronę i mam nadzieję, że to w przyszłości zaprocentuje.
Dzięki Nagór za podanie nazwisk tych biegaczy, będę miał się z kim utożsamiać ;)
Co do mojej budowy to 55kg wagi przy wzroście 162cm... do urwania 2-3kg w okresie letnim, w zimę mój organizm ma tendencję do magazynowania tłuszczyku...nie ważne ile bym objętościowo w tym okresie nie biegał, policzki zapadać się nie chcą ;)

Co do mojego treningu, czy jest przemyślany czy też nie- ciężko ocenić. Trenuję z trenerką która wychowała wielu świetnych zawodników, obecnie wszyscy jak jeden maż regularnie od lat się poprawiają i należą do ścisłej czołówki w swoich kategoriach wiekowych. Jeśli to jest wykładnik przemyślanego treningu to z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że pod względem prowadzenia mnie jako zawodnika jestem prowadzony w sposób mądry i przyszłościowy. Na pewno znasz Nagór Dawida Żywka a więc wiesz o jakiej trenerce mówię:)


Jednymi słowy dzięki za słowa otuchy, chyba każdy miewa chwile zwątpienia, ja być może zbyt często przejmuje się nie potrzebnie... tak to jest, jeśli człowiek jest nadto ambitny.

Co do Sancheza i jego Rekordu Europy... progres niesamowity z 7'49'' na 7'32''...
Skąd masz info o jego poświęceniu w sferze treningu, stylu życia?? Blog treningowy? Jeśli tak, to poproszę o link.

pozdro
Marcin Nagórek
16/02/2010, 23:24
#
No tak, w Otwocku fajne tereny do biegania ; )

Oto link do Sancheza: www.european-athletics.org/index.php?option=com_content&task=view&id=8254&Itemid=2
18/02/2010, 09:09
#
Michał zacznij znów pisać bloga prosimy:)
19/02/2010, 10:24
#
"[Tu apel: Michał, podobnie jak miliony kibiców, apeluję o przywrócenie twojego blogu treningowego. Dzieci, które z zapartym tchem czytały o tym, co robisz na treningu, teraz narkotyzują się na ulicy. Dorośli popadli w pijaństwo i rozpustę. Wróć!]"

Podpisuję się pod tym obiema rękami. Z dniem 01.01.2010 z powodu braku bloga w sieci straciłem całkowicie motywację i na dodatek jeszcze otworzyli mi niedaleko "Świat piwa"... Równia pochyła. Na szczęście zacząłem z 760m n.p.m. więc jeszcze dużo staczania przede mną. ;)

A tak już całkiem poważnie. Od kilku dni "zbieram" biegowe artykuły motywacyjne. Lydiard, Canova, Aaken, Daniels, Rosa, Kellogg... Celowo zacząłem od tych objętościowych żeby zmotywować się do stopniowego podnoszenia kilometrażu. Jeden artykuł dziennie. Praca, tylko praca, nie ma drogi na skróty!
05/03/2010, 11:42
#
wszyscy biegacze i biegaczki z Mętowa podpisują się pod apelem o przywrócenie blogu Michała Smalca. ;)

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Trzy umarlaki
Następny: Ostatnie dni
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Grudzień 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin