07
08/2006
00:00

Co się wydarzyło? Otóż najpierw startowałem w Gdańsku na memoriale Żylewicza. 800m nie było mocno obsadzone, ja czułem się słabiutki, więc pierwsze 500m dreptałem na końcu, za juniorami, za całym depczącym się i przepychającym peletonem. Ale potem myślę, że trzeba chociaż spróbować powalczyć, więc przyspieszyłem i ku mojemu zdumieniu minął wszystkich po kolei, z wyjątkiem Yareda i Łukasza Jóźwiaka. No i tak doleciałem, na trzecim miejscu, bez specjalnego wysiłku i w przeciętnym czasie 1.53 z jakimś małym hakiem. I jeszcze zarobiłem 150zł. (Niezłe nagrody, jak na prestiżowe zawody lekkoatletyczne, co?) Ale pomyśleć, że rok temu byłem tam czwarty z czasem 1.48,31...

Dzień później pojechałem do Sopotu, trochę się najeździłem, bo po Żylewiczu wracałem pociągiem do domu, a rano ponownie do Trójmiasta. Pobiegłem 800m, a czas 1.52,6 mógł mnie tylko przyprawić o atak śmiechu, choć biegłem sam od startu o mety. Wnerwiony postanowiłem zaryzykować i pobiec trzeci start w ciągu dwóch dni, czyli 50 minut później wystartowałem na 1500m, przetruchtałem 1000m za wszystkimi w 2.43, a potem przyspieszyłem i znowu wygrałem, w 3.56,98. To był dobry trening i myślałem, że na mistrzostwach Polski będzie lepiej.

Tymczasem MP okazały się klęską. W moim biegu eliminacyjnym miał być "zając", bieg miał być szybki, bo Czapi miał robić minimum do Goeteborga. Ale nic z tego: zając pobiegł 400m w ponad 54s, a nikt nie pobiegł za nim... Ja człapałem na końcu, wierząc w swój finisz. No i rzeczywiście, po 500m zacząłem przyspieszać i na 600m wysunąłem się na 3cie miejsce, które dawało awans do finału. Przede mną był Przemek Lidman i Łukasz Jóźwiak. Następne 100m przebiegłem mocno, wsiadłem chłopakom na plecy, ale na ostatniej prostej zaczęli się oddalać, co nie było dobrym znakiem. Mimo tego byłem już tak pewien awansu do finału, że zacząłem zwalniać. Nie wiedziałem też, co się dzieje z Czapim, więc jak głupi obejrzałem się do tyłu, zwolniłem jeszcze bardziej... i na ostatnich metrach wyprzedziło mnie trzech, których w ogóle nie słyszałem (byłem pewien, że nikogo nie ma tuż za mną). Dobiegłem 6ty, bez szans na finał nawet z miejscem. Pierwsza dziesiątka z dwóch serii zamknęła się w bodajże 0,5s, ale, niestety, to ja byłem tym dziesiątym... Finał był żenującym widowiskiem, wolny, nikt nie miał ochoty do walki, byłem wściekły, że mnie tam nie ma.

Ostatniego dnia mistrzostw pobiegłem na 1500m, ale to nie był mój dzień. Doleciałem 15ty, ostatni z tych, co ukończyli, z czasem 3.53,50. Na rozgrzewce upał, w kolcach odparzyłem stopy, ostatnie 600m przebiegłem już tylko siłą ambicji, bo nie chciałem schodzić z biegu. Stopy skrwawione, ledwo teraz chodzę.

Nadal trenuję, owszem, ale powoli myślę już o następnym sezonie - o ile będzie taki. Wyniki w tym roku mam fatalne, z biegania nie ma w Polsce pieniędzy, szykuję się więc do wyjazdu za granicę do pracy - kolejny raz. Ale czy tym razem znajdę w sobie ochotę do treningu? I czy będę miał na niego czas? Zobaczymy...

Kategoria: Starty 2006
Komentarze: (0)
Zaktualizowano: 30/05/2011, 14:27

Oceń

0 głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać.

Zobacz także

Skomentuj

Pola oznaczone * są wymagane.

Komentarz pojawi się po autoryzacji przez autora postu. Jeśli chcesz by pojawił się natychmiast - zarejestruj się.

no-photo.gif
 
 
 
Twój email nie będzie wyświetlany.
Przepisz kod dokładnie tak, jak jest wyświetlony na obrazku. Wielkość liter nie ma znaczenia.
Jeśli złamiesz prawą nogę, to którą nogę masz zdrową? Odpowiedz z polskim znakiem diaktrycznym. Tą zdrową nogą skop tyłek spamerom. Dziękuję ;)
Poprzedni: Trochę o sezonie
Następny: Co nowego?
Blog - nowe komentarze
Blog - kalendarz
< Czerwiec 2018 >
PonWtoŚroCzwPiąSobNie
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930 
Blog - nowe teksty
Ostatnie starty - Marcin